5,99 €
Wiara bezdomna jest znamieniem naszej epoki i głębokim doświadczeniem bardzo wielu ludzi. Rzuca ona wyzwanie trydycyjnym wierzeniom religijnym, niepokoi, wyzwala i jest twórczym zaczynem. W książce tej opowiadam, jak do niej doszedłem i jak ją rozumiem. Ponieważ doświadczenie wiary bezdomnej jest zbyt potężne, by można je zamknąć w zwartym traktacie, dla jego wyrażenia posłużyłem się formą aforyzmu mówiąc kolejno o wierze, wierzeniach, bezdomności i wierze bezdomnej. Natomiast pierwsza część książki, zatytułowana „Kobierzec”, to sto wypisów z przypisami, które odsłaniają rodowód tego doświadczenia i określają jego kontekst. Tytuł książki zasugerował mi Miłosz, który w Metafizycznej pauzie pisał: „...jeżeli silna jest u ludzi nadal potrzeba wiary, jest to, zwłaszcza u młodych pokoleń, wiara bezdomna, poszukująca, jednak niekoniecznie zwracająca się ku chrześcijaństwu”.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2013
Wiara bezdomna
Maciej Bielawski
© Maciej Bielawski 2013
Wiara bezdomna jest znamieniem naszej epoki i głębokim doświadczeniem bardzo wielu ludzi. Rzuca ona wyzwanie trydycyjnym wierzeniom religijnym, niepokoi, wyzwala i jest twórczym zaczynem. W książce tej opowiadam, jak do niej doszedłem i jak ją rozumiem. Ponieważ doświadczenie wiary bezdomnej jest zbyt potężne, by można je zamknąć w zwartym traktacie, dla jego wyrażenia posłużyłem się formą aforyzmu mówiąc kolejno o wierze, wierzeniach, bezdomności i wierze bezdomnej. Natomiast pierwsza część książki, zatytułowana „Kobierzec”, to sto wypisów z przypisami, które odsłaniają rodowód tego doświadczenia i określają jego kontekst. Tytuł książki zasugerował mi Miłosz, który w Metafizycznej pauzie pisał: „...jeżeli silna jest u ludzi nadal potrzeba wiary, jest to, zwłaszcza u młodych pokoleń, wiara bezdomna, poszukująca, jednak niekoniecznie zwracająca się ku chrześcijaństwu”.
Spis treści
Kobierzec
Kobierzec
1.
Co myśmy dali światu? Myśmy dali poezję, miniaturę i dywan. Jak pan widzi, z wytwórczego punktu widzenia same bezużyteczne rzeczy. Ale właśnie w tym wyraziliśmy siebie. Myśmy dali światu tę cudowną, niepowtarzalną bezużyteczność. To, co daliśmy światu, nie polegało na ułatwieniu życia, tylko na jego ozdabianiu, oczywiście, o ile takie rozróżnienie ma sens. Bo na przykład dywan jest dla nas potrzebą życia. Pan rozkłada dywan na strasznej, spalonej pustyni, kładzie się na nim i czuje, że leży na zielonej łące. Tak, nasze dywany przypominają kwitnące łąki. Pan widzi kwiaty, widzi ogród, sadzawkę i fontannę. Między krzewami przechadzają się pawie. A dywan to trwała rzecz, dobry dywan zachowa kolor na wieki! I w ten sposób, żyjąc w nagiej i monotonnej pustyni, pan żyje jak w ogrodzie, który jest wieczny, który nie traci barwy ni świeżości. A jeszcze można sobie wyobrazić, że ten ogród pachnie, można usłyszeć szum i śpiew ptaków. I wtedy pan czuje się wyróżniony i pan jest blisko nieba, pan jest poetą.
(Ryszard Kapuściński, Szachinszach, Czytelnik, Warszawa 2007)
Książkę Ryszarda Kapuścińskiego Szachinszach przeczytałem najpierw po włosku i jej zakończenie tak mi się spodobało, że przepisałem je do notatnika, by czasami móc do niego wracać. Słowa te przynosiły mi ulgę, gdy niepokoił mnie narzucający się ze wszech stron demon utylitaryzmu. Ja bowiem często miałem wrażenie, że byłem kimś nieużytecznym i nieproduktywnym i co najwyżej moim życiem wyplatałem jakiś przedziwny, nawet przeze mnie samego nie do końca zrozumiały, kobierzec. Kilka lat później byłem w Bydgoszczy i wszedłem do księgarni znajdującej się na rogu ulic Gdańskiej i Dworcowej, gdzie pośród książek Kapuścińskiego dojrzałem polski oryginał Szechinszacha. Odczytałem zakończenie, ciesząc się, że w końcu mogę poznać je w oryginale. Natychmiast też – w sklepie – przepisałem je do mojego notatnika. Ja widać lubię książki. Niekiedy zachwyci mnie – dlaczego akurat ten? dlaczego właśnie w tym momencie? - jakiś tekst, którego potem, jeżeli można lub trzeba, szukam w oryginale, przepisuję, staram się zrozumieć, komentuję. Żyję z notatnikiem na podorędziu i często zapisuję w nim myśli innych i własne. Czytanie, myślenie, pisanie, to niektóre (nie wszystkie) z nici tworzących kobierzec mego życia.
2.
Człowiek myśli miejscami.
(Czesław Miłosz, Zdobycie władzy, II, III).
Myśl nasza pracowicie porządkuje przestrzenie, w których mija nam nasze życie. Chaosowi świata przeciwstawiamy się nieustannie go porządkując: horyzontalnie (ja tu, oni tam), chronologicznie (rano śniadanie, wieczorem kolacja) i wertykalnie (Bóg w górze, ja w dole). Życie jest zaś jak kamień toczący się po zboczu góry. Na chwilę zatrzymuje się tu lub tam, by potem dalej potoczyć się w dół. Pejzaż naszej myśli znaczą miejsca, w których żyliśmy, przez które przeszliśmy, o których marzyliśmy i które się nam śniły. Rozmyślam o tym na poddaszu domu w Weronie. Równocześnie jednak okiem serca ogarniam inne miejsca, w których bywałem: Bydgoszcz, w której się urodziłem, wyrosłem i do której często wracam; Kraków, w którym dojrzewałem i studiowałem; krainy Europy od portu Lizbony po złote cerkwie Kijowa, od krużganków Oxfordu, którymi na przestrzeni wieków przeszło kilka ważnych dla mnie postaci, po grotę na wyspie Patos, gdzie św. Jan pisał swoją Apokalipsę; wspominam Niebieski Meczet Istambułu i katarakty górnego Nilu, obok których wyłaniają się z mojej pamięci szerokie autostrady Oregonu oraz wąskie dróżki wijące się pośród bananowych gajów w Tamil Nadu. A przecież moim był także ów ogród z krzewami porzeczek pod jabłoniami, którego zapach wyczarował mi Niewidzialność; ów brzeg jeziora z szumiącymi trzcinami, które pouczyły mnie o Obecności; ów mur z białych kamieni chroniący małe stado owiec, przy którym zatrzymałem się w gwieździstą noc poznając Wieczność i marząc o pozostaniu tam na zawsze. Wszędzie tam byłem i byłem tym wszystkim. Gdy myślę o tych miejscach, są one tu ze mną i wiem, że one także mnie myślą i jestem z nimi, choć mnie tam już nie ma. Z kim będą one, gdy mnie i tu, gdzie jestem teraz, już nie będzie?
3.
Wiem Panie, że nie człowiek wyznacza swą drogę; i nie w jego mocy jest kierować swoimi drogami, gdy idzie.
(Księga Jeremiasza 10,23).
Nie zależało od nas, gdzie się urodziliśmy i nie wiemy, kiedy i gdzie zakończymy naszą wędrówkę. Nie wiemy, czemu dzisiaj jesteśmy właśnie tu i nie potrafimy przewidzieć, gdzie będziemy jutro. Z perspektywy czasu patrzymy na mapę naszego życia i dziwimy się, że wszystko odbyło się tak, a nie inaczej, że przebiegło ono pośród tych, a nie innych osób i miejsc. W zadumie szukamy w tym wszystkim zamysłu jakiegoś tam Boga. Takie medytacje pomagają unieść ciężar tajemnicy naszego losu. Rzadko czułem się wolny. Wielokrotnie martwiłem się, że nie wybierałem i nie decydowałem o moim losie. Czasami miałem poczucie winny dlatego, że czegoś nie wybrałem, innym razem, że coś wybrałem. A jeżeli nie winny, to przynajmniej czułem się niezaradny, gdyż nie byłem „kowalem mego losu”. Zawsze jednak miałem wrażenie, że jakaś dziwna moc, spoza mnie choć we mnie i w świecie obecna, prowadzi mnie, podsuwając mi myśli, rodząc we mnie pragnienia, kierując moimi krokami, a ja sile tej zawsze się poddawałem i poddawać chciałem. Nawet teraz nie wiem, czy to ja piszę, czy też „pisze mi się” to, co piszę. Nie zmienia to jednak faktu, że chcę to napisać jak najlepiej i sprawia mi to przyjemność. Nie przeniknę tajemnicy wolności. Porzucam jej ideę, aby być wolnym nawet od idei wolności.
4.
Nigdy nie zapomnę, jak bardzo wstrząsnęła mną ta przeprowadzka: konieczność zmiany punktów odniesienia, wywołało u mnie straszliwe poczucie przygnębienia. Nie wiem ile bym dał, aby nie musieć przystosowywać się do nowego terenu, do innego pala... Całymi godzinami zastanawiałem się nad ową przedziwną zdolnością, z jaką ludzie przywiązują się do otaczających ich przedmiotów, które nie mają żadnego znaczenia, przywiązują się nawet do narzędzi ich męki, tylko dlatego, że stały się one częścią skromnej scenografii ich codzienności, tylko dlatego, że się do nich przyzwyczaili.
(Francois Bizot, Le Portail, Editions de La Table Ronde, Paris 2000, rozdział 4).
Blizot pisze o przejściu z jednego więzienia do drugiego, w którym, przykutego do drewnianego pala, trzymali go w Kambodży Czerwoni Khmerowie. A ja z jego pomocą myślę, jak to przywiązujemy się także do przedmiotów, które sprawiają nam ból, nawet do narzędzi tortur. Także odraza i ucieczka od czegoś jest bowiem formą przywiązania się do tego czegoś. Związujemy się z porcelanową filiżanką, butami, szafą, fotelem, z jakimś zakątkiem świata i pejzażem. Miejsca i przedmioty wpływają na nas i nas tworzą. My także niepokoimy sobą miejsca, osoby i rzeczy. Cóż myśli o mnie „mój” kot lub ów kubek, w którym rankiem zaparzam kawę? Pragniemy stałości i zadomowienia, lecz nie jeden raz szukamy zmiany i uciekamy. Odchodzimy i wracamy. Przenosiny wstrząsają nami i nas zmieniają, niszczą nas i tworzą. Nawet bezdomny pielgrzym wspomina miejsca, które opuścił lub utracił, a gdy jego bezdomność mu ciąży, wznosi wzrok ku niebu, łudząc się, że przynajmniej ono jest zawsze i wszędzie takie same. Asceci zalecają oderwanie się od rodziny, kraju, osób i przedmiotów, a życie na obczyźnie uznają za konieczny warunek osiągnięcia wewnętrznego pokoju. Nakazują zapanować nad wspomnieniami, pragnieniami i odrazami. Czy mają rację? Czy jest to możliwe i konieczne? Żyłem w wielu miejscach. Lubiłem i lubię mieć przy sobie kubek z herbatą, fajkę i notatnik. Przedmioty te były i są wiernymi towarzyszami, które pomagały mi wglądać się w świat, w siebie i w Boga. Z nimi wędruję przez życie, aż do chwili, gdy odejdę w całkowitą wolność. Czy jednak to właśnie nie owe przedmioty zawiodą mnie tam? Czy w dowód wdzięczności nie powinienem ich ze sobą zabrać, nawet jeżeli nie będą mi już, być może, potrzebne?
5.
Własny los nosimy w sobie; to złożony zespół karmicznych sił i uwarunkowań, a także indywidualny charakter każdego z nas, splot tych czynników sprawia, że postępujemy tak a nie inaczej i że musi nas spotkać to właśnie, co nas spotyka.
(Ireneusz Kania, Muttāvali. Wypisy z ksiąg starobuddyjskich, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2007).
Los, fatum, przeznaczenie, opatrzność, wolność, odpowiedzialność – w kontekście takich idei starałem się przeżywać i rozumieć me życie. Były to wywody powikłane i mętne, które doprowadziły mnie do pojęcia karmy, którym obecnie rozjaśniam i przybliżam sobie tajemnicę mego istnienia. Będę tak czynił, aż i ten miraż zniknie.
6.
Jak śpiew stanowi jedną całość z modulującym go głosem, jak droga jest czymś jednym z celem, do którego prowadzi, jak kochankowie stają się jednością w miłosnym uścisku, tak samo człowiek jest zjednoczony ze swoim przeznaczeniem i musi miłować go tak, jak miłuje samego siebie.
(Karen Blixen, Pole cierpienia, ze zbioru Zimowe opowieści).
Pokochać swój los, przylgnąć do niego cały swoim jestestwem. Z dnia na dzień coraz lepiej starać się go rozumieć i wypełniać. Niezależnie od tego, jak wspaniałym czy groźnym by on się nam wydawał. Nie zbaczać z drogi, a losowi patrzeć prosto w twarz, aż wszystko do końca się wypełni, a my wypalimy się do cna. Nikt bowiem za nas nie przeżyje i nie dokona tego, co nam trzeba przeżyć i dokonać. Jedyność i niepowtarzalność każdego istnienia i każdej chwili. Jest to wspaniałe i przerażające.
7.
(Hans Küng, Ebraismo, Bur, Mediolan 20053).
Płyniemy po rozległym i głębokim oceanie, którego falami są poruszane wiatrem dziejów stronice ksiąg. Niezmierzona ilość pomyślanych idei i zapisanych słów. W obliczu tego ogromu, ja z tymi kilkoma mizernymi myślami, na które chucham i dmucham. Niezależnie od tego, ile bym napisał, będzie to jedynie kropla w oceanie ludzkiej wiedzy i nicość w stosunku do Księgi Życia. Moje pisanie jest jak puszczanie na rozległe wody oceanu papierowych łódek. Uświadomienie sobie tego faktu jest uzdrawiającym upokorzeniem, gdyż przywraca właściwe proporcje naszej refleksji i naszemu pisarstwu. Ksiąg jest za dużo i zawsze za mało. Jednak prędzej czy później trafiają do nas te, których nam potrzeba, co jest pokrzepiające. Dobrze jest należeć do rozproszonej w przestrzeni i czasie wspólnoty ludzi czytających, piszących, myślących. Nawet jeżeli czasami wobec ogromu piśmiennej produkcji i pustego wielosłowia nachodzą nas mdłości i szukamy milczenia. Na chwilę odwracamy wzrok od bezkresu oceanu i przyglądamy się małej, wyrzuconej na brzeg muszelce. Potem jednak znowu pociąga nas bezkresny horyzont, rzucamy się w podróż po falach wiedzy i dopisujemy do Księgi Życia nasze kilka słów.
8.
Często książki uważa się za „martwe przedmioty”, których litery, skomplikowane i enigmatyczne, są nieme i pozbawione mocy. W rzeczywistości jest wprost przeciwnie, gdyż książka wcale nie jest niema i pozbawiona mocy, lecz jest czymś żywym i bardzo elokwentnym, ponieważ przemawia nie tylko do słuchających danej osoby „tu i teraz”, lecz może przemawiać do wszystkich ludzi w każdym czasie i w dowolnym miejscu. Książka nie tylko wynosi do wymiaru uniwersalnego wypowiadane przez daną osobę słowa, udostępniając je czytelnikom dowolnej epoki, lecz także stwarza odpowiedni „dystans”, który nadaje lekturze wymiar wolności, daleki od uwodzicielstwa lub groźby. W odróżnieniu bowiem od słowa mówionego, słowo pisane nie wywiera presji, gdyż czytelnik może pozwolić sobie na odpowiedni „dystans czasowy” – oczekiwanie, krytykę, osąd – i znajduje się w pozycji dogodniejszej, by dane słowo przyjąć lub odrzucić.
(Carmine Di Sante, Gesù. Come incontrarlo nei vangeli, Pazzini Editore, 2004).
Wielkie – dla mnie – teksty: Wedy, Upaniszady, żydowska Biblia, Ewangelie, palijskie i tybetańskie teksty buddyzmu, Tao Te King, Bhagawatgita, Avesta, Adi Granth. Mógłbym mówić o pewnym moim (chyba nie tylko) kanonie, który rozświetlają także „pisarze mniejsi” najróżniejszej maści i kalibru oraz moje osobiste przemyślenia. Mnie jednak interesuje nade wszystko leżące u podstaw tych ksiąg doświadczenie.
9.
Pisanie zawsze jest przepisywaniem: jak średniowieczny skryba kopiował jakiś starożytny tekst, tak każdy pisarz przepisuje w sumie jakiś tekst ukryty i nieuchwytny, niewysłowioną księgę życia, słowa wyryte w rzeczach, w nerwacji liścia lub w pyłku zdarzeń, prawdy uchwycone nagle i przypadkiem w zdaniu kogoś innego lub w wyrazie jakieś twarzy, w geście lub w cieniu, który rozciągnął się na czyimś obliczu, które objawiają nieznany wymiar egzystencji, historie, które przydarzyły się jednemu z naszych przyjaciół, stając się dla nas pouczeniem. Być może tym, co charakteryzuje i wyróżnia prawdziwego pisarza, choćby małego, jest świadomość, że nie jest on ani autorem ani stwórcą, lecz przypadkowym kontynuatorem lub kimś, kto świadomie zapisuje w słowach epifanie, którymi zostaje obdarowany.
(Claudio Magris, Utopia e disincanto, Milano, Garzanti, 2001).
Literatura i kultura to w sumie łańcuch tekstów i skojarzeń, z których jedne odsyłają do drugich tworząc zmieniające się nieustannie konteksty, w których żyjemy. Czemu w mym życiu spotkałem akurat te teksty? Dlaczego to właśnie one do mnie przemówiły? Często jedno zasłyszane słowo lub zdanie przybieramy w szaty uczonej rozprawy, poematu, powieści. Innym razem tworzymy wewnętrzne dialogi, które w sumie są mozaiką cytatów, które udało się nam połączyć w całość i scalić z życiem. Pisząc ów Kobierzec postanowiłem postąpić odwrotnie, wykładając karty na stół – oto ważne da mnie cytaty z krótkimi komentarzami, czyli: wypisy z przypisami. A przecież w tym wszystkim chodzi mi nie tylko o słowa.
10.
Więcej refleksji wymaga tłumaczenie niż „tworzenie”.
(E. Cioran, Aveux et anathèmes, Gallimard, Paris 1987).
Cioran docenił tłumaczy, gdy z bliska śledził, jak Paul Celana przekładał na niemiecki jedną z jego książek. Powiedział wtedy, że aby poznać jakieś dzieło trzeba je przetłumaczyć i że w sumie tłumacz zna je lepiej od samego autora, któremu często brak dystansu i prawdziwego zrozumienia tego, co napisał. Nie wiem, czy rzecz trzeba określać aż tak radykalnie. Cóż wtedy począć z lekturą tekstów napisanych w rodzimym języku? Choć w pewnym sensie dla mnie nawet lektura polskich dzieł jest tłumaczeniem „z polskiego na moje” i to nie tylko dlatego, że od lat lat żyję zagranicą. Myślę, że tłumaczyłem różne teksty w sumie po to, aby lepiej je zrozumieć i przemyśleć. Tłumacząc wmyślałem się w tekst i w autora i sam z tego najwięcej skorzystałem, dlatego też ciągle coś tłumaczyłem dla siebie i przykro mi, że nie potrafiłem tym podzielić się z innymi tak, jak bym tego pragnął. Na skutek mojego charakteru oraz długiego życia na obczyźnie, jestem językową hybrydą i nie wszystkie rezultaty moich prac translatorskich były udane. W tłumaczeniu jestem bardziej uparty niż dobry, bardziej „twórczy” niż „refleksyjny”, zbyt subiektywny niż wierny. Myśl biegnie mi zbyt szybko, skutkiem czego jestem mało precyzyjny. Innymi słowy nie jestem doskonałym tłumaczem i przeraża mnie myśl, że mógłbym także źle tłumaczyć teksty dla samego siebie, nawet „z polskiego na moje”, czyli opacznie je rozumieć. Tłumaczenie to dla mnie okazja rozmowy i przechodzenia po kładce słowa do ziemi, na której wyrosłem. Chwała niech będzie wielkim tłumaczom. Chwała niech będzie też tym chwilom, gdy tłumacząc (nawet z polskiego na moje) przeżyłem momenty olśnienia. Było to tłumaczenie, czy objawienie?
11.
XI przykazanie: „Nie cudzosłów!”
(Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane, 1972).
Rozumiem to w dwójnasób: by nie kraść słów innym, podając je za moje i by nie uprawiać cytatologii. Nie powinno się być ani złodziejem, ani naśladowcą, ani przebierańcem, ani słupem ogłoszeniowym pooblepianym słowami innych. Stąd i ów Kobierzec. Z jednej strony pragnę ukazać, jakie i kogo słowa na mnie wpłynęły i wpływają, jakie myśli ukształtowały mnie i tworzą. Pisząc te rozważania staram się nie tylko zdać rachunek – innym – z mojego dziedzictwa i kontekstu czy intelektualnego klimatu, w jakim tworzę, lecz także samemu sobie je uświadomić. Można by to nazwać szczerością. Z drugiej zaś strony pragnę zrozumieć i zakomunikować, co w tym wszystkim tworzy mnie jako mnie – świadomego lub nieświadomego złodzieja idei, świadomy lub nie świadomy słup ogłoszeniowy czy zbiór cytatów. Cytowanie i dopisywanie komentarza, owe wypisy z przypisami, przypominają chodzenie po górach i dolinach. Staram się nakreślić je wszystkie i zarazem dojść do pewnego kresu, u którego wyłaniam się ja sam, dla siebie i dla innych. Z garści rozmyślań poczynionych na marginesie cytatów usypie się kurhan mnie samego, który stanie się częścią krajobrazu, po którym inni będą się przechadzać. A potem wszystko to rozwieje wiatr.
12.
W społeczeństwie, które upraszcza, kojarzy, wymazuje, Jean Starobiński jawi się jako ten, który zbawił – jako cechę specyficzną naszej cywilizacji – kruche piękno interpretacji.
(Carlo Ossola, La memoria della catastrofe, artykuł we włoskiej gazecie)
Jednak więc jednak komentarz, przynajmniej jako etap, jako cecha pewnej cywilizacji, w której wyrosłem, w której przemijając i zmieniając się trwam – jak komentarz z jego kruchym pięknem.
13.
Nie ufać myślicielom, których umysł funkcjonuje poczynając jedynie od jakiegoś cytatu.
(E. Cioran, Wyznania i anatemy).
A przecież nawet Cioran rozmyślał często zaczynając od jakiegoś cytatu – afirmując go, komentując lub mu się przeciwstawiając. Gdzie indziej pisze, że często w dziełach komentujących jakieś teksty czyta jedynie cytaty. Ja natomiast nie jeden raz postępowałem odwrotnie: pomijałem cytaty, które mnie nudziły i czytałem jedynie komentarz autora, nie aby dowiedzieć się czegoś o komentowanym dziele, lecz o autorze.
14.
Namiętność czytania i pisania zasługiwałyby na osobny traktat jako Droga, w tym znaczeniu, w jakim słowa tego używają taoiści. Istnieje gatunek ludzi bardziej zmuszonych do wejścia na nią niż inni, to znaczy rzeczywistość zanadto ich rani, dopóki jest chaotyczna, nieogarniona, toteż muszą ją ciągle porządkować i tłumaczyć na język. Ród ten nie pojawił się bynajmniej z wynalazkiem druku. Recytacje godzinek i litanii, śpiew gregoriański, codzienna lektura brewiarza i żywotów świętych dostarczały i duchownym, i wielu świeckim tzw. pokarmu, czyli, jak ja to rozumiem, porządkującego rytmu. Wśród kleru i zakonników było na pewno wielu takich, którzy lepiej czuliby się jako ludzie świeccy, natomiast prawdziwie powołani zapewne po prostu inaczej by żyć nie mogli. W naszym stuleciu odrębność tego plemienia trzeba powoli odkrywać samemu i podczas kiedy łatwo o podręczniki jogi, nie znajdzie się praktycznych wskazówek dotyczących dyscypliny potrzebnej każdemu, kto bez udziału swojej woli został powołany. Dzisiaj patrzę na całe moje życie jako na serię buntów przeciwko przymusowemu zaciągowi. Bunty te kończyły się powrotem do ściśle, zakonniczo odmierzonych godzin. Zwracam uwagę, że moja kategoria, ludzi słownej inkantacji, nie jest wprowadzona po to, żeby służyć tzw. psychologii twórczości, i nie pokrywa się z kategorią „poetów” czy „artystów”.
(Czesław Miłosz, Ziemia Urlo, Znak, Kraków 2000).
Przeczytałem ów fragment wiele lat temu. Wielokrotnie o nim rozmyślałem i uważam, że doskonale ilustruje moją postawę wewnętrzną, w której będę trwał, aż nie przemieni się ona w coś jeszcze innego. Tłumaczy on przedziwne drogi mego życia, mój sposób postępowania i twórczość.
15.
Stojąc pośrodku wszystkich rzeczy tego świata
i zapatrując się w ciemność,
Pisarz żywi swoje uczucia i myśl
wielkimi dziełami przeszłości.
Z zadumą obserwuje
przemijanie czterech pór roku;
odkrywa tajemnicze związki między wszystkimi rzeczami
i nieskończoną ilość dróg, jakimi toczy się życie.
Płacze nad liśćmi zerwanymi okrutną ręką jesieni
i raduje co roku delikatnym pączkiem wiosny.
Zimowy chłód mrozi mu serce,
a letnie obłoki napełniają je zachwytem.
Recytuje słowa wybitnych twórców
i wychwala wspaniałość dawnych mistrzów.
Przegląda pisma klasyków,
zachwycając się pięknem ich formy i treści.
Poruszony tym wszystkim rozwija papier i bierze do ręki pędzel,
by stworzyć poemat.
(Lu Ji, Sztuka pisania).
Oto fragment traktatu, o jakim marzył Miłosz (czyżby go nie znał?). Napisał go w trzecim wieku chiński mędrzec Lu Ji. Najważniejsze dla mnie jest w przytoczonym powyżej fragmencie zwrócenie uwagi na owo zapatrzenie się w ciemność. To ona jest tłem do obserwacji i przemyśleń, które czasami przelewam na papier, jednak tylko po to, by z zapisanych słów utworzyć furtkę, która uchyla się i prowadzi w rewiry mrocznego światła.
16.
Medytacja jako poszukiwanie pełni „zdrowia” („zbawienia”) posiada swój wymiar religijny. Jednak w odróżnieniu od religii teistycznych, nie szuka ona zbawienia w jakimś Absolucie, w jakiejś cudownej interwencji, nie modli się o łaskę i pomoc, w relacji z transcendencją nie ucieka się do pośrednictwa jakiejś kapłańskiej kasty pośredników, lecz – jak mówi Budda – stawia człowieka „wobec samego siebie”, nakazuje mu działać „o własnych siłach”, czyni go „odpowiedzialnym za każdy jego czyn”. Nie oznacza to, że tym samym przypisuje ona człowiekowi rodzaj wszechmocy; pragnie natomiast podkreślić fakt, że nikt nie może dokonać wyborów za niego samego, nic nie może zastąpić jego osobistych decyzji i wyborów i że jeżeli człowiek sam pewnych rzeczy nie zrozumie, nie dokona się w nim żaden prawdziwy postęp duchowy. „Jeżeli nie będę sobą”, mówi przysłowie żydowskie, „kto będzie mną? I jeżeli nie teraz, to kiedy?”
(Claudio Laparelli, Manuale di meditazione. Tecniche orientali di sviluppo mentale, Oscar Mondadori, Milano 1995).
Zamilknąć, aby doświadczyć Milczącego. Wędrować poza instytucjami, rytami i doktrynami, by sięgnąć prawdy. Cudowna, ryzykowna, jedyna w swoim rodzaju przygoda, w której prędzej czy później zaczyna się uczestniczyć. Paradoksalnie to dla niej opuściłem wiele szlaków, na które dla niej to właśnie wstąpiłem. Nie byłem i nie jestem w stanie odmówić tego Owemu Milczącemu Milczeniu. Ile czasu minęło, zanim to zrozumiałem i na to się odważyłem. Nie mogę jednak za wiele o tym mówić.
17.
W moim przekonaniu poszukiwanie mądrości może odbywać się tylko na własny r [...]
