Tragedia amerykańska tom 1. Tęsknota - Theodore Dreiser - E-Book

Tragedia amerykańska tom 1. Tęsknota E-Book

Theodore Dreiser

0,0

Beschreibung

Zbrodnia i kara w realiach amerykańskiej prosperity.Clyde Griffiths spędza ubogie dzieciństwo jako syn ulicznego kaznodziei. Już za młodu buntuje się przeciwko biedzie i restrykcyjnej moralności, w których dorastał. Szybko znajduje pracę i z czasem zmienia zajęcia na coraz lepiej płatne. Przy okazji zaczyna obracać się w nowym towarzystwie. Ekonomiczna stabilizacja i ekscytujące rozrywki sprawiają, że jego życie wreszcie staje się radosne. Do czasu, gdy w trakcie jednego z wyjazdów za miasto dochodzi do tragicznego wypadku. Pisząc książkę, Dreiser inspirował się prawdziwą historią z kroniki kryminalnej. W 1951 r. George Stevens zekranizował powieść. W filmie pt. "Miejsce pod słońcem" jedną z głównych ról zagrała Elizabeth Taylor. Naturalistyczne opisy i bezkompromisowość w kreśleniu psychologii bohaterów sprawia, że książkę z pewnością docenią miłośnicy pisarstwa Émila Zoli czy Gabrieli Zapolskiej. -

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 280

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Theodore Dreiser

Tragedia amerykańska tom 1. Tęsknota

Tłumaczenie J. Zydlerowa

Saga

Tragedia amerykańska tom 1. Tęsknota

 

Tłumaczenie J. Zydlerowa

 

Tytuł oryginału An American Tragedy

 

Język oryginału angielski

 

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów, z których pochodzi.

W niniejszej publikacji zachowano oryginalną pisownię.

 

Copyright © 1925, 2022 SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788728482643 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

CZĘŚĆ I 

Rozdział I 

Zmierzch letniego wieczoru.

I wysokie mury amerykańskiego miasta handlowego, liczącego przeszło czterysta tysięcy mieszkańców, takie mury, które zachwiać się mogą tylko w baśni.

A na ulicy, szerokiej, nieco spokojniejszej, grupa sześciu osób: mężczyzna pięćdziesięcioletni, niski, krępy, któremu spod czarnego filcowego kapelusza wysuwały się kosmyki potarganych włosów, bardzo pospolita figura, niósł małą, przenośną fisharmonię, jakiej zwykle używają uliczni kaznodzieje i śpiewacy. Przy nim kobieta, może o pięć lat młodsza, wyższa, nie bardzo otyła, lecz dobrze zbudowana, krzepka, o pełnej twarzy, w ubraniu niewytwornym, prowadziła za rękę małego, siedmioletniego chłopczyka, w drugiej ręce trzymając Biblię i kilka książek z hymnami. Z tyłu za nimi, trochę dalej od nich szła piętnastoletnia dziewczyna, przy niej chłopak dwunastoletni i mała dziesięcioletnia dziewczynka. Wszystko to szło posłusznie, lecz bez entuzjazmu, śladami starszych.

Było gorąco i jakaś słodka niemoc wisiała w powietrzu.

Przeszli tę wielką arterię miejską i skręcili w drugą podobną do kanionu, zapchaną ciżbą ludzką i kilkoma szeregami różnorodnych wehikułów. Dźwięczały tam dzwonki, tłum przesuwał się szparko, powozy torowały sobie drogę w tych nieprzerwanych strumieniach. Nasze towarzystwo nie zwracało na nic uwagi, dążyło wytrwale naprzód wymijając przechodniów.

Doszedłszy do rogu, skąd szła nowa arteria komunikacyjna niby aleja między dwoma rzędami wysokich gmachów, mężczyzna postawił fisharmonię, kobieta otworzyła ją zręcznie, podniosła pulpit rozkładając na nim płaską książkę z hymnami. Biblię podała mężczyźnie i sama stanęła przy nim, a tymczasem mały chłopczyk rozstawił składane krzesło przed instrumentem. Mężczyzna, widocznie ojciec, upewnił się spojrzeniem, czy wszystko jest w porządku, i oświadczył:

— Zaśpiewamy naprzód hymn chwały, żeby każdy, kto chce poznać Pana Zastępów, mógł przyłączyć się do nas. Zacznij, Estero.

Nie troszczył się wcale, czy będzie miał słuchaczy czy nie.

Na te słowa starsza dziewczyna, obojętna i apatyczna, o szczupłej i nie rozwiniętej jeszcze figurce, usadowiła się na rozkładanym krześle i zaczęła przewracać karty książki przydeptując pedały instrumentu.

Matka jednak zaoponowała:

— Myślę, że lepiej byłoby zaśpiewać dwudziesty siódmy: „Jak słodki jest balsam miłości Jezusa“.

Zaczęli się ukazywać coraz liczniejsi przechodnie z różnych warstw społecznych, a mijając muzykalną rodzinę mierzyli ją ciekawym wzrokiem lub przystawali czekając, co będzie dalej. Właściciel fisharmonii nie opierał się dłużej żonie i zwróciwszy się do słuchaczy odezwał się:

— Zaśpiewajmy więc wszyscy razem dwudziesty siódmy: „Jak słodki jest balsam miłości Jezusa“...

Młoda dziewczyna zaczęła wygrywać melodię na instrumencie wydającym ostre, lecz strojne tony i swój wysoki sopran połączyła z niskim głosem matki i wątpliwym barytonem ojca. Starszy chłopiec i dziewczynka wzięli książki, złożone na fisharmonii, i wraz z najmłodszym braciszkiem zawtórowali piskliwymi dyszkantami.

Podczas tego śpiewu przygodne, obojętne audytorium uliczne wpatrywało się w śpiewaków, przykute osobliwym wyglądem tej rodziny, wznoszącej wspólne pienia do Boga bez względu na bezmiar sceptycyzmu i obojętność ludzką. Byli tacy, których interesowała postać potulnej i jakby nie pasującej do otoczenia starszej dziewczynki przy fisharmonii, innych — zdecydowanie niedołężny wygląd ojca, którego wypełzłe niebieskie oczy i zmiętoszone, choć czyste ubogie ubranie mocniej niż słowa mówiły o beznadziejności życia. Z całej rodziny jedynie w matce znać było pewność przekonań i posłuszne poddanie się losom, co, jakkolwiek mogło być ślepe i błędne, zapewniało jej spokój i ułatwiało bytowanie. To niezachwiane przekonanie, z jakim spełniała tu swoją misję, zasługiwało na szacunek. Ręka trzymająca książkę opadła, oczy patrzyły w przestrzeń i można by o niej powiedzieć: Oto jest istota, która mimo może błędnych poglądów czyni to, w co święcie wierzy. Jakaś silna, wojująca wiara w mądrość i łaskę tej wszechmocnej i czujnej potęgi, którą sławiła, malowała się w każdym jej rysie i geście.

„Miłość Jezusa zbawi mię całego,

Miłość Boga Ojca kroki me prowadzi“

śpiewała głośno nieco nosowym głosem stojąc między wysokimi murami sąsiednich gmachów.

Lecz starszy chłopiec niechętnie stał między nimi. Kręcił się niespokojnie, spuszczał oczy i mruczał cicho pod nosem słowa pieśni. Wysoki, zanadto wybujały na swój wiek, miał niezwykle ciekawą głowę, o twarzy jasnej, włosach ciemnych, bystrym spojrzeniu, w którym malowała się silna wrażliwość. Był jakby urażony, a może nawet cierpiał nad sytuacją, w jakiej musiał brać udział. Jakkolwiek nie znał wcale rozkoszy ziemskiego, wesołego życia, podświadomie tęsknił do niego. Znać było z wyrazu jego twarzy, że wolałby uniknąć całej tej szopki. Był jeszcze tak młody, umysł miał wrażliwy na piękno i przyjemności, których zaznał tak mało, a wiedział, że nie miały one nic wspólnego z obcą i chłodną wiarą, przepełniającą dusze rodziców.

Życie domowe, w jakim ten chłopiec rozwijał się moralnie i fizycznie, i rozliczne stosunki z ludźmi, którzy nawiedzali ich dom, nie mogły go przekonać o prawdzie i potędze tej siły, w którą jego rodzice tak wierzyli i nauczali o konieczności tej wiary. Wiedział, że kłopoty materialne nękały ich bezustannie. Ojciec ciągle prawie czytał Biblię i przemawiał na mityngach, gdzie się dało, a najczęściej w domu misyjnym, który jednocześnie służył całej rodzinie za mieszkanie. Podczas tych zebrań zbierali pieniądze od współwyznawców lub miłosiernie usposobionych osób, którzy zdawali się wierzyć w celowość filantropii. Ale rodzice zawsze ograniczali się we wszystkim, odmawiając sobie wielu wygód i przyjemności, takich nawet, jakie nie były obce najbiedniejszemu człowiekowi.

I mimo to matka i ojciec stale głosili miłość i nieustającą łaskę Boską dla wszystkich ludzi. Coś tu było nie w porządku...

Nie umiał się przejąć słusznością tej nauki, ale musiał szanować matkę, której siła moralna i żarliwość, a głównie słodycz charakteru przemawiały najbardziej do jego duszy.

Pomimo pracy przy gospodarstwie domowym i stałego, uciążliwego zajęcia w misji zawsze była wesoła, a przynajmniej pogodna i zwykle mawiała z przejęciem:

— Bóg nam dopomoże — albo — Bóg nam wskaże drogę — wtedy, gdy zjawiła się troska o ubranie lub pożywienie.

Niestety ani on, ani jego rodzeństwo nie mogli się doczekać, żeby Bóg choć raz jeden wskazał właściwą drogę, jakkolwiek nieraz Jego łaskawa interwencja byłaby konieczna.

I dziś wędrując z rodzicami przez ludne ulice wielkiego miasta czuł w głębi duszy gorące pragnienie, żeby rodzice jego zaprzestali robić z siebie widowisko, a przynajmniej, żeby on do tego nie musiał należeć. Inni chłopcy tego nie robią... Ileż to razy, zanim zaczął chadzać razem z rodzicami, słyszał, jak jego rówieśnicy wyśmiewali przy nim ojca za to, że publicznie z emfazą głosił swoje wierzenia i przekonania religijne. Pamiętał, gdy miał zaledwie lat siedem, że ojciec miał zwyczaj zaczynać każdą rozmowę od zdania: „Chwała Panu“, a ulicznicy biegali za nim i wołali: „Chwała panu Griffithsowi!“ A czasem pytali się Clyda:

— Te, czy ty jesteś bratem tej, co gra na katarynce? Czy ona nie umie nic innego grać?

Po co ten ojciec chodzi ciągle z tą katarynką i gada „Chwała Panu“? Nikt przecie tego nie robi...

Ciągle porównywał siebie i swoich do innych ludzi i to go bardzo trapiło. Ani ojciec, ani matka nie byli podobni do nikogo. Nie umieli o niczym innym myśleć, tylko o sprawach religijnych, a teraz zrobili z tego interes.

Więc i dziś na tej wielkiej ulicy, przepełnionej tłumem i pojazdami, czuł się zawstydzony. Wspaniałe samochody pędzące przez ulice, nie śpieszący się przechodnie, dążący do jakichś nieznanych mu przyjemności i zabaw, które zaledwie przeczuwał, roześmiane pary, gapiące się dzieci, całe to ruchliwe życie dawało mu do myślenia, że jest to coś odmiennego, lepszego, piękniejszego niż jego życie.

A w tej płynnej ciżbie, wciąż nową falą przepływającej obok rozśpiewanej rodziny, trafiali się tacy, którzy zdawali się spostrzegać błędny sposób wychowania tych dzieci i trącali się łokciami, podnosili brwi dość obojętnie i uśmiechali się wzgardliwie, komentując często ze współczuciem zbędną tu obecność dzieci.

— Widuję tych ludzi tutaj prawie co wieczór, a w każdym razie dwa albo trzy razy tygodniowo — mówił jakiś młody człowiek, który spotkawszy się ze swoją dziewczynką prowadził ją do restauracji. — Odprawiają tu zawsze jakieś wariackie nabożeństwo czy coś podobnego.

— Ten starszy smyk nie bardzo ma ochotę tu sterczeć. Wołałby się wymknąć... Już ja to dobrze widzę. Do czego to podobne, żeby zabierać ze sobą takich brzdąców? Albo on co z tego rozumie? — odezwał się jeden z tych próżniaczych pasożytów, jakich pełno jest w wielkich miastach, zwracając się do sympatycznie wyglądającego przechodnia, który też zatrzymał się na chwilkę.

— Pewnie! — odparł tamten przyglądając się ciekawie twarzy chłopca.

Istotnie, malujące się w niej niezadowolenie nasuwało przypuszczenie, że stosowano tu z pewnym okrucieństwem jak również bezcelowo przymus spełniania obrządków religijnych, tak niemiły do wykonywania w miejscu publicznym. Ludziom starszym, o umysłach bardziej refleksyjnych zapewne nie zaszkodziłoby to zupełnie.

W tym wypadku istotnie tak było.

Co do reszty dzieci — dwoje młodszych było jeszcze zbyt małych, żeby mogły zrozumieć, o co tu chodzi, a starsza dziewczyna nie wyglądała na bardzo myślącą; bawiło ją, że zwracała na siebie uwagę, że mówiono o jej śpiewie, wiedziała bowiem od rodziców, że ma zdumiewający głos. Nie było to wcale prawdą. Nie miała pięknego głosu, a rodzice nie znali się wcale na muzyce. Była blada, wątła, głębokim umysłem nie grzeszyła i była bardzo zadowolona, gdy widziała zwrócone na siebie spojrzenia.

Rodzice zaś uważali się za powołanych do udoskonalania świata, więc teraz, gdy zakończyli śpiewanie hymnu, ojciec zabrał głos i zaczął kazać o rozkoszy wyzwolenia się z wyrzutów sumienia przez dostąpienie łaski Bożej, przez miłość Chrystusa i o miłosierdziu Bożym dla grzeszników.

— Wszyscy ludzie są grzesznikami wobec Boga — mówił. — Jeżeli nie żałują za grzechy i nie uznają Chrystusa, Jego miłości i przebaczenia, nie mogą nigdy zrozumieć szczęścia doskonałości i czystości. Och, moi mili. Gdybyście mogli pojąć, ile spokoju i zadowolenia płynie ze świadomości wewnętrznej, że Chrystus żył i umarł dla nas i że jest przy nas o każdej porze dnia i nocy, o świcie i o zmierzchu, aby nas krzepić w strapieniach i trudach, jakie życie nam daje zawsze. Tyle nas osacza sideł i wilczych dołów... A jakże kojąca jest świadomość, że Chrystus jest zawsze z nami, doradza, pomaga, dodaje męstwa, goi nasze rany i wszystko dla nas czyni... Jakiż spokój, jakież zadowolenie, jaka pociecha i chwała z tego płynie.

— Amen — zakończyła uroczyście żona, a córka Ester, czyli jak ją w domu zwano Esta, obejrzawszy się na publiczność powtórzyła za nią.

Clyde i reszta dzieci patrzyli przez ten czas w ziemię, czasami na ojca, rozmyślając, że może to jest prawdziwe i ważne, ale chyba nie tak ważne i ciekawe, jak to, co daje życie. Tyle już o tym słyszeli, lecz w ich młodych i wrażliwych umysłach życie miało większą wartość niż ulica i hala misyjna.

Po odśpiewaniu drugiego hymnu pani Griffiths wygłosiła mowę o znaczeniu misji, prowadzonej przez nich, i o służbie dla Chrystusa w ogóle, po czym zaśpiewano trzeci hymn, rozdano broszurki o pracy misyjnej i zebrano dobrowolne datki, co uczynił Asa — ojciec. Fisharmonię zamknięto, krzesło złożono, Biblię i książki z hymnami wzięła pani Griffiths, fisharmonię przewiesił ojciec na rzemiennym pasku przez ramię i całe misyjne towarzystwo zabrało się do odejścia.

W trakcie tego Clyde zapowiedział stanowczo, że nigdy więcej w tej szopce nie weźmie udziału. To szaleństwo! Jakże oni wszyscy głupio przy tym wyglądają! Idiotyzm! Tym słowem określiłby to, gdyby umiał wyrazić całą odrazę do tych bzdurstw, w których musiał uczestniczyć, a nie robiłby tego za nic, gdyby to od niego zależało.

Po co go trzymają przy sobie? Co im z tego przyjdzie? Jego życie nie może pójść ich drogami. Inni chłopcy nic podobnego nie robią... Przemyśliwał stanowczo o buncie i o uwolnieniu się od tej pańszczyzny. Niech sobie Esta im towarzyszy, ona to lubi, a młodsze rodzeństwo jest jeszcze za małe, żeby się miało tym przejmować, ale on...

— Zdaje się, że dziś z większym skupieniem słuchali niż zwykle — mówił Griffiths do żony podczas drogi powrotnej.

Łagodna noc letnia usposobiła go do bardziej wyrozumiałej oceny stanu ducha zazwyczaj obojętnych przechodniów.

— A tak. Dwadzieścia siedem broszurek rozebrano dzisiaj, a w czwartek tylko osiemnaście.

— Miłość Chrystusa musi wreszcie zapanować — dodawał otuchy sobie i żonie. — Radości i troski życiowe wielu jeszcze ludzi trzymają w swych szponach, ale gdy przytłoczy ich cierpienie, wtedy ziarno zapuści korzenie.

— Jestem tego pewna. Ta myśl zawsze mię podtrzymuje. Cierpienie i zrozumienie grzechu wielu z nich zmusi do zmiany błędnej drogi, którą kroczą.

Szli teraz wąską uliczką, na której mieszkali, minęli z tuzin bram i weszli do żółtego jednopiętrowego budynku. Było tam wielkie okno i oszklone drzwi pomalowane na kolor szarawy. Na szybach były napisy: Podwoje Nadziei. Niezależna Misja. Zebrania w środy i soboty od 8 do 10 wieczorem. W niedzielę o 11, 3 i 8. Wejście wolne. Pod tymi napisami były jeszcze inne, mniejszymi literami: „Bóg jest miłością“, a niżej jeszcze mniejszymi: „Jak dawno pisałeś do swojej matki?“

Całe towarzystwo znikło w drzwiach tego domu.

Rozdział II 

Może by należało szerzej opracować obraz tej rodziny i z innego poniekąd punktu spojrzeć na nią, gdyż właściwie jest tu przedstawiona jedna z psychicznych i społecznych anomalii, do rozwikłania której przydałby się nie tylko biegły psycholog, lecz i fizyk, a nawet chemik.

Pierwszeństwo należy się ojcu.

Asa Griffiths to jedna z tych natur, licho skoordynowanych i niejednolitych, które bywają wytworem otoczenia i nieprzetrawionych umysłowo teorii religijnych przy nadmiernej wrażliwości, a tym samym skłonności do wzruszeń, i z zupełnym zanikiem zmysłu praktycznego. Właściwie trudno by nawet wyjaśnić, jak na te jego cechy reagowało życie i jaka była istotna barwa jego emocjonalnych replik.

Żona jego, jakkolwiek fizycznie silniejsza, niewiele praktyczniej patrzyła na życie.

Historia tych dwojga małżonków nie przedstawia nic ciekawego, o ile nie wiąże się z historią ich syna, Clyda. Dzieciak ten prócz wrażliwości i pewnej dozy romantyzmu, które odziedziczył zapewne po ojcu, posiadał także żywą, inteligentną wyobraźnię. Źle mu było w domu. Przemyśliwał nieraz nad tym, żeby uciec. Jakież tu pędzi życie? O ile lepiej byłoby mu gdzie indziej, wszędzie, byle nie w domu!... Ach, gdyby mógł iść tam, gdzie mu się podoba, zobaczyć coś innego, niezwykłego. W ogóle życie układałoby się inaczej, gdyby to, co uważano za prawdę, było prawdą.

Do piętnastego roku życia żył w pełnym udręki przekonaniu, że zajęcie jego ojca i matki jest czymś poniżającym, a nawet nienawistnym w oczach ludzkich. Wszędzie, gdziekolwiek był z rodzicami, którzy w sprawach misyjnych wyjeżdżali do wielkich miast, jak Grand Rapids, Detroit, Milwaukee, Chicago, a teraz w Kansas City i wszędzie przemawiali na ulicach — widział to samo, że wszyscy, a przynajmniej młodzież w jego wieku spoglądała na Clyda i na jego rodzeństwo z góry, jako na dzieci takich rodziców. Niejednokrotnie wbrew zasadom rodziców, którzy nigdy nie pochwalali podobnych wybuchów temperamentu, stawał do walki z którymś chłopcem wzgardliwie odzywającym się o jego rodzicach. Niezależnie jednak od tego, czy wychodził z walki zwycięzcą czy zwyciężonym, wiedział, że walczy o sprawę niepewną, widział, że praca jego rodziców nie zdobywała uznania ludzkiego, była wstrętna, trywialna. Ach, gdyby udało mu się uciec.

Rodzice Clyda bardzo niepraktycznie zapatrywali się na przyszłość swego potomstwa. Nie rozumieli i nie zdawali sobie sprawy z tego, jak ważne jest dla każdego wykwalifikowanie się w jakimś fachu. Przejęci misją udoskonalania świata całego nie zastanawiali się, że dla dzieci byłoby pożyteczniej, gdyby stale przebywały w jednej szkole. Bardzo często przerywali im nauki w ciągu roku i wyjeżdżali do innego miasta, gdy uważali, że tam zdobędą lepsze pole do swych działań.

A bywało i tak, że Asa nie zarobił nawet tyle, żeby starczyło na jedzenie i odzież. Oddawał się wówczas zajęciu, które mu najbardziej odpowiadało — roztrząsał i nicował każdy nowy projekt na wszystkie strony, ale dzieci wtedy nie mogły chodzić do szkoły.

Starzy jednak nie obarczali swego sumienia żadnymi wyrzutami, nie zastanawiali się, co same dzieci o nich sądzić będą, i nie tracili nic ze swego optymizmu, a przynajmniej utrzymywali, że go nie tracą, i głosili niezachwianą wiarę w Boga i jego intencje zaopatrzenia ich we wszystko.

Lokal, który był kombinacją mieszkania z siedliskiem misji, był tak posępny, że trudno by sobie wyobrazić, jak może tu mieszkać szczęśliwe dzieciństwo lub radosna młodość. Składał się z jednego piętra w starym drewnianym o spłowiałej barwie budynku na ulicy Bickel, krótkiej przecznicy Missouri Avenue. A cała dzielnica owiana była słabą, lecz mimo to niezbyt miłą wonią sklepików. Dzielnica ta składała się z kilku ulic, gdzie dwa razy tygodniowo na wolnym powietrzu odbywały się mityngi entuzjastów religijnych i ich prozelitów.

Front tego budynku zwrócony był na Bickel Street, tyły na ohydne podwórka i równie ohydne zręby domów. Z ulicy wchodziło się do hallu, liczącego czterdzieści na dwadzieścia pięć stóp powierzchni. Stało tam około sześćdziesięciu zdezelowanych drewnianych krzeseł, pulpit, wisiała mapa Palestyny, a ściany udekorowane były napisami:

„Wino jest oszustwem. Nadmiar jego doprowadza do gniewu, a więc oszukuje, a stąd wniosek, że ogłupia“.

„Porwij puklerz i tarczę, a powstań na ratunek mój“. Psalm 35:2.

„A wy, moja trzoda, trzoda z mego pastwiska, jesteście ludźmi, a ja jestem waszym Bogiem — Panem Bogiem“. Ezechiel 34:31.

„Boże, Ty znasz głupstwo moje, a występki moje nie są tajne przed Tobą“. Psalm 69:6.

„Jeślibyście, mając wiarę jako ziarno gorczyczne, rzekli tej górze: przenieś się stąd na ono miejsce, tedy się przeniesie, a nic niemożebnego wam nie będzie“. Mateusz 17:20.

„Gdyż dzień Pana jest bliski“. Obadiah 15.

„Gdyż nie będzie nagrody dla złego człowieka“. Przysłowia 24:20.

„Nie tylko czerwień jest w winie: kąsa ono jak żmija i kłuje jak gadzina“. Przysłowia 23:31, 32.

Te potężne zaklęcia były srebrną i złotą inkrustacją na zmurszałych ścianach.

Reszta lokalu przedzielona została przemyślnie na pokoje mieszkalne, a więc trzy małe sypialnie, salonik z oknami, wychodzącymi na podwórko i parkany, kuchnię, która służyła za jadalnię, liczącą ściśle dziesięć stóp kwadratowych. Był prócz tego pokój zapasowy jako skład broszur misyjnych, hymnów, pudeł, waliz, wszystkiego, co posiadało uznaną wartość, a na razie było niepotrzebne. W głębi hallu był jeszcze jeden maleńki pokoik i w nim po kazaniach odbywały się jakieś ważne konferencje, a czasami sam pan Griffiths albo jego małżonka udawali się na rozmyślania lub na modlitwę.

Bardzo często dzieci widywały rodziców odbywających konferencje z jakąś opuszczoną lub jeszcze niedostatecznie skruszoną duszą, która zjawiła się tutaj po radę albo po pomoc, ale najczęściej po pomoc. Tam też czasami, kiedy problemy finansowe były trudne do pokonania, siadywali rodzice, rozmyślając nad sposobem wybrnięcia z kłopotów i Asa najczęściej dawał taką radę: — Módlmy się o pomoc... — co, jak zauważył Clyde, było najzupełniej bezskuteczne.

Całe otoczenie było mu wstrętne, poniżające — z nienawiścią myślał o tym, że musi tu żyć, musi uczestniczyć w ciągłym żebraniu o pomoc, musi ciągle się modlić i ciągle dziękować za to, że żyje.

Elwira Griffithsowa, zanim wyszła za swojego Asę, była zwykłą wiejską dziewczyną i nigdy nie przychodziły jej do głowy jakieś głębokie rozmyślania religijne. Lecz mąż, rozkochawszy ją w sobie, zaszczepił w niej jad pobożności. Nawrócona poszła za swym mistrzem z wielką ochotą i z entuzjazmem zgadzała się na wszelkie ryzykowne i dziwaczne pomysły. Dumna była, że umiała śpiewać i przemawiać do tłumu, że potrafi wywierać wpływ, przekonywać „słowem Bożym“, była z siebie zadowolona i wierzyła w potrzebę kontynuowania tej pracy.

Zwykle jakaś niewielka gromadka ciągnęła za kaznodziejami do ich misyjnego lokalu. Byli to przeważnie ludzie upośledzeni nieco na umyśle, jakich zwykle nie brak w każdej miejscowości. Do przymusowych obowiązków Clyda przez całe lata należało uczestniczenie w tych mityngach. Nie mogły go podnieść duchowo typy, które tu oglądał. Byli to przeważnie najnędzniejsi robotnicy, włóczędzy, pijacy, próżniacy, partacze bezrobotni, którzy tu zjawiali się tylko dlatego, że nie mieli dokąd pójść. Oni to świadczyli zazwyczaj, jak to Bóg czy Chrystus, czy też Łaska Boska wybawiła ich od takiego czy innego nieszczęścia. Nigdy jednak nie chwalili się, że sami komuś potrzebującemu udzielili pomocy. Zawsze potem ojciec albo matka mówili „Amen“ albo „Chwała Panu“ i śpiewali hymny, a potem robili składkę na potrzeby misji, składkę, która, jak się domyślał Clyde, była zwykle tak skromna, że zaledwie wystarczyła na potrzeby tych różnych misji, jakie prowadzili rodzice.

Było jednak coś, co go niezmiernie interesowało u rodziców. Wiedział, że ojciec jego miał brata, który prowadził życie wręcz odmienne. Samuel Griffiths mieszkał w mieście Lycurgus niedaleko Utiki i był bardzo bogaty. Od czasu do czasu z ust rodziców padało jakieś słówko, z którego mógł wywnioskować, że stryj, gdyby chciał, mógłby wiele zrobić. Domyślał się z tego, że stryj był to skąpiec, twardy „businessman“. Powoli dowiedział się, że stryj był właścicielem wielkich warsztatów w Lycurgus, że na wielką skalę wyrabiał kołnierzyki i koszule męskie, że warsztaty zatrudniały ni mniej, ni więcej, tylko trzystu robotników, że miał syna w wieku Clyda i, zdaje się, że dwie córki. Wszyscy niewątpliwie musieli żyć w wielkim zbytku w tym Lycurgus. Wiadomości o tym przyniósł ktoś, kto znał Asę, jego ojca i brata. Więc Clyde wyobrażał sobie stryja jako kogoś w rodzaju Krezusa, który żyje sobie w przepychu i wygodach, gdy tutaj w Kansas City on, rodzice jego i rodzeństwo znają tylko niedolę, troskę, głodowanie i nic więcej.

Ale na to nie było żadnego sposobu. Jedynie on sam mógłby poprawić swój los, gdyby udało mu się stąd wyrwać.

Doszedłszy do lat piętnastu, a nawet już wcześniej Clyde zrozumiał, że wychowanie dzieci państwa Griffiths było bardzo zaniedbane. Jakże więc mógłby dać sobie radę? Widział, że inni chłopcy i dziewczęta, czy zasobniejsi w pieniądze, czy też mający inne ogniska domowe, uczyli się zawczasu jakiegoś zawodu. Więc jakże on ma rozpocząć nowe życie nic nie umiejąc? Już mając trzynaście lat zaczął przeglądać ukradkiem gazety, które jako zbyt światowe nie miały debitu w domu, lecz przekonał się, że poszukiwano zwykle bardziej wykwalifikowanych chłopców. Należałoby zatem uczyć się teraz rzemiosła, które jednak nie bardzo go nęciło. Na wzór całej młodzieży amerykańskiej czy też ogólnie amerykańskiego stosunku do życia czuł niechęć do wszelkiej pracy ręcznej. Jak to? Chodzić koło machin, kłaść cegły, uczyć się ciesielstwa, może pracować przy gipsie czy ołowiu, kiedy chłopcy, wcale od niego nielepsi, zostawali kancelistami, pomocnikami aptekarskimi, subiektami w księgarniach, praktykantami w bankach, a nawet pracowali w państwowych urzędach. Gdyby więc musiał nosić takie samo zniszczone ubranie i wstawać o świcie, jak to czynili robotnicy, czyż poprawiłby tym swój nędzny los?

Gdyż Clyde był równie próżny i dumny jak ubogi. Był jednym z tych osobników, którzy uważają się za coś odrębnego od reszty rodziny i nie poczuwają się do żadnych obowiązków wobec tych, których czynią odpowiedzialnymi za swe przyjście na świat. Umiał już sądzić swoich rodziców. Czynił to niezbyt ostro i nawet nie z goryczą, lecz z prawdziwym zrozumieniem ich zalet i właściwości. Rozwinąwszy w sobie zmysł krytyczny nie był jednak zdolny — przynajmniej do szesnastego roku życia — do żadnej przebiegłości. Nie umiał udawać ani kłamać, a jeżeli to czynił, to w sposób bardzo niezręczny.

Jakoś w tym czasie obudziły się w nim zmysły. Zaczął się interesować pięknością płci odmiennej, zastanawiać i mieszać na widok jej ponęt. Jednocześnie budziła się w nim chęć, aby mógł również wywierać dodatnie wrażenie. Oczywiście sprawa garderoby i zewnętrznego wyglądu zajmowała go niemało. Porównywał się ciągle ze swymi rówieśnikami i wyciągał niekorzystne dla siebie wnioski. Myślał z przykrością, że nie ma porządnego ubrania, że nie jest wcale przystojny jak ci, którym zazdrościł, ani tak interesujący.

Cóż za podły los, żeby się urodzić tak biednym i nie mieć nikogo, kto by mu chciał dopomóc, a przy tym nie być zdolnym wybić się o własnej sile.

Spoglądał od czasu do czasu w lustra, gdzie bądź je napotkał, i te przekonywały go, że nie wyglądał tak bardzo źle. Miał prosty, zgrabny nos, wysokie białe czoło, kędzierzawe, lśniące czarne włosy, oczy też czarne, często o melancholijnym spojrzeniu.

Czuł w duszy żal do rodziców, tęsknił do jakiegoś przyjaciela, choć sądził, że mieć go nie będzie nigdy właśnie dzięki swym rodzicom, i był z tego powodu w stanie ciągłej depresji, ogarniała go melancholia, co nieszczególnym było zadatkiem na przyszłość. Wzbierał w nim bunt a czasem przygnębienie graniczące z apatią. Oceniał siebie surowo i nie podejrzewał, że ma wygląd miły i naprawdę jest zupełnie przystojnym chłopcem. Zawsze był gotów błędnie sobie tłumaczyć ciekawe spojrzenia, jakie młode dziewczęta rzucały na niego, niby to drwiące, a jednak zachęcające, jakby chciały się przekonać, czy ten ładny chłopak jest sympatyczny czy nie, czy jest to zuch czy niedołęga.

Marzył stale o tym, żeby mógł mieć lepszy kołnierzyk, porządniejszą koszulę, przyzwoite buty, eleganckie palto, jak to mają inni chłopcy. Ach, te piękne garnitury, ciepłe, przytulne mieszkania, zegarki, pierścienie, szpilki, jakie noszą niektórzy chłopcy... Tylu jest szykownych młodzieńców w jego wieku... Są rodzice, którzy nawet auta dają swoim synom, żeby zawczasu nauczyli się nimi kierować... Widziało się tych elegantów na głównych ulicach Kansas City, przelatujących tam i z powrotem jak muchy. A i piękne panny z nimi... A on, Clyde, nie ma nic. I nigdy nie będzie miał...

A ileż to pięknych rzeczy jest na świecie. Tylu ludzi jest szczęśliwych i powodzi im się doskonale. Co on ma robić? Jaką drogę sobie wybrać? Jakie wybrać zajęcie, czego się nauczyć, żeby wydostać się stąd? Nie umiał na to odpowiedzieć. Nie wiedział, co począć. A jego rodzice, tak niepodobni do innych, w żadnym razie nie umieliby mu doradzić.

Rozdział III 

Gdy Clyde łamał tak sobie głowę nad wynalezieniem jakiejś praktycznej dla siebie drogi, zaszedł wypadek, który zabił mu jeszcze większego klina w głowę, nie mówiąc już o przygnębieniu, w jakie wtrącił rodziców.

Siostra jego, Esta, którą najbardziej lubił z całego rodzeństwa (chociaż nie zżyli się zanadto z sobą), uciekła z domu z jakimś aktorem, grywającym przygodnie w Kansas City. Udało mu się rozmiłować ją w sobie.

Należy wyznać, że jakkolwiek w domu uważano Estę za dziewczynę o silnie wpojonych zasadach moralności i głęboko religijną, była to zwykła słaba istota, wybitnie zmysłowa i nigdy głębiej nad niczym się nie zastanawiająca. Domowa atmosfera wcale na nią nie miała wpływu. Jak większość ludzi, którzy codziennie powtarzają i wykonują dogmaty wiary, nabrała tylko rutyny w tych praktykach, a sama pozostała obojętna nie siląc się na wniknięcie w ich znaczenie. Rady, przykazania i „objawiana“ prawda zapobiegały potrzebie myślenia, ale na razie do czasu, gdy inne jakieś teorie czy sytuacje i impulsy zewnętrznej, a nawet wewnętrznej natury nie stanęły w sprzeczności z tamtymi, można było o nią być zupełnie spokojnym. Lecz że owe religijne zasady nie były ugruntowane na wewnętrznym przekonaniu ani na pewnych skłonnościach charakteru, nie wytrzymały naporu innych teorii. Podobnie jak u Clyda i jej marzenia błądziły w różnych kierunkach, ku miłości, ku zabawom, jednym słowem ku sprawom, które niewiele mają wspólnego z pełnymi ofiarności i abnegacji zasadami religijnymi. Odbywał się w niej proces chemiczny marzeń, który unicestwiał to, w co dotychczas wierzyła.

Nie miała jednak siły woli Clyda ani jego umiejętności poskramiania się. Czuła skłonność z domieszką lekkiej tęsknoty do pięknych strojów, kapeluszy, bucików, wstążek, co surowo potępiały jej teorie religijne. Pociągały ją jasne, tętniące życiem ulice, które widywała w różnych porach dnia. Widywała tam urocze dziewczęta, przechadzające się parami, szepczące sobie sekrety, widywała tam chłopców, w których poza zabawnym zadowoleniem z siebie wyczuwało się siłę i ten podświadomy pęd do kojarzenia się, jaki leży na dnie każdej czynności i myśli młodzieży. I w niej samej od czasu, gdy zauważyła, że ma wielbicieli i amatorów flirtu, wałęsających się pod drzwiami lub oczekujących na rogu ulicy, którzy patrzyli na nią tęsknym czy zdobywczym wzrokiem, budziło się jakieś drżenie, jakiś zarodek nowych uczuć mówiący o fizycznych wymaganiach życia, nie zaś o skromnych rozkoszach niebiańskich.

Spojrzenia te przeszywały ją jak niewidzialne promienie i podnosiły jej urodę i wdzięk, gdyż na uczucia męskie odpowiadała takimiż samymi uczuciami. Z takiego bowiem procesu chemicznego tworzy się cała moralność i niemoralność tego świata.

Otóż któregoś dnia, gdy wracała ze szkoły, jakiś młodzieniec, taki sobie dandy, jakich pełno jest w każdej sferze, zadecydowawszy, że jest tego warta, zaczepił ją i zaczął z nią rozmowę. Nie zaoponowała wcale. Sama tego pragnęła. Ciągłe kazania rodzicielskie o skromności, ostrożności, niewinności tyle sprawiły, że nie było mowy o natychmiastowym upadku. Lecz pierwszy krok zachęcił do dalszych i stopniowo mur zasad, budowany pieczołowicie w domu, zachwiał się. Esta stała się skryta i nie opowiadała o swych przygodach rodzicom.

Spotykała się teraz często z chłopcami, chętnie z nimi rozmawiała. Przełamała wrodzoną nieśmiałość, która ją dotychczas powstrzymywała od zawierania łatwych znajomości. Zapragnęła nowych stosunków, marzyła o jakiejś cudownej, rozkosznej, radosnej miłości z kimś wymarzonym.

Wreszcie, gdy pożądania i popędy dojrzały, zjawił się aktor, jeden z tych próżnych, przystojnych samców, których elegancki wygląd i zdobywcza mina są jedyną wartością. Brak zasad, brak wszelkiej kultury, wychowania, a nawet zdolności uczucia, natomiast jakaś siła uwodzicielska, która zdolna jest w przeciągu tygodnia rozpalić i tak usidlić, że ofiara gotowa jest na wszystko.

Aktor ten, należy wyznać, niezbyt się nawet trudził, żeby dopiąć celu. Łatwo mu poszło z tą dziewczyną, bardzo ładną, wyraźnie zmysłową, niedoświadczoną, a tak naiwną, że wystarczyło kilka czułych słówek i pozór gorącego uczucia. Nadmienił kilkakrotnie, że nie dla niej takie życie, jakie tu prowadzi. Są piękne, wielkie miasta, gdzie mogliby być tak bardzo szczęśliwi, gdyby się pobrali. Słowa jego brzmiały tak szczerze... Przekonywał ją, że powinna natychmiast opuścić dom. Jest przecież jego narzeczoną. Tutaj nie mogą wziąć ślubu, zbyt wielkie byłyby trudności — jakie, nie mógł wytłumaczyć — brak stosunków... ale w St. Louis ma znajomego księdza, który da im ślub. Jego żoneczka otrzyma śliczne sukienki, o jakich nawet nie marzyła, kochać się będą szalenie, przeżywać cudowne dni... Będzie z nim podróżowała, zobaczy świat. O nic się troszczyć nie będzie, a myśleć jej wolno będzie tylko o nim... Tak. Słowa te były dla niej wyrazem głębokiej, szczerej namiętności — dla niego wytartym liczmanem uwodziciela, zawsze używanym i zawsze skutecznym.

W przeciągu jednego tygodnia, widując się ukradkiem parę razy dziennie, uwodziciel dopiął celu.

Clyde miał zwyczaj w soboty uciekać z domu, żeby uniknąć wieczornego misyjnego nabożeństwa. Otóż którejś soboty kwietniowej wróciwszy późnym wieczorem zastał rodziców bardzo zmartwionych nieobecnością Esty. Grała i śpiewała jak zwykle podczas mityngu. Wszystko odbyło się normalnie. Po zebraniu poszła do swego pokoju mówiąc, że nie czuje się dobrze i położy się wcześnie spać. Przed powrotem Clyda o jedenastej matka zajrzała do jej pokoju. Esty nie było. Nie było jej i w innych pokojach. Nieład brak sukien i kilku drobiazgów oraz starej rodzinnej walizy zwróciły przede wszystkim uwagę matki. Asa wyszedł przed dom i wyjrzał na ulicę, gdyż czasami siadywała przed domem, gdy skończyła swe zajęcia podczas nabożeństwa, albo przechadzała się w pobliżu.

Poszukiwania nie dały żadnego rezultatu. Clyde z ojcem poszli do rogu, a nawet dalej na Missouri Avenue. I tam jej nie było. O dwunastej wrócili, oczywiście mocno zaniepokojeni. Spodziewali się jeszcze, że może powróci, ale wybiło wpół do pierwszej, pierwsza, wpół do drugiej, więc zatrwożeni postanowili dać znać do policji. Lecz Clyde wszedłszy jeszcze raz do pokoju siostry spostrzegł kartkę, która uszła dotychczas oka macierzyńskiego, przypiętą do poduszki panieńskiego łóżeczka. Domyślił się w jednej chwili, co to znaczyć miało, gdyż sam, projektując nieraz ucieczkę z domu, zamyślał w ten sposób zawiadomić rodziców, wiedział bowiem, że nie pozwoliliby mu dobrowolnie na wyjazd nie omówiwszy przedtem każdego szczegółu. A więc Esta zawiadamia... Schwycił kartkę, pragnąc ją przeczytać, lecz w tej chwili weszła matka i zobaczywszy list w ręku syna zawołała:

— Co to takiego?... List?... może od niej?

Oddał. Matka zaczęła śpiesznie czytać. Gdy zwróciła się do drugiego pokoju, spostrzegł, że jej czerstwa, ogorzała twarz stała się blada, grube usta zacisnęły się i tworzyły prostą, wąską linię. Wielka, silna ręka drżała trzymając w górze małą kartkę.

— Asa — zawołała i pośpieszyła do drugiego pokoju, skąd widać było siwą, potarganą głowę męża. — Masz, czytaj to.

Clyde poszedł za nią i widział, jak ojciec wyciągnął drżącą nerwowo rękę. Zwiędłe usta poruszyły się machinalnie. Każdy, kto znał go lepiej, wiedział, że taki wyraz, jakby przesadnie hamujący zdenerwowanie, zjawiał się zawsze na jego ustach, gdy dosięgały go ciosy moralne.

— Ts, ts, ts — padł pierwszy dźwięk z tych ust, wyrażony przyciśnięciem języka do podniebienia, dźwięk słaby i niewłaściwy, jak się zdawało Clydowi. Raz jeszcze usłyszał te — ts, ts, ts — i głowa ojca zaczęła się chwiać z boku na bok.

— Co ją mogło skłonić do tego? — zapytał wreszcie, odwrócił się i spojrzał na żonę, która odpowiedziała mu zmieszanym spojrzeniem. I założywszy ręce z tyłu przechadzał się po pokoju trzęsąc głową i przebierając krótkimi nogami; stawiał śmieszne wielkie kroki. — Ts, ts, ts — cmokał znowu.

Na twarzy Griffithsowej wrażenia malowały się wyraźniej. Przez twarz jej przesuwały się kolejno uczucia irytacji, zniechęcenia wraz z piętnem bólu. Ponieważ mąż upuścił kartkę, podniosła ją, rzuciła raz jeszcze okiem i na twarzy pogłębił się wyraz niepokoju. Była przygnębiona i niezadowolona, jakby natrafiła na zaplątany węzeł, którego rozplątać nie mogła, jak ktoś, kto zaciska zęby, żeby się nie skarżyć, a jednak pragnąłby wydać jęk bólu, żałosny, gorzki. Poza nią były całe lata szczerej wiary i pracy religijnej i jej prostoduszne sumienie mówiło, że tego rodzaju próba powinna była jej być oszczędzona. Gdzież w chwili występku był Bóg? Gdzież Chrystus? Dlaczego nie sprzeciwił się temu? Jakie znajdzie na to wytłumaczenie? Jak wyglądają teraz biblijne obietnice? Gdzie Jego nieustanna opieka? Jego zapewniane łaski?

W obliczu tak wielkiego nieszczęścia trudno jej było natrafić na właściwą drogę, przynajmniej na razie. Clyde patrzył na nią i wiedział, że długo błądzić nie będzie. W ślepej, dualistycznej czci i ona, i mąż jej wyłączyli Boga z całej tej sprawy. Fanatyzm ich, pewność Jego nieustannej opieki nie pozwalały na mieszanie Boga w tę sprawę. Szukali czegoś innego, złośliwego, zdradliwego, o zwodzicielskiej mocy, czegoś, co wobec wszechwiedzy Boskiej i Jego wszechwładzy umie tylko oszukiwać i zdradzać — i znaleźli w omylnym, perwersyjnym sercu ludzkim, które wprawdzie Bóg stworzył, lecz nim nie kieruje, gdyż nie chce kierować.

W pierwszej jednak chwili widać było w Griffithsowej tylko ból i gniew, lecz usta jej nie skrzywiły się tak jak jej męża, nawet w oczach nie ukazało się takie znękanie jak w jego oczach. Jeszcze raz przejrzała list prawie gniewnie i odezwała się do Asy:

— Uciekła z kimś i nie powiedziała...

Urwała nagle przypomniawszy sobie o obecności dzieci, gdyż Clyde, Julia i Frank stali tutaj i patrzyli ciekawie, pilnie, nieufnie.

— Chodź no — zawezwała męża. — Chcę z tobą chwilę pomówić. Dzieci niech idą spać. My też zaraz pójdziemy.

Udali się oboje do małego pokoiku za hallem. Dzieci usłyszały trzask przekręconego guzika elektrycznego, szmer cichej rozmowy — i popatrzyły na siebie.

Frank był jeszcze za mały — zaledwie dziesięcioletni — żeby mógł zrozumieć dokładnie, o co chodzi. Nawet Julia nie bardzo zdawała jeszcze sobie z tego sprawę. Jedynie Clyde, więcej stykający się z życiem, usłyszawszy zdanie matki: — Uciekła z kimś... — zrozumiał wszystko.

Esta zerwała z domem, jak on to miał zrobić. Może tam i był jeszcze ktoś, pewnie jeden z tych fircyków, których widywał na ulicy przy pięknych dziewczętach, i z takim musiała uciec. Ale dokąd? I kto to był? W tej kartce musiało coś być, ale matka nie pozwoliła przeczytać. Odebrała mu ją tak śpiesznie. Czemuż nie wziął jej ukradkiem i tylko dla siebie?

— Jak ci się zdaje, czy jej będzie lepiej? — zapytał Julii z powątpiewaniem w głosie.

Julia w chwili, gdy rodzice wychodzili z pokoju, przybladła i wyglądała jakoś dziwnie.

— Skąd ja mogę wiedzieć? — odpowiedziała z lekką irytacją. Czuła się dotknięta tajemniczością rodziców zarówno jak ich strapieniem i czynem swej siostry. — Nigdy nie mówiła nic do mnie. Myślę, że powinna wstydzić się tego!

Julia miała chłodniejsze usposobienie niż Clyde i Esta. Bardziej szanowała rodziców, w konwencjonalny co prawda sposób, i teraz bardziej im współczuła. Niezbyt dobrze rozumiała, o co tu chodzi, ale coś podejrzewała, bo ją już nieraz uświadamiały spotykane na ulicach dziewczęta. Oburzała się przede wszystkim na Estę za sposób, w jaki opuściła dom, porzuciła rodziców i rodzeństwo. Przecież to naprawdę straszne sprawić wszystkim tyle zmartwienia. W powietrzu czuć było nieszczęście.

Podczas gdy rodzice rozmawiali na osobności, myśli Clyda bezustannie krążyły dokoła tego tematu, bo takie sytuacje życiowe niesłychanie go interesowały. Co właściwie zrobiła Esta? Czy to może było coś takiego, o czym słyszał od chłopców rozmawiających na ulicach z dwuznacznym uśmiechem — coś na tle seksualnym? Ależ to naprawdę wstyd! Przecież ona nigdy nie będzie mogła powrócić do domu. Uciekła z jakimś mężczyzną... Dla dziewczyny bez wątpienia jest to coś złego, bo słyszał, że wszelkie przyzwoite stosunki między dziewczętami i chłopcami, mężczyznami i kobietami prowadzą do jednego celu — do małżeństwa. A tymczasem Esta co zrobiła?... Nie zważając na inne ich kłopoty... I tak przykre było ich życie, a teraz będzie jeszcze przykrzejsze.

Rodzice wyszli z pokoju. Matka, przygnębiona jeszcze, miała już mniej zacięty wyraz twarzy, lecz bardziej beznadziejnie zrezygnowany.

— Podobało się Esterze opuścić nas na jakiś czas — odezwała się widząc, że dzieci patrzą na nią wyczekująco. — Nie martwcie się o nią i nie myślcie o tym. Jestem pewna, że niedługo wróci. Postanowiła pójść własną drogą, przynajmniej przez jakiś czas. Miała widocznie jakieś powody ku temu. Bóg pewnie tak chciał.

— Niech będzie imię Pańskie pochwalone — wtrącił Asa.

— Myślałam, że ona czuje się szczęśliwa z nami — mówiła matka — ale widocznie tak nie było. Coś ją znęciło ku sobie...

Tu Asa wycmokał znów swoje — Ts, ts, ts.

— Ale niech złe myśli nie mają do nas przystępu. Nic dobrego z nich nie przyjdzie. Pożyteczne tylko są myśli dobre i serdeczne.

Mówiła to tonem twardym, sprzecznym z treścią słów, jak gdyby nimi uderzała.

— Miejmy nadzieję, że wkrótce przekona się, jakie szaleństwo popełniła, jaka to była z jej strony bezmyślność — i wróci. Nie może jej spotkać powodzenie na tej drodze, jaką sobie wybrała. Nie boska to droga ani Jego wola. Jest jeszcze zbyt młoda i popełniła błąd. Ale my możemy jej przebaczyć. Musimy. Serca nasze będą dla niej otwarte, miękkie i czułe.

Przemawiała jak na mityngu, lecz z twarzą smutną, twardą i chłodną.

— Teraz idźmy spać. Musimy się modlić za nią rankiem i wieczorem, o każdej porze dnia i żywić nadzieję, że nic złego jej nie dosięgnie. Wolałabym, żeby nie zrobiła tego — dodała, jakby zapominając o wszystkim, co się nie tyczyło Esty.

A Asa?

Clyde często potem myślał o ojcu, o jego zachowaniu w takiej chwili.

Zdawało się, że w jego duszy nic się nie działo samorzutnie, był tylko echem uczuć swej żony. Podczas jej przemowy stał przy niej śmieszny, mały, potargany, siwy, jakiś niestosowny.

— Niech będzie imię Pańskie pochwalone — wtrącał od czasu do czasu. — Serca nasze będą otwarte... Nie będziemy sądzili... Miejmy lepszą nadzieję... Tak, tak... Módlmy się do Pana... Amen. Ach, tak... Ts, ts, ts.

— Jeżeliby się ktoś o nią pytał — mówiła matka nie zwracając uwagi na męża, lecz patrząc na dzieci, które przysunęły się do niej bliżej — powiemy, że pojechała do moich krewnych do Tonawanda. Nie będzie to właściwie prawdą, ale przecież nie wiemy, gdzie jest i co jest prawdą w tym wypadku, i wreszcie ona może powrócić. Więc nie powinniśmy mówić nic takiego, co by mogło na nią rzucić jakiś cień, dopóki nic nie wiemy.

— Tak, módlmy się do Pana — westchnął Asa cicho.

— A więc, jeżeliby się kto czasem pytał, będziemy tak odpowiadali, dopóki nie dowiemy się czegoś pewniejszego.

— Naturalnie — zgodził się Clyde, a Julia dodała:

— Dobrze.

Griffithsowa zamilkła, spojrzała uważnie na dzieci i pochwaliła je spojrzeniem. Asa znów wycmokał swoje — Ts, ts, ts — i dzieci ruszyły do łóżek.

Clyde poszedł także spać, chociaż był strasznie ciekaw, co napisała Esta. Lecz wiedząc, że matka nie pozwoli mu przeczytać, udał się też do swego pokoju. Był bardzo zmęczony. Dlaczego nie rozpoczęli poszukiwań Esty, jeżeli mieli nadzieję, że wróci? Gdzie ona może być teraz... teraz, w tej chwili? Może jedzie gdzieś pociągiem? Z pewnością nie pragnie, żeby ją znaleźli... Nie byłaby wcale z tego zadowolona. On także nie cieszyłby się z tego, gdyby to o niego chodziło. A tak niedawno zastanawiał się, czyby nie drapnąć z domu, tylko był ciekaw, jakby to przyjęli rodzice. A tymczasem ona to przed nim uczyniła. Czy on poprawiłby sobie los w ten sposób? Rodzice zmartwiliby się także, ale Clyde nie uważał, żeby jego ucieczka była takim wielkim nieszczęściem. Czuł, że dzisiaj nie chodziło o sam fakt ucieczki, że poza tym jest coś nie w porządku. Cała ta praca misyjna jest wierutnym głupstwem. Wszystkie te pobożne gadaniny i religijne uniesienia są także głupstwem. Nie ocaliły Esty. Widocznie i ona nie wierzyła w to zbyt głęboko.

Rozdział IV 

Rezultatem tych rozmyślań Clyda było postanowienie, że musi stanowczo pomyśleć o swym losie, coś zdecydować i to jak najprędzej. Do tego czasu brał każdą pracę, jaka mu się zdarzyła, jak zwykle chłopcy między dwunastym a piętnastym rokiem życia. Jednego roku podczas lata sprzedawał gazety, w drugim roku sprzedawał tanią galanterię po pięć i dziesięć centów, a w soboty przez zimowe miesiące wzięto go do odpakowywania towarów w jednym z magazynów, za co otrzymywał olbrzymią sumę, bo pięć dolarów tygodniowo, co mu się wydawało niesłychaną fortuną. Uważał się za bogatego w porównaniu z rodzicami, którzy jednak nie pozwalali mu chodzić do teatru ani do kina twierdząc, że są to rozrywki nie tylko zbyt światowe, lecz i grzeszne. On jednak chodził czasami i tu, i tam, oczywiście na galerię i w tajemnicy przed rodzicami. Nie trapiły go z tego powodu wyrzuty sumienia. Uważał, że za własne pieniądze ma prawo pójść, gdzie mu się podoba, a nawet zabierał ze sobą swego brata, Franka, który też był z tego zadowolony i nie zdradzał go.

Pewnego dnia, idąc do szkoły, do której niechętnie chodził — widząc, że tak bardzo jest zapóźniony w naukach — na drzwiach jednego z mniejszych składów aptecznych zobaczył napis: „Potrzebny chłopiec“. Zaciekawiło go to. Wstąpił. Dowiedział się tam, że potrzebny jest praktykant przy fabrykacji wody sodowej. Skład ten mieścił się w sąsiedztwie teatru i woda sodowa miała tu wielki zbyt. Powiedziano mu przy tym, że jeżeli będzie chętny i pracowity, może łatwo nauczyć się tej pracy i wówczas będzie zarabiał piętnaście do osiemnastu dolarów tygodniowo. W składzie u Strouda na rogu 14 ulicy i Baltimore płacą tyle dwóm czeladnikom, tutaj jednak dają wykwalifikowanemu czeladnikowi na początek dwanaście, jak zwykle w podobnych zakładach.

Żeby jednak zdobyć żądane kwalifikacje, trzeba jakiś czas popracować pod kierunkiem fachowca. Tak twierdził młody człowiek, pod kierunkiem którego miał Clyde praktykować w składzie. Jeżeli Clyde chce dostać tu zajęcie, otrzyma na początek pięć dolarów — zresztą niech już będzie sześć — podoba mu się jego wygląd. Przypuszcza, że niedługo nauczy się tego fachu, nauczy się robić kombinacje słodkich napojów, przystrajać lody konfiturami i układać je do foremek. Lecz podczas praktyki musi zmywać i czyścić maszynę i wszystkie naczynia w pracowni; otwierać i zamiatać skład nie później jak o wpół do ósmej; wycierać kurze i słuchać wszelkich rozkazów właściciela. W wolnych chwilach, to znaczy, jeżeli pan Sieberling będzie tak zajęty, że nie będzie miał czasu wydać jakiegoś rozporządzenia, może pomagać przy przyrządaniu jakichś tańszych napojów — lemoniad, coca-colas i tym podobnych — jednym słowem, co wypadnie.

Clyde naradził się z matką i postanowił przyjąć taką miłą pracę. Miała ona wiele korzystnych stron. Przede wszystkim mógł, jak się domyślał, najeść się lodów do syta i to za darmo. Był to plus niemały. Poza tym miał się nauczyć wreszcie jakiegoś fachu, czego właśnie najbardziej pragnął. Przy tym, co nie było też do pogardzenia, praca ta wymagała jego obecności do późnej nocy, nieraz nawet do dwunastej, a w zamian miewałby wolne godziny podczas dnia, więc mógł nie bywać w domu na mityngach prócz niedzieli, a i to można by jakoś załatwić, bo domyślał się, że w niedzielę po południu i wieczorami będzie także robota.

A te kartki bezpłatne do teatru, które każdy mechanik w tej fabryce otrzymywał, to też nie byle co. Teatr był tak blisko, że z jego przedsionka prowadziły drzwi do składu. Przecież to przyjemnie pracować w tak bliskim sąsiedztwie.