2,99 €
"Wigilia" Bolesława Prusa to niezwykła opowieść, która przenosi czytelnika w magiczny świat polskiej tradycji wigilijnej. Ta klasyczna nowela, napisana przez jednego z najwybitniejszych polskich pisarzy, porusza serca i skłania do refleksji nad wartościami rodzinnymi, miłością i nadzieją. Idealna lektura na święta Bożego Narodzenia, która zachwyci zarówno młodszych, jak i starszych czytelników. "Wigilia" to doskonały wybór na prezent pod choinkę oraz niezapomniana podróż do świata dawnych obyczajów. Zamów już dziś i poczuj magię świąt z książką "Wigilia" Bolesława Prusa!
O AUTORZE
Bolesław Prus, pseudonim Aleksandra Głowackiego (1847–1912), był wybitnym polskim pisarzem i publicystą, początkowo związanym z pozytywizmem, a następnie z realizmem. Po studiach z zakresu fizyki i matematyki, przerwanych z powodów finansowych, wykonywał różne zawody, zanim rozpoczął działalność literacką jako autor humorystycznych opowiadań publikowanych w prasie satyrycznej.
Jako ceniony dziennikarz w Warszawie odniósł duży sukces dzięki swoim kronikom podróżniczym, które później stały się ważnym źródłem inspiracji dla jego twórczości powieściowej. Zmuszony z powodów zdrowotnych do porzucenia pracy dziennikarskiej, poświęcił się w pełni literaturze, stając się wnikliwym obserwatorem realiów społecznych swojej epoki.
Autor licznych znaczących nowel, jest przede wszystkim znany z wielkich powieści Lalka i Faraon, które przyniosły mu międzynarodową sławę oraz nominację do Nagrody Nobla w dziedzinie literatury.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Seitenzahl: 22
Veröffentlichungsjahr: 2026
Kiedy już przyniosłem, mówiąc między nami, jakąś bardzo niewyraźną babinę, kupioną za własne (krwawo zapracowane!) trzydzieści kopiejek, kiedy własną ręką w piecu napaliłem i własnymi obcęgami nakładłem węgli do własnego a pękatego samowara, wyznaję — że jakoś głupio zrobiło mi się na sercu.
Co u diabła! ja osoba taka porządna, tak sławna, ja, podpora i współpracownik tylu pism periodycznych1, ja — mający tu krewnych, tam przyjaciół, ówdzie powinowatych — będę sam jak palec, wówczas, gdy najostatniejszy z roznosicieli „Kuriera” cieszy się w kółku familijnym?
Wprawdzie byłem wczoraj „na rybce”, no — ale to na dziś nie wystarcza. Nie jestem głodny, nie zimno mi, wolałbym jednak w tej chwili patrzeć na jakąś zadowoloną twarz ludzką, która z wykwintnych apartamentów moich wygnałaby nudy i zły humor...
Czuję, że jestem rozwścieczony na cały świat. Gdybym mógł, zmiażdżyłbym księżyc na tabakę, ziemię na jakie sto lat cofnąłbym w biegu, a słońce zamroziłbym tak, że aż by kwiknęło. Ponieważ jednak tego robić nie wypada, rzucę więc o podłogę stołkiem, aż mu się nogi rozlecą. Walentemu, kiedy przyjdzie mi winszować, pokażę cierpki grymas, gospodarzowi wytoczę proces za to, że jeszcze nie dał mi piwnicy...
— Jak się masz, niedołęgo?...
— Tylko bardzo proszę...
Oglądam się... za mną jakaś jejmość... Czepek z żółtym fontaziem2 i tiulikiem w zęby, watowane kaftanisko pachnie rybami, jak u śledziarki; w jednej kieszeni makagiga3; w drugiej pajac, pod pachą zaś cynowy sprzęt z drewnianą rękojeścią... A jaka talia u tej damy!... We trzech nie objęlibyśmy... — bodajem brał po sześć groszy od wiersza, jeżeli mówię nieprawdę!
— No! i cóż się tak gapisz? — wrzasnęła jejmość.
— Z kimże mam honor?... czy nie pani Lucyna?...
Wymówiłem imię to na chybił-trafił, przypuszczając, że ono najlepiej pasować będzie do postaci, jednoczącej w sobie wielką energię i niepospolitą gospodarność.
— Czyś zwariował?... Jaka Lucyna?... Nie Lucyna, tylko: Wigi... lia. Rozumiesz?...
— Wigilia?... Dalibóg, ładne imię. Niechże pani będzie łaskawa...
— Dlaczego mnie tytułujesz panią, mazgaju, kiedy widzisz, że jestem duchem?
— Duchem?... W każdym razie Wigilia to... zawsze niby płeć żeńska.
— Duchy nie mają płci...
— Doprawdy?... Czy...
— No, no, no... Dość już tego! Zabieraj się i wychodź, bo na romanse nie mam czasu.
Przypuszczając, że ręce korpulentnej damy mogą w razie potrzeby obracać się równie szybko, jak język, wciągnąłem co rychlej futro na grzbiet i czapkę na uszy; w parę zaś minut później byliśmy na ulicy.
*
— Dalej nie pójdę, pani dobrodziejko! — mówiłem do mojej towarzyszki, trzymając się oburącz bariery wydywanionych schodów. Dalej nie pójdę, bo jeżeli nas kto zobaczy, to... pani wiesz?
— Przywidzenie! — mruknęła dama, kładąc tłustą rękę na kryształowej klamce. — Mnie nie zrobią nic, no — a ty się wytłumaczysz... Wreszcie redaktorowie za tobą poręczą.
Popchnęła drzwi, mnie we drzwi, i otóż znaleźliśmy się w przedpokoju.
Salony, meble, światła... Pulchna figurka mojej towarzyszki jak najdokładniej odbija się w podłodze; dywan na stole, dywan pod stołem, aksamity na kanapie... Na marmurowych słupach stoją urny i bocianowate dzbany etruskie, fotele takie, że na najgorszym z nich z całą satysfakcją usiadłbym nawet wówczas, gdyby mi głowę w tej pozycji zdjąć miano. A portiery4... A złote kutasy5, ciężkie jak grzech śmiertelny!
Westchnąłem.
— Mój Boże! jakby też to mnie chudeuszowi wigilia smakowała w takim salonie!...
