Trzy opowiadania science fiction - Adam Binduga - E-Book

Trzy opowiadania science fiction E-Book

Adam Binduga

0,0
8,00 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Trzy opowiadania science-fiction.
Próżnia: ludzkość jest zmuszona do życia pod ziemią, trzy gatunki ludzkie szukają ucieczki w kosmos lub głąb materii, fenomenalnie plastyczna sceneria, opowieść o sensie ucieczki z niespotykanym zwrotem akcji.
Nosiciel: człowiek jest autonomiczną jednostką, czy nosicielem obcego organizmu? Zaskakująca fabuła wplątana w aktualną geopolitykę. 
Paradygmat: pamięci K. Gödla, w futurystycznym świecie technologia odpowiada na niemal wszystkie pytania poza tymi najważniejszymi stawianymi od prawieków.
Ciekawa propozycja literatury science-fiction w krótkiej formie narracyjnej.
Adam Binduga, autor wszechstronnej, wyjątkowej na polskim rynku publikacji o pomidorze „Pomidornik. Podróże po dziejach pomidora”, cyklu „Ballady metafizyczne”, zbiorku „Trzy opowiadania science-fiction” oraz antologii ośmiu opowiadań "Opowiadania o niewinności".

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2025

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Adam Binduga

TRZY OPOWIADANIA SCIENCE FICTION

TRZY WIZJE PRZYSZŁOŚCI PRÓŻNIA, NOSICIEL, PARADYGMAT

Autor: Adam Binduga

Copyright © Adam Binduga

ISBN: 978-83-976879-3-6

Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, publikowanie i rozpowszechnianie utworu bądź jego fragmentów bez zgody autora zabronione.

© Adam Binduga, 2025

Próżnia, ludzkość jest zmuszona do życia pod ziemią, trzy gatunki ludzkie szukają ucieczki w kosmos lub głąb materii, fenomenalnie plastyczna sceneria, opowieść o sensie ucieczki z niespotykanym zwrotem akcji. Nosiciel, człowiek jest autonomiczną jednostką, czy nosicielem obcego organizmu? Zaskakująca fabuła wplątana w aktualną geopolitykę. Paradygmat, pamięci K. Gödla, w futurystycznym świecie technologia odpowiada na niemal wszystkie pytania poza tymi najważniejszymi stawianymi od prawieków.

Książka powstała w inteligentnym systemie wydawniczym Ridero

dla Maurycego

Próżnia

W rocznicę tysiąclecia koronacji Bolesława Chrobrego

— Gorszej nory nie mogłeś znaleźć? –Dżela odruchowo położyła dłoń na swoim brzuchu.

— Nigdzie indziej nie chcieli się ze mną spotkać. Zresztą co nam może jeszcze zaszkodzić? — odparł obojętnie Protor.

— Nie chodzi mi przecież o nas. — szarpnęła go za rękaw. Odwrócił się i spojrzał na nią. Często zastanawiał się dlaczego z nią jest. Znał tyle piękniejszych kobiet. Dżela nie była piękną kobietą, choć piękno, tutaj, kilkaset metrów pod ziemią, zmieniło swoją tradycyjną formę; wciąż było jednak nagrodą za udaną adaptację środowiskową. Dżela jeszcze nie miała łusek, skorupy, nie straciła owłosienia i miała niezły wzrok, a jej skóra była jednolita, bez żadnej plamki.

W korytarzu było coraz więcej bocznych wejść, przez które wchodziło i wychodziło coraz więcej ludzi z różnych poziomów subterry. Można było wszystko kupić: świeże owoce, warzywa, mięso, lekarstwa, broń, narzędzia, nowe spejsery. Dymiły prowizoryczne garkuchnie i wabiły niezwykłym aromatem turkusowe kostki rozkoszy. Rozbrzmiewała muzyka.

Pancerzaki, ludzie o plecach i głowie pokrytych łuskami, specjalizowali się w stosowaniu wiedzy technicznej. Ich paznokcie przekształciły się w ostre, twarde i cieniutkie narzędzia o niepowtarzalnych kształtach. Byli bardzo spokojni, a gdy patrzyli w bok wyginali w charakterystyczny sposób całe ciało.

Bielaki byli pozbawieni owłosienia, o skórze niemal przezroczystej i gdyby nie nosili specyficznych dla siebie tunik, kończących się tuż nad kolanami, w ich klatce można byłoby dostrzec bijące serca i tętniące pajęczyny naczyń krwionośnych. Protor miał kiedyś bielacką kochankę. Była jak ocean.

Tuniki bielaków były pokryte tysiącami poziomych linii o różnych, zmieniających się barwach. Każdy bielak emitował widmo świetlne właściwe tylko jemu. Były dekoderem ciała, pragnień, emocji, bólu, wiedzy… Pozwalało im to przekazywać między sobą nie tylko ważne informacje, ale tworzyć specyficzną sztukę. Bielaki wytworzyły namiastkę odrębnej kultury. Większość znanych artystów była pochodzenia bielackiego.

Pomiędzy tymi dwoma gatunkami żył trzeci, tradycyjny, którego ciała nie wykazywały przeważających cech dywergencji w jedną lub drugą linię adaptacyjną pod ziemią. Dżela i Protor należeli do tej grupy.

— Po co rodzisz na takim świecie? -wyszeptała nagle przez zęby do Dżeli kobieta o czarnych, równo ułożonych cętkach na skórze i kilku kępkach włosów na głowie.

Dżela odepchnęła ją, szybko skręcili w następny korytarz. Skąd ona o tym wie? Pomyślała.

Szelest generatorów był tutaj cichszy. Pusty korytarz biegł idealnie prosto. Protor spojrzał jeszcze raz na spejsera, aby sprawdzić swoje położenie. Współrzędne się zgadzały, jednak żadnego wejścia nie było.

— Cholera, umówiłem się z nimi tutaj, a tu jest ślepy korytarz.

Spojrzał w dal, gdzie korytarz zlewał się w jeden punkcik. W tym momencie drzwi, na których znajdowała się ta iluzja, otworzyły się tuż przed nosem, a gdy zrobili parę kroków przed siebie — nagle zamknęły. Stali w mrocznym pomieszczeniu, usłyszeli kroki i ujrzeli zbliżającą się postać.

— Przepraszam, że nie mogłem stawić się osobiście. W tej chwili mam kilkaset podobnych spotkań jednocześnie. Zresztą ostrożność zwiększa szanse przeżycia. Siadajcie.

Dopiero, gdy usiedli a szklane ściany oślepiająco rozbłysły prawdziwym światłem słonecznym, ściąganym kilkaset metrów pod ziemię przez system zwierciadeł i filtrów przeciwpromiennych, oboje zmrużyli oczy, a Protor zauważył, że Belizerowi nawet nie drgnęła powieka na niebieskich, szeroko otwartych oczach, zniewalających zaufaniem.

Belizer rzekł:

— Może coś przekąsicie? Polecam szczególnie… Żałuję, że nie mogę zjeść z wami.

Zawsze nieogładzony Protor, mając dosyć wszechobecnych glonów w diecie, które Dżela niestrudzenie hodowała i przyrządzała by uniknąć pożywienia powszechnie znanego, rzucił się łapczywie na apetyczną porcję mięsa z warzywami. Dżela kopnęła go pod stołem. Nie znosiła tej grubiańskości. Ona także wiele razy dziwiła się sobie, że jest z kimś takim jak on.

— Tym razem kontenerowiec może wziąć na pokład trzy tysiące osób. Żadnego pancerzaka, ani bielaka. Tylko czyste jednostki ludzkie. Na statku znajduje się las mieszany strefy podzwrotnikowej z runem leśnym, sektor laguny morskiej strefy równikowej i sektor roślinności górskiej z prawdziwym, lodowatym potokiem i pstrągami. Udało nam się uzyskać idealny balans ekosystemów. Poza tym sektor wiejski, miejski, praca, szkoła, plaża, zima, itd. Jak to bywało dawniej. Nazwaliśmy go Gaja. To chluba Ojca, który wysłał już trzysta podobnych jednostek przez ostatnie pięćdziesiąt lat. Gaja-400 jest największa i najnowocześniejsza.

Dostępna odległość lotu jest praktycznie nieograniczona. Napęd w pełni odnawialny, nawet bariera czasu została skorygowana, posiadamy na wyposażeniu tysiąc komór semihibernacyjnych i klonotrony, gdyby czasoprzestrzeń nie dała się pokonać w jednym cyklu fenotypowym.

Protor pożerał następną sztukę mięsa, a Belizer wydał się Dżeli nawet uprzejmy i przyzwoity, jak żywy, tylko ten dobór słów, których do końca nie rozumiała.

— Najważniejsze jest to, że zostaliście genetycznie zakwalifikowani. Gratuluję wam, bo nie zdarza się to często, jest nas coraz mniej… Możecie czuć się dumni i wyróżnieni. Będziecie prakolebką nowej ludzkości. Miło patrzeć, gdy ktoś ma taki apetyt, panie Protorze. Proszę o pytania.

— Kiedy uciekamy? — spytała Dżela, nie mogąc znaleźć lepszego słowa.

— Niebawem, cztery może pięć dni, ale musicie jeszcze przejść test behawioralny. To formalność. Prawie nigdy nie zdarzyło się, aby kwalifikacje genetyczne zawiodły.

— Prawie? — rzucił poirytowany Protor i w tej samej chwili poczuł ból brzucha. Przeżarłem się, pomyślał i spytał:

— Gdzie jest łazienka?

— Niebieskie drzwi.

Włożył łeb pod strumień zimnej wody, a gdy podniósł i spojrzał w lustro ujrzał za sobą… Belizera.

— Co ty tu robisz?

— Musisz ją zostawić.

— Kogo?

— Nie udawaj idioty. Ona nie może lecieć z tobą.

— Dlaczego?

— Ona jest trefna. Przecież sam wiesz. Żywy relikt.

— Albo my dwoje, albo koniec z tymi genowymi bredniami!

Protor szybko wyszedł i ku swojemu zdziwieniu spostrzegł, że ten sam Belizer siedzi i rozmawia przy stole z Dżelą jak gdyby nigdy nic. Prezentował wizualizację najnowszego kontenerowca. Wrócił więc szybko do łazienki i zobaczył ponownie tego samego, lecz innego Belizera, stojącego nadal przy lustrze. Jeszcze raz odchylił drzwi i popatrzył na niego, który gestykulując rozmawiał z Dżelą. Byli identyczni. Belizer, ten kolejny obok niego, uśmiechnął się i pokiwał szyderczo palcem.

— O co tu chodzi?

— Przecież mówiłem ci, że załatwiam wiele spraw w jednym czasie.