4,95 €
Przewodnik "Ukraina. Zachód. Wschód", jest przeznaczony dla ludzi, mieszkających jak w naszym kraju, tak i za granicą, którzy lubią samodzielnie planować podróże, odkrywać dla siebie nowe trasy i miejsca. Z jego pomocą można opanować do 30 porywających tras na zachodniej i wschodniej Ukrainie, dowiedzieć się o położonych wzdłuż trasy ciekawych miejscach, muzeach i zabytkach, poprawnie wybrać okres wyprawy, aby nie tylko cieszyc się z nowych odkryć, ale też odwiedzić święta i festiwale lokalne. Autor tej książki za kierownicą samochodu przemierzył tysięce kilometrów i opowiedział nie tylko o instrukcjach i zabytkach, ale też o stanie dróg, po których zdarzy się turystom docierać do celu podróży. Poza tym, autor udziela informacji o muzeach, hotelach, miejscach odpoczynku i rozrywki, co też niewątpliwie, ułatwia planowanie tras dla podróżnych. Książka jest ilustrowana zdjęciami autora.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 325
Veröffentlichungsjahr: 2020
Ukraina Zachód. Wschód Автор: Andrij Tychyna ISBN 978-966-03-8503-0 Copyright © 2020, Folio Publishing
Przewodnik "Ukraina. Zachód. Wschód", jest przeznaczony dla ludzi, mieszkających jak w naszym kraju, tak i za granicą, którzy lubią samodzielnie planować podróże, odkrywać dla siebie nowe trasy i miejsca. Z jego pomocą można opanować do 30 porywających tras na zachodniej i wschodniej Ukrainie, dowiedzieć się o położonych wzdłuż trasy ciekawych miejscach, muzeach i zabytkach, poprawnie wybrać okres wyprawy, aby nie tylko cieszyc się z nowych odkryć, ale też odwiedzić święta i festiwale lokalne.
Autor tej książki za kierownicą samochodu przemierzył tysięce kilometrów i opowiedział nie tylko o instrukcjach i zabytkach, ale też o stanie dróg, po których zdarzy się turystom docierać do celu podróży. Poza tym, autor udziela informacji o muzeach, hotelach, miejscach odpoczynku i rozrywki, co też niewątpliwie, ułatwia planowanie tras dla podróżnych.
Książka jest ilustrowana zdjęciami autora.
Podróż po Ukrainie o długości 25 000 kilometrów — tak można krótko scharakteryzować treść książki, którą trzymasz w ręku. Mniej-więcej tyle nakręcił drogomierz mojego crossover'a „Subaru Forester" w ciągu ostatnich dwóch lat, dopóki wojażowałem po kraju po trasach znajomych i nowych, szykownych głównych trasach i prawie pełnym bezdrożu, dużych miastach i głuchych wsiach, rozwijających się i doszłych do upadku kurortach. Moim celem były cuda przyrody i zabytki historyczne, przereklamowane rezerwaty i zapomnięte rumowiska, ciche plaże i ekstremalne atrakcje; i zawsze — ciekawi ludzie, którzy kochają swoją ziemię, ubolewają za jej przyszłość i robią coś konkretnego po to, aby zwiększyć jej atrakcyjność turystyczną.
Podstawą tej książki zrobiła się seria z kilkadziesiąt reportaży, opowiadających o możliwościach turystycznych różnych regionów naszego kraju. One prawie wszystkie oi są zjednoczone połączone są w niewielkie cykle, każdy, z których może zrobić się wycieczką na weekend dla twojej podróży do jakiejkolwiek części Ukrainy, pomijając tylko czasowo niedostępne dla wolnego zwiedzania rejony Donbasu i Krym.
Wszystko, co tu jest opisane widziałem na własne oczy, o czymś opowiadali mi ludzie, dzieląc się swoją wiedzą wrażeniami. Wszystkie potrawy kuchni regionalnych kosztowałem na smak i zapisywałem przepisy. Wszystkie wspomniane przeze mnie hotele i restauracje sprawdziłem osobiście, wybierając tylko najlepsze lub bezalternatywne, jeśli innych wariantów obok po-prostu nie ma (zresztą, niektóre lokale od momentu publikacji mogły się zamknąć, natomiast, być może, pojawiły się nowe). Oddzielnie jest opisany stan dróg na wszystkich trasach, co też ważne przy wyborze kierunku podróży.
Jeśli otworzyłeś tę książkę, a więc, albo już należysz do kohorty wędrowców, albo na serio zastanawiasz się o tym, by zobaczyć i odczuć Ukrainę w całej jej różnorodności przyrodniczej i kulturowej. Uwierz, te wrażenia osobiste warte są poświęconego urlopu albo chociażby weekendu. Spodziewam się, że historie, które tu przeczytasz, raz jeszcze przekonają Cię w tym. I spakujesz torbę podróżną, zatankujesz pełny bak paliwa, wrzucisz do auta tę książkę i powędrujesz tam, gdzie poprowadzi Cię twoja pasja do niezbadanego.
Życzę miłego czytania i jaskrawych przygód!
Andrij Tyczyna
W szczyt zimy powędrowaliśmy na zaśnieżone Podkarpacie. Na pierwszym etapie podróży zaglądaliśmy do kołebki Galicji poszukiwaliśmy pozostałości twierdzy stanisławowskiej znaleźliśmy łódź pogrzebową woja skandynawskiego.
Trasa: Halicz—Krylos—Iwano-Frankiwsk
Czy obwód iwanofrankowski już w UE? Drogowskaz na wjeździe do miasta opatrzony okazałą tabliczką z niebiesko-gwiaździstym sztandarem UE. Przejeżdżając koło kreatywu eurointegracyjnego tutejszych radnych, samochód podskakuje na kolejnej dziurze. Sądząc ze stanu dróg, Podkarpacie narazie nie zrobiło się bliższe do Europy, aczkolwiek wyprzedza według tego wskaźniku sąsiedni obwód lwowski.
Droga:
Sześćset kilometrów od Kijowa do Iwano-Fran-kiwska można pokonać kilkoma drogami alternatywnymi, każda z ich ma swoje wady. Tym razem jechaliśmy łataną-przełataną trasą N-09 z kierunku rohatyńskiego. W tyle pozostały pomnik urodzonej w Rohatyniu Nastii Lisowskiej, bardziej znanej na świecie, jako Roksołana, żona sułtana tureckiego, a także apokaliptyczna chmura smogu nad kominami elektrowni bursztyńskiej, jednej z największych elektrowni cieplnych Ukrainy. Przed nami most przez Dniestr, który rozdziela
obwód iwanofrankowski na dwie nierówne części. Tu nudne równiny Opola, a tam, za rzeką — dużo obiecujące podgórza Karpat. Ze wszystkich zakątków Ukrainy w zimie ciągną tam werwice samochodów osobowych, obciążone manelami narciarskimi.
Halicz: druga linia obrony
Mosiężny książę Daniel Halicki, chowając w fałdach płaszcza goły miecz, podejrzliwie spogląda z konia na mieszczan spacerujących centralnym placem Halicza. Widać, że nie ufa miejscowym potem, jak stale intrygujące tutejsze bojarzy w roku 1230 urządzili spisek i mało nie otruli młodego władcę. Dopiero po 15 latach on ostatecznie umocnił się w Haliczu, jednocząc w swoich rękach ogromne księstwo Halicko-Wołyń-skie. Manewrując króciutkimi uliczkami obecnego miasta rejonowego, trudno jest sobie wyobrazić, że w okresie rozkwitu to było jedno z trzech największych miast Rusi. Dawną jego skalę można ocenić najwyżej z makietu obok cerkwi Bożego Narodzenia (XIV w.).
Archeolog Igor Krehowećkyj zauważa mój pytający pogląd i mówi, że w czasach książęcych to było zaledwie portowe przedmieście, a śródmieście znajdowało się wśród wzgórz ze strony położonej naprzeciwko od szeregów miejskich dzielnic i iskrzastego wygięcia rzeki.
Stoję na górze obok zrekonstruowanej wieży zamku starostyńskiego z dwoma współpracownikami naukowymi rezerwatu „Halicz Starożytny" i dozorcą. Rozmawiamy o perspektywach zatrzymania się prac restauracyjnych tego zabytku architektury.
Według słów Igora Krehowećkiego, teraz rezerwatowi ledwie wystarcza pieniędzy na wypłatę pensji. Jaka tam renowacja! Nawet rozkopy archeologiczne generalnie odbywają się kosztem pomocy sponsorskiej niemieckich kolegów. Zresztą, każdy sezon daruje archeologom nowe odkrycia.
Igor entuzjastycznie opowiada, jak na zachodnim stoku góry doszło do osuwiska i otworzyło się mnóstwo fragmentów ceramiki, gwoździe żelazne, pozostałości murowań z cegły. Kiedy badano taras na terytorium tego osuwiska, znaleziono ślady fortyfikacji bastionu XVII w. Wiadomo, że zamek starostyński zbudował w roku 1658 starosta halicki Andrzej Potocki na fundamentach staroruskiej twierdzy portowej. Przedtem uważało się, że zamek był o prostym kształcie trójkątnym, ale badacze wysunęli wersję, że na tarasie znajdowała się druga linia obrony!
Biali Chorwaci
Do X wieku terytorium dzisiejszej Galicji i Wołynia było znane jako Biała Chorwacja, a jej mieszkańcy i o wiele później nazywali siebie Białymi Chorwatami. To był spokrewniony Słowianom związek plemion posiadający własny małozbadany ład państwowy, duże miasta oraz własną kulturę. Po przyłączeniu ich ziem do Rusi Kijowskiej przez księcia Włodzimierza Wielkiego Biali Chorwaci wymieszali się ze Słowianami, jednak właśnie uważają ich za przodków współczesnych Galicjan.
Szewczenkowe:
kronika w kamieniu
Mgła robi się coraz gęstsza, bardzo utrudnia orientację w terenie. Mówią, że zwiększona wilgotność tutaj — to zwykłe zjawisko: bliskość rzeki i amfiteatr wzgórz stwarzają jakiś szczególnie mokry mikroklimat. Polegam na podpowiedzi naszych przewodników i zauważam znaki orientacyjne po drodze: most przez Lukwę, pomnik Chmielnickiego, kaplica, pamiętny krzyż.
Z mgły zarysowuje się złudna sylwetka masywnej świątyni, w której architekturze poprzeplatały się linie stylu staroukraińskiego i romańskiego — prawie żadnego dekorowania zewnętrznego oprócz rzeźby ornamen-tacyjnej na portalu głównym. Przed nami jedyna, która zachowała się w całości budowla Halicza przedmongolskiego — cerkiew Św. Pantaleona XII wieku.
Budowla jest wykonana z rzetelnie dopasowanych do siebie ciosanych bloków z białego kamienia. Tym świątynia halicka różni się od swoich kijowskich i czernihowskich rówieśników, które w te czasy budowane były z plinty (płaskiej cegły).
Cała budowla po swoim obwodzie ozdobiona jest niezliczoną ilością rysunków i napisów.
Generalnie to są krzyże w różnych kształtach, ale są również sylwetki koni, jakichś budynków, figury abstrakcyjne, rzadko inskrypcje w języku starocerkiewnosłowiańskim albo na łacinie. Niektóre można datować — z nich archeolodzy badają historię Halicza. Tak, jedna z inskrypcji świadczy, że cerkiew została założona przed 1194 rokiem przez księcia Ha-licko-Wołyńskiego Romana Mstysławowicza i nazwana dla uczczenia jego dziadka, księcia kijowskiego Iziasława, chrześcijańskie imię którego było Pantaleon (Pantelejmon).
Krzyż rozkwitający
Wśród licznych rysunków świątyni Św. Pantaleona za najbardziej ekspresyjny uważa się krzyż rozkwitający—wczesnochrze-ścijańskisymbol zwycięstwa życia nad śmiercią. Jego można zobaczyć też na herbie współczesnego Halicza.
Cerkiew Świętego Pantaleona
Krylos:
grób ojca-założyciela
Dojeżdżamy do centrum Halicza Książęcego. Archeolog Oleg Melnyczuk opowiada, że istniał tu skomplikowany system budowli obronnych z kilkoma liniami potężnych wałów.
Wychodzimy na Kryloską górę, położoną za pięć kilometrów od dzisiejszego Halicza, naprzeciw muzeum architektury ludowej. Najwyższe miejsce na grodziskie wyróżnia kurhan grób Halicy. Zgodnie z legendą, tu pochowany ojciec-założyciel miasta — książę plemienia Białych Chorwatów Halica. Wewnątrz archeolodzy nie tak dawno ujawnili symboliczny grób sławnego woja skandynawskiego X wieku: łódź pogrzebową, skandynawski miecz Skaramasaks, pozłotę od tarczy, siekiery i t.p. W kronikach mówi się o „inauguracyjnym" rytuału wchodzenia nowych książąt na grób Halicy. W świadomości ludu takie tradycje przechowują się długo.
Oleg Melnyczuk pochodzący z Krylosa, ukończył Kosowskie technikum artystyczne. I w roku 1994 został współpracownikiem Narodowego rezerwatu „Halicz Starożytny". Oleg chlubi się w tym rozkopami pozostałości dużego pałacu książęcego na terytorium dziedzińca.
Cerkiew Zaśnięcia NMP w centrum grodziska zbudowana została w XVI wieku z materiałów, które pozostały po zburzonej przez Mongołów Katedry Zaśnięcia NMP, która była główną świątynią książęcego Halicza, — trzeciego według rozmiaru miasta Rusi Starożytnej. Na wielu blokach kamiennych widać fragmenty fresków staroruskich, reliefów i inskrypcji. Po zburzeniu miasta przez hordę i przeniesieniu stolicy Galicji do Chełma, a potem do Lwowa, Halicz jeszcze długo pozostawał jako główne centrum duchowe ziem zachodnioukraińskich, rezydencją Metropolity Halickiego. Nawet obecna nazwa wsi ma znaczenie sakralne — po grecku słowem„kly-ros" w starych czasów nazwano wyższe duchowieństwo. Kolekcję osobistych wiszących pieczęci biskupów pokazują nam w dawnych
Pokojach metropolity — swego czasu tu była letnia rezydencja metropolity greckokatolickiego Andrija Szeptyckiego. Właśnie on jako pierwszy zainicjował stworzenie muzeum w Haliczu.
Archeolog Igor Krehowećkyj wyjaśnia dlaczego Halicz dotychczas nie zamienił się w turystyczną Mekkę: „W czasach Związku Sowieckiego było niemodne wspominanie Halicza jak jednego z centrów państwowości staroruskiej"
Na pytanie, co że teraz przeszkadza promocji rezerwatu, odpowiada: „Przecież widzieliście nasze drogi."
Smok Halicki
Smokiem Halickim nazywają rzeźbę skrzydlatego smoka na bloku kamiennym w wewnętrznym murowaniu Cerkwi Zaśnięcia NMP (po lewej stronie od wejścia). Zamiast płomienia z jego paszczy wyrasta Drzewo życia. W dialekcie huculskim „halica" — to wąż. Są teorie, że skrzydlaty smok był pierwszym symbolem Halicza.
Studnia Książęca
Ponad tysiąc lat płynie woda ze studni Książęcej na stoku Kryloskiej góry. Zgodnie z legendą, źródło zaistniało od ciosu miecza książęcego podczas długotrwałego oblężenia Halicza, kiedy znękane pragnieniem obrońcy miasta już gotowi byli się poddać.
Muzeum historii Starożytnego Halicza
wieś Krylos, ul. I. Franki, 1
Muzeum architektury ludowej Podkarpacia
Krylos, trasa N-09
Iwano-Frankiwsk: w poszukiwaniu Stanislawowa
Droga z Halicza do Iwano-Frankiwska nie sprawia szczególnego kłopotu — asfalt bez dziur, powolnych ciężarówek mało. Ale oto na podjeździe do centrum miasta potok samochodów uszczelnia się, dopóki nie upiera się w głuchym korku na skrzyżowaniu Halickiej i Dnisterskiej. Wszystko jasne dzień targowy rynek blisko, żywiołowe parkowanie aut, piesi przechodzą przez jezdnie. ci kierowcy, co się nie przyzwyczaili do ekstremalnych warunków ruchu ulicznego szczelnie korkują skrzyżowania, blokując ruch. Usiłuję pójść bocznicą i okazuję się w skomplikowanym labiryncie dróg jednokierunkowych, gdzie bez dobrego nawigatora nietutejszy kierowca po prostu się zgubi. Iwano-Frankiwsk — miasto niewielkie(ludność — blisko 250 tysięcy), lecz tu władzom czas pomyśleć o bardziej skutecznej organizacji ruchy w związku ze wzrostem poziomu motoryzacji ludności. Turystyczną latarnią morską w Iwano-Frankiwsku służy 50-metrowa wieża ratusza z zegarem w samym centrum strefy dla pieszych. Przy niej pracuje bardzo przydatne centrum turystyczno-informacyjne z mapami, planami oraz certyfikowanymi przewodnikami wycieczek. Wewnątrz kilka ciekawych wystaw muzealnych, do których zdarza się przedostawać przez tłumy numizmatyków na parterze. interesuję się u opiekunek, gdzie mogę zobaczyć miecz Skramasaks z grobu halickiego. Okazuje się, że ta rzecz teraz na renowacji, lecz mnie przeprowadzają do działu historii, chwaląc się też innymi rodzynkami w ekspozycji: bronią polską i kozacką, sarkofagiem kamiennym księcia Jarosława Ośmiomysła, a także makietą Stanisławowa średniowiecznego, jak nazywało się to miasto od momentu założenia w 1662 roku przez starostę halickiego Andrzeja Potockiego. Na makiecie dobrze widać prawidłowe wielokątne planowanie umocnień bastionowych o kształcie gwiazdy. Teraz miejsca usytuowania zburzonych przez Austriaków wałów można zaledwie odgadnąć na mapie. Jedyny, zachowany bastion twierdzy stanisławowskiej przekształciło w centrum handlowe
Makiet średniowiecznego Stanisławowa
Andrzej Potocki — założyciel Stanisławowa
ze sklepikami, i bardziej przypomina przejście podziemne, niż autentyczne kazamaty. A były pałac Potockich stoi opuszczony w parku poza bramami frontowymi, chowając elewacje zniekształcone przez barbarzyńskie przebudowy. Kamienni rycerze na pylonach — to wszystko, co pozostało z honoru szlacheckiego dawnej magnackiej rezydencji.
Chociaż historyczny wizerunek miasta poniekąd jest mocno zepsuty przez niestosowne wstawki szarej radzieckiej zabudowy, spacerować nim ciekawie i komfortowo. Parę godzin włóczyliśmy się brukowanymi ulicami pieszej strefy, oglądając zabytkowe świątynie i zaglądając do nowych kawiarni, — starały się odczuć w Iwano-Frankiwsku Stanisławów. A potem zdecydowaliśmy się wyjechać niezwykłe prywatne muzeum, które po-poleca-no nam w centrum turystycznym.
„To muzeum zobaczyłem we śnie, i tak jego zbudowałem na swojej działce w kształcie koliby", — od razu przychwytuje do świata swoich pomysłów gospodarz muzeum zawodów rodzinnych Pan Roman Fabryka.
Jego fach podstawowy — dziennikarz. 23 lata temu on uczestniczył w tworzeniu pierwszego obwodowego kanału telewizyjnego. Jego program telewizyjny nazywał się „Wiadomości kraju" (regionu), i w obwodzie teraz przyjęło życzliwe zwrócenie się do społeczeństwa „szanowni krajany"
Pan Roman opowiada, że posiada ponad 30 różnych zawodów, że oto tę część domu oni z bratem i synem zbudowali swoimi rękami. A w młodości pracował, jako górnik w Workucie. Z jego hełmu, lampy górniczej, szufli i zaczęło się muzeum.
Niewielka przybudowa w zakątku ogrodu owocowego na siedmiu arach wypełniona jest narzędziami pracy i przedmiotami użytku domowego z różnych epok — od pługa do komputera. Wszystkie one tak czy inaczej reprezentują 150 zawodów rodziny Fabryk i ich przodków za ostatnie 200 lat.
„To nasi dentyści, to ginekolodzy i położni, to cieślowie, a oto nasi kolejarze — mój ojciec i dziadek, — pokazuje gwóźdź kolejowy i lampa-sygnałówka. — Nasza rodzina ma 270 lat wspólnego stażu kolejowego. Urodziłem się pod sygnał parowozu!"
Kamienny rycerz na pylonie bramy paradowej
Rozglądam szczegóły aparatu do pędzenia bimbru i interesuję się, czyj fach — ten oto węż?
W odpowiedzi słyszę: „Wszyscy pędzili, ale na liście nie ma — ten zawód był zabroniony".
Ktoś powie: „Muzeum motłochu", ale za wszystkimi tymi rzeczami idą różne historie, które gospodarz może opowiadać godzinami. Generalnie, główny eksponat tu — on sam, wcielenie najnowszych dziejów Iwano-Fran-kiwska.
Muzeum Zawodów Rodzinnych
Iwano-Frankiwsk, ul. Kijowska, 6a
Wycieczki po poprzednim umówieniu.
Stanisławów piwiarni
Jedna z faktyczne utraconych ciekawostek miasta — Stanisławowski browar Piotra Zedelmajera, na fasadzie którego paradują cyfry — 1767. Niestety, to zaledwie rekonstrukcja — w zrekonstruowanej hali warzenia piw mieści się zwykły fastfood. Ale od niedawnego czasu tradycji browarnictwa klasycznego w mieście zaczęli odradzać prywaciarze. Jedziemy na okolicę do dzielnicy portu lotniczego, gdzie już przez trzeci rok działa browar, produkujący piwo niepaste-ryzowane pod marką „Pańskie Stanislawów" Udaje się złapać w miejscu piwowara.
Dwudziestopięcioletni Artur Gawron, syn założyciela przedsiębiorstwa, odrazu zdradza „sekret firmy": „Mamy bardzo dobrą wodę — rzeka jest górska, woda do Frankiw-ska dopływa lekka, niepotrzebująca uzdatniania". Kilka lat temu rodzina otworzyła w mieście bar. Piwo tam sprzedawało się dobrze, ale zabrakło rodzynki — gatunków ekskluzywnych. Tak właśnie urodził się pomysł uruchomić swoją produkcję piwną.
Artur załatwia nam wycieczkę — pokazuje kadzi do warzenia, beczki, w których piwo fermentuje. Cały sprzęt i składniki — importowane. Warzą piwo jasne, pils, pszenne i ciemne. Czasami eksperymentują, mówi gospodarz, niedawno przygotowali piwo wiśniowe. Nie poszło — degustacja pokazała, że nie będzie popytu, w mieście nie przyzwyczaili się do takiego wykwintu.
Słowo „pański" w dialekcie galicyjskim można rozumieć jako „bogaty, obfity", a „Stanisławów" w nazwie marki, według piwowara, to danina pamięci historii piwnej miasta, odrodzić którą usiłują oni z ojcem. Teraz w wielu zakładach Iwano-Frankiwska można łyknąć piwa świeżo zwarzonego, w tym też gatunków ekskluzywnych.
„Zamawialiście stolik?" — precyzuje administrator pubu na końcu pieszej „stume-trówki"
Zakład pod sklepieniami ceglanymi zatłoczony jest przez odpoczywającą młodzież, chociaż dzień daleko nie wolny. Muszę się dosiąść za ogólny stół do rosyjsko-języcznego towarzystwa, oddającego hołd iwanofrankiwskiej horyłce pod gigantyczne placki ziemniaczane z mięsem i grzybami. Kiedy mi przynoszą drugie piwo, w budynku raptem znika prąd. Usunąć problem na bieżąco personel nie daje rady, i na stołach pojawiają się świece, wpakowując piwną piwniczkę do półmroku średniowiecznego. Publiczność wita zmianę w sytuacji optymistycznym łomotem toastów i stukiem kubków. Wydaje się teraz, że to nie modny pub, a prawdziwa stara tawerna: Iwano-Frankiwsk nareszcie ustąpił miejsce Stanisławowi.
Święto kowali
W strefie pieszej Iwano-Frankiwska wszędzie spotkacie rzeźby i kompozycje z metalu. To prace uczestników corocznego wiosennego Święta kowali, które jest organizowane w ramach Dnia miasta na początku maja.
Placek iwanofrankowski
Placki ziemniaczane to danie popularne wszędzie na zachodzie Ukrainy, ale placek iwanofrankowski — to coś szczególnego.
Gigantyczny placek z tartego ziemniaka na cały talerz gęsto polany sosem grzybowym, skwarkami i śmietaną. Jednej porcji wystarcza na dwóch! Taki punkt jest w jadłospisie większości tutejszych restauracji kuchni galicyjskiej.
Wycieczka po Iwano-Frankiwsku:
1. Pałac Potockich, lata 1672-1682
Iwano-Frankiwsk, ul. Szpitalna, 3 zamek-rezy-dencja Andrzeja Potockiego mieścił pałac piętrowy w stylu włoskim, fortyfikacje bastionowe i park w centrum dziedzińca zamkowego. Przebudowa dla potrzeb wojskowych zmieniła zespół do niepoznania (renowacja dopiero planuje się). Oprócz wejścia przez bramę para-dową, ze strony tylnej można zobaczyć pozostałości wałów obronnych.
2. Cerkiew Ormiańska, lata 1742-1762.
Iwano-Frankiwsk, ul. Virmenska, 6 Budownictwo kościoła dla wspólnoty ormiańskiej na żądanie gospodarza miasta częściowo sfinansowali konkurujący z Ormianami handlarze żydowscy. Teraz to Katedra Świętej Pokrowy Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (UAKP), bardziej znany jako „błękitna cerkiew".
3. Ratusz, 1932
Iwano-Frankiwsk, ul. Halicka, 4a Pierwszy ratusz zbudowano w Stanisławowie od razu po otrzymaniu prawa Magdeburskiego w roku 1662. Dzisiejsza budowla konstrukty-wistyczna służy jako muzeum krajoznawcze.
4. Kościół Kolegiacki, lata 1672-1703.
Iwano-Frankiwsk, pl. A. Szeptyckiego, 8 Herb „Pilawa" na wschodniej ścianie przypomina, że barokowo-renesansowy kościół Poczęcia Niepokalanego był miejscem pochówku rodziny Potockich. Teraz — muzeum artystyczne.
5. Bastion, XVII w.
Iwano-Frankiwsk, per. Fortecznyj, 1 W kazamatach bastionu zachodniego twierdzy stanisławowskiej w zamian zapasów broni i prowiantu teraz art. jubilerskie, perfumeria i drogie akcesoria.
Kościół Kolegiacki
Cerkiew Ormiańska
Katedra Zmartwychwstania Pańskiego
6. Katedra Zmartwychwstania Pańskiego, 1720-1763
Iwano-Frankiwsk, pl. A. Szeptyckiego, 22 W katedrze greckokatolickiej służył Andrzej Szeptycki do mianowania metropolitą. Nad wieżami w stylu klasycyzmu — charakterystyczne wierzchołki huculskie.
7. Wiczewy plac
Od placu z podświetlaną i poddzwięczaną fontanną zaczyna się „stumetrówka" (deptak) — piesza część ulicy Niepodległości, gdzie dużo letnich kawiarni i sklepów.
Restauracje:
Fran.Ko
Iwano-Frankiwsk, ul. Halicka, 9 Jedna z lepszych restauracji miasta łączy kuchnię autentyczną karpacką i wysoką europejską.
Churchill
Iwano-Frankiwsk, ul. Halicka, 31 Restauracja manieryzowana kultywuje styl angielski, nawet szef-kuchni jest z Londynu.
Legenda Pub
Iwano-Frankiwsk, ul. Siczowych Strilciw, 90 Popularny pub obok „stumetrówki" zawsze pełen ludzi. Doskonałe steki, firmowe piwo.
Boczka
Iwano-Frankiwsk, ul. Straconych, 3 (pl. Rynek) Sklepiona piwnica i taras w cieniu ratusza, strasznego rozmiaru placki i beczkowe piwo.
Wojciech
Iwano-Frankiwsk, ul. W. Czornowoła, 5 Knajpa z duchem i legendą o nocnym stróżu, wnętrzem w stylu etno i potrawami z pieca
Hotele:
Nadija
Iwano-Frankiwsk, ul. Niepodległości, 40 Największy hotel miasta wygodnie położony, świadczy maksymalną ilość usług.
Atrium
Iwano-Frankiwsk, ul. Halicka, 31 Niewielki komfortowy hotel w samym centrum: restauracja, Wi-Fi, parking przy wejściu.
Stanyslawiw
Iwano-Frankiwsk, ul. W. Czornowoła, 7 Budynek stary ale wnętrza nowe. Jakościowo, niedrogo i praktycznie w centrum.
MotelCZYK
Iwano-Frankiwsk, Kaluske szose, 15 Oryginalna „skrzywiona" budowla, „szachowy" bar, warsztat opon.
Formuła-1
Iwano-Frankiwsk, ul. Konowalca, 433a Prosty motel z kawiarnią i myjnią samochodów, wygodny dla autoturystów, udających się w Karpaty.
Droga zimowym Podkarpaciem doprowadziła nas na Huculszczyznę — krainę, gdzie baśń łączy się z rzeczywistością, a byt z twórczością. Po drodze udało się nauczyć się rozpisywać jajka wielkanocne, zapoznać się z klasyką ceramiki kosowskiej i spróbować najlepszą na świecie kaszę kukurydzianą.
Trasa: Kołomyja—Szeszory—Kosów
Wszystkowiedzący nawigator powiedział głosem „Nataszy": „Skręć w lewo". Już bym zrobił ruch kierownicą, jak raptem zauważyłem „cegłę" — w lewo skrętu nie ma. „Przeliczenie trasy", — beznamiętnie konstatowała „Natasza", i potoczyliśmy objeżdżać dzielnicę. Przyznać się, ja już nie po raz pierwszy w Kołomyji, ale zawsze w żaden sposób nie mogę się przyzwyczaić do dziwnego schematu ruchu na jednokierunkowych ulicach kompaktowego miasteczka. W odróżnieniu od większości średnio statystycznych miast rejonowych Ukrainy Centralnej i Wschodniej, w Kołomyji zachowała się gęsta „staroświecka" sieć wąziutkich uliczek z placem rynkowym w centrum (tam też obecnie główny bazar miejski), opasaną ulicami o elokwentnych nazwach: Walowa, Zamkowa, Krynyczna.
Plac Odrodzeniami „podmalowane" przełęczy. Natomiast wieś Szeszory cieszy po prostu szykownym równiutkim asfaltem.
Od razu jasne, że kiedyś tu był zamek i system fortyfikacji miejskich. I chociaż od Średniowiecza nie pozostało i śladu, podoba mi się przytulność, prowincjonalna inteligencja i jakiś niezauważalny glanc miasta powiatowego byłej okolicy Imperium Austriackiego. Dlatego będąc przejazdem zawsze pragnę zatrzymać się tu chociaż na godzinkę, aby pospacerować brukowanymi uliczkami, porozglądając się na odrestaurowane domki z naleciałością secesji wiedeńskiej.
Droga:
W tej części Podkarpacia stosunkowo nieźle pilnują za stanem dróg. Trasę N-10 Iwano-Fran-kiwsk—Kołomyja remontują przez cały rok na miarę zużycia starej nawierzchni. Droga generalnie prosta i równinna, co pozwala poza miejscowościami łatwo podtrzymywać szybkość blisko 100 km/h. W górach sytuacja jest gorsza. Na R-24 między Kołomyją i Kosowem — dwie niewielkie, ale porządnie rozbite i tylko miejsca-
Kołomyja:
„Klasztor" i pisanka-olbrzym
„Mnie Pan czeka?" — siwowłosy pan po cywilnemu, od zewnątrz całkiem nie podobny na duchownego, oderwał się od rozmowy z parafianami świątyni greckokatolickiej Św. Michała Archanioła. Tak, właśnie do ojca Iwana doradziła mi zwrócić się pani służąca, u której usiłowałem wyjaśnić, gdzie tu szukać święte źródło. Duchowny widocznie nie zrozumiał, o co mi chodzi.
„No ta, gdzie wodę nabierają, — bez pewności precyzowałem, już zaczynając mieć wątpliwości w swoim przewodniku elektronicznym. „A, Klasztor! To z tyłu świątyni, od razu za drogą", — odpowiedział duchowny.
Muzeum Pisanki
Generalnie, „Klasztor" to polskie słowo. Rzeczywiście, przed 1788 rokiem w miejscu cerkwi Św. Michała był średniowieczny klasztor dominikański. W pamięci ludowej to słowo przeniosło się na nazwę byłego źródła klasztornego.
Dowiedziawszy się, że przyjechaliśmy z Kijowa, ojciec Iwan rozgadał się i powiedział, że wcześniej woda w nim była lecznicza, przyjeżdżano za nią, z całej okolicy ale teraz już brudna, pić nie warto. Opowiedział
O tym, jak w mieście przeżywano Majdann i wydarzenia na Wschodzie. Narzekał na gnu-śną młodzież kołomyjską, która przesiaduje w knajpach pieniądze rodziców pracujących za granicą. Pochwalił się 15-metrową pięknością — choinką z rezerwatu Kniażdwir, własnoręcznie ozdobioną przez mieszkańców miasta na placu Odrodzenia przed ratuszem. Polecił spojrzeć na stroje huculskie w Narodowym muzeum sztuki ludowej Huculszczy-zny i Pokucia, założonym sto lat temu przez słynnego kolegę i działacza oświecenia Josa-fata Kobryńskiego. W małych miasteczkach patriarchalnych duchowni często stają się liderami opinii publicznej i swoistymi centrami komunikacyjnymi.
Nas jednak bardziej interesowało inne muzeum — prawdziwa wizytówka Kołomyi. Tego budynku nie pomylisz z niczym innym. Oryginalne pomieszczenie w kształcie gigantycznego jajka zbudowane w roku 2000 dla jedynego na świecie Muzeum Pisanki. To największe wielkanocne jajko na świecie — 13,5 m wysokości! W nim są zebrane tysiące pisanek o ornamentach tradycyjnych dla wszystkich obwodów Ukrainy. Zwłaszcza, najstarsza na świecie, znaleziona niedawno przez lwowskich archeologów. Z nią narazie pracują konserwatorzy. Ponieważ materiał jest bardzo kruchy i nietrwały, pracownicy muzeum z Kołomyi musieli opracować szczególną tajną technologię konserwacji i renowacji jajek wielkanocnych. A właśnie techniką malowania pisanek chętnie dzielą się ze wszystkimi, wyjaśniając znaczenie niektórych symboli i ornamentów.
Mistrzyni Pani Iryna Blonska, rysując pisaczkiem z gorącym pszczelim woskiem „krzywule" po powierzchni jajka, opowiada, że bardzo często na pisance rysowano „nie-skończonek"—falisty ornament, symbolizujący wodę i nieskończoność życia. Napisanie takiego skomplikowanego elementu było prawdziwym egzaminem dla młodych pisan-karek. A mianowicie „tratwę" (kratkę) często rysowały w Kosmaczu — on musiał ochronić od złych duchów. Proponuje i mi spróbować rozpisać jajko.
Oczyszczone od pozostałości wosku nad rozgrzaną świecą, wprost na naszych oczach urodził się malutki utwór sztuki, do którego też dołożyłem rękę. Doskonały upominek! Jeśli też tego zamało, to w sklepie z upominkami można, naprzykład, kupić rozmalowane strusie jajko za 500 hrywien.
Pokucie
Pokuciem nazywają historyczną krainę w południowo-wschodnim „kącie" Galicji pomiędzy Dniestrem i Karpatami. Liczne „kuty" (kąty) twarzą łączące się rzeki, Dniestr, Prut Czeremosz, a także ich dopływy. Tutejsi mieszkańcy mówią na siebie Pokucianie. W kulturze tej granicznej grupy etnograficznej Ukraińców dużo wspólnego z najbliższymi sąsiadami: Podolanami, Bukowinianami i Hucułami.
Josafat Kobryński
Ksiądz Josafat Kobryński, duchowny greckokatolicki z Myszyna pod Kołomyją, stał się symbolem odrodzenia narodowego na Pokuciu dzięki aktywnej działalności edukacyjnej i społecznej. Dokumenty kościelne on sporządzał tylko w języku ukraińskim, sam wydał ukraiński „Elementarz" i podręcznik z agronomii, pomagał tworzyć ukraiński teatr, zbierał środki na budowę Domu Ludowego. Jego parafianie zrezygnowali z alkoholu, przeszli na współczesne metody prowadzenia gospodarstwa wiejskiego i uświadomili siebie Ukraińcami.
Kołomyjki
Dziarski taniec ludowy, któremu towarzyszą krótkie żartobliwe piosenki z dwóch wierszy po 14 sylab urodził się w Kołomyji bardzo dawno, ale dopiero w drugiej połowie XIX wieku zdobył szeroką popularność. Te bardzo krótkie, ale przytym maksymalnie wyraziste historie z bytu ludowego, dość często na tle wydarzeń historycznych i konkretnych warunków społecznych. Kolo myjka jest żywa i teraz — rymowane dowcipy na aktualne tematy często brzmią na weselach w stylu ludowym, podczas festynów, w restauracjach etnicznych.
Festiwal „Pisanka"
yUsłyszeć najbardziej autentyczne kołomyjki bezpośrednio na ich ojczyźnie również wiośnianki, haiwki i po prostu ludowe piosenki można na festiwalu „Pisanka", który odbywa się w Kołomyi przez tydzień po Wielkanocy. Na festiwalu — jarmark mistrzów ludowych i twórcze warsztaty.
Wycieczka po Kołomyi:
1. Katedra Św. Michała Archanioła, lata 1855—1871
Kołomyja, ul. M Gruszewskiego, 11 Greckokatolicką Katedrę w Kołomyi nazywają „ruską cerkwią, ponieważ Ukraińcy Galicji od dawna nazywali siebie Rusinami. Malowidła wykonał znany malarz Kornylo Ustijanowicz.
2. Ratusz, 1877
Kołomyja, ul. M Gruszewskiego, 1 Herb z orłem na wieży neorenesansowej jest ratuszowym dziedzictwem od czasów Polski. W roku 1880 tu w areszcie policyjnym kilka godzin siedział pisarz Iwan Franko, aresztowany za naruszenie reżimu paszportowego (jeszcze przez 3 miesiące trzymano jego w więzieniu okręgowym)
Katedra Świętego Michała Archanioła
3. Plac Odrodzenia
Niektóre domy po obwodzie placu pomnikiem Tarasa Szewczenki (1990 r.) w centrum paradują elewacjami w stylu secesji. Najstarszą jest kamienica Nr 1 naprzeciw ratusza, w której przed II wojną światową mieścił się hotel Grand.
4. Muzeum sztuki ludowej
Kołomyja, ul. Teatralna, 25
5. Muzeum „Pisanka"
Kołomyja, ul. W. Czornowoła, 43b
Restauracje:
Impreza
Kołomyja, ul. Teatralna, 40/5 Arystokratyczna kawiarnia w duchu austriackim. Firmowe strucle po wiedeńsku i tort Schwarzwald.
Sztolnia
Kołomyja, ul. Teatralna, 35 Mroczna, ale przytulna piwnica z odizolowanymi wnękami. W jadłospisie jest niepaste-ryzowane piwo.
Koliba U wujka Wasyla
Szeparowcy, ul. Szewczenka, 4a Przedmioty wiejskiego bytu we wnętrzu, kelnerzy w strojach ludowych tradycyjna kuchnia huculska.
Hotele:
Pisanka
Kołomyja, ul. W. Czornowoła, 41 Kiedyś najlepszy hotel rejonu teraz podupadły, natomiast jest usytuowany wprost naprzeciwko muzeum „Pisanka".
Magnolia
Kołomyja, ul. Teatralna, 54a
Skromny mini-hotel z czystymi pokojami,
sauną, Wi-Fi. Czujny personel.
Szeszory: banosz nad wodospadem
Huculszczyzna powitała nas tuż na wyjeździe z miasta. Drewniana cerkiew Zwiastowania na „Monastyrku", zbudowana według kanonów huculskich bez jedynego gwoździa, uchodzi za jedną z najstarszych na Podkarpaciu (1587 rok). Najcenniejsze w niej — malowidła XVII wieku. Takie pociemniałe od czasu świątynie dalej będą często spotykane przez nas po drodze.
Droga w stronę Kosowa zwija się pomiędzy Pokuckimi górami po terytorium Parku Narodowego„Huculszczyzna". Nie zwracając uwagę na zimno za oknem, chce się uchylić jego aby inspirować się leśnym zapachem. W zimie po górach za bardzo nie pospacerujesz, dlatego od razu kierujemy się do wsi Szeszory do Srebrzystych wodospadów. To chyba jedna z najbardziej odwiedzanych przyrodniczych atrakcji Karpat, ponieważ do niej bardzo prosto jest dotrzeć — równa droga asfaltowa doprowadza do mostu w centrum wsi, prosto nad Małym Hukiem. Jego starszy brat Duży Huk głośno ryczy trochę wyżej z prądem, zaledwie w pięciu minutach chodu. Latem tu zawsze się roi: z autokarów łańcuszkiem ciągną tu grupy turystyczne, przewodnicy wycieczek, tyrając, przekręcają baśnie huculskie, handlarze upominkami rywalizując ze sobą wciskają niepotrzebne błyskotki, zgłodniałych karmią wątpliwymi szaszłykami. A w zimie — tylko skały i dzika woda na tle wiejskiego krajobrazu. Piękność! Tylko wygląd zamkniętej na zimę kafejki psuje panoramę, znaną z teledysku „Znaju ja" piosenkarki Rusłany.
Oto restauracja „Arkan" nad Małym Hukiem czynna przez cały rok. Najlepszy plac widokowy w Karpatach! Koktajl z kryształowego powietrza górskiego, świeżości wodnej i aromatu dymu z mangału. Koronna potrawa Karpat — pieczony pstrąg — serwują dla nas w towarzystwie jaskrawożółtego banoszu, posypanego gęsto słoną bryndzą. Według słów kelnera, prawidłowy banosz może być tylko z owczą bryndzą z połonin, która „pachnie Huculszczyzną"
Srebrzysty wodospad w Szeszorah
Na smak Huculszczyzna okazała się wyśmienitą!
Banosz
Gęsta i delikatna kasza z cienko zmielonej mąki kukurydzianej, ugotowana na śmietance albo śmietanie, — najpopularniejsze potrawa Huculszczyzny. Banosz podają ze słoną tartą bryndzą, niekiedy ze skwarkami albo prawdziwkami w śmietanie. Szczególnie smakuje ta powszednia potrawa pastuchów, jeśli jest przygotowana na ognisku albo w piecu.
Restauracja Arkan
Szeszory, ul. T. Szewczenki, 91 Otwarte tarasy prosto nad wodą z widokiem na wodospad. Huculska kuchnia. Świetnie przygotowują baraninę.
Kosów: w gościach u świętego Mikołaja
Jeszcze 15 kilometrów — i my w Kosowie, największym podkarpackim centrum sztuki ludowej i handlu upominkami. Żadnej z tutejszych atrakcji nie można porównać w popularności z Kosowskim bazarem! Raz w tygodniu duży plac obok mostu Kuckiego przez rzekę Rybnik, zapełnia się wszystkim, że huculscy mistrzowie dowożą na swoich lichych „żigulach" i skrzypiących furmankach z dalekich wsi: wyrobami z drewna, jaskrawą ceramiką, wełnianymi kocami, skurzanymi kamizelkami, torbami z wizerunkami. Sprzedają tu na ceny hurtowe. A już stąd towar z kolorytem rozjeżdża się po całej reszcie miejsc handlowych Karpat sprzedane przez pośredników kilka razy drożej. Zobaczyć tą upominkową obfitość można tylko w sobotę i tylko wcześnie rano. Mówią, aby zastać największy asortyment, należy przyjeżdżać nie późnej niż ósma rano. Przyjechaliśmy po południu, dlatego mogliśmy odwiedzić tylko Stary bazar obok dworca autobusowego w centrum.
Uśmiechnięty młody chłopak zaprasza do swojego sklepiku pod szyldem Folk Art, wypełnionego miskami, dzbanami, świecznikami, konikami zabawkowymi wąsatymi Hucułami z gliny, i proponuje wybrać cokolwiek z tradycyjnej huculskiej ceramiki pracy autorskiej Haliny i Michała Truszyków, zasłużonych mistrzów twórczości ludowej Ukrainy. Interesuję się, za ile są kafle. Cena do 120 hrywien za jedną tabliczkę wydaje się mi nieco zawyżoną, jednak sprzedawca zapewnia, że popyt jest. Mówi, że bogaci kijowianie poniekąd za raz kupują całą miesięczną pracę na ozdabianie dacz. Biorę tylko oryginalny magnes ceramiczny za 20 hrywien i przepytuję, gdzie można zobaczyć pracę mistrzów ceramiki na żywo. Okazuje się, że niektórzy mistrzowie już zorganizowały u siebie w sadybach muzea przyjmują turystów.
Z przedsionek macha nam zwyczajna wiejska babcia, zapraszając z wizytą, my wchodzimy do zwyczajnej wiejskiej chaty. Zdejmujemy obuwie w zwyczajnych sieniach. I tylko w zwykle obstawionym pokoju widzimy, że to nie przeciętny wiejski dom.
„Zapraszam serdecznie do rodzinnego muzeum ceramiki Wasyla Stripki, — wita nas żona 86-rocznego mistrza Pani Olga. — To wszystko jego własne prace. On samouk — to jego własny styl.
W tym samym stylu i syn pracuje, i synowa, i wnuk — trzy pokolenia".
Wszystkie meble w domu są zastawione ceramiką o przeróżnych kształtach. Oprócz zwyczajnego naczynia kosowskiego, tu dużo glinianych figurek ludzi i zwierząt, z motywami roślinnymi i po prostu abstrakcją. Gospodyni mówi, że u nich tylko rzeczy dekoracyjne, bytowych nie ma.
Pracownia — malutka chałupka w kącie podwórka. Sędziwy gospodarz jest zajęty pracą: nie zwracając specjalnej uwagi na gości, sprawnie wycina na glinianym talerzu cienki kontur przyszłego wizerunku. Po prostu dziwnie, jak dokładnie kładzie się nóż, wypisując jednakowe elementy rysunku absolutnie symetrycznego. Potem nad karbem będzie położona gliniana barwa — szliker, talerz pójdzie do wypalania w piecu przy temperaturze 950 stopni, i na wyjściu dzieło zaiskrzy się tradycyjnymi huculskimi kolorami: białym, brązowym, zielonym i żółtym. Powietrze, ziemia, zieleń i słońce.
Dziwie się, skąd w Kosowe tyle talentu. Na co drugim podwórku coś lepią albo wy-cinają.„Wcześniej jeden u drugiego przejmował, starał się zrobić lepiej, a tamten i sobie dawaj tak samo — oto i uczyli się jeden od drugiego", — śmiejąc się, objaśnia mistrz-samouk.
Teraz zawodowych artystów huculskich kształci Kosowski instytut sztuki stosowanej i dekoracyjnej. Metodyk Łesia Radysz chętnie zgodziła się pokazać nam muzeum instytutu, przy czym zadarmo. Oprócz wystawy prac dyplomowych absolwentów — coraz bardziej w stylu kultury Trypola — można tu zobaczyć pocieszne drobiazgi historyczne. Na przykład, dziwne inkrustowane działa drewniane wykonania Jurija, Szkriblaka, którego uważają za założyciela szkoły rzeźby huculskiej.
A z fabularnych rysunków na kaflach Oleksy Bahmatiuka można studiować historię kulturę regionu wieku XIX: żołnierze austriackie maszerują, panowie w bryczkach jadą, myśliwi zwierzynę biją, niedźwiedź na skrzypcach gra. Moim zdaniem, huculskie kafle ze scenami tematycznymi — to jedne z najciekawszych wyrobów twórczości ludowej w Kosowie.
Ale jeśli dla dorosłych Kosów — to sztuka ludowa, to dla dzieci — baśń. Przecież właśnie w Kosowe jest położona oficjalna siedziba świętego Mikołaja! Jeszcze zbliżając się do miasta zwróciliśmy uwagę na kilka dużych autokarów turystycznych obok bram Parku Narodowego „Huculszczyzna".
Nieco powyżej na górze stoi duży drewniany zrąb w otoczeniu jaskrawo ozdobionych choinek. A naokoło — hałas aktywnych dzieciaków. Raptem wszystko się ścisza, słyszy się dzwonienie dzwonków — i do bram wjeżdża długo oczekiwany gospodarz siedziby w błękitnej wizerunkowej odzieży i mitrze cerkiewnej na głowie. Półchrześćjański — półbajkowy bohater.
Jak wiadomo, ukraiński kolega Santa--Klausa i Dziadka Mroza rozwozi dzieciom prezenty do noc na 19 grudnia. Ale w inny czas też nie leniuchuje — regularnie otrzymuje pocztę, odpowiada na dziecięce listy i przejmuje gości. W okresie świątecznym ma najbardziej gorąco — ponad 20 tysięcy odwiedzających za sezon! Mi zdarzyło się poczekać, dopóki spłynie wzniesiona fala wierzących w cuda, aby porozmawiać ze współpracownikiem rezerwatu, czyj miły głos i porządna bródka bardzo organicznie wpisywały się do wizerunku świętego Mikołaja. Według jego słów, rocznie on otrzymuje ponad pięć tysięcy listów z najróżniejszymi prośbami. Dzieci proszą w zasadzie zdrowia dla siebie i rodziców, dobrobytu dla rodziny, i to jest bardzo dobrze. Zazwyczaj, zamawiają prezenty: zabawki, słodycze, odzież, czasem nawet i komputery. Bywają listy bardzo wzruszające, kiedy proszą, aby rodzice rzucili pić albo szybciej wrócili z zagranicy. Wszystkim obowiązkowo odpowiadamy.
Zwyczajnie, kosowski majątek świętego Mikołaja mocno ustępuje po rozmachu wsi Świętego Mikołaja w Laponii, ale prawdziwego ciepła duchowego tu w żaden sposób niemniej. Nic dziwnego, że u większości Ukraińców Boże Narodzenie i Nowy rok kojarzą się właśnie z Karpatami.
Ceramika kosowska
Ceramika mistrzów kosowskich — najbardziej znana odmiana garncarstwa huculskiego. Wytwarzają ją ze szczególnie jakościowej lokalnej gliny, którą są bogate okolice miasta. Kosowski rysunek odróżnia klasyczny zestaw kolorów: brązowy, żółty i zielony na białym tle. Najczęściej to ornamenty roślinne, wizerunki ptaków i zwierząt, ale też bardzo ciekawe — obrazki fabularne na tematy bytowe.
Jurij Szkriblak
Bednarz z Jaworowa Jurij Szkriblak spod Kosowa na początku XIX wieku został założycielem całego kierunku rzeźby huculskiej i założycielem dynastii snycerzy. Swoje drewniane beczułki, flaszki, kubki i talerze on zdobił niezwykle bogatym ornamentem geometrycznym, inkrustował gustownymi detalami metalowymi. Wystawy prac Szkriblaka odbywały się we Lwowie i w Wiedniu. Na nich jest zbudowana współczesna technika rzeźby huculskiej.
Majątek świętego Mikołaja
Pistyń, rejon kosowski
Siedziba czynna przez cały rok, ale o spotkaniu
ze Świętym Mikołajem w niskim sezonie trzeba
poprzednio się umówić.
Muzeum sztuki ludowej
Kosów, ul. Niepodległości, 55
Muzeum ceramiki rodziny StripkoKosów, ul. Gogola, 30Zwiedzanie — na poprzednie umówienie.Składka dobroczynna — mile widziana.
Tak rodzi się ceramika kosowska
Muzeum instytutu sztuki dekoracyjno-stosowanej
Kosów, ul. Mickiewicza, 2
Restauracje:
Legenda Karpat
Stare Kuty, ul. Kosiwska, 165a
Zajrzyj do „Koliby opryszków" i zamów zupę
grzybową w kociołku na ogniu oraz „woreczek
pastucha".
Hotele:
Kosiw
Kosów, ul. Niepodległości, 65a Centrum miasta, nowe meble w pokojach, stylowy bar w piwnicy. Może być zimno.
Sokilske
Tiudiw, ul.Zelena, 20
Przepiękny widok na góry, zwłaszcza na wschodzie. Wyciąg narciarski koliba, sauna i t.p.
Kamienny wartownik Podkarpacia i chuligańskie długopisy nad wodospadem. Zakończenie cyklu podkarpackiego schodziliśmy z gór do doliny, aby poszukiwać rumowiska polskiego posterunku, odwiedzić katownie NKWD dowiedzieć się tajemnice sera huculskiego.
Trasa: Pniów—Nadwórna—Jaremcze
„Mykułyneckie?" — przepytałem się u ekspedientki, z wątpliwością rozglądając etykietę. Przejeżdżając przez Mykułyczyn, zatrzymaliśmy się obok zrębu z intrygującym szyldem „Browar". Trzeba było wystać różnojęzyczną kolejkę z tymi, którzy życzą tuż z samego rana zakupić świeżo zwarzonego piwa.
„Nie-nie, mykułyczyńskie. Wprost tu warzymy, — czarnooka Hucułka w ciepłym bezrę-kawniku rzuca na miedziane kadzie napis „Huculskie" — Ale sprzedajemy tylko w Jaremczu i okolicach. No jeszcze w Iwano-Frankiwsku i Kołomyi w niektórych barach jesteśmy. A w zasadzie wszyscy tu kupują. W zimie, kiedy dużo ludzi, nawet musimy zwiększać produkcję*.
Ludzi na centralnej ulicy osiedla podmiejskiego Jaremczy rzeczywiście dużo. Cała droga od Worochty w stronę Nadwórnej — to nieprzerwana 45-kilometrowa kolejka miasteczek i wsi uzdrowiskowych: Tatarów,
Rumowiska zamku w PniowieDroga:Główna trasa uzdrowiskowa Podkarpacia N-09 jest w niezłym stanie przez cały rok. Świeże jesienne łaty narazie trzymają się. W Mykułyczy-nie skończył się wieloletni remont mostu, ale teraz zaczęły remontować most w Tatarowe. W szczycie sezonu narciarskiego ruch bywa bardzo intensywny, a możliwość do wyprzedzenia pojawia się rzadko — kręta górska droga obfituje zakrętami o ograniczonej widoczności.
Mykułyczyn, Jaremcze, Delatyn i tak dalej. Narciarze wynajmują tu mieszkania taniej jeździć jeżdżą do drogiego Bukowelu. Tempo budownictwa domków oszałamia — nowiutkie wielopiętrowe dwory cele w ogłoszeniach o obecności wolnych miejsc. Kiedy utrwali się stabilna śnieżna pogoda, takich ogłoszeń zrobi się o wiele mniej, a sprzedaży piwa wzrosną.
«A więc, to tradycyjny napój huculski?»— żartuję ze sprzedawczynią, dopóki bursztynowa wilgoć leje się do plastikowej butelki.
Sprzedawczyni uśmiecha się i mówi, że wszystko, co tu się wytwarza, — z produktów naturalnych, wszystko huculskie. I oferuje wędzony ser na przekąskę.
Degustować modernowe huculskie napoje i klasyczne przekąski będziemy wieczorem. A narazie jedziemy studiować historię ziemi Nadwórniańskiej.
Pniów: zamek-urząd celny i nafta ze studni
Przed Nadwórną skręcam w lewo na obwodnicę i bardzo szybko zaczynam o tym żałować. Nie chciałem tłoczyć się w korkach w centrum, no to masz — samochód aż jęczy, przerzucając się z wyboju do wyboju. Zresztą, przy tejże ulicy jakoś jadą i samochody z tutejszą rejestracją, a więc, alternatywne trasy nie są lepsze. Parę kilometrów cierpliwości — po prawej stronie spostrzegam na wzgórzu rumowiska zamku w Pniowie, należącego do polskich magnatów Kuropa-twow (XVI w.). Jeszcze w czasach księstwa Halicko-Wołyńskiego tędy przechodził szlak transkarpacki z Galicji na Węgry. Pniów był groźnym posterunkiem wartowniczym, a jednocześnie i też punktem celnym. Gospodarze miasta mieli dużą korzyść od opodatkowania ładunków handlowych, oto zamek był on duży i potężny — największy na Podkarpaciu. Jego dzisiejsi mieszkańcy też zbierają daninę z przejeżdżających — do otwartych drzwi naszego samochodu włożyły mokre nosy szczenięta-żebracy. U nas nie ma nic do pożywienia, ale od grupy polskich turystów pieskom szybko się udaje otrzymać kanapkę.. Turystyczny interes do obiektu widocznie jest, chociaż stan zamku, nie patrząc na zauważalne ślady prac konserwatorskich, pozostaje żałosny.
Autokary z turystami teraz zajeżdżają i na przeciwległy koniec wsi, gdzie na jesieni otworzyło się muzeum przemysłu naftowego Galicji, który kiedyś był podstawą gospodarki Podkarpacia. Na terytorium ośrodka szkoleniowego Naftogazu w Nadwórnej stoją drewniane wieże, pompy-bujaki, klepane cysterny oraz inny przedziwny sprzęt pracowników naftowych XIX wieku.
Trzydziestoletni inżynier z wydobycia ropy naftowej i gazu Pan Igor Guzijczuk, przewodniczący organizacji społecznej, która założyła muzeum, wymienia etapy rozwoju technologii: najpierw naftę wydobywały z dołów, potem zaczęli kopać studnie o głębokości 50-60 metrów. Potem zaczęli budować szyby wiertnicze z pomocą ręcznych obrabiarek odwiertu uderzeniowego. Rafineria w Nadwórnej, gdzie pracuje nasz przewodnik, jest jedną z pierwszych na Ukrainie. Przeżyła dwa okresy rozkwitu — na początku XX wieku i w lata 60-70-e. Teraz przedsiębiorstwo daje nie dużo — 330 ton nafty na dobę przeciw 1 460 ton półwieku temu. Ale kadry sobie przygotowuje dalej — wiele eksponatów muzeum są zrobione rękami uczniów technikum naftowego.
„Kiedy ciśnienie w otworze wiertniczym spada, musimy wykorzystywać pompy, — Igor klaska wyłącznikiem, puszczając w ruch cały system transmisji rzemiennych. Obrabiarki-bujaki dookoła nas odżywają. — Jeszcze sto lat temu inżynierowie wymyślili system łączników od jednej maszyny parowej, które by włączały do działania od razu kilka pomp. Teraz wiek XXI, a w Shodnicy taki przestarzały system działa dotychczas".
Nafciarz mówi, że, zwiększeniu wydobycia surowców energetycznych na Podkarpaciu teraz przeszkadza zacofanie techniczne branży. Zapasy nafty są jeszcze duże — na sto lat może wystarczać, ale dla jej wydobycia już są potrzebne nowe technologie. W takim razie sprzęt XX wieku można będzie zobaczyć tylko w ich muzeum.
Maniawa
„Atosem Karpackim" nazywają Skit Maniawski — ascetyczny męski klasztor o 400-letniej historii, w swoich czasach bardzo wpływowy w Galicji i na Bukowinie. Zdumiewają ściany kamienne, wieże obronne, drewniana świątynia jaskinia pierwszych mnichów pod Błogim kamieniem. Niedaleko — malowniczy Maniawski wodospad. Nie włączyliśmy Maniawy do trasy, ponieważ podjazd do wodospadu w zimie jest utrudniony.
Wulkan błotny
Jedyny w Karpatach wulkan błotny zaistniał po trzęsieniu ziemi w roku 1977 w miejscu dawnego wydobywania wosku ziemnego na południowej okolicy wsi Sta-runia niedaleko Nadwórnej. On nie dymi i nie wypluwa lawy, ale enigmatycznie oddycha gazem, puszcza bąble w kałużach bitumowych i sączył się połyskliwym płynem, a otwór główny płonie wiecznym ogniem. Podjazd do wulkanu w wilgotną pogodę jest utrudniony.
Wulkan błotny
Nadworna: w katowniach NKWD
