Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Zajmująca opowieść o kobiecie w męskim świecie biznesu i polityki inspirowana życiorysem Margaret Thatcher! Jaka przyszłość czeka Florentynę Kane - ambitną i konsekwentną córkę Abla Rosnovskiego? Czy dziewczynie uda się spełnić marzenie z dzieciństwa i zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych? Jak wyglądają konflikty znane z powieści ,,Kane i Abel" widziane z perspektywy ich potomków? Oto druga część serii ,,Przeznaczenie Kane'a i Abla" opowiadająca dzieje Florentyny, Amerykanki polskiego pochodzenia, która została panią senator i na przekór przeciwnościom losu odważnie pięła się po kolejnych szczeblach politycznej kariery. Jeśli chcesz wiedzieć, jak potoczyły się burzliwe dzieje rodzin Kane'a i Abla oraz chcesz się przekonać, czy skomplikowany związek Florentyny Rosnovski i Richarda Kane'a przetrwał próbę czasu, sięgnij po tę pełną zwrotów akcji kontynuację bestsellerowej powieści J. Archera.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 519
Veröffentlichungsjahr: 2026
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
Jeffrey Archer
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Saga Egmont
Córka marnotrawna
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Tytuł oryginału The Prodigal Daughter
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 0, 2026 Jeffrey Archer i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727309873
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Peterowi, Joy, Alison,
Clare i Simonowi
W czasie, kiedy pisałem tę książkę, historia, którą opowiadałem, była historią możliwej przyszłości. Dziś, kiedy książka ukazuje się w języku polskim, wiemy już, że ta przyszłość ułożyła się inaczej. Niemniej to, co opowiedziałem, mogło się zdarzyć.
J.A.
– Prezydentem Stanów Zjednoczonych – odparła.
– Mógłbym znaleźć kilka przyjemniejszych sposobów przeputania majątku – rzekł jej ojciec, zdejmując półokrągłe szkła, które tkwiły mu na czubku nosa, i spozierając na córkę sponad gazety.
– Nie strój sobie żartów, tatusiu. Prezydent Roosevelt dowiódł nam, że nie ma szczytniejszego powołania nad służbę publiczną.
– Jedyne, czego dowiódł Roosevelt... – zaczął ojciec, lecz urwał i na nowo zagłębił się w gazecie, uznał bowiem, że córka potraktuje tę uwagę jako niepoważną.
– Dobrze wiem, że bez twojej pomocy nie mogłabym się na coś takiego porywać – ciągnęła córka, jakby czytała w myślach ojca. – Nie dość, że nie jestem mężczyzną, to jeszcze Polką z pochodzenia.
Gazeta zasłaniająca ojca raptownie opadła.
– Nigdy nie wyrażaj się uszczypliwie o Polakach – powiedział. – Historia dowiodła, że jesteśmy ludźmi honoru i nigdy nie cofamy raz danego słowa. Mój ojciec był baronem...
– Tak, wiem, że dziadek był baronem, ale nie ma go już na tym świecie i nie może mi pomóc zostać prezydentem.
– Wielka szkoda, że nie żyje – westchnął ojciec – bo niewątpliwie byłby wspaniałym przywódcą naszego narodu.
– A jego wnuczka by nie mogła?
– Nie widzę przeszkód – powiedział, spoglądając w stalowoszare oczy jedynaczki.
– No więc, tatusiu, czy mi pomożesz? Bez twojego finansowego wsparcia nie mogę liczyć na sukces.
Ojciec zwlekał z odpowiedzią. Wpierw osadził z powrotem okulary na koniuszku nosa, potem niespiesznie złożył gazetę i dopiero wówczas się odezwał:
– Zawrzemy układ, kochanie. W końcu, do tego się sprowadza polityka. Jeśli rezultaty prawyborów w New Hampshire okażą się zadowalające, w pełni cię poprę. Jeśli nie, wybijesz sobie ten pomysł z głowy.
– Co rozumiesz przez zadowalające? – padło natychmiast pytanie.
Mężczyzna znów zwlekał chwilę z odpowiedzią, ważąc słowa.
– Jeśli zwyciężysz w prawyborach albo zdobędziesz ponad trzydzieści procent głosów, będę murem stał przy tobie, choćbym nawet miał sprzedać ostatnią koszulę.
Dziewczynka nareszcie odetchnęła z ulgą.
– Dziękuję, tatusiu. O więcej nie mogłabym prosić.
– O nie, na pewno nie – rzekł. – Czy teraz mogę z powrotem zająć się zagadkową kwestią, dlaczego Niedźwiadki przegrały siódmy mecz turnieju z Tygrysami?
– Po prostu byli słabsi, o czym świadczy wynik dziewięć do trzech.
– Moja panno, może ci się zdaje, że wiesz to i owo o polityce, ale zapewniam cię, że o baseballu nie masz zielonego pojęcia – powiedział mężczyzna. W tej chwili jego żona weszła do pokoju. Obrócił ku niej swoją krępą postać. – Nasza córka chce się ubiegać o urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Co ty na to?
Dziewczynka spojrzała na nią pytająco, ciekawa jej reakcji.
– Zaraz ci powiem, co ja na to – oznajmiła matka. – Otóż myślę, że dawno już powinna leżeć w łóżku i że to z twojej winy przesiaduje tu do późna.
– Chyba masz rację – rzekł mąż. – Zmiataj do łóżka, maleńka.
Dziewczynka podeszła do ojca, pocałowała go w policzek i szepnęła:
– Dziękuję, tatusiu.
Oczy mężczyzny powędrowały za jedenastoletnią córeczką wychodzącą z pokoju i zarejestrowały, jak mocno zaciska piąstkę. Robiła to zawsze, kiedy była zła albo przy czymś się uparła. Tym razem podejrzewał ją o jedno i drugie, ale wiedział też, że nie ma sensu tłumaczyć żonie, iż ich jedynaczka jest niezwykłym dzieckiem. Już dawno zaniechał prób angażowania żony w swoje własne ambicje i cieszył się przynajmniej z tego, że nie potrafiłaby zniweczyć marzeń ich dziecka.
Zagłębił się na powrót w chicagowskiej „Tribune” i jednak musiał przyznać, że córka nie myliła się co do Niedźwiadków.
Przez dwadzieścia dwa lata Florentyna Rosnovski nigdy nie wróciła do tej rozmowy, gdy zaś to uczyniła, nie wątpiła, że ojciec dotrzyma umowy. W końcu Polacy to ludzie honoru, którzy nigdy nie łamią danego słowa.
1934-1968
To nie były łatwe narodziny, ale przecież Ablowi i Zofii Rosnovskim nic nie przychodziło łatwo i każde z nich na swój sposób nauczyło się ze stoicyzmem przyjmować swój los. Abel pragnął syna, dziedzica, który w przyszłości obejmie Grupę Hoteli Baron. Do czasu, kiedy chłopak dorośnie, Abel z pewnością będzie równie sławny jak taki Ritz czy Statler, a sieć jego hoteli stanie się największa na świecie. Abel przemierzał tam i z powrotem korytarz nieokreślonego koloru w szpitalu św. Łukasza, nasłuchując, kiedy się rozlegnie pierwszy krzyk dziecka, i z każdą godziną oczekiwania utykał coraz mocniej, choć zwykle jego kalectwo było niemal niewidoczne. Czasem obracał na ręku srebrną bransoletę i spoglądał na kunsztownie wyryte na niej nazwisko. Zawrócił i znowu ruszył przed siebie, gdy dostrzegł idącego w jego stronę doktora Dodka.
– Gratuluję panu! – zawołał doktor.
– Dziękuję – odparł Abel pełen radosnego oczekiwania.
– Ma pan śliczną córeczkę – powiedział stając przed nim doktor.
– Cieszę się – rzekł znacznie już ciszej Abel, starając się ukryć rozczarowanie. Poszedł za położnikiem do małej salki na końcu korytarza. Przez szybę zobaczył cały rząd pomarszczonych twarzyczek. Doktor pokazał ojcu jego pierworodną. Inaczej niż u pozostałych niemowląt, jej maleńka rączka zwinięta była w mocno zaciśniętą piąstkę. Abel kiedyś czytał, że dzieci nie robią tego przed ukończeniem trzeciego tygodnia życia. Uśmiechnął się z dumą.
Matka z córeczką przebywały w szpitalu św. Łukasza jeszcze przez sześć dni i Abel odwiedzał je każdego przedpołudnia, kiedy w hotelu rozniesiono już wszystkim gościom śniadania, i każdego popołudnia, kiedy wszyscy już byli po lunchu. Koło metalowego łóżka Zofii stały kwiaty i piętrzyły się stosy telegramów oraz wchodzących właśnie w modę kart okolicznościowych – pokrzepiające świadectwo, że inni również radują się z narodzin dziecka. Siódmego dnia matka z córeczką, której jeszcze nie nadano imienia – Abel przygotował sobie sześć męskich imion do wyboru – wróciła do domu.
W dwa tygodnie po przyjściu na świat dziewczynki ochrzczono ją imieniem Florentyna, po siostrze Abla. Niemowlę umieszczono w świeżo odnowionym pokoju dziecinnym na ostatnim piętrze i odtąd Abel spędzał tam całe godziny po prostu patrząc na swoją córeczkę, przyglądając się, jak śpi i jak się budzi, świadomy, że musi jeszcze więcej pracować, aby zapewnić dziecku bezpieczną przyszłość. Gorąco pragnął, żeby jego córka miała lepszy życiowy start niż on sam. Nie dla niej brud i nędza jego własnego dzieciństwa ani upokorzenia, jakie przeżył, lądując na Wschodnim Wybrzeżu Ameryki jako imigrant bez grosza przy duszy, nie licząc paru bezwartościowych rubli wszytych w rękaw jedynej marynarki.
Zapewni Florentynie staranne wykształcenie, jakiego on nie otrzymał, choć, prawdę mówiąc, nie miał specjalnie na co narzekać. Rządy nad Ameryką sprawował Franklin Delano Roosevelt i wyglądało na to, że mała grupa hoteli Abla przetrwa kryzys. Ameryka okazała łaskawość temu imigrantowi.
Ilekroć przesiadywał w pokoju dziecinnym sam na sam z córeczką, wracał myślami do swojej przeszłości i snuł marzenia o przyszłości dziecka.
Po przybyciu do Stanów Zjednoczonych znalazł pracę w małej masarni w nowojorskiej Lower East Side; tkwił tam dwa długie lata, zanim trafiło mu się zajęcie w hotelu Plaza, gdzie zwolniło się miejsce młodszego kelnera. Sammy, stary maître d’hôtel, od początku nim pomiatał, traktując go jak najniższą formę bytu. Po czterech latach nawet handlarza niewolników wprawiłaby w podziw taka harówka i niesłychana mnogość nadgodzin, jakie przepracowała owa nicość, żeby się dochrapać godności zastępcy głównego kelnera w Sali Dębowej. Podczas tych lat Abel pięć razy w tygodniu ślęczał po południu nad książkami na Uniwersytecie Columbia, a gdy tylko skończył sprzątać po kolacji, czytał do późna w noc.
Jego rywale zachodzili w głowę, kiedy sypia.
Abel nie bardzo wiedział, jak świeżo uzyskany dyplom uniwersytecki może mu pomóc w karierze, skoro nadal kelnerował w Sali Dębowej hotelu Plaza. Odpowiedzi na to pytanie udzielił pewien dobrze odżywiony Teksańczyk nazwiskiem Davis Leroy, który przez cały tydzień pilnie obserwował, jak Abel obsługuje gości, po czym powierzył mu stanowisko zastępcy dyrektora i pieczę nad restauracjami w najlepszym ze swoich jedenastu hoteli – Richmond Continental w Chicago.
Abel ocknął się z zadumy, gdyż Florentyna, która się obróciła, zaczęła uderzać rączką w pręty łóżeczka. Wyciągnął palec, który dziecko schwyciło niczym tonący linę ratunkową i zaczęło gryźć bezzębnymi usteczkami.
Po przybyciu do Chicago Abel stwierdził, że hotel Richmond Continental chyli się ku upadkowi. Prędko odkrył przyczynę. Dyrektor Desmond Pacey fałszował rachunki i wszystko wskazywało, że robił to od trzydziestu lat. Nowy zastępca dyrektora przez sześć miesięcy gromadził konieczne dowody, a następnie przedstawił je swemu chlebodawcy. Gdy Davis Leroy dowiedział się, co się wyprawiało za jego plecami, z miejsca usunął Paceya, mianując na jego miejsce nowego protegowanego. Dla Abla był to bodziec do jeszcze bardziej wytężonej pracy, przy czym nabrał takiej pewności, iż wyprowadzi grupę hoteli na czyste wody, że kiedy podstarzała siostra Leroya wystawiła na sprzedaż dwadzieścia pięć procent udziałów grupy, Abel wydał na nie wszystko, co miał. Zaangażowanie młodego dyrektora w sprawy firmy tak ujęło Davisa Leroya, że powierzył mu kierowanie całą grupą.
Od tej pory zostali wspólnikami i zawodowa więź przerodziła się w przyjaźń. Abel najlepiej umiał ocenić, jak trudno musiało przyjść Teksańczykowi uznanie Polaka za równego sobie. Pierwszy raz, odkąd się znalazł w Ameryce, Abel czuł się bezpiecznie – póki nie odkrył, że Teksańczycy to nacja równie wysoko ceniąca honor jak Polacy.
Wciąż jeszcze nie mógł pogodzić się z tym, co się stało. Gdyby tylko Davis mu się zwierzył, gdyby mu powiedział, jak rozpaczliwa jest sytuacja finansowa grupy – w końcu kto w czasie Wielkiego Kryzysu nie miał kłopotów? – może by razem coś na to poradzili. Davis Leroy, który miał wówczas sześćdziesiąt dwa lata, został powiadomiony przez bank, że wartość hoteli nie stanowi już dostatecznego pokrycia dla jego zadłużenia i że pensje w następnym miesiącu bank wypłaci dopiero wówczas, gdy otrzyma dodatkowe zabezpieczenie. Po przeczytaniu owego ultimatum Davis Leroy zjadł kolację sam na sam ze swoją córką, po czym z dwiema butelkami whisky udał się do Apartamentu Prezydenckiego na jedenastym piętrze. Następnie otworzył okno i wyskoczył. Abel nigdy nie zapomni, jak stał na rogu Michigan Avenue o czwartej nad ranem, wezwany, by zidentyfikować ciało, które mógł rozpoznać tylko dzięki marynarce, jaką przyjaciel miał na sobie poprzedniego wieczoru. Oficer prowadzący dochodzenie napomknął, że to już siódme samobójstwo w Chicago tego dnia. Ale to nie przyniosło ulgi Ablowi. Policjant nie mógł przecież wiedzieć, ile dla Abla zrobił Davis Leroy i jak bardzo Abel chciał mu się w przyszłości odwdzięczyć za jego przyjaźń. W pospiesznie sporządzonym testamencie Davis zapisał pozostałe siedemdziesiąt pięć procent udziałów Grupy Richmond młodemu dyrektorowi, a w liście do Abla zaznaczył, że wprawdzie udziały te są bezwartościowe, jednakże, gdy Abel będzie właścicielem grupy, negocjacje z bankiem mogą się okazać łatwiejsze.
Florentyna otworzyła oczy i zaczęła rozpaczliwie płakać. Abel troskliwie ją podniósł, ale zaraz tego pożałował, czując na ręku lepką wilgoć. Szybko zmienił pieluszkę; nim wziął nową, starannie osuszył dziecko, a potem pilnie zważał, żeby wielkie agrafki nigdzie nie dotykały ciałka. Każda niania pochwaliłaby taką zręczność. Florentyna zamknęła oczy i zasnęła ojcu na ręku.
– Niewdzięczny brzdąc – mruknął tkliwie i pocałował dziecko w policzek.
Po pogrzebie Davisa Leroya Abel odwiedził bostoński bank Kane’a i Cabota, prowadzący sprawy finansowe Grupy Richmond, i próbował uprosić jednego z dyrektorów, żeby nie wystawiano tych jedenastu hoteli na sprzedaż. Usiłował go przekonać, że jeśli tylko bank udzieli mu poparcia finansowego i da trochę czasu, on doprowadzi hotele do stanu wypłacalności. Gładki, opanowany mężczyzna siedzący za kosztownym dyrektorskim biurkiem okazał się nieczuły na wszelkie argumenty. „Muszę się kierować wyłącznie interesem banku” – wymawiał się. Abel nigdy nie miał zapomnieć upokorzenia, jakie przeżył; chociaż zmusił się do czołobitności wobec człowieka, który był jego rówieśnikiem, i tak wyszedł z pustymi rękami. Ten bubek musiał mieć duszę automatu kasowego, jeśli nie rozumiał, ilu ludzi dotknie jego decyzja. Abel poprzysiągł sobie, już setny raz, że pewnego dnia porachuje się z tym pyszałkowatym lalusiem Williamem Kane’em.
Wracał tego wieczoru do Chicago, przekonany, że nic gorszego nie może go już w życiu spotkać. Tymczasem na miejscu zastał dymiące zgliszcza hotelu Continental oraz policję, podejrzewającą go o podpalenie. Rzeczywiście było to podpalenie, akt zemsty Desmonda Paceya. Po aresztowaniu szybko przyznał się do winy, gdyż jedynym jego pragnieniem był upadek Abla. Pacey odniósłby triumf, gdyby nie to, że Ablowi pospieszyło z odsieczą towarzystwo ubezpieczeniowe. W samą porę, Abel bowiem zaczął już się zastanawiać, czy nie lepiej by mu się wiodło w rosyjskim obozie, z którego zbiegł przed przyjazdem do Ameryki. Potem jednak karta się odwróciła, gdy anonimowy protektor, zdaniem Abla David Maxton, właściciel hotelu Stevens, kupił Grupę Richmond i zaproponował Ablowi zachowanie stanowiska dyrektora, a także dał mu szansę udowodnienia, iż hotele pod jego ręką staną się dochodowe.
Teraz Abel zaczął wspominać, jak po raz drugi spotkał Zosię, nadzwyczaj pewną siebie dziewczynę, którą poznał na statku płynącym do Ameryki. Jakimż wtedy czuł się przy niej żółtodziobem, jakiż był nieśmiały i jak role się odwróciły, kiedy zetknął się z nią ponownie i odkrył, że jest kelnerką u Stevensa.
Od tej pory minęły dwa lata i wprawdzie Grupa Hoteli Baron, jak ją niedawno nazwał, nie przyniosła zysku w 1933 roku, straty wyniosły tylko dwadzieścia trzy tysiące dolarów, głównie dzięki uroczystym obchodom stulecia Chicago, z której to okazji ponad milion turystów odwiedziło miasto i obejrzało Wystawę Światową.
Kiedy Paceya uznano winnym podpalenia, Abel musiał jeszcze tylko poczekać na wypłatę odszkodowania, aby przystąpić do budowy nowego hotelu w Chicago. Wolny czas wykorzystał na objazd pozostałych dziesięciu hoteli, zwalniając personel objawiający podobne skłonności co Pacey, i dobierając nowych pracowników spośród bezrobotnych, których całe rzesze zalewały Amerykę.
Zofia krzywym okiem patrzyła na ciągłe rozjazdy Abla, podróżującego z Charleston do Mobile, z Houston do Memphis, żeby doglądać hoteli na południu. Abel jednak zdawał sobie sprawę, że mimo przywiązania do córeczki nie może przesiadywać w domu, jeśli ma dotrzymać umowy, jaką zawarł ze swoim anonimowym protektorem. Dano mu dziesięć lat na spłacenie pożyczki bankowej; jeśli mu się uda, wówczas, zgodnie z jednym z paragrafów umowy, będzie mógł nabyć pozostałe sześćdziesiąt procent udziałów za dalsze trzy miliony dolarów. Zofia co wieczór dziękowała Bogu za to, co już mieli, i prosiła Abla, żeby się tak nie zabijał, ale nic go nie mogło powstrzymać przed dążeniem do realizacji jego celu.
– Kolacja gotowa! – krzyknęła Zofia na cały głos.
Abel udał, że nie słyszy, i nadal wpatrywał się w śpiącą córeczkę.
– Nie słyszałeś? Kolacja na stole.
– Co? Nie, kochanie. Przepraszam, już idę. – Abel niechętnie wstał, aby dołączyć do żony. Czerwona puchowa kołderka Florentyny leżała na podłodze. Abel podniósł ją i starannie ułożył na kocyku, który okrywał córeczkę. Pragnął, aby nigdy nie zaznała chłodu. Uśmiechnęła się przez sen. Może pierwszy raz coś jej się śni? – pomyślał i zgasił światło.
Dzień chrztu Florentyny wszystkim gościom miał głęboko zapaść w pamięć – z wyjątkiem głównej bohaterki, która przespała cały obrzęd. Z katedry Imienia Bożego nad North Wabash wszyscy udali się do hotelu Stevens. Abel wynajął tam salę i zaprosił ponad setkę gości na uroczyste przyjęcie. W kumy poproszono najbliższego przyjaciela i rodaka Abla George’a Novaka, który zajmował nad Ablem górną koję na statku płynącym z Europy, oraz Janinę, jedną z kuzynek Zosi.
Goście zajadali się, aż im się uszy trzęsły, tradycyjnymi dziesięcioma potrawami z pierogami i bigosem włącznie, Abel zasiadał u szczytu stołu i przyjmował w imieniu córki prezenty: srebrną grzechotkę, obligacje państwowe, egzemplarz „Przygód Huckleberry Finna”. I, najwspanialszy ze wszystkich, piękny, stylowy pierścionek ze szmaragdem od anonimowego protektora Abla. Miał cichą nadzieję, że ofiarowanie owego klejnotu dało temu człowiekowi tyle radości, ile później jego przyjęcie sprawi Florentynie. Sam Abel sprezentował córce z okazji chrztu ogromnego, brązowego misia 1 z czerwonymi ślepkami.
– Całkiem podobny do Franklina Delano Roosevelta – oznajmił George, podnosząc w górę niedźwiadka i pokazując go wszystkim. – Jego też ochrzcimy F.D.R.
Abel wzniósł kieliszek. – Pańskie zdrowie, panie prezydencie – powiedział. I tak miś otrzymał imię, które przylgnęło do niego na dobre.
Przyjęcie zakończyło się około trzeciej nad ranem i Abel musiał zarekwirować hotelowy wózek do przewożenia bielizny, żeby przetransportować wszystkie prezenty do domu. Pchając wózek, podążył North Michigan Avenue, a George machał mu na pożegnanie.
Rozpamiętując każdą chwilę nadzwyczaj udanego wieczoru, szczęśliwy ojciec zaczął sobie pogwizdywać. Dopiero kiedy F.D.R. trzeci raz spadł z wózka, zdał sobie sprawę, jak kręty był jego szlak. Podniósł niedźwiadka, wepchnął go między inne prezenty i postanowił iść prosto, gdy ktoś dotknął jego ramienia. Abel aż podskoczył, gotów do upadłego bronić dobytku Florentyny. Nad sobą ujrzał twarz młodego policjanta.
– Może mi pan wytłumaczy, co pan tu robi na Michigan Avenue o trzeciej nad ranem z wózkiem z hotelu Stevens?
– Chętnie, panie posterunkowy – odparł Abel.
– Co pan ma w tych pudełkach?
– Dokładnie nie pamiętam. Wiem tylko, że wiozę Franklina Delano Roosevelta.
Policjant z miejsca aresztował Abla pod zarzutem kradzieży. Podczas gdy mała istotka, tak hojnie obdarowana, słodko spała pod swoją puchową kołderką w dziecinnym pokoju na najwyższym piętrze domu przy Rigg Street, jej ojciec spędzał bezsenną noc na sfatygowanym materacu z końskiego włosia w celi lokalnego aresztu. George z samego rana przybył do sądu, aby potwierdzić zeznanie Abla.
Na drugi dzień Abel nabył czterodrzwiowego wiśniowego buicka od Petera Sosnkowskiego, który prowadził handel używanymi samochodami w polskiej dzielnicy.
Abel niechętnie teraz ruszał się z Chicago, nie chcąc się rozstawać ze swoją ukochaną Florentyną choćby na kilka dni, bał się bowiem, że umknie mu jej pierwszy krok, pierwsze słowo, cokolwiek, co uczyni pierwszy raz. Pilnował jej wychowania od samych urodzin, nie pozwalając, żeby rozmawiano w domu po polsku; twardo postanowił, że córka będzie mówić po angielsku bez najlżejszego choćby polskiego akcentu, żeby nie odróżniać się od rówieśników.
Z utęsknieniem czekał na pierwsze słowo córeczki, licząc, że będzie to „tata”, Zofia zaś bała się, że Florentyna odezwie się po polsku i wtedy się wyda, że kiedy zostają same, przemawia do niej w tym języku.
– Moja córka jest Amerykanką – tłumaczył Abel Zofii – i musi mówić po angielsku. Za dużo jest Polaków, którzy używają tylko ojczystego języka, a potem ich dzieci przez całe życie tkwią w północno-zachodnich zaułkach Chicago, napiętnowane epitetem „głupi Polak” i wyśmiewane przez każdego, na kogo się natkną.
– Ale nie przez tych naszych rodaków, którzy czują się jeszcze lojalni wobec polskiej monarchii – broniła się Zofia.
– Jakiej polskiej monarchii? W którym ty stuleciu żyjesz, Zosiu?
– W dwudziestym – odparła, podnosząc głos.
– Razem z bohaterami komiksów, prawda?
– Dziwne poglądy, jak na kogoś, kto marzy, że pojedzie kiedyś do Warszawy jako pierwszy Polakambasador.
– Mówiłem ci, żebyś nigdy o tym nie wspominała. Nigdy.
Zofia, która z angielskim była nadal na bakier, nic nie odpowiedziała, ale później żaliła się kuzynostwu, a kiedy Abla nie było w domu, dalej mówiła po polsku. Nie trafiał do niej argument, którym tak często posługiwał się Abel, że obroty General Motors przewyższają budżet Polski.
Pod koniec 1935 roku Abel nabrał przekonania, że Ameryka wyszła na prostą i że Wielki Kryzys to sprawa przeszłości, uznał więc, że nadszedł czas budowy nowego hotelu na miejscu dawnego Richmond Continental. Wybrał architekta i zaczął spędzać więcej czasu w Wietrznym Mieście, mniej zaś w podróży, postanowił bowiem, że jego hotel będzie najpiękniejszy na Środkowym Wschodzie.
Hotel Baron w Chicago został ukończony w maju 1936 roku, a otwarcia dokonał burmistrz miasta, demokrata Edward J. Kelly. Dwaj senatorzy z Illinois nadskakiwali Ablowi, świadomi jego rosnącego znaczenia.
– Ten hotel kosztował pana chyba z milion dolarów – zauważył J. Hamilton Lewis, starszy z senatorów.
– Dużo się pan nie pomylił – odparł Abel, z zachwytem spoglądając na wyłożone grubymi dywanami salony, wysokie, stiukowe sufity, wnętrza w pastelowych odcieniach zieleni. Akcent wieńczący dzieło stanowiła ciemnozielona, wypukła litera „B”, zdobiąca wszystko od ręczników w łazienkach po flagę, trzepocącą na szczycie czterdziestojednopiętrowego budynku.
– Ten hotel już nosi piętno sukcesu – powiedział J. Hamilton Lewis, zwracając się do dwu tysięcy zgromadzonych gości – albowiem, drodzy przyjaciele, mówiąc o „Baronie z Chicago”, ludzie zawsze będą mieli na myśli człowieka, a nie hotel.
Abel promieniał, słysząc narastający szmer uznania, i uśmiechnął się do siebie. Jego własny doradca do spraw reklamy podyktował to zdanie autorowi mowy senatora jeszcze na początku tygodnia.
Abel zaczynał czuć się swobodnie w towarzystwie grubych ryb ze świata biznesu i polityki. Natomiast Zofia nie umiała się przystosować do nowej sytuacji i nieśmiało trzymała się na uboczu, pijąc trochę za dużo szampana; wreszcie wymknęła się jeszcze przed kolacją pod nieprzekonującym pretekstem, że chce sprawdzić, czy Florentyna śpi spokojnie. Abel odprowadził zaróżowioną małżonkę do obrotowych drzwi, kipiąc z irytacji. Zofia ani nie rozumiała rozmachu Abla, ani nie dbała o sukces na jego miarę i wolała ignorować ten nowy świat, który go teraz otaczał. Aż za dobrze wiedziała, jak wielką przykrość mu tym sprawia, i kiedy pomagał jej wsiąść do taksówki, rzuciła:
– Nie spiesz się do domu.
– Nie ma obawy – mruknął, wracając do obrotowych drzwi, i tak mocno je pchnął, że po jego wyjściu okręciły się jeszcze trzykrotnie.
W hotelowym foyer czekał na niego radny miejski Henry Osborne.
– To z pewnością jest szczytowy moment twego życia – zauważył.
– Szczytowy moment? Dopiero co przekroczyłem trzydziestkę – odrzekł Abel.
W chwili, gdy obejmował wysokiego, przystojnego polityka, któremu nie najlepiej patrzyło z oczu, błysnęło światło flesza. Abel uśmiechnął się do fotografa, ucieszony, że traktują go jak osobistość, i na tyle głośno, żeby usłyszeli go ciekawscy, powiedział:
– Zamierzam budować hotele Baron na całym świecie. Chcę być dla Ameryki tym, kim był dla Europy César Ritz. Trzymaj się mnie, Henry, a nie pożałujesz. – Radny miejski wraz z Ablem powędrował do sali restauracyjnej i kiedy nikt już ich nie mógł usłyszeć, Abel dodał: – Jeżeli masz czas, Henry, zjedz ze mną jutro lunch. Chcę o czymś z tobą pogadać.
– Z przyjemnością, Ablu. Taki szaraczek jak radny miejski zawsze będzie do usług chicagowskiego Barona.
Obaj wybuchnęli gromkim śmiechem, choć żaden z nich nie sądził, aby ta uwaga była specjalnie dowcipna.
Abel znów, nie pierwszy już raz, wrócił do domu dopiero nad ranem. Zamiast do sypialni, poszedł do innego pokoju. Nie chciał budzić Zofii, a w każdym razie tak jej powiedział następnego dnia przy śniadaniu.
Kiedy Abel przyszedł do kuchni na śniadanie, Florentyna siedziała na dziecinnym krzesełku, z zapałem rozmazując kaszkę na buzi i próbując gryźć wszystko, czego mogła dosięgnąć, nawet jeśli nie nadawało się to do jedzenia. Pocałował ją w czoło, gdyż jedynie tam nie zdołała się upaćkać, i zasiadł przed talerzem pełnym wafli z syropem klonowym. Kiedy skończył jeść, wstał i oznajmił Zofii, że ma się spotkać na lunchu z Henrym Osborne’em.
– Nie lubię tego człowieka – rzuciła z niechęcią Zofia.
– Ja sam za nim nie przepadam – powiedział Abel. – Ale nie zapominaj, że ma dobrą pozycję w Ratuszu i może nam oddać wiele przysług.
– I wyrządzić wiele złego.
– Niech cię o to głowa nie boli. Już ja sobie poradzę z radnym Osborne’em – powiedział Abel, dotknąwszy lekko policzka żony i odwracając się do wyjścia.
– Predyzent – odezwał się głos. Rodzice zwrócili się ku Florentynie, która pokazywała rączką na podłogę, gdzie leżał ośmiomiesięczny Franklin D. Roosevelt, kudłatą twarzyczką do dołu.
Abel roześmiał się, podniósł ukochanego misia i usadowił go obok Florentyny na dziecinnym wysokim krzesełku.
– Pre-zy-dent – powiedział wolno i dobitnie.
– Predyzent – upierała się Florentyna.
Abel znowu się roześmiał i poklepał Franklina D. Roosevelta po łebku. I tak F.D.R. był sprawcą nie tylko polityki Nowego Ładu, ale i pierwszej politycznej wypowiedzi Florentyny.
Abel wyszedł przed dom, gdzie czekał już szofer stojący obok nowego cadillaca. Im nowszy był model samochodu, na jaki mógł sobie Abel pozwolić, tym trudniej było mu go prowadzić. Gdy kupił cadillaca, George poradził mu, żeby sprawił sobie i szofera. Tego ranka, gdy zbliżali się do Złotego Brzegu, Abel kazał szoferowi zwolnić. Spoglądał w górę na błyszczący szkłem hotel Baron i wydawało mu się niepojęte, że oto jest na świecie takie jedno, jedyne miejsce, gdzie można tak wiele osiągnąć w tak krótkim czasie. To, czego dokonałoby z mozołem i ku wielkiemu zadowoleniu dziesięć pokoleń Chińczyków, on urzeczywistnił w niespełna piętnaście lat.
Wyskoczył z samochodu, nim szofer zdążył go okrążyć i otworzyć drzwiczki, żwawo powędrował do hotelu i pojechał prywatną superszybką windą na czterdzieste pierwsze piętro, gdzie spędził przedpołudnie, wnikając w każdą ze spraw: a to jedna winda osobowa nie działała należycie, a to dwaj kelnerzy rzucili się na siebie w kuchni z nożami i George zwolnił ich z pracy jeszcze przed jego przybyciem do hotelu, to znów lista szkód po uroczystości otwarcia hotelu była podejrzanie długa – trzeba będzie skontrolować, czy to, co zgłoszono jako zniszczone, nie zostało przypadkiem rozkradzione przez kelnerów. Abel nie zostawiał nic na łasce losu w żadnym ze swych hoteli; kontrolował wszystko, począwszy od tego, kto się zatrzymał w Apartamencie Prezydenckim, a kończąc na cenie ośmiu tysięcy świeżych bułeczek, których co tydzień potrzebował dział gastronomiczny hotelu. Całe przedpołudnie poświęcił na rozstrzyganie wątpliwości, rozwiązywanie problemów i podejmowanie decyzji, i oderwał się od pracy dopiero wówczas, kiedy sekretarka wprowadziła do jego gabinetu radnego Osborne’a.
– Dzień dobry, baronie – powiedział Henry poufałym tonem, używając rodowego tytułu Rosnovskich.
W czasach, kiedy Abel był młodszym kelnerem w hotelu Plaza w Nowym Jorku, otwarcie szydzono z niego, urągliwie tytułując go baronem. W hotelu Richmond Continental, kiedy pełnił funkcję zastępcy dyrektora, dowcipkowano sobie na ten temat poza jego plecami. Ostatnio każdy wymawiał to słówko z szacunkiem.
– Dzień dobry – odparł Abel, zerkając na zegar na biurku. Było pięć po pierwszej. – Chodźmy na lunch.
Zaprowadził Henry’ego do sąsiadującej z gabinetem prywatnej jadalni. Postronnemu obserwatorowi trudno by było uznać Henry’ego za bratnią duszę Abla. Wykształcony w Choate i na Harvardzie, jak ciągle o tym przypominał Ablowi, służył później jako młody porucznik piechoty morskiej podczas wojny światowej. Wysoki, z bujną czupryną gdzieniegdzie przyprószoną siwizną, wyglądał młodziej, niżby to wynikało z jego opowieści.
Pierwszy raz spotkali się z powodu pożaru starego hotelu Richmond Continental. Henry pracował wówczas w towarzystwie ubezpieczeniowym Great Western Casualty, gdzie, jak pamięcią sięgnąć, ubezpieczone były Hotele Richmond. Abla nieco zbiło z tropu, gdy Henry napomknął, że drobna sumka gotówką przyspieszyłaby załatwienie wniosku o odszkodowanie. Abel nie miał w tych czasach „drobnej sumki”, zresztą wniosek i tak został pozytywnie rozpatrzony, gdyż Henry również wierzył w świetlaną przyszłość Abla.
W ten sposób Abel przekonał się, że są ludzie, których można kupić.
W czasie, kiedy Henry’ego Osborne’a wybrano do rady miejskiej Chicago, Abel mógł już sobie pozwolić na „drobne sumki” i zgoda na budowę nowego hotelu załatwiona została w Ratuszu błyskawicznie. Gdy Henry później oznajmił, że będzie się ubiegał o miejsce w Izbie Reprezentantów z dziewiątego okręgu wyborczego Illinois, Abel jako jeden z pierwszych wysłał mu czek na sporą sumę na jego kampanię wyborczą. Co prawda Abel nie miał specjalnego zaufania do swego nowego sprzymierzeńca, uważał jednak, że obłaskawiony polityk może okazać się przydatny dla Grupy Barona. Bacznie strzegł, aby po żadnej z drobnych wpłat gotówkowych – nigdy, nawet w myślach, nie nazywał ich łapówkami – nie został żaden ślad w papierach; uważał, że zdoła wycofać się z tego układu, kiedy tylko będzie mu się podobało.
Jadalnia utrzymana była w takich samych pastelowych odcieniach zieleni jak cały hotel, ale nigdzie nie widziało się wielkiej, wypukłej litery B. Meble, wyłącznie dębowe, pochodziły z dziewiętnastego wieku. Na ścianach wisiały portrety olejne z tegoż okresu, prawie wszystkie sprowadzone z zagranicy. Po zamknięciu drzwi mogło się wydawać, że człowiek znalazł się w innym świecie, z dala od gorączkowej krzątaniny nowoczesnego hotelu.
Abel zasiadł u szczytu rzeźbionego stołu, przy którym wygodnie zmieściłoby się osiem osób. Tego dnia nakryto tylko dla dwu.
– Atmosfera tego pokoju ma coś ze starej Anglii – rzekł Henry, rozglądając się wokół.
– Albo Polski – zauważył Abel. Tymczasem kelner w liberii podał wędzonego łososia i nalał po kieliszku wina bouchard chablis.
Henry spojrzał na stojący przed nim talerz.
– Teraz rozumiem, dlaczego tak tyjesz, baronie – powiedział.
Abel żachnął się i szybko zmienił temat.
– Idziesz jutro na mecz Niedźwiadków? – zagadnął.
– Właściwie po co? Mają jeszcze gorsze wyniki rozgrywek na własnym boisku niż republikanie. Zresztą moja nieobecność i tak nie powstrzyma „Tribune” przed uznaniem meczu za wyrównaną walkę, nawet w jawnej sprzeczności z punktacją, i przed obwieszczeniem, że w innych okolicznościach Niedźwiadki odniosłyby miażdżące zwycięstwo.
Abel roześmiał się.
– Jedno jest pewne – ciągnął Henry. – Nigdy nie zobaczymy wieczornego meczu na stadionie Wrigley Field. Ta koszmarna nowa moda gry w światłach reflektorów nie przyjmie się w Chicago.
– Zeszłego roku to samo mówiłeś o piwie w puszkach.
Teraz Henry się żachnął.
– Ablu, chyba nie po to zaprosiłeś mnie na lunch, żeby wysłuchiwać moich opinii o baseballu czy piwie w puszkach, więc lepiej powiedz, co takiego wymyśliłeś i jak mógłbym ci pomóc.
– To proste. Chciałbym się ciebie poradzić co do Williama Kane’a.
Henry jakby się zadławił. Muszę powiedzieć parę słów szefowi kuchni – pomyślał Abel. W wędzonym łososiu nie powinno być żadnych ości.
– Kiedyś, Henry, opowiedziałeś mi z malowniczymi szczegółami, co się zdarzyło, gdy spotkały się wasze drogi, i jak Kane ograbił cię na koniec z pieniędzy. Cóż, mnie Kane wyrządził o wiele większą krzywdę. Podczas Wielkiego Kryzysu przycisnął do muru Davisa Leroya, mojego wspólnika i najbliższego przyjaciela, i bezpośrednio przyczynił się do jego samobójstwa. Na dodatek odmówił mi kredytu, kiedy chciałem przejąć zarząd hoteli i uzdrowić sytuację finansową grupy.
– Kto ci w końcu pomógł?
– Jakiś udziałowiec Continental Trust. Dyrektor banku nigdy mi tego nie powiedział wyraźnie, ale zawsze podejrzewałem, że to David Maxton.
– Właściciel hotelu Stevens?
– Tak, ten sam.
– Na jakiej podstawie tak sądzisz?
– Kiedy u Stevensa odbywało się moje wesele, a później chrzciny Florentyny, rachunki pokrył mój protektor.
– To jeszcze o niczym nie świadczy.
– Owszem, ale jestem przekonany, że to Maxton, bo kiedyś oferował mi stanowisko dyrektora swojego hotelu. Powiedziałem mu, że bardziej by mnie urządzało, gdybym znalazł kogoś, kto udzieli poparcia finansowego mojej grupie, i w ciągu tygodnia jego bank w Chicago zaproponował mi pieniądze od osoby, której zależało na zachowaniu incognito, gdyż transakcja ta mogłaby kolidować z jej działalnością zawodową.
– To już brzmi trochę bardziej przekonująco. Ale powiedz mi, co za figla chcesz spłatać Kane’owi? – zagadnął Henry, bawiąc się kieliszkiem i czekając na dalsze słowa Abla.
– Chodzi mi o coś takiego, co nie zajmie ci za dużo czasu, a okaże się dla ciebie korzystne finansowo i jednocześnie satysfakcjonujące, gdyż darzysz Kane’a takimi samymi względami jak ja.
– Zamieniam się w słuch – rzekł Henry, nie podnosząc oczu sponad kieliszka.
– Chcę położyć rękę na sporej części udziałów bostońskiego banku Kane’a.
– Nie przyjdzie ci to łatwo – stwierdził Henry. – Większość udziałów stanowi majątek rodziny i nie można ich sprzedać bez jego zgody.
– Wydaje się, że jesteś doskonale poinformowany – zauważył Abel.
– Wróble o tym ćwierkają na dachu – oznajmił Henry.
Abel wcale mu nie wierzył.
– Zatem na początek trzeba się dowiedzieć nazwisk wszystkich udziałowców banku Kane’a i Cabota i wysondować, czy któryś z nich nie pozbyłby się swojego portfela akcji za cenę znacznie przewyższającą ich wartość nominalną.
Abel zauważył, jak oczy Henry’ego rozbłyskują, zapewne na myśl o tym, ile zarobiłby na tej transakcji, gdyby ubił interes z jedną i drugą stroną.
– Gdyby kiedyś się połapał, dałby się nam we znaki – powiedział Henry.
– Ale się nie połapie – uspokoił go Abel. – A gdyby nawet, to i tak wyprzedzimy go co najmniej o dwa ruchy. Myślisz, że mógłbyś się tego podjąć?
– Spróbuję. Co proponujesz?
Abel pojął, że Henry’emu chodzi o to, na jaką może liczyć zapłatę, ale on jeszcze nie skończył.
– Pierwszego dnia każdego miesiąca – kontynuował – chcę mieć pisemny raport z wyliczeniem udziałów Kane’a w innych towarzystwach, wszelkich jego interesów, a także szczegółów z jego życia prywatnego, o których uda ci się dowiedzieć. Interesuje mnie wszystko, co wyniuchasz, nawet gdyby to były błahostki.
– Powtarzam: to nie będzie łatwe – rzekł Henry.
– Czy tysiąc dolarów miesięcznie ułatwi ci zadanie?
– Tysiąc pięćset ułatwiłoby jeszcze bardziej.
– Tysiąc dolarów przez pierwsze pół roku. Jak się sprawdzisz, dam tysiąc pięćset.
– Umowa stoi – zgodził się Henry.
– Dobrze – powiedział Abel, sięgając po portfel do wewnętrznej kieszeni marynarki i wyjmując czek na tysiąc dolarów płatne gotówką.
Henry obejrzał czek.
– Nie miałeś cienia wątpliwości, że się zgodzę, prawda?
– Niezupełnie – odparł Abel. Wyjął z portfela inny czek i pokazał go Henry’emu. Czek opiewał na tysiąc pięćset dolarów. – Jeśli trafi ci się jakaś gratka w pierwszych sześciu miesiącach, to będziesz stratny tylko na trzy tysiące dolarów.
Obydwaj się roześmieli.
– Przejdźmy teraz do milszego tematu – powiedział Abel. – Czy wygramy?
– Mówisz o Niedźwiadkach?
– Nie, o wyborach.
– Pewnie Landon dostanie cięgi. Słonecznik z Kansas nie ma szans na pobicie F.D.R. – odparł Henry. – Jak przypomniał nam prezydent, ten szczególny kwiat jest jadowicie żółty, ma środek czarny jak piekło, jest przysmakiem papug i więdnie przed nadejściem listopada.
Abel znów się roześmiał.
– A co z tobą, Henry?
– Nie ma strachu. Demokraci nie stracą tego mandatu. Najtrudniej jest z uzyskaniem nominacji, a nie wygraniem wyborów.
– Nie mogę się doczekać, kiedy zostaniesz kongresmanem, Henry.
– Wierzę ci, Ablu. Chciałbym ci się tak przysłużyć, jak pozostałym moim wyborcom.
Abel rzucił mu kpiące spojrzenie.
– Znacznie lepiej, mam nadzieję – zauważył. W tym momencie postawiono przed nim talerz z olbrzymim befsztykiem z polędwicy, a do kieliszka nalano wina Côte de Beaune, rocznik 1929. Reszta lunchu upłynęła na rozmowie o kontuzji Gabby’ego Hartnetta, o czterech złotych medalach Jesse Owensa na olimpiadzie w Berlinie i o możliwości inwazji Hitlera na Polskę.
– Nigdy do tego nie dojdzie – zawyrokował Henry i zaczął wspominać, jak dzielnie bili się Polacy pod Mons podczas Wielkiej Wojny.
Abel zmilczał, że żaden polski pułk nie brał udziału w bitwie pod Mons.
O drugiej trzydzieści siedem Abel znów siedział za biurkiem, rozważając problemy związane z Apartamentem Prezydenckim i ośmioma tysiącami świeżych bułeczek.
Do domu wrócił dopiero o dziewiątej wieczorem, kiedy Florentyna już spała. Obudziła się jednak od razu, gdy ojciec wszedł do pokoju, i uśmiechnęła się do niego.
– Predyzent, predyzent, predyzent – powiedziała.
Abel uśmiechnął się.
– Ja nie. Może ty, ale nie ja. – Podniósł córeczkę i pocałował w policzek, a potem usiadł przy niej, ona zaś powtarzała w kółko to jedno jedyne słowo, jakie umiała.
W listopadzie 1936 roku Henry Osborne został wybrany do Izby Reprezentantów z dziewiątego okręgu Illinois. Wygrał nie tak dużą większością głosów jak jego poprzednik, co można było przypisać wyłącznie indolencji Osborne’a, gdyż Roosevelt porwał za sobą wszystkie stany prócz Vermontu i Maine, a w Kongresie republikanie zdołali uplasować zaledwie siedemnastu senatorów i zapewnić sobie tylko sto trzy miejsca w Izbie Reprezentantów. Ale Ablowi wystarczyło, że ma swojego człowieka w Izbie Reprezentantów, toteż z miejsca zaproponował Henry’emu stanowisko prezesa komisji planowania Grupy Hoteli Baron. Henry przyjął je z wdzięcznością.
Całą energię Abel skierował teraz na budowę coraz to nowych hoteli – z pomocą kongresmana Osborne’a, który, jak się zdawało, potrafił załatwić pozwolenie na budowę wszędzie, gdzie tylko baron sobie zażyczył. Abel zawsze płacił Henry’emu za te przysługi używanymi banknotami. Nie miał pojęcia, co Henry robi z tymi pieniędzmi, nie ulegało jednak wątpliwości, że ich część musiała trafiać do właściwych rąk. Szczegóły go nie interesowały.
Mimo pogarszającego się pożycia z Zofią Abel wciąż pragnął syna i był zrozpaczony, że żona nie może zajść w ciążę. Z początku przypisywał winę Zofii, która zresztą też marzyła o drugim dziecku, w końcu jednak uległ jej namowom i odwiedził lekarza. Czuł się upokorzony, kiedy się dowiedział, że ma niedobór spermatozoidów, będący wynikiem, zdaniem lekarza, niedożywienia w dzieciństwie, i że mało prawdopodobne, żeby został ponownie ojcem. Od tej pory Abel uznał sprawę za zamkniętą i wszystkie swoje uczucia i nadzieje skoncentrował na Florentynie, która rosła bujnie niczym chwast. Tylko Grupa Barona wzrastała jeszcze szybciej. Abel wzniósł nowy hotel na Północy i jeszcze jeden na Południu, unowocześniając zarazem i reorganizując starsze hotele.
W wieku czterech lat Florentyna zaczęła chodzić do przedszkola. Zażądała, aby pierwszego dnia towarzyszyli jej Abel i F.D.R. Dużo dziewczynek przyszło pod opieką nie matek, ale niań, a jedna nawet, jak grzecznie uświadomiono Abla, guwernantki. Tego wieczoru Abel oznajmił Zofii, że życzy sobie, aby osoba o takich kwalifikacjach zajęła się wychowaniem Florentyny.
– Dlaczego? – z irytacją zapytała Zofia.
– Żeby żadne inne dziecko nie miało już na starcie przewagi nad naszą córką.
– Uważam, że to bezsensowne wyrzucanie pieniędzy. Czy ktoś taki może dać Florentynie coś, czego ja bym nie potrafiła?
Abel nic nie odpowiedział, ale następnego ranka zamieścił ogłoszenie w chicagowskiej „Tribune”, w „New York Timesie” i londyńskim „Timesie”, w których podał, że poszukuje guwernantki, wyraźnie określając oferowane warunki. Z całego kraju napłynęły setki odpowiedzi od kobiet z wysokimi kwalifikacjami, chcących pracować u prezesa Grupy Hoteli Baron. Przychodziły listy z takich uczelni jak Vassar, Radcliffe i Smith, a jeden nawet z zakładu poprawczego dla kobiet w Alderson w Zachodniej Wirginii. Najbardziej jednak zaintrygował Abla list od osoby, która widać nigdy nie słyszała o baronie z Chicago.
Stara Plebania
Szynki Wielkie
Hrabstwo Hertfordshire
12 września 1938 roku
Szanowny Panie!
W odpowiedzi na Pański anons w rubryce ogłoszeń prywatnych na pierwszej stronie dzisiejszego dziennika „Times” zgłaszam swoją kandydaturę na posadę guwernantki Pańskiej córki.
Mam trzydzieści dwa lata, urodziłam się jako szósta z kolei córka wielebnego L.H. Tredgolda. Jestem starą panną i mieszkam w parafii Szynki Wielkie w Hertfordshire. Obecnie uczę w miejscowym gimnazjum i pomagam ojcu w jego pracy duszpasterskiej.
Ukończyłam pensję w Cheltenham, gdzie uczyłam się łaciny, greki, francuskiego i angielskiego, a następnie wstąpiłam do Kolegium Newnhama w Cambridge, gdzie otrzymałam stypendium. Na uniwersytecie przystąpiłam do egzaminu końcowego z języków nowożytnych i wszystkie przedmioty zdałam z najwyższym wyróżnieniem. Nie otrzymałam dyplomu, gdyż statut uniwersytetu nie pozwala wręczać go kobietom.
Jestem gotowa w każdym terminie stawić się na rozmowę i z radością podejmę się pracy w Nowym Świecie.
Pozostaję z szacunkiem, Pańska uniżona W. Tredgold
Ablowi trudno było uwierzyć, że istnieje coś takiego jak pensja żeńska w Cheltenham czy miejscowość Szynki Wielkie, a już szczególne jego podejrzenia wzbudziło twierdzenie o uzyskaniu najwyższego wyróżnienia bez żadnego dyplomu.
Poprosił sekretarkę, żeby zamówiła rozmowę z Waszyngtonem. Kiedy wreszcie połączono go z osobą, o którą mu chodziło, odczytał jej cały list.
Osoba z Waszyngtonu potwierdziła, że każda z informacji zawartych w liście może być prawdziwa i że nie ma powodu, aby powątpiewać w jego wiarygodność.
– Ale czy na pewno istnieje coś takiego jak pensja żeńska w Cheltenham? – dopytywał się Abel.
– Ależ tak, panie Rosnovski. Sama się tam kształciłam – odparła sekretarka ambasadora brytyjskiego.
Wieczorem Abel ponownie odczytał list na głos, tym razem Zofii.
– I co myślisz? – zapytał, chociaż już podjął decyzję.
– Nie podoba mi się – odparła Zofia, nie podnosząc oczu znad magazynu, który przeglądała. – Jeśli już musimy kogoś mieć do Florentyny, to dlaczego nie Amerykankę?
– Pomyśl, ile pożytku odniesie Florentyna, jeśli będzie ją uczyła angielska guwernantka. – Abel zawiesił głos. – I tobie też się przyda jej towarzystwo.
Tym razem Zofia oderwała wzrok od czasopisma.
– Czyżby? – spytała. – Czy sądzisz, że uda jej się i mnie wyedukować?
Abel nie odpowiedzieł.
Nazajutrz rano wysłał telegram do Szynek Wielkich, oferując pannie Tredgold posadę guwernantki.
Trzy tygodnie później, kiedy pojechał po nią na stację przy La Salle Street, natychmiast, ledwie ją ujrzał, wiedział, że podjął słuszną decyzję. Osoba, która samotnie stała na peronie z trzema walizkami różnych rozmiarów i fasonów, nie mogła być nikim innym, tylko panną Tredgold; wysoka, chuda i trochę wyniosła, z kokiem na czubku głowy, dzięki któremu o pełne dwa cale górowała nad swoim przyszłym pracodawcą.
Zofia przyjęła pannę Tredgold niczym intruza, który zamierza podkopać jej matczyną władzę. Kiedy prowadziła ją do pokoju córki, nigdzie nie było śladu Florentyny. Spod łóżeczka wyjrzało dwoje oczu o podejrzliwym spojrzeniu. Panna Tredgold pierwsza dostrzegła dziewczynkę i przyklękła.
– Obawiam się, że nie będę mogła wiele ci pomóc, jeśli tam zostaniesz, dziecko. Jestem o wiele za duża, żeby mieszkać pod łóżkiem.
Florentyna roześmiała się i wyczołgała się spod łóżka.
– Jak ty śmiesznie mówisz – powiedziała. – Skąd jesteś?
– Z Anglii – odparła panna Tredgold i usiadła koło Florentyny.
– Gdzie to jest?
– O tydzień podróży stąd.
– Tak, ale jak daleko?
– To zależy, czym się jedzie przez ten tydzień. Jakimi środkami lokomocji mogłam podróżować, żeby pokonać tak dużą odległość? Czy potrafiłabyś wymienić trzy?
Florentyna skupiła się.
– Z domu pojechałabym rowerem, a kiedy bym dotarła na koniec Ameryki, wsiadłabym na...
Żadna z nich nie zauważyła, kiedy Zofia wyszła z pokoju.
Już po kilku dniach panna Tredgold stała się dla Florentyny siostrą i bratem, których nigdy nie miała mieć.
Florentyna potrafiła siedzieć całymi godzinami i przysłuchiwać się temu, co mówiła jej nowa towarzyszka, Abel zaś z dumą przyglądał się, jak ta stara panna – nigdy nie potrafił sobie wyobrazić, że ma tylko trzydzieści dwa lata, tak jak on – uczy jego córkę tylu przedmiotów, które on sam chętnie poznałby lepiej.
Pewnego ranka Abel zapytał George’a, czy potrafi wymienić sześć żon Henryka VIII, bo jeśli nie, to należałoby sprowadzić dwie następne guwernantki, absolwentki pensji w Cheltenham, póki Florentyna nie zakasuje ich swoją wiedzą. Zofia nie interesowała się Henrykiem VIII ani jego żonami i nadal uważała, że Florentyna powinna być wychowywana według prostych, polskich tradycji. Dawno już jednak zrezygnowała z prób przekonania Abla. Tak organizowała sobie życie, aby przez większość dnia nie widywać guwernantki. Jeśli chodzi o organizację dnia narzuconą przez pannę Tredgold, to stanowiła ona połączenie dyscypliny grenadiera gwardii z metodami Marii Montessori. Florentyna co dzień wstawała o siódmej rano i, siedząc prosto, tak że plecami nie dotykała oparcia krzesła, wysłuchiwała podczas śniadania nauk o zachowaniu przy stole i o prawidłowej postawie. Między siódmą trzydzieści a siódmą czterdzieści pięć panna Tredgold wybierała dwie lub trzy wiadomości z chicagowskiej „Tribune”, czytała je i omawiała z Florentyną, a po godzinie odpytywała ją na ten temat. Florentynę od razu wielce zainteresowało, co robi prezydent, może dlatego, że nosił imię jej misia. Panna Tredgold poświęcała dużo swojego wolnego czasu na szczegółowe zapoznawanie się z dziwacznym amerykańskim systemem politycznym, żeby przypadkiem żadne z pytań jej podopiecznej nie zostało bez odpowiedzi.
Między dziewiątą a dwunastą Florentyna i F.D.R. przebywali w przedszkolu, gdzie w gronie rówieśników oddawali się zajęciom stosownym dla ich wieku. Kiedy panna Tredgold przychodziła po Florentynę, bez trudu mogła poznać, czy dziewczynka miała tego dnia do czynienia z gliną, klejem i nożyczkami, czy też z farbami. Za każdym razem guwernantka prowadziła dziecko prosto do domu, wsadzała do wanny i przebierała, zżymając się i od czasu do czasu coś burcząc pod nosem.
Po południu panna Tredgold z Florentyną wyruszały zazwyczaj na wyprawę, szczegółowo zaplanowaną rano przez guwernantkę w tajemnicy przed dziewczynką, choć ta i tak zawsze próbowała się dowiedzieć, co takiego obmyśliła opiekunka.
– Co dzisiaj będziemy robiły? – lub: – Dokąd pójdziemy? – dopytywała się Florentyna.
– Cierpliwości, dziecko.
– A czy pójdziemy tam, gdyby padało?
– To się okaże. Ale nawet gdybyśmy nie mogły, bądź spokojna, bo ja zawsze mam w pogotowiu rezerwowy plan.
– Co to takiego deserowy plan?
– Rezerwowy, dziecko. Coś, co musisz mieć w zanadrzu, kiedy wszystko inne zawiedzie – wyjaśniała panna Tredgold.
Popołudniowe wyprawy to były spacery po parku, wizyty w ogrodzie zoologicznym, czasami nawet jazda na piętrze trolejbusu, sprawiająca Florentynie szczególną frajdę. Panna Tredgold korzystała z okazji i wprowadzała swoją pupilkę w początki francuskiego; była mile zdziwiona odkrywszy, że dziewczynka ma wrodzone zdolności do języków. Po powrocie do domu Florentyna spędzała pół godzinki z „mamą”, jak się do niej zwracała po polsku, pałaszowała podwieczorek, znów brała kąpiel i o siódmej leżała już opatulona w łóżeczku. Panna Tredgold siadała przy niej i czytała jej fragment z Biblii albo Marka Twaina – kiedyś, w przypływie, jak jej się wydawało, frywolności, stwierdziła, że Amerykanie i tak nie odróżniają jednego od drugiego – po czym, zgasiwszy światło, czuwała przy swojej pupilce i przy F.D.R., dopóki oboje nie zasnęli.
Tego rozkładu dnia kategorycznie przestrzegano i naruszany był tylko przy tak rzadkich okazjach, jak urodziny czy święta państwowe, kiedy to panna Tredgold zezwalała Florentynie, aby towarzyszyła jej do kina wytwórni United Artists przy West Randolph Street na filmy w rodzaju „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków”. Jednak uprzednio panna Tredgold sama oglądała film, żeby się upewnić, iż będzie on stosowny dla małej podopiecznej. Walt Disney zyskał aprobatę guwernantki, podobnie jak Laurence Olivier w roli Heathcliffa, za którym uganiała się Merle Oberon – ten film oglądała przez trzy kolejne czwartki w wolne od pracy popołudnia, za każdym razem płacąc dwadzieścia centów za bilet. Przekonała samą siebie, że warto nań roztrwonić sześćdziesiąt centów; w końcu „Wichrowe Wzgórza” należały do klasyki.
Panna Tredgold nigdy nie zbywała pytań Florentyny, czy to o nazistów, czy o Nowy Ład, albo i nawet o bazę-metę w baseballu, chociaż czasami dziewczynka najwyraźniej nie rozumiała odpowiedzi. Mała wkrótce odkryła, że matka nie zawsze potrafi zaspokoić jej ciekawość, i zdarzało się, że panna Tredgold, żeby nie wprowadzić dziewczynki w błąd, musiała udać się do swego pokoju i wertować Encyklopedię Brytannikę.
W wieku pięciu lat Florentyna zaczęła uczęszczać do przedszkola przy Szkole Podstawowej i Gimnazjum Klasycznym dla Dziewcząt w Chicago, ale w ciągu tygodnia przesunięto ją o rok wyżej, gdyż, znacznie wyprzedzała swoje rówieśniczki. W jej świecie wszystko wyglądało cudownie. Miała mamę i tatusia, pannę Tredgold i Franklina D. Roosevelta i, jak daleko sięgał jej horyzont, wszystko zdawało się osiągalne.
Tylko najlepsze rodziny, jak mawiał Abel, posyłały swoje dzieci do szkoły, do której uczęszczała Florentyna, toteż panna Tredgold przeżyła swego rodzaju szok, kiedy zaprosiła kilka koleżanek Florentyny na podwieczorek i otrzymała grzeczną odmowę. Serdeczne przyjaciółki Florentyny, Mary Gill i Susie Jacobson, przychodziły regularnie do domu przy Rigg Street, ale niektórzy rodzice innych dziewczynek odrzucali zaproszenia, używając błahych wymówek, i do panny Tredgold wkrótce dotarło, że co prawda baron z Chicago zdołał się wyrwać z zaklętego kręgu biedy i zbić fortunę, ale nie jest w stanie sforsować drzwi lepszych salonów w Chicago. Zofia nie potrafiła mu w tym pomóc; nie próbowała nawet poznać rodziców innych dzieci, czy choćby wstąpić do jakiegoś komitetu charytatywnego, szpitalnego, czy jednego z klubów, do których tak wielu z nich należało.
Panna Tredgold starała się, jak mogła, ale ponieważ w oczach większości rodziców była tylko sługą, nie zdołała wiele wskórać. Modliła się, żeby Florentyna nigdy się nie dowiedziała o tych uprzedzeniach – ale jej modły nie zostały wysłuchane.
Florentyna dzielnie radziła sobie w pierwszej klasie, bynajmniej nie pozostając w tyle, i tylko jej wzrost przypominał wszystkim, że jest o rok młodsza.
Abel zbyt był pochłonięty powiększaniem własnego imperium, by zaprzątać sobie głowę pozycją towarzyską czy wnikać w problemy trapiące pannę Tredgold. Grupa wciąż się rozwijała i do 1938 roku Abel na tyle umocnił swoją pozycję finansową, że mógł już zacząć myśleć o spłacie pożyczki swojemu protektorowi. Prawdę mówiąc, Abel przewidywał zysk roczny w wysokości dwustu pięćdziesięciu tysięcy dolarów, mimo zakrojonego na szeroką skalę programu budowy hoteli.
Jego stroskane myśli nie krążyły wokół pokoju dziecinnego ani hoteli, lecz biegły do ukochanej ojczyzny, odległej o prawie pięć tysięcy mil. Najgorsze obawy potwierdziły się, kiedy 1 września 1939 roku Hitler zaatakował Polskę, a w dwa dni później Anglia wypowiedziała Niemcom wojnę. W obliczu nowej wojny Abel poważnie się zastanawiał, czy nie zostawić Grupy Barona pod opieką George’a, który okazał się tak oddanym adiutantem, a samemu popłynąć do Londynu i wstąpić do polskiego wojska na wychodźstwie. George z Zofią odwiedli go jednak od tego zamiaru, skupił się więc na zbiórce funduszy i wysyłaniu ich Brytyjskiemu Czerwonemu Krzyżowi oraz na wywieraniu nacisków na polityków z Partii Demokratycznej, aby Ameryka przystąpiła do wojny wraz z Anglikami.
– F.D.R. potrzebuje teraz wszystkich przyjaciół, jakich tylko zdoła pozyskać – oświadczył Abel któregoś ranka w obecności Florentyny.
W ostatnim kwartale 1939 roku Abel, z pomocą niewielkiej pożyczki z banku First City w Chicago, stał się wyłącznym właścicielem Grupy Hoteli Baron. W dorocznym sprawozdaniu przewidywał, że zyski w 1940 roku przekroczą pół miliona dolarów.
Franklin D. Roosevelt – ten z czerwonymi oczkami i puszystym brązowym futerkiem – niemal zawsze towarzyszył w szkole Florentynie, nawet kiedy przeszła do drugiej klasy. Panna Tredgold uważała, że pora już zostawiać misia w domu. W normalnych okolicznościach wydałaby Florentynie polecenie, polałoby się trochę łez i problem byłby rozwiązany; wbrew jednak swemu przekonaniu pozwoliła dziecku robić, jak chciało. Decyzja ta okazała się jedną z nielicznych pomyłek panny Tredgold.
Co poniedziałek uczniowie Szkoły Podstawowej i Gimnazjum Klasycznego dla Chłopców mieli z dziewczynkami wspólną lekcję francuskiego, prowadzoną przez nauczycielkę języków nowożytnych mademoiselle Mettinet. Dla wszystkich dzieci prócz Florentyny było to pierwsze, pełne trudności, zetknięcie się z tym językiem. Podczas gdy klasa chóralnie powtarzała za mademoiselle: boucher, boulanger i épicier, Florentyna bardziej z nudów niż z chęci imponowania zaczęła rozmawiać po francusku z F.D.R. Jej sąsiad, duży, dość leniwy chłopak, Edward Winchester, który nie był w stanie pojąć różnicy między le i la, powiedział Florentynie, żeby przestała się popisywać. Florentyna zaczerwieniła się i wybąkała:
– Chciałam tylko wytłumaczyć F.D.R., jaka jest różnica między rodzajem męskim a żeńskim.
– Tak? – powiedział Edward. – Ja ci pokażę la différence, panno Mądralińska – i w odruchu złości schwycił F.D.R., z całej siły pociągnął za jedną łapkę i oderwał ją od tułowia. Florentyna siedziała niczym przykuta i z przerażeniem patrzyła, jak Edward łapie następnie kałamarz i wylewa cały atrament na łebek misia.
Mademoiselle Mettinet, która nigdy nie była zwolenniczką wspólnych lekcji chłopców z dziewczynkami, pospieszyła na odsiecz, ale nie zdążyła na czas. F.D.R. był już szafirowy od stóp do głów i leżał na podłodze na kupce trocin z oderwanego ramienia. Florentyna schwyciła swoją maskotkę i zaczęła oblewać rzęsistymi łzami futro nasączone atramentem. Mademoiselle Mettinet poszła z Edwardem do gabinetu dyrektorki, nakazawszy dzieciom siedzieć cicho.
Florentyna przykucnęła i zaczęła zbierać z podłogi trociny. Próbowała bez powodzenia wepchnąć je z powrotem w misia, kiedy jasnowłosa dziewczynka, której Florentyna nigdy nie lubiła, pochyliła się w jej stronę i syknęła:
– Dobrze ci tak, ty głupia Polko. – Klasa zareagowała chichotem i część dzieci zaczęła skandować:
– Głupia Polka, głupia Polka, głupia Polka.
Florentyna przylgnęła kurczowo do F.D.R. i modliła się o powrót mademoiselle Mettinet.
Po upływie paru minut – choć Florentynie wydawało się, że to trwało kilka godzin – wróciła nauczycielka z Edwardem, podążającym za nią ze spuszczoną głową. Skandowanie urwało się z chwilą wejścia nauczycielki do klasy, ale Florentyna bała się nawet podnieść wzrok. W nienaturalnej ciszy Edward podszedł do Florentyny i przeprosił ją głośno, acz bez przekonania. Potem wrócił na swoje miejsce i uśmiechnął się od ucha do ucha do kolegów.
Kiedy panna Tredgold przyszła tego popołudnia po swoją podopieczną, od razu spostrzegła, że dziewczynka ma czerwone od płaczu policzki i drepcze koło niej ze spuszczoną główką, kurczowo trzymając szafirowego misia o spochmurniałym obliczu za jedyną łapkę, jaka mu została. Zanim doszły do domu, panna Tredgold wydobyła z Florentyny opowieść o całym wydarzeniu. Tego wieczoru dała dziewczynce na kolację jej ulubione smakołyki, których zazwyczaj nie pochwalała – hamburgera oraz lody, a następnie wcześniej położyła ją do łóżeczka, licząc na to, że mała prędko zaśnie. Po godzinie daremnego szorowania szczoteczką do rąk i mydłem nieodwracalnie zafarbowanego misia panna Tredgold musiała dać za wygraną. Kiedy kładła wilgotne zwierzątko obok Florentyny, spod kołderki odezwał się cichy głosik:
– Dziękuję, panno Tredgold. F.D.R. potrzebuje teraz wszystkich przyjaciół, jakich tylko zdoła pozyskać.
Kiedy Abel przyszedł do domu tuż po dziesiątej – ostatnio prawie każdego wieczoru wracał późno – panna Tredgold poprosiła go o rozmowę na osobności. Zaskoczony tym żądaniem, natychmiast zaprowadził ją do swojego gabinetu. W ciągu osiemnastu miesięcy spędzonych w jego domu w charakterze guwernantki panna Tredgold zazwyczaj zdawała sprawę panu Rosnovskiemu z postępów dziecka w niedzielę między dziesiątą a wpół do jedenastej rano, kiedy Florentyna z matką słuchały mszy w katedrze Imienia Bożego. Relacje panny Tredgold zawsze były ścisłe i akuratne, z tym że na ogół pomniejszała w nich osiągnięcia dziewczynki.
– O co chodzi, panno Tredgold? – spytał Abel, starając się nie okazać niepokoju. Bał się, że takie odstępstwo od przyjętych zwyczajów może znaczyć, iż guwernantka chce wymówić pracę. Panna Tredgold opowiedziała mu, co wydarzyło się w szkole.
W czasie opowieści panny Tredgold Abel coraz bardziej czerwieniał na twarzy i, nim dobiegła końca, był purpurowy.
– Niesłychane – wydusił wreszcie. – Florentynę trzeba stamtąd natychmiast zabrać. Jutro osobiście rozmówię się z panną Allen i powiem jej, co myślę o niej i o jej szkole. Jestem pewien, że uważa pani tę decyzję za słuszną, panno Tredgold.
– Nie, proszę pana. Wręcz przeciwnie – padła nadzwyczaj kategoryczna odpowiedź.
– Słucham panią? – spytał z niedowierzaniem Abel.
– Moim zdaniem ponosi pan taką samą winę jak rodzice Edwarda Winchestera.
– Ja? – zdziwił się Abel. – Dlaczego?
– Dawno temu powinien pan powiedzieć córce, że jest rzeczą szczytną być Polakiem, i wyjaśnić jej, jak należy sobie radzić z wszelkimi problemami wiążącymi się z polskim pochodzeniem. Powinien pan był uświadomić jej głęboko zakorzenione uprzedzenia, jakie żywią Amerykanie wobec Polaków, uprzedzenia, które według mnie są równie naganne jak stosunek Anglików do Irlandczyków, i które dzieli tylko krok od barbarzyńskiego traktowania Żydów przez nazistów.
Abel milczał. Już od dawna nikt mu nie mówił, że w czymkolwiek się myli.
– Tak, proszę pana. Jeśli zabierze pan Florentynę z tej szkoły, natychmiast złożę wymówienie. Skoro za pierwszym razem, kiedy dziecko napotyka problem, pan postanawia chować głowę w piasek, to jakże mogę ją nauczyć radzić sobie w życiu? Jakże ja, widząc mój kraj pogrążony w wojnie, ponieważ my, Anglicy, koniecznie chcieliśmy wierzyć, że Hitler jest rozsądnym, nawet jeśli trochę pomylonym człowiekiem, mogłabym przekazywać Florentynie równie wypaczoną interpretację rzeczywistości? Trudno mi będzie przeboleć rozstanie z Florentyną, bo nie mogłabym kochać jej bardziej, gdyby była moim własnym dzieckiem, ale nie zgodzę się na ukrywanie przed nią rzeczywistości, bo pan ma dosyć pieniędzy, żeby zatajać prawdę jeszcze przez parę lat, gdyż tak panu wygodniej. Proszę mi wybaczyć moją szczerość, czuję bowiem, że posunęłam się za daleko, ale nie mogę potępiać uprzedzeń innych ludzi, przymykając oczy na pańskie.
Abel zagłębił się jeszcze bardziej w swoim fotelu i dopiero po dłuższym namyśle odpowiedział:
– Panno Tredgold, pani powinna zostać ambasadorem, a nie guwernantką. Oczywiście, że ma pani rację. Co mi pani radzi?
Panna Tredgold, która nadal stała – nigdy by się nie ważyła usiąść w obecności pryncypała, chyba że przy Florentynie – zastanowiła się chwilę.
– Dziecko powinno przez następny miesiąc wstawać co dzień pół godziny wcześniej i uczyć się historii Polski. Musi się dowiedzieć, na czym polega wielkość Polski i dlaczego Polacy postanowili zmierzyć się z potęgą Niemiec, chociaż sami nie mogli mieć nadziei na zwycięstwo. Uzbrojona w wiedzę potrafi stawić czoło tym, którzy wyśmiewać będą jej pochodzenie, zamiast przegrywać z powodu ignorancji.
Abel zajrzał pannie Tredgold w oczy.
– Teraz wiem, co miał na myśli Bernard Shaw, kiedy powiedział, że trzeba spotkać angielską guwernantkę, żeby się dowiedzieć, dlaczego Wielka Brytania jest wielka.
Roześmiali się oboje.
– Dziwię się, że nie chce pani osiągnąć w życiu czegoś więcej, panno Tredgold – powiedział Abel, uświadamiając sobie, że jego słowa mogą się wydać obraźliwe. Jeśli tak było, panna Tredgold nic po sobie nie pokazała.
– Mój ojciec miał sześć córek. Pragnął syna, ale to marzenie się nie spełniło.
– A jak tamte ułożyły sobie życie?
– Wszystkie wyszły za mąż – odrzekła bez goryczy.
– A pani?
– Ojciec kiedyś mi powiedział, że moim przeznaczeniem jest zostać nauczycielką i że Bóg Wszechmogący w całej swojej mądrości sprawi, że spotkam na swej drodze ucznia, któremu pisana jest wielka przyszłość.
– Miejmy nadzieję, panno Tredgold. – Abel chętnie zwróciłby się do niej po imieniu, ale go nie znał. Wiedział tylko, że podpisuje się „W. Tredgold”, z powściągliwością nie zachęcającą do dalszych pytań. Uśmiechnął się do niej.
– Może napiłaby się pani ze mną, panno Tredgold?
– Dziękuję panu, panie Rosnovski. Odrobina sherry sprawiłaby mi dużą przyjemność.
Abel nalał jej wytrawnego sherry, sobie zaś dużą szklaneczkę whisky.
– W jakim stanie jest F.D.R.?
– Okaleczony nieodwracalnie, niestety. Co zresztą sprawi, że dziecko pokocha go jeszcze mocniej. Postanowiłam, że w przyszłości F.D.R. powinien siedzieć w domu, a wszelkie podróże będzie odbywać tylko w moim towarzystwie.
– Zupełnie jakbym słyszał Eleanor Roosevelt mówiącą o prezydencie.
Panna Tredgold znów się roześmiała i pociągnęła łyczek sherry.
– Czy mogę jeszcze coś zasugerować à propos Florentyny?
– Naturalnie – powiedział Abel i cały zamienił się w słuch. Nie zdążyli skończyć drugiego drinka, kiedy Abel pokiwał głową z aprobatą.
– Doskonale – rzekła panna Tredgold. – Zatem, skoro pan się zgadza, załatwię to przy pierwszej nadarzającej się okazji.
– Naturalnie – powtórzył Abel. – A jeśli chodzi o te poranne lekcje, to chyba nie będę dysponował czasem codziennie przez cały miesiąc. Panna Tredgold chciała coś powiedzieć, gdy Abel dodał:
– Mam umówione spotkania, których nie mogę przełożyć tak z dnia na dzień, co pani z pewnością zrozumie.
– Zrobi pan, co uzna za stosowne, i jeśli pańskim zdaniem jest coś ważniejszego niż przyszłość pańskiej córki, ona to z pewnością zrozumie.
Abel potrafił przegrywać. Odwołał wszystkie umówione spotkania poza Chicago w najbliższym miesiącu i co rano wstawał o trzydzieści minut wcześniej. Nawet Zofia pochwaliła pomysł panny Tredgold.
Pierwszego dnia Abel opowiedział Florentynie o tym, jak urodził się w lesie i został przygarnięty przez chłopską rodzinę, jak później dostał się pod opiekę dostojnego barona, który go zabrał do swego zamku w Słonimiu. – Traktował mnie jak własnego syna – powiedział córce.
W ciągu następnych dni opowiedział jej, w jaki sposób jego siostra Florentyna, której imię nosi, również dostała się do zamku, a także jak odkrył, że baron był jego prawdziwym ojcem.
– Ja wiem, ja wiem, po czym to poznałeś! – wykrzyknęła Florentyna.
– Skąd ty to możesz wiedzieć, maleńka?
– On miał tylko jedną sutkę – powiedziała Florentyna. – Tak było. Na pewno. Widziałam cię kiedyś w kąpieli. Masz tylko jedną sutkę, więc musiałeś być jego synem. W szkole wszyscy chłopcy mają dwie... – Abel i panna Tredgold spojrzeli na nią z osłupieniem, ona zaś ciągnęła – ale skoro jestem twoją córką, to dlaczego ja mam dwie?
– Ponieważ to jest cecha, która przechodzi tylko z ojca na syna, prawie nigdy na córki.
– To niesprawiedliwe. Ja bym chciała mieć tylko jedną.
Abel wybuchnął śmiechem.
– No, może jeśli będziesz miała syna, to urodzi się tylko z jedną.
– Czas zapleść warkocze i szykować się do szkoły – obwieściła panna Tredgold.
– Ale to takie strasznie ciekawe.
– Rób, co mówię, dziecko.
Florentyna, ociągając się, zostawiła ojca i poszła do łazienki.
– Jak pani myśli, o czym będzie jutro? – zagadnęła pannę Tredgold w drodze do szkoły.
– Nie mam pojęcia, dziecko, ale jak kiedyś radził pan Asquith, poczekajmy, a zobaczymy.
– Czy pan Asquith mieszkał w zamku z tatusiem?
Podczas następnych dni Abel wytłumaczył Florentynie, jak wyglądało życie w obozie w Rosji i dlaczego okulał. Powtarzał też córce historie, jakie przed ponad dwudziestu laty usłyszał w lochach zamku od barona. Florentyna wysłuchiwała opowieści o legendarnym polskim bohaterze narodowym Tadeuszu Kościuszce i o licznych innych postaciach historycznych, aż do czasów współczesnych, a panna Tredgold wskazywała odpowiednie miejsca na mapie Europy, którą powiesiła na ścianie sypialni.
Na koniec Abel wyjawił Florentynie, w jaki sposób stał się właścicielem srebrnej bransolety, którą nosił na ręku.
– Co tu jest napisane? – pytała Florentyna, przypatrując się drobnym, wyrytym na bransolecie literom.
– Spróbuj sama odczytać, maleńka – odparł Abel.
– Ba-ron A-bel Ros-nov-ski – wysylabizowała. – Ale przecież to ty tak się nazywasz.
– I tak nazywał się mój ojciec.
Po kilku następnych dniach Florentyna potrafiła już odpowiedzieć na wszystkie pytania ojca, chociaż z jej pytaniami Abel nie zawsze umiał sobie poradzić.
W szkole Florentyna z dnia na dzień czekała, kiedy Edward Winchester znowu ją zaczepi, lecz on zdawał się nie pamiętać o tamtym zdarzeniu i kiedyś nawet chciał się z nią podzielić jabłkiem.
Ale nie wszyscy w klasie zapomnieli, a zwłaszcza jedna tłusta i tępawa dziewczynka, która przy każdej okazji, kiedy Florentyna mogła ją usłyszeć, z lubością szeptała:
– Głupia Polka.
Florentyna zrazu nie reagowała, tylko odczekała kilka tygodni, aż tłuścioszka, która najgorzej napisała klasówkę z historii – podczas gdy Florentyna zrobiła to najlepiej – obwieściła:
– Ale za to nie jestem Polką.
Edward Winchester skrzywił się, lecz kilkoro uczniów zaczęło się śmiać.
Florentyna poczekała, aż zapadnie cisza, po czym powiedziała:
– To prawda. Nie jesteś Polką, tylko Amerykanką w trzecim pokoleniu i twoja historia zaczyna się sto lat temu. Moja liczy tysiąc lat i dlatego ty jesteś ostatnia, a ja pierwsza w tym przedmiocie.
Nikt z klasy nie wracał więcej do tego tematu. Kiedy panna Tredgold usłyszała relację Florentyny w drodze do domu, uśmiechnęła się pod nosem.
– Czy powiemy o tym tatusiowi dzisiaj wieczorem? – spytała Florentyna.
– Nie, kochanie. Nigdy nie należy się chełpić. Czasami mądrzej jest zachować milczenie.
Sześcioletnia dziewczynka kiwnęła główką w zadumie, po czym zapytała:
– Czy pani myśli, że Polak mógłby zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych?
– Z pewnością, jeśli Amerykanie potrafią przezwyciężyć swoje uprzedzenia.
– A katolik?
– To przestanie mieć znaczenie jeszcze za mojego życia.
– A kobieta? – upewniała się Florentyna.
– Na to, dziecko, trzeba będzie trochę dłużej poczekać.
Wieczorem panna Tredgold oznajmiła Ablowi, że jego nauki nie poszły w las.
– A kiedy przeprowadzi pani drugą część swego planu? – zagadnął Abel.
– Jutro – odparła z uśmiechem.
Nazajutrz o trzeciej trzydzieści panna Tredgold stała na rogu ulicy i czekała, aż jej pupilka skończy lekcje. Florentyna szczebiocząc wybiegła przez bramę i dopiero kiedy przeszły kilka przecznic, zauważyła, że nie kierują się do domu.
– Dokąd idziemy, panno Tredgold?
– Cierpliwości, dziecko. Niedługo zobaczysz.
Panna Tredgold uśmiechała się, ale Florentyna chciała jej koniecznie opowiedzieć, jak doskonale napisała dziś rano klasówkę z angielskiego, i trajkotała bez przerwy aż do Menomonee Street, gdzie panna Tredgold zaczęła zwracać uwagę na numery domów i przestała się interesować rzeczywistymi czy też wyimaginowanymi sukcesami Florentyny.
Wreszcie stanęły przed świeżo malowanymi, czerwonymi drzwiami, na których widniał numer dwieście osiemnasty. Panna Tredgold dwukrotnie zastukała ręką obleczoną w rękawiczkę. Florentyna, która dopiero teraz zamilkła, czekała cicho u jej boku. Po chwili drzwi się uchyliły i stanął w nich mężczyzna w szarym swetrze i niebieskich dżinsach.
– Przyszłam w związku z pańskim ogłoszeniem w „Sun-Timesie” – przemówiła panna Tredgold, nim mężczyzna zdążył cokolwiek powiedzieć.
– A, tak – odparł. – Proszę wejść.
Panna Tredgold wkroczyła do domu, a za nią zaintrygowana Florentyna. Poprowadzono je wąskim korytarzem, gdzie wisiały fotografie i kolorowe rozetki, nagrody z wystaw, do drzwi wychodzących na ogród.
Florentyna ujrzała je natychmiast, w koszu na końcu ogrodu. Puściła się biegiem. Sześcioro żółtych szczeniąt rasy labrador, skupionych wokół matki. Jedno z nich porzuciło ciepło rodzinne, wygramoliło się z kosza i, utykając, podbiegło do Florentyny.
– Ono kuleje – powiedziała Florentyna, podnosząc szczenię i oglądając chromą łapkę.
– Niestety – przyznał hodowca. – Ale jest jeszcze do wyboru pięć innych, wszystkie bez defektu.
– A co się stanie, jeśli tego nikt nie weźmie?
– No cóż... – hodowca zawahał się. – Myślę, że trzeba będzie je uśpić.
Florentyna, tuląc szczenię, które z zapałem lizało jej buzię, spojrzała błagalnie na pannę Tredgold.
– Ja je chcę – oznajmiła bez wahania, lękając się jej reakcji.
– Ile płacę? – spytała guwernantka, otwierając portmonetkę.
– Nic, proszę pani. Cieszę się, że trafi w dobre ręce.
– Dziękuję – powiedziała Florentyna. – Dziękuję.
W drodze do nowego domu szczenię ani na chwilę nie przestało wymachiwać ogonkiem, natomiast Florentyna, ku zdziwieniu panny Tredgold, nie odezwała się ani słowem. Dziewczynka nie odstępowała zwierzątka ani na krok, póki nie znalazła się w zaciszu kuchni. Zofia i panna Tredgold przyglądały się, jak szczenię, utykając, biegnie do miski z ciepłym mlekiem.
– Przypomina mi tatusia – powiedziała Florentyna.
– Dziecko, nie bądź zuchwała – skarciła ją panna Tredgold.
Zofia powściągnęła uśmiech.
– Powiedz, Florentynko, jak jej dasz na imię?
– Eleanor.
Pierwszy raz Florentyna ubiegała się o urząd prezydenta mając sześć lat. Panna Evans, nauczycielka w drugiej klasie, postanowiła urządzić zabawę w wybory. Zaproszono także chłopców i Edward Winchester, któremu Florentyna nigdy całkiem nie przebaczyła, że oblał jej misia atramentem, miał się wcielić w postać Wendella Willkie’ego. Naturalnie Florentyna wystąpiła w roli F.D.R.
Uzgodniono, że każdy kandydat wygłosi pięciominutowe przemówienie do pozostałych dwudziestu siedmiu uczniów obu klas. Panna Tredgold, która nie chciała nic sugerować Florentynie, wysłuchała tylko jej oracji trzydzieści jeden, a może i trzydzieści dwa razy, jak powiedziała Ablowi w niedzielę rano przed owym doniosłym wydarzeniem.
Florentyna co dzień czytała na głos przy pannie Tredgold polityczne kolumny chicagowskiej „Tribune”, szukając wszelkich informacji, które nadawałyby się do jej przemówienia. Wszędzie słychać było głos Kate Smith śpiewającej „Boże, pobłogosław Amerykę”, a wskaźnik Dow Jonesa po raz pierwszy przekroczył 150 punktów: jakkolwiek by to interpretować, sytuacja zdawała się sprzyjać urzędującemu kandydatowi. Florentyna czytała również o działaniach wojennych w Europie i o wodowaniu okrętu wojennego „Waszyngton” o wyporności 36 tysięcy ton, pierwszego od dziewiętnastu lat okrętu bojowego zbudowanego w Ameryce.
– Dlaczego zbudowaliśmy okręt wojenny, skoro prezydent obiecał, że Amerykanie nigdy nie będą musieli iść na wojnę?
– Przypuszczam, że chodzi o zapewnienie krajowi jak najlepszej obrony – podsunęła panna Tredgold, migając drutami, na których robiła skarpety dla chłopców w swej ojczyźnie. – Na wszelki wypadek, gdyby Niemcy zaatakowały Amerykę.
– Nie odważą się – powiedziała Florentyna.
W dniu, kiedy Trocki został uśmiercony w Meksyku toporkiem do lodu, panna Tredgold ukryła gazety przed swoją pupilką, następnego zaś ranka nie potrafiła jej wytłumaczyć, co to takiego nylony i dlaczego pierwsza partia siedemdziesięciu dwu tysięcy par została wykupiona w ciągu ośmiu godzin, a następnie sklepy ograniczyły sprzedaż do dwóch par na osobę.
Panna Tredgold, która zwykle miała na nogach beżowe fildekosowe pończochy w odcieniu z dużą dozą optymizmu zwanym „Pokusa”, czytała notatkę z dezaprobatą.
– Jestem pewna, że nigdy nie będę nosiła nylonów – obwieściła. I rzeczywiście nie nosiła.
Kiedy nadszedł dzień wyborów, Florentyna miała głowę nabitą faktami i liczbami, których sens nie zawsze rozumiała, ale których znajomość dawała jej poczucie, że wygra. Trapiło ją tylko, że Edward jest od niej wyższy. Florentyna wyobrażała sobie, że wysoki wzrost daje przewagę, czytała bowiem, że dwudziestu siedmiu z trzydziestu dwóch prezydentów Stanów Zjednoczonych górowało wzrostem nad swoimi rywalami.
Dwoje kandydatów rzucało nowo wybitą monetę z wizerunkiem Jeffersona, aby ustalić kolejność wystąpień. Florentyna wygrała i postanowiła przemawiać pierwsza; tego błędu nie powtórzyła więcej w życiu. Wyszła przed klasę, drobna, wręcz filigranowa figurka i pamiętając o radzie, jakiej jeszcze na koniec udzieliła jej panna Tredgold: „Trzymaj się prosto, dziecko. Nie garb się jak pytajnik”, stanęła wyprostowana na środku drewnianego podwyższenia koło biurka panny Evans, twarzą do innych dzieci, oczekując na znak, że może zaczynać. Z trudem wykrztusiła pierwsze zdania. Wyjaśniła, że jej polityka zapewni stabilność finansową państwa, oraz obiecała, że będzie trzymać Stany Zjednoczone z dala od wojny. „Ani jeden Amerykanin nie powinien umrzeć z tego powodu, że narody Europy nie potrafią żyć w pokoju” – oznajmiła. Tego zdania z jednego z przemówień Roosevelta nauczyła się na pamięć. Mary Gill zaczęła bić brawo, ale Florentyna, nie zwracając na to uwagi, kontynuowała przemówienie, nerwowo obciągając sukienkę wilgotnymi rękami. Kilka ostatnich zdań wypowiedziała w wielkim pośpiechu i usiadła wśród braw i uśmiechów.
Teraz podniósł się Edward Winchester i kiedy stanął na podium koło tablicy, kilku chłopców z jego klasy powitało go okrzykami. Wtedy to Florentyna pierwszy raz uświadomiła sobie, że część wyborców podejmuje decyzję jeszcze przed rozpoczęciem przemówień. Miała nadzieję, że tak było również w jej przypadku. Edward powiedział uczniom i uczennicom, że wygrać mecz to to samo, co odnieść zwycięstwo dla ojczyzny, i że tak czy owak Willkie uosabia to wszystko, w co wierzą ich rodzice. Czy chcą głosować wbrew życzeniom swoich ojców i matek? Jeśli bowiem wypowiedzą się za F.D.R., to stracą wszystko. Te zdania przyjęto z takim aplauzem, że powtórzył je jeszcze raz. Na koniec Edwarda również nagrodzono oklaskami i uśmiechami, ale Florentyna zdołała przekonać samą siebie, że nie były one ani bardziej huczne, ani liczniejsze od tych, które jej przypadły w udziale.
Gdy Edward zajął swoje miejsce, panna Evans pogratulowała obojgu kandydatom i poprosiła wszystkich, aby wydarli czystą kartkę z notatników i wypisali na niej nazwisko Edwarda lub Florentyny, zależnie od przekonania, które z nich powinno zostać prezydentem. Pióra zanurzono w kałamarzach, spiesznie wypisano nazwiska, osuszono kartki wyborcze bibułą, złożono, a następnie dostarczono pannie Evans. Wreszcie nauczycielka zaczęła rozwijać małe kwadraciki papieru i układać je przed sobą w oddzielnych kupkach. Wydawało się, że trwa to całą wieczność. Podczas podliczania głosów cała klasa zachowywała ciszę, co już samo w sobie było niezwykłe. Panna Evans rozwinęła dwadzieścia siedem karteczek, powoli i dokładnie je policzyła, a następnie jeszcze raz sprawdziła wynik.
– W szkolnych wyborach na prezydenta Stanów Zjednoczonych – Florentyna wstrzymała oddech – Edward Winchester otrzymał trzynaście głosów – Florentyna z trudem stłumiła okrzyk triumfu – a Florentyna Rosnovski dwanaście. Dwie osoby nie wypełniły kartek, co oznacza wstrzymanie się od głosu. – Florentyna nie wierzyła własnym uszom. – Zatem ogłaszam, że Edward Winchester, reprezentujący Wendella Willkie’ego, został prezydentem.
Były to jedyne owego roku wybory przegrane przez F.D.R., lecz Florentyna nie potrafiła ukryć żalu i pobiegła do szatni, aby wypłakać się w samotności. Kiedy stamtąd wyszła, zobaczyła Mary Gill i Susie Jacobson, które na nią czekały.
– Wcale mi nie zależy – powiedziała Florentyna, robiąc dobrą minę do złej gry. – Przynajmniej wiem, że wy dwie na mnie głosowałyście.
– Nie mogłyśmy.
– Dlaczego? – spytała osłupiała Florentyna.
– Nie chciałyśmy, żeby panna Evans się dowiedziała, że nie potrafimy prawidłowo napisać twojego nazwiska – odparła Mary.
W drodze do domu, kiedy już panna Tredgold wysłuchała siedem razy opowieści Florentyny, zebrała się na odwagę i spytała, jaką dziecko wyciągnęło naukę z tego doświadczenia.
– Muszę wyjść za mąż za kogoś o bardzo krótkim nazwisku – odparła z przekonaniem Florentyna.
Abel ubawił się, kiedy mu wieczorem zrelacjonowano to wydarzenie, i powtórzył wszystko Henry’emu Osborne’owi przy kolacji.
– Lepiej uważaj na nią, Henry, bo niebawem wysadzi cię z siodła.
– Mam co najmniej piętnaście lat do czasu, kiedy uzyska prawa wyborcze, a wtedy chętnie przekażę jej moją klientelę.
– A co robisz, żeby przekonać Komisję Spraw Zagranicznych, że powinniśmy przystąpić do wojny?
– Roosevelt nie zrobi nic, póki nie będą znane wyniki wyborów. Wszyscy to wiedzą, Hitler też.
– Skoro tak, to mogę się tylko modlić, żeby Anglia nie przegrała, zanim przystąpimy do wojny. Ameryka dopiero w listopadzie przekona się, czy Roosevelt nadal jest prezydentem.
W tym roku Abel wyznaczył architektów do zaprojektowania następnych dwóch hoteli – w Waszyngtonie i San Francisco – i rozpoczął swoją pierwszą inwestycję w Kanadzie, w Montrealu. Chociaż nie przestawał myśleć o rozwoju grupy, było jeszcze coś, co nie dawało mu spokoju.
Ciągnęło go do Europy, ale bynajmniej nie po to, żeby wznosić tam hotele.
Pod koniec jesiennego okresu szkolnego Florentyna dostała pierwsze w życiu lanie. W późniejszych latach zawsze kojarzyło jej się ze śniegiem. Cała klasa postanowiła ulepić wielkiego bałwana i każdy musiał wnieść jakiś wkład. Oczy zrobiono mu z rodzynek, nos z marchwi, uszy z ziemniaków, dano mu też stare ogrodowe rękawice oraz kapelusz i cygaro, dostarczone przez Florentynę. Ostatniego dnia nauki zaproszono wszystkich rodziców, żeby obejrzeli bałwana, i wielu z nich zwróciło uwagę na kapelusz. Florentyna puszyła się jak paw, póki nie pojawił się ojciec z matką. Zofia wybuchnęła śmiechem, ale Abla nie zachwycił wcale widok jego własnego, eleganckiego, jedwabnego cylindra na głowie głupkowato uśmiechniętego bałwana. Po powrocie do domu Florentynę zaprowadzono do gabinetu ojca, gdzie musiała wysłuchać długiego wykładu o niestosowności zabierania cudzych rzeczy. Potem Abel wziął ją na kolano i wymierzył trzy mocne uderzenia szczotką do włosów.
Owego sobotniego wieczoru Florentyna miała nigdy nie zapomnieć.
Tamten niedzielny poranek Ameryka miała zapamiętać na zawsze.
Wschodzące Słońce pojawiło się nad Pearl Harbor na skrzydłach nieprzyjacielskich samolotów, które zdziesiątkowały amerykańską flotę Wojenną, obróciły bazę w perzynę i uśmierciły dwa tysiące czterystu trzech Amerykanów. Stany Zjednoczone wypowiedziały Japonii wojnę następnego dnia, a Niemcom trzy dni później.
Abel natychmiast wezwał George’a i powiadomił go, że ma zamiar wstąpić do armii, zanim odpłynie ona do Europy. George protestował. Zofia perswadowała, a Florentyna tonęła we łzach. Jedynie panna Tredgold nie podzieliła się z nikim swoją opinią.
Abel musiał przed wyjazdem załatwić tylko jedną ważną sprawę. Wezwał Henry’ego.
– Czy zauważyłeś komunikat w „Wall Street Journal”? O mało co go nie przeoczyłem w tym natłoku informacji o Pearl Harbor.
– Chodzi ci o fuzję banku Lestera z bankiem Kane’a i Cabota, zapowiadaną przeze mnie w zeszłomiesięcznym raporcie? Tak, mam już wszystkie szczegóły. – Henry podał teczkę Ablowi. – Domyśliłem się, że chcesz się ze mną widzieć w tej sprawie.
Abel przejrzał pospiesznie papiery i znalazł wspomniany artykuł, zakreślony czerwonym ołówkiem przez Henry’ego. Dwukrotnie przeczytał notatkę, po czym zaczął bębnić palcami w blat stołu.
– To pierwszy błąd Kane’a – powiedział.
– Myślę, że masz rację.
– Zasługujesz na swoje tysiąc pięćset dolarów miesięcznie, Henry.
– Chyba już czas powiększyć je do dwóch tysięcy.
– Dlaczego?
– Zważywszy artykuł siódmy nowego statutu banku.
– Czym się kierował włączając tę nową klauzulę?
– Przede wszystkim chciał się zabezpieczyć. Najwidoczniej Kane’owi nigdy nie przyszło do głowy, że ktoś może chcieć go zniszczyć, a przecież zamieniając wszystkie udziały banku Kane’a i Cabota na tejże wartości udziały banku Lestera, traci kontrolę nad pierwszym, nie zyskując jej nad drugim, gdyż bank Lestera jest nieporównanie większy. Ponieważ ma w nim tylko osiem procent udziałów, zażądał włączenia tej klauzuli, żeby w razie czego wstrzymać wszelkie transakcje na trzy miesiące, a także nie dopuścić do wyboru nowego prezesa rady nadzorczej.
– Czyli że zostaje nam teraz tylko zdobyć osiem procent udziałów banku Lestera i wykorzystać przeciwko Kane’owi jego własną, specjalnie dodaną przez niego klauzulę, o ile i kiedy będzie nam to odpowiadało. – Abel zamilkł. – Nie sądzę, żeby to było łatwe.
– Właśnie dlatego poprosiłem cię o podwyżkę.
Abel przekonał się, że zaciągnąć się do wojska było o wiele trudniej, niż sobie zrazu wyobrażał. Komisja lekarska wyraziła niezbyt uprzejmą opinię o jego wzroku, tuszy, sercu i ogólnym stanie zdrowia. Dopiero po naciśnięciu odpowiednich sprężyn udało mu się otrzymać stanowisko kwatermistrza w Piątej Armii pod dowództwem generała Marka Clarka, oczekującego na rozkaz wypłynięcia do Afryki. Abel skwapliwie skorzystał z jedynej nadarzającej się okazji uczestniczenia w wojnie i wyjechał na kurs oficerski. Panna Tredgold nie wyobrażała sobie, że Florentyna będzie aż tak tęsknić za ojcem, kiedy go zabraknie w domu przy Rigg Street. Usiłowała przekonać ją, że wojna nie potrwa długo, ale sama nie wierzyła własnym słowom. Panna Tredgold za dobrze znała historię.
Abel wrócił ze szkoły oficerskiej w randze majora, szczuplejszy i odmłodniały, ale Florentyna nie cierpiała jego widoku w mundurze, gdyż wszyscy, którzy nosili mundury, odjeżdżali gdzieś poza Chicago i zdawali się nigdy nie wracać. W lutym Abel pomachał na pożegnanie i odpłynął z Nowego Jorku na S.S. „Borinquen”. Florentyna, która przecież miała tylko siedem lat, była przekonana, że pożegnanie oznacza rozstanie na zawsze. Matka zapewniła ją, że tatuś bardzo szybko wróci do domu.
Podobnie j ak panna Tredgold, Zofia nie wierzyła własnym słowom, i tym razem nie wierzyła w nie również Florentyna.
Florentyna została wyznaczona na sekretarza czwartej klasy, do której właśnie przeszła, i prowadziła protokoły cotygodniowych zebrań szkolnych. Kiedy odczytywała je w klasie, nie budziły specjalnego zainteresowania, ale w spiekocie i pyle Algieru Abel, to śmiejąc się, to płacząc, delektował się każdą linijką sumiennego sprawozdania swojej córki, jakby to był najnowszy bestseller. Ostatnią, wielce pochwalaną przez pannę Tredgold manią Florentyny stał się skauting; mogła teraz paradować w uniformie jak ojciec. Bardzo lubiła stroić się w zgrabny brązowy mundurek, a w dodatku okazało się, że może na rękawy naszywać różnokolorowe odznaki za tak różnorakie przedsięwzięcia jak pomoc w kuchni czy zbieranie zużytych znaczków pocztowych. Florentyna w takim tempie zdobywała coraz to nowe odznaki, że panna Tredgold nie mogła nadążyć z ich naszywaniem i wkrótce trudno było znaleźć na rękawach wolne miejsce. Wiązanie węzłów, gotowanie, gimnastyka, opieka nad zwierzętami, roboty ręczne, znaczki, wycieczki krajoznawcze – jedna sprawność goniła drugą.
– Szkoda, że nie jesteś ośmiornicą – wzdychała panna Tredgold. Ale i tak odniosła zwycięstwo, dziewczynka zdobyła bowiem małą żółtą odznakę za szycie i sama musiała sobie ją przyszyć.
Kiedy Florentyna przeszła do piątej klasy, większość lekcji odbywała się razem z chłopcami. Edward Winchester został wybrany na starostę klasy męskiej, głównie ze względu na swoje sportowe wyczyny, Florentyna natomiast nadał pełniła funkcję sekretarza, chociaż mogła pochwalić się lepszymi stopniami niż wszyscy łącznie z Edwardem. Nie miała tylko szczęścia do geometrii, w której była druga w klasie, i do zajęć plastycznych. Panna Tredgold zawsze wielokrotnie odczytywała oceny postępów Florentyny w jej dzienniczku, a już wręcz rozkoszowała się uwagami nauczycielki prowadzącej zajęcia plastyczne: „Może gdyby Florentyna rozchlapywała więcej farby na papier, a nie na wszystko dookoła, miałaby większe szanse zostać w przyszłości artystką, a nie tynkarką czy malarką pokojową”.
Ale zdanie, jakie cytowała panna Tredgold, ilekroć pytano ją o postępy Florentyny, było autorstwa jej opiekunki ze szkolnej świetlicy i brzmiało: „Ta uczennica nie powinna płakać, kiedy zajmuje drugie miejsce”.
Z czasem Florentyna przekonała się, że ojcowie wielu dzieci z jej klasy poszli na wojnę. Pojęła, że jej dom nie jest jedynym, który został osamotniony. Panna Tredgold zapisała Florentynę na lekcje tańca i fortepianu, żeby zająć cały jej wolny czas. Pozwoliła nawet dziewczynce zabierać na zbiórki Eleanor jako użyteczne zwierzę, ale suczkę odesłano do domu, gdyż kulała. Florentyna życzyłaby sobie, żeby tak samo postąpiono z jej ojcem. Kiedy nadeszły letnie wakacje, panna Tredgold, za zgodą Zofii, postanowiła poszerzyć horyzonty dziecka o Nowy Jork i Waszyngton, mimo ograniczeń podróży wprowadzonych w związku z wojną. Zofia, pod nieobecność córki, zaczęła uczestniczyć w akcjach dobroczynnych na rzecz polskich żołnierzy powracających z frontu.
