Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Powieść numer 1 na liście bestsellerów New York Timesa, jedna ze 100 najlepiej sprzedających się książek na świecie! Co łączy dwóch obcych sobie mężczyzn urodzonych tego samego dnia w skrajnie różnych warunkach i na dwóch odległych kontynentach? Jaki los czeka Abla Rosnovskiego, polskiego imigranta bez grosza przy duszy, który ma podobne ambicje i marzenia do Williama Kane'a – zamożnego syna bostońskiego milionera? Pochodzący z Polski Abel przez Turcję dociera do USA i tam stawia pierwsze kroki w branży restauracyjnej. Na drodze do szczęścia dość nieoczekiwanie staje mu nietrafiona i brzemienna w skutki konfrontacja z Williamem, zadufanym w sobie potomkiem amerykańskiego bankiera… Na motywach powieści w 1985 roku powstał znany mini serial telewizyjny CBS pt. ,,Kane & Abel" z Peterem Straussem jako Ablem i Samem Neillem jako Williamem. Oto pierwsza część serii cyklu ,,Przeznaczenie Kane'a i Abla" o dwóch silnych, bezwzględnych i żądnych sukcesu mężczyznach uwikłanych w nieustającą walkę o zbudowanie rodzinnego imperium. Jeśli lubisz pełne zwrotów akcji powieści o bajecznej fortunie, okrutnej wojnie i trudnej miłości, oto książka idealna właśnie dla ciebie.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 619
Veröffentlichungsjahr: 2026
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
Jeffrey Archer
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Saga Egmont
Kane i Abel
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Tytuł oryginału Kane and Abel
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 1979, 2026 Jeffrey Archer i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727309651
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Michaelowi i Jane poświęcam
Autor pragnie podziękować dwu mężczyznom, dzięki którym powstała ta książka. Obaj chcą pozostać anonimowi; pierwszy, ponieważ pracuje nad swoją autobiografią, drugi, gdyż jest znaną postacią, wciąż jeszcze czynną w życiu publicznym Stanów Zjednoczonych.
Słonim, Polska
18 kwietnia 1906 roku
Ucichła dopiero, gdy skonała. Wówczas zaczął krzyczeć on.
Mały chłopiec, który polował w lesie na dzikie króliki, nie wiedział, czy to ostatni krzyk kobiety, czy pierwszy krzyk dziecka obudził jego czujność. Raptownie się odwrócił wietrząc niebezpieczeństwo, natężył wzrok wypatrując zwierzęcia, które wydało skargę bólu. Nigdy przedtem nie słyszał takiego głosu. Ostrożnie zaczął się skradać w stronę, skąd dochodził dźwięk; krzyk przeszedł teraz w kwilenie, ale nadal nie przypominało mu to głosu żadnego stworzenia, jakie znał. Chciał tylko, żeby było nieduże i żeby mógł je zabić; choć raz nie musieliby jeść królika na kolację.
Przemykał się ku rzece, skąd dobiegał dziwny dźwięk, przeskakując od drzewa do drzewa. Czuł się bezpiecznie z dotykiem kory na plecach. Nigdy nie stój nie osłonięty, mawiał ojciec. Chłopiec dotarł na skraj lasu, skąd mógł swobodnie objąć wzrokiem całą dolinę aż do rzeki, ale dopiero po chwili pojął, że to nie zwierzę tak dziwnie płacze. Nadal skradał się do celu, teraz już bez żadnej osłony, zdany tylko na siebie. Nagle zobaczył leżącą kobietę ze spódnicą zadartą powyżej pasa i szeroko rozrzuconymi nogami. Nigdy nie widział tak leżącej kobiety. Prędko podbiegł do niej i z przestrachem spojrzał na jej nagi brzuch. Między nogami kobiety leżało malutkie, mokre, różowe stworzenie, przyczepione czymś w rodzaju linki. Mały myśliwy upuścił na ziemię świeżo obdartego ze skóry królika i ukląkł przy maleństwie.
Oszołomiony długo mu się przyglądał, po czym spojrzał na kobietę, lecz natychmiast odwrócił oczy. Już zsiniała: jej umęczona, dwudziestotrzyletnia twarz wydała mu się stara. Od razu poznał, że kobieta jest martwa. Podniósł oślizłe małe ciałko – gdyby go ktoś zapytał dlaczego, a nikt nigdy tego nie zrobił, odparłby, że trapiły go maleńkie paznokietki drapiące pomarszczoną twarzyczkę – i wówczas odkrył, że dziecko z matką łączy śliski sznur.
Parę dni wcześniej widział narodziny jagnięcia i teraz próbował sobie to przypomnieć. Tak, właśnie tak zrobił pastuch, ale czy można tak postąpić z dzieckiem? Kwilenie ustało i chłopiec pojął, że nie ma czasu do stracenia. Wyjął z pochwy nóż, ten sam, którym oskórował królika, wytarł go o rękaw koszuli i po chwili wahania przeciął pępowinę tuż przy ciałku dziecka. Z obu końców trysnęła krew. Co następnie zrobił pastuch? Zawiązał węzeł, żeby zatrzymać upływ krwi. Tak, tak! Chłopiec wyrwał z ziemi trochę trawy i obwiązał niezdarnie pępowinę. Potem wziął dziecko na ręce. Podniósł się wolno z klęczek, zostawiwszy trzy nieżywe króliki i martwą kobietę, która wydała dziecko na świat. Nim się od niej ostatecznie odwrócił, ułożył jej nogi razem i obciągnął sukienkę. Czuł, że tak należy postąpić.
– Święty Boże – powiedział na głos, jak zawsze, gdy zrobił coś bardzo dobrze albo bardzo źle. Wcale jednak nie był pewien, czy to, co robi, jest dobre czy złe.
Mały myśliwy ruszył biegiem do chaty, gdzie matka, jak wiedział, krząta się przy kolacji i czeka tylko na króliki; poza tym wszystko będzie już gotowe. Myśli pewno teraz, ile sztuk dzisiaj upolował; dla ośmioosobowej rodziny potrzeba co najmniej trzech. Czasami chłopcu udawało się złapać kaczkę, gęś, a kiedyś nawet bażanta, który wywędrował z posiadłości barona, gdzie zatrudniony był ojciec. Dziś młody myśliwy upolował innego rodzaju stworzenie i kiedy już stanął przed chatą, nie śmiał puścić swej zdobyczy choćby jedną ręką, kopnął więc bosą stopą drzwi i czekał, aż matka mu otworzy. Bez słowa wyciągnął do niej ręce z maleństwem. Nie poruszyła się nawet, żeby je wziąć, lecz milcząc, z ręką na piersi, stała i patrzyła na niebożątko.
– Święty Boże – rzekła wreszcie i przeżegnała się. Chłopiec spojrzał na matkę, szukając w jej twarzy oznak gniewu lub zadowolenia. W jej oczach dostrzegł czułość, jakiej nigdy jeszcze nie widział. To znaczy, że postąpił dobrze.
– To dzieciątko, matko?
– To mały chłopaczek – odrzekła kiwnąwszy głową w strapieniu. – Gdzież go znalazłeś?
– Nad rzeką, matko.
– A jego mamusia?
– Umarła.
Drugi raz się przeżegnała.
– Leć prędko i opowiedz ojcu o tym, co się zdarzyło. Niech znajdzie w majątku Urszulę Wojnak. Zaprowadź ich oboje do matki maleństwa, a potem dopilnuj, żeby tutaj przyszli.
Mały myśliwy podał dziecko swojej rodzicielce, szczęśliwy, że nie upuścił śliskiego ciałka. Pozbywszy się zdobyczy, wytarł ręce o spodnie i popędził do ojca.
Matka zamknęła drzwi ramieniem i zawołała do dziewczynki, najstarszej z rodzeństwa, żeby postawiła sagan na piecu. Potem usiadła na drewnianym zydlu, rozpięła kaftanik i wsunęła obolałą sutkę w maleńkie, pomarszczone usteczka. Zosia, najmłodsze dziecko, zaledwie sześciomiesięczne, będzie się musiała dziś wieczór obejść bez kolacji, jak zresztą cała rodzina.
– I na co to się zda? – powiedziała na głos kobieta, otulając chustką siebie i dziecko. – I tak, biedna mała kruszynko, nie dożyjesz rana.
Nie wspomniała jednak o swoich przeczuciach starej akuszerce, Urszuli Wojnak, kiedy ta myła małe ciałko i do późna opatrywała skręcony kikucik pępowiny. Mąż kobiety w milczeniu przyglądał się scenie.
– Gość w dom, Bóg w dom – oświadczyła kobieta, przywołując stare polskie przysłowie.
– Do cholery z nim – splunął wieśniak. – Mamy dość własnych dzieci.
Udała, że nie słyszy i dalej gładziła główkę noworodka porośniętą ciemnymi, rzadkimi włoskami.
– Jak damy mu na imię? – spytała podnosząc wzrok na męża.
– Nie ma co zawracać sobie głowy – wzruszył ramionami. – Do grobu nie potrzebuje imienia.
Boston, stan Massachusetts
18 kwietnia 1906 roku
Lekarz schwycił noworodka za nóżki i plasnął w pośladki. Dziecko zaniosło się krzykiem.
W Bostonie, w stanie Massachusetts, jest pewien szpital, który dba głównie o pacjentów cierpiących na przypadłości bogaczy, i czasami, w wyjątkowych okazjach, pozwala sobie na luksus przysparzania światu nowych nababów. W tym szpitalu rodzące kobiety nie krzyczą, a już z pewnością nie odbywają połogu w ubraniu. Nie byłoby to w dobrym tonie.
Przed drzwiami sali porodowej chodził tam i z powrotem młody mężczyzna, w środku zaś czuwało dwu lekarzy położników oraz doktor domowy. Ten ojciec nie dopuściłby do najmniejszego ryzyka przy narodzinach pierworodnego. Obaj położnicy otrzymają wysokie honoraria tylko za to, że byli w pogotowiu i znajdowali się na miejscu. Jeden z nich, który pod długim białym fartuchem miał na sobie smoking, wybierał się później na przyjęcie. Nie mógł sobie jednak pozwolić na nieobecność przy tym szczególnym porodzie. Wszyscy trzej ciągnęli wcześniej losy, który ma odebrać dziecko. Wypadło na doktora MacKenzie, lekarza rodziny. Solidna, pewna firma, myślał mężczyzna przemierzając tam i na powrót korytarz. Nie, żeby miał jakieś powody do niepokoju. Roberts zawiózł Anne, jego żonę, kabrioletem do szpitala tego ranka, kiedy to według jej obliczeń przypadał dwudziesty ósmy dzień dziewiątego miesiąca. Bóle porodowe zaczęły się wkrótce po śniadaniu, ale, jak go zapewniono, poród miał się odbyć dopiero po godzinach urzędowania jego banku. Przyszły ojciec był człowiekiem zdyscyplinowanym i nie widział powodu, aby narodziny potomka miały zakłócić tok jego uporządkowanego życia. Mimo to nadal krążył po korytarzu wielkimi krokami. Przebiegali koło niego młodzi lekarze i pielęgniarki, świadomi jego obecności, ściszając głosy w jego pobliżu i podnosząc je znów, gdy się oddalili. Nie zwracał na to uwagi, zawsze bowiem tak go traktowano. Większość z nich nigdy nie widziała go przedtem na oczy, ale wszyscy wiedzieli, kim jest.
Jeśli urodzi mu się syn, to prawdopodobnie zafunduje nowe skrzydło dla oddziału dziecięcego, bardzo potrzebne szpitalowi. Sfinansował już przecież budowę szkoły i biblioteki. Próbował czytać popołudniową gazetę, lecz nie chwytał sensu słów, po których prześlizgiwał się wzrokiem. Był zatroskany, a nawet trochę rozdrażniony. Czyż oni doprawdy nie potrafią zrozumieć (prawie cały świat poza własną osobą kwitował słówkiem „oni”), że to musi być chłopiec? Chłopiec, który pewnego dnia zostanie po nim dyrektorem generalnym banku? Przekartkował „Evening Transcript”. Bostoński zespół „Czerwone Skarpety” zwyciężył „Nowojorskich Górali” – inni będą świętować. Potem przypomniał sobie tytuł na pierwszej stronie i wrócił do niej. Największe trzęsienie ziemi w historii Ameryki. Katastrofalne zniszczenia w San Francisco, co najmniej czterysta osób zabitych – inni przywdzieją żałobę. Był wzburzony. Wszak to odwróci uwagę od narodzin jego syna. W pamięci ludzi utkwi inne wydarzenie, które miało miejsce tego dnia. Nigdy, ani przez moment, nie przyszło mu do głowy, że może urodzić się córka. Przewertował gazetę i otworzył ją na kolumnach finansowych: sprawdził notowania giełdowe – gwałtowna zniżka. To przeklęte trzęsienie ziemi spowodowało spadek wartości portfela akcji, który ma w banku, o sto tysięcy dolarów, ale jego majątek osobisty pozostał nienaruszony i wynosi dobrze ponad szesnaście milionów dolarów. Trzeba by gorszej katastrofy niż trzęsienie ziemi w Kalifornii, żeby mu zagrozić. Mógłby żyć spokojnie z procentów od procentów od kapitału i szesnastomilionowy majątek zostawić nietknięty, czekając na syna, wciąż jeszcze nie narodzonego. Dalej spacerował udając, że czyta „Evening Transcript”.
Z wahadłowych drzwi sali porodowej wyłonił się lekarz w smokingu, spieszący z nowiną. Czuł, że wypada coś zrobić w zamian za olbrzymie, niezasłużone honorarium, ponadto był najstosowniej ubrany, aby ją obwieścić. Obaj mężczyźni przez chwilę mierzyli się wzrokiem. Doktor też był trochę stremowany, lecz nie zamierzał się z tym zdradzić przed świeżo upieczonym ojcem.
– Gratuluję panu. Ma pan syna, ładnego małego chłopaczka.
Jakże głupie uwagi robią ludzie, kiedy rodzi się dziecko, pomyślał ojciec. Przecież wiadomo, że noworodek musi być mały. Nowina jeszcze do niego w pełni nie dotarła. Urodził się syn! Niewiele brakowało, a podziękowałby Bogu. Położnik zdobył się na odwagę i zapytał, żeby przerwać milczenie:
– Czy już wybrał mu pan imię?
– William Lowell Kane – padła odpowiedź bez chwili wahania.
W wieśniaczej chatce dawno już przeminęło poruszenie wywołane pojawieniem się małego znajdy i cała rodzina ułożyła się do snu, tylko matka czuwała z dzieckiem w ramionach. Helena Koskiewicz mocno wierzyła w życie i żeby tego dowieść, wydała na świat dziewięcioro dzieci. Wprawdzie troje straciła w niemowlęctwie, ale do ostatka o nie walczyła.
Teraz, w wieku trzydziestu pięciu lat, wiedziała już, że niegdyś pełen wigoru Jasio nie da jej więcej synów ani córek. Bóg dał jej to maleństwo, czyli że przeznaczone mu jest żyć. Wiara Heleny była prosta jak życie, którym obdarzył ją los. Była blada i chuda, nie z wyboru, ale z niedojadania, ciężkiej pracy i biedy. Nie skarżyła się nigdy, chociaż w dzisiejszych czasach jej pobrużdżona twarz przywodziłaby na myśl raczej babkę niż matkę. Nigdy nie miała na grzbiecie nowego odzienia.
Helena ścisnęła obolałe piersi tak mocno, że wokół brodawek wystąpiły nikłe czerwone plamy i wypłynęło z nich parę kropel mleka. W wieku trzydziestu pięciu lat, na półmetku życia, wszyscy mamy jakieś pożyteczne doświadczenia, a doświadczenie Heleny Koskiewicz okazało się akurat nadzwyczaj przydatne.
– Matczyna kruszynko – szepnęła czule i musnęła napęczniałą mlekiem brodawką zaciśnięte usteczka dziecka. Otworzyły się niebieskie oczka i na nosku usiłującego ssać niemowlęcia pojawiły się drobne perełki potu. W końcu matka, nawet nie wiedząc kiedy, zapadła w głęboki sen.
Jasio Koskiewicz, przysadzisty, powolny chłop, którego sumiasty wąs stanowił jedyny rys buntowniczości w skądinąd niewolniczym żywocie, wstał o piątej rano i spostrzegł swoją żonę śpiącą z dzieckiem w ramionach na krześle na biegunach. Nie zauważył w nocy jej nieobecności w łóżku. Rzucił okiem na bękarta, który dzięki Bogu przynajmniej zamilkł. Może już umarł? Jasio wykoncypował, że najlepszym rozwiązaniem problemu będzie wyjście do pracy i omijanie z daleka nieproszonego gościa; niech kobieta martwi się sprawami życia i śmierci, on musi o świtaniu stawić się w majątku barona. Pociągnął kilka dużych łyków koziego mleka, otarł bujny wąs rękawem koszuli, jedną ręką schwycił kawał chleba, drugą sidła i bezszelestnie wymknął się z chaty, nie chcąc budzić kobiety i wdawać się w tę sprawę. Pomaszerował żwawo do lasu, nie zawracając sobie więcej głowy znajdą. Pomyślał tylko, że może już go więcej nie zobaczy.
Tuż przed szóstą, jak wskazywał stary zegar, który od lat chodził wedle własnego czasu, weszła do kuchni najstarsza córka, Florentyna. Zegar pełnił tylko pomocniczą rolę, wskazując przybliżoną godzinę tym, którzy chcieli wiedzieć, czy pora wstać, czy kłaść się spać. Do codziennych obowiązków Florentyny należało przygotowanie śniadania, co było nieskomplikowanym zadaniem polegającym na obdzieleniu bochenkiem żytniego chleba i skopkiem koziego mleka ośmioosobowej rodziny. Jednak trzeba było to uczynić tak, żeby nikt nie czuł się pokrzywdzony, co zaiste wymagało mądrości Salomona.
Na każdym, kto widział ją pierwszy raz, Florentyna robiła wrażenie ładnego, kruchego, nędznie odzianego dziewczątka. Było doprawdy niesprawiedliwością, że od trzech lat musiała chodzić wciąż w tej samej sukienczynie, jednak ci, którzy umieli spojrzeć na dziewczynkę wyodrębniając ją z ubogiego tła, rozumieli, dlaczego Jasio zakochał się w jej matce. Florentyna miała lśniące, lniane, długie włosy, a orzechowe oczy rzucały skry jakby na przekór jej urodzeniu i odżywianiu.
Na paluszkach podeszła do krzesła na biegunach i obrzuciła spojrzeniem matkę i małego chłopaczka, którego pokochała od pierwszej chwili. Nigdy w swoim ośmioletnim życiu nie miała lalki. Raz tylko widziała jedną, kiedy na świętego Mikołaja rodzina została zaproszona do zamku barona. Wtedy nawet nie dotknęła owego pięknego przedmiotu, a teraz poczuła niewytłumaczalne pragnienie przytulenia maleństwa. Pochyliła się, wzięła dziecko z objęć matki i wpatrując się w maleńkie błękitne oczka – jakież błękitne! – zaczęła nucić. Wyrwane z ciepła matczynej piersi, pod dotykiem chłodnych rączek dziewczynki, niemowlę natychmiast zaprotestowało. Jego płacz obudził matkę, a ta poczuła się winna, że zapadła w sen.
– Święty Boże, to on jeszcze żyje! – rzekła do Florentyny. – Zrób śniadanie chłopcom, a ja spróbuję go nakarmić.
Florentyna z ociąganiem oddała małego i stała patrząc, jak matka znów ugniata bolące piersi. Wprost nie mogła oderwać wzroku.
– Pospiesz się, Florcia – ofuknęła ją matka. – Reszta rodziny też musi coś zjeść.
Florentyna posłusznie spełniła polecenie, a kiedy jej bracia zeszli ze stryszku, gdzie spali, ucałowali ręce matce i stanęli urzeczeni przyglądając się maleństwu. Tylko tyle wiedzieli, że to nie ich matka wydała je na świat. Florentyna z nadmiaru emocji nie tknęła tego ranka śniadania i chłopcy bez namysłu podzielili się jej porcją, zostawiając na stole tylko trochę jedzenia dla matki. Potem rozeszli się do swoich codziennych zajęć i żaden nie zauważył, że matka nic nie wzięła do ust od chwili, gdy przyniesiono dziecko.
Helena Koskiewicz była zadowolona, że dzieci od małego potrafią sobie radzić. Umiały nakarmić zwierzęta, doić kozy i krowy, uprawiać warzywa w ogrodzie i spełniać codzienne powinności bez jej pomocy i popędzania. Kiedy Jasio wrócił wieczorem do domu, nagle uświadomiła sobie, że nie zrobiła mu kolacji, ale na szczęście Florentyna zabrała się już do przyrządzania królików, które wręczył jej Franek, mały myśliwy. Florentyna nie posiadała się z dumy, że samodzielnie gotuje kolację; zadanie to powierzano jej tylko w razie choroby matki, a Helena Koskiewicz rzadko kiedy pozwalała sobie na taki luksus. Franek przyniósł z lasu cztery króliki, a ojciec sześć grzybów i trzy kartofle; dziś wieczór będzie prawdziwa uczta.
Po kolacji Jasio Koskiewicz usiadł na swoim krześle przy piecu i po raz pierwszy dokładnie przyjrzał się dziecku. Schwycił je pod paszki, pod wiotką szyjkę podłożył kciuki i przeegzaminował malca bystrym okiem łowcy. Brzydotę pomarszczonej, bezzębnej twarzyczki rekompensowały tylko chwytające za serce niebieskie oczki o rozmytym spojrzeniu. Jasio przeniósł wzrok na wątłe ciałko i natychmiast coś przykuło jego uwagę. Nachmurzył się i potarł palcami delikatną pierś niemowlęcia.
– Widziałaś, Helena? – zapytał postukując palcem o żebra małego. – Ta szkarada ma tylko jedną brodawkę.
Kobieta zmarszczyła brwi trąc palcem pierś chłopaczka, jakby ta czynność mogła przywrócić brakujący organ. Mąż miał rację; z lewej strony widniała maleńka, blada brodawka, natomiast z prawej, gdzie powinna znajdować się druga, płaska pierś była zupełnie gładka i jednakowo różowa.
W kobiecie natychmiast odezwał się przesąd. – Bóg mi go zesłał! – wykrzyknęła. – To jego znak.
Mężczyzna z gniewem oddał jej dziecko. – Głupiaś – powiedział. – To dziecko spłodził człowiek o zepsutej krwi. – Splunął w ogień, aby tym dobitniej podkreślić swoją opinię o pochodzeniu dziecka. – Zresztą nie założyłbym się nawet o kartofel, że ten bękart przeżyje.
Dla Jasia życie dziecka warte było nawet mniej. Nie miał serca z kamienia, ale to nie był jego syn, co więcej, przybywała jeszcze jedna gęba do wyżywienia. Jeśli jednak już tak miało się stać, nie jemu podważać wyroki boskie. Nie myśląc o tym więcej, Jasio smacznie zasnął w cieple pieca.
Dni płynęły i nawet Jasio Koskiewicz zaczął wierzyć, że dziecko będzie żyć, a gdyby miał żyłkę hazardzisty, przegrałby kartofel. Najstarszy syn, myśliwy, z pomocą młodszych braci zmajstrował kołyskę z drewna uzbieranego w lesie barona. Florentyna uszyła chłopaczkowi ubranko ze skrawków. Mogliby nazwać go arlekinem, gdyby wiedzieli, co to znaczy. Prawdę mówiąc, wybór imienia spowodował w chacie więcej sprzeczek, niż zdarzyło się w ciągu wielu miesięcy. Tylko ojciec nie wystąpił z żadnym pomysłem. Wreszcie postanowili nazwać chłopca Władkiem i najbliższej niedzieli, w kaplicy znajdującej się w posiadłości barona, dziecko zostało ochrzczone jako Władysław Koskiewicz. Matka dziękowała Bogu, że zachował dziecko przy życiu, ojciec zaś pogodził się z losem.
Wieczorem odbyły się skromne chrzciny; na stole królowała gęś podarowana przez barona. Wszyscy zajadali z wielkim apetytem.
Od tego dnia Florentyna nauczyła się dzielić między dziewięcioro.
Anne Kane spała spokojnie tej nocy. Kiedy po śniadaniu do pokoju weszła pielęgniarka z jej synem Williamem na ręku, Anne wprost nie mogła się doczekać, kiedy go weźmie w ramiona.
– A teraz, pani Kane – żywo powiedziała ubrana na biało pielęgniarka – może i małemu damy śniadanie?
Pomogła usiąść Anne, która nagle poczuła obrzmiałość piersi, i wtajemniczyła dwoje nowicjuszy, matkę i dziecko, w sztukę karmienia. Żeby nie okazać zażenowania, co mogłoby wyglądać nie po macierzyńsku, Anne patrzyła cały czas w niebieskie oczy Williama, jeszcze intensywniej niebieskie niż oczy jego ojca, i wchodziła w nową rolę, która zgodnie z logiką powinna jej sprawiać wyłącznie przyjemność. Anne miała dwadzieścia jeden lat i doskonale zdawała sobie sprawę, że niczego jej nie brakuje. Urodzona w rodzinie Cabotów, przez męża spowinowacona z rodem Lowellów, wydała oto na świat pierworodnego, który podtrzyma tradycje zwięźle odmalowane w kartce, jaką jej przysłała szkolna koleżanka:
Wiwat miasto Boston,
Kraina mlekiem i miodem płynąca,
Gdzie Cabotowie rozmawiają tylko z Lowellami,
A ci tylko z Panem Bogiem.
Anne całe pół godziny przemawiała do Williama, jednak bez specjalnego oddźwięku. Zabrano go tak samo, jak wcześniej przyniesiono. Anne z godnością oparła się pokusie sięgnięcia po owoce i słodycze piętrzące się przy łóżku. Powzięła mocne postanowienie, że do lata będzie mogła znów włożyć wszystkie swoje suknie i ponownie zajmie należne sobie miejsce we wszystkich wytwornych ilustrowanych magazynach. Czyż książę de Garonne nie powiedział, że jest jedynym obiektem godnym zachwytu w całym Bostonie? Jej długie złote włosy, subtelne rysy i smukła figura budziły podziw i zachwyt w miastach, w których nawet nie postała jej noga. Spojrzała w lusterko: nie dostrzegła na twarzy żadnych śladów po przebytym połogu; ludziom trudno będzie uwierzyć, że właśnie wydała na świat krzepkiego chłopaka. Dzięki ci, Boże, że to chłopak, pomyślała.
Z przyjemnością spożyła lekki lunch i jęła się przygotowywać na przyjęcie gości, którzy zaczną się schodzić po południu, według planu ustalonego przez jej osobistą sekretarkę. W pierwszych dniach przyjdzie tylko bliska rodzina bądź przedstawiciele najlepszych sfer; innym się powie, że nie może jeszcze ich przyjąć. Ponieważ jednak Boston to ostatnie miasto w Ameryce, gdzie jeszcze każdy zna dokładnie swoje miejsce w hierarchii społecznej, było mało prawdopodobne, aby usiłował tu wtargnąć jakiś niespodziewany intruz.
Pokój, który zajmowała sama, mógłby łatwo pomieścić jeszcze pięć łóżek, gdyby nie był tak wypełniony kwiatami. Ktoś nie zorientowany mógłby pomyśleć, że zabłądził na jakąś pomniejszą wystawę ogrodniczą, gdyby nie obecność młodej matki siedzącej prosto w łóżku. Anne włączyła światło. Elektryczność ciągle jeszcze była dla niej nowością. Czekali z Richardem, dopóki Cabotowie nie zainstalowali jej u siebie, co cały Boston uznał za niechybny znak, iż indukcja elektromagnetyczna jest w owym momencie comme il faut.
Pierwsza przyszła z wizytą teściowa Anne, pani Tomaszowa z Lowellów Kane, która po śmierci męża w zeszłym roku została głową rodziny. Ta dostojna dama w późnym wieku średnim do perfekcji opanowała technikę nagłego wpływania do pokoju ku własnej wielkiej uciesze i niewątpliwej konsternacji osób tam się znajdujących. Nosiła długą, luźną suknię dokładnie osłaniającą kostki; jedyny mężczyzna, który je oglądał, już nie żył. Zawsze była szczupła. Jej zdaniem otyłość kobiety świadczyła o złej kuchni i jeszcze gorszym wychowaniu. Była teraz najstarszą przedstawicielką klanu Lowellów; najstarszą wśród Kane’ów, jeśli już o to chodzi. Oczekiwała zatem i po niej oczekiwano, że przyjdzie pierwsza z wizytą, aby zobaczyć nowo narodzonego wnuka. Czyż to w końcu nie ona zaaranżowała pierwsze spotkanie Anne i Richarda? Do miłości pani Kane nie przywiązywała zbytniego znaczenia. Majątek, pozycja, prestiż – owszem, to ceniła wysoko. Miłość jest piękną rzeczą, ale to nietrwały towar w odróżnieniu od tamtych trzech. Z aprobatą ucałowała czoło synowej. Anne dotknęła guzika na ścianie i rozległ się cichy głos dzwonka. Dźwięk zaskoczył panią Kane, która nigdy nie przypuszczała, że elektryczność kiedykolwiek wejdzie w modę. W drzwiach stanęła pielęgniarka z dziedzicem rodu. Pani Kane przeprowadziła dokładne oględziny, chrząknęła z uznaniem i odesłała wnuka kiwnięciem dłoni.
– Brawo, Anne – powiedziała takim tonem, jakby synowa zdobyła drugorzędną nagrodę w pokazach hippicznych. – Wszyscy jesteśmy z ciebie bardzo dumni.
Matka Anne, pani Edwardowa Cabot, przybyła kilka minut później. Podobnie jak pani Kane owdowiała przed paru laty i tak niewiele różniła się od niej wyglądem, że ci, którzy widywali je z daleka, zazwyczaj mylili je ze sobą. Należy jednak przyznać, że potraktowała wnuka i córkę z dużo większym niż tamta zainteresowaniem. Po obejrzeniu dziecka damy zwróciły uwagę na kwiaty.
– To miło ze strony Jacksonów, że pamiętali – oświadczyła pani Cabot.
Pani Kane wykazała bardziej powierzchowne podejście. Prześliznęła się wzrokiem po delikatnych pączkach i skupiła na wizytówkach ofiarodawców. Odczytywała szeptem pochlebiające jej nazwiska: Adamsowie, Lawrence’owie, Lodge’owie, Higginsonowie. Żadna z babek nie komentowała natomiast nazwisk, które nic im nie mówiły; obie przekroczyły już wiek, w którym chciałoby się dowiedzieć o czymś lub o kimś nowym. Wyszły razem, wielce zadowolone: potomek przyszedł na świat i na pierwszy rzut oka wydawał się bez zarzutu. Obie uznały, że ich ostatni obowiązek rodzinny został pomyślnie, aczkolwiek zastępczo spełniony, i że będą mogły ograniczyć się do roli chóru.
Obydwie się myliły.
Przez całe popołudnie napływali bliscy przyjaciele Anne i Richarda, ofiarowując złote lub srebrne podarunki i składając życzenia afektowanym tonem „bostońskich braminów”.
Anne była już nieco zmęczona, gdy po zamknięciu banku przybył jej mąż. Pierwszy raz w życiu Richard pił podczas lunchu szampana – stary Amos Kerbes bardzo nalegał, a wszyscy w klubie Somerset na niego patrzyli, tak że nie sposób było odmówić. Anne odniosła wrażenie, że mąż jest nieco mniej sztywny niż zazwyczaj. Budził zaufanie w swoim czarnym surducie i sztuczkowych spodniach. Mierzył całe sześć stóp i jeden cal wzrostu, a jego ciemne włosy z przedziałkiem pośrodku błyszczały w świetle dużej elektrycznej lampy. Mało kto by odgadł, że liczy sobie zaledwie trzydzieści trzy lata: dla niego młodość nigdy nie była ważna, jedynie majątek. Jeszcze raz wezwano Williama Lowella Kane’a i poddano go inspekcji, co wyglądało, jakby ojciec sprawdzał saldo przed zamknięciem banku. Wszystko wydawało się w porządku. Chłopiec miał dwie nogi, dwie ręce, dziesięć palców u rąk i dziesięć u nóg, i Richard nie dostrzegł niczego, co mogłoby go zbulwersować, więc William został odesłany.
– Zadepeszowałem wieczorem do dyrektora gimnazjum Św. Pawła. Zapisał Williama na wrzesień tysiąc dziewięćset osiemnastego roku.
Anne nie odezwała się. A więc Richard, pomyślała, już zaplanował synowi karierę.
– A ty, kochanie, czy już całkiem przyszłaś do siebie? – zagadnął. W ciągu swego trzydziestotrzyletniego życia nie spędził ani jednego dnia w szpitalu.
– Tak... nie... chyba tak – wybąkała Anne trwożnie, hamując łzy cisnące się do oczu, gdyż wiedziała, że płacz zirytuje męża. Takich odpowiedzi trzeźwy umysł Richarda po prostu nie rejestrował. Pocałował więc żonę w policzek i odjechał swoim powozem na Louisburg Square do Czerwonego Domu, rodowej siedziby. Wraz z pracownikami, służbą, dzieckiem i nianią będzie miał do wykarmienia dziewięć osób. Ale takimi drobnostkami Richard nie zaprzątał sobie głowy.
Chrzest Williama Lowella Kane’a – błogosławieństwo i nadanie imion, które ojciec wyznaczył chłopcu jeszcze przed urodzeniem – odbył się w protestanckim kościele episkopalnym Św. Pawła w obecności wszystkich tych, którzy się w Bostonie liczyli, i niewielu takich, co nie mieli żadnego znaczenia. Nabożeństwo odprawiał sędziwy biskup Lawrence, rodzicami chrzestnymi byli J. P. Morgan i Alan Lloyd, bankierzy o nieskazitelnej reputacji, oraz Milly Preston, najbliższa przyjaciółka Anne. Jego Ekscelencja pokropił wodą święconą czoło Williama; chłopiec ani pisnął. Już się uczył podejścia do życia charakterystycznego dla „bostońskich braminów”. Anne dziękowała Bogu za szczęśliwe urodzenie syna, Richard zaś, dla którego Bóg był kimś w rodzaju niebiańskiego buchaltera rejestrującego czyny rodu Kane’ów z pokolenia na pokolenie, za to, że obdarzył go potomkiem, któremu może zostawić fortunę. Przyszło mu jednak do głowy, że roztropnie byłoby spłodzić drugiego syna. Klęcząc zerknął z zadowoleniem na żonę.
Władek Koskiewicz rósł powoli. Dla przybranej matki stało się jasne, że chłopiec zawsze będzie chorowity. Łapał wszelkie możliwe choroby, jakie zazwyczaj przechodzą dzieci, oraz wiele innych, i zarażał nimi całą rodzinę bez wyboru. Helena traktowała go jak rodzonego syna i zawsze broniła zawzięcie, kiedy Jasio zaczynał przypisywać diabłu, a nie Bogu obecność chłopca w ich ciasnej chałupce. Florentyna opiekowała się nim jak własnym dzieckiem. Pokochała go od pierwszego wejrzenia gorącą miłością, której źródłem był lęk, że nikt nigdy nie zechce pojąć za żonę takiej nędzarki jak ona, a więc nie będzie miała własnych dzieci. Władek był jej dzieckiem.
Najstarszy brat, myśliwy, ten, który znalazł Władka nad rzeką, traktował go jak bawidełko, ale zbyt bał się ojca, by przyznać, że polubił wątlutkie niemowlę, które wyrastało na żywego berbecia. Tak czy owak mały myśliwy w styczniu następnego roku miał zakończyć szkolną edukację i rozpocząć pracę w majątku barona, a dzieci, jak mówił mu ojciec, to babski kłopot. Trzech młodszych braci, Stefana, Józefa i Jana, Władek niewiele obchodził, a najmłodszej z rodziny, malutkiej Zosi, wystarczyło zupełnie, jeśli go czasem przytuliła.
Co najbardziej zaskoczyło oboje rodziców, to charakter i umysłowość Władka, inne niż ich własnych dzieci. Każdemu rzucał się w oczy jego odmienny wygląd i odrębność intelektualna. Koskiewicze jeden w drugiego byli wysocy, grubokościści, szaroocy i jasnowłosi, natomiast Władek był mały i krągły, ciemnowłosy, o intensywnie niebieskich oczach. Koskiewicze nie mieli zacięcia do nauki i chętnie pozbywano się ich z wiejskiej szkółki, gdy tylko osiągnęli odpowiedni wiek lub z lada jakiego powodu. Przeciwnie Władek; wprawdzie zaczął późno chodzić, ale mówił mając osiemnaście miesięcy, w wieku trzech lat czytał, ale nie potrafił sam się ubrać, pisał mając pięć lat, ale się moczył. Był utrapieniem ojca i chlubą matki. Pierwsze cztery lata życia Władka upamiętniły się tylko ze względu na jego ustawiczne próby rozstania się z tym światem przez nie kończące się choroby, i na nieustępliwe wysiłki Heleny i Florentyny, aby mu na to nie pozwolić. Biegał na bosaka koło małej, drewnianej chatynki w swoim stroju arlekina, nie odstępując matki ani na krok. Kiedy Florentyna wracała ze szkoły, dreptał znowu za nią, dopóki nie położyła go spać. Dzieląc pożywienie między dziewięć osób Florentyna często oddawała mu pól swojej porcji, a kiedy był chory – całą. Nosił ubranka szyte jej rękoma, śpiewał piosenki, jakich go uczyła, i dzielił z nią te nieliczne zabawki i podarunki, jakie dostawała.
Ponieważ Florentyna większość dnia przebywała w szkole, Władek od maleńkiego pragnął tam chodzić. Gdy tylko mu pozwolono, powędrował osiemnaście wiorst (cały czas trzymając mocno rękę Florentyny) przez lasy porośniętych mchem brzóz i sosen i przez wiśniowe i śliwkowe sady do Słonimia, aby rozpocząć naukę.
Polubił szkołę od pierwszego dnia; była ucieczką od małej chatynki, która do tej pory stanowiła cały jego świat. W szkole zetknął się pierwszy raz w życiu z barbarzyńskimi następstwami zaboru tej części Polski przez Rosję. Dowiedział się, że językiem ojczystym wolno mu się posługiwać tylko w czterech ścianach chaty, natomiast w szkole może mówić tylko po rosyjsku. U innych dzieci odkrył żarliwą dumę z tępionego polskiego języka i kultury. On sam również czuł tę dumę. Ku swojemu zdumieniu Władek zauważył, że nauczyciel, pan Kotowski, nie traktuje go lekceważąco tak jak ojciec. Chociaż i tu był najmłodszy, nie minęło dużo czasu, a przewyższył wszystkich kolegów pod każdym względem prócz wzrostu. Myliła ich jego maleńka figurka; wciąż nie doceniali jego prawdziwych zdolności. Dzieci zawsze sobie wyobrażają, że większe jest lepsze. Przed ukończeniem piątego roku życia Władek był pierwszy w klasie w każdym przedmiocie oprócz kowalstwa.
Pod wieczór, po powrocie do małej chatynki, kiedy inne dzieci pielęgnowały fiołki i konwalie, tak bujnie się pleniące i upojnie pachnące w wiosennym ogródku, zrywały jagody, rąbały drzewo, łapały króliki lub szyły odzienie, Władek czytał i czytał, póki nie pochłonął wszystkich nie otwieranych dotąd książek najstarszego brata, a potem starszej siostry. Z czasem Helena Koskiewicz uprzytomniła sobie, że została obdarowana sowiciej niż przypuszczała, gdy jej syn, myśliwy, przyniósł do domu małego stworka zamiast trzech królików; już teraz Władek zadawał pytania, na które nie umiała odpowiedzieć. Wkrótce zrozumiała, że nie poradzi sobie sama, i nie wiedziała, co robić. Niezachwianie jednak wierzyła w przeznaczenie i wcale się nie zdziwiła, kiedy los sam za nią zadecydował.
Pewnego jesiennego wieczoru w 1911 roku w życiu Władka nastąpił pierwszy zwrot. Cała rodzina właśnie skończyła Jeść niewyszukaną kolację składającą się z barszczu i siekanych kotletów i Jasio chrapał już w najlepsze przy piecu, Helena zajęła się szyciem, a dzieci się bawiły. Władek siedział zaczytany u stóp matki, gdy wtem, wśród gwaru sprzeczki Stefana i Józefa o świeżo pomalowane sosnowe szyszki, rozległo się mocne stukanie do drzwi. Wszyscy umilkli. Stukanie do drzwi zawsze było zaskoczeniem dla rodziny Koskiewiczów, ich chatynkę bowiem dzieliło osiemnaście wiorst od Słonimia i ponad sześć od majątku barona. Prawie nigdy nikt ich nie odwiedzał, a zabłąkany gość mógł co najwyżej liczyć na poczęstowanie sokiem z jagód i hałaśliwe towarzystwo dzieci. Wszyscy z niepokojem spojrzeli w drzwi. Czekali na powtórne stuknięcie, jakby pierwszego nie było. Powtórzyło się, tym razem nieco głośniej. Jasio podniósł się ospale z krzesła, podszedł do drzwi i nieufnie je otworzył. Na widok mężczyzny stojącego w progu wszyscy skłonili głowy oprócz Władka, który wlepił wzrok w szeroką, postawną, arystokratyczną postać w ciężkiej niedźwiedziej szubie, postać, która przytłoczyła małą izdebkę i wzbudziła lęk w oczach ojca. Kordialny uśmiech rozproszył ten lęk i wieśniak zaprosił barona Rosnowskiego do środka. Nikt się nie odezwał. Nigdy dotychczas baron nie odwiedzał chaty i żadne z nich nie wiedziało, co należy powiedzieć.
Władek odłożył książkę, wstał, podszedł do przybysza i wyciągnął rękę, zanim ojciec zdołał mu przeszkodzić.
– Dobry wieczór panu – powiedział.
Baron ujął podaną rękę i obaj spojrzeli sobie w oczy. Kiedy baron puścił jego dłoń, Władek dostrzegł na jego przegubie wspaniałą, srebrną bransoletę z wyrytym na niej napisem, którego nie umiał odczytać.
– To pewno ty jesteś Władek.
– Tak, proszę pana – rzekł Władek, ani głosem, ani miną nie okazując zdziwienia, że baron zna jego imię.
– Właśnie w twojej sprawie przyszedłem się zobaczyć z twoim ojcem – powiedział baron.
Władek pozostał tam, gdzie był, wpatrzony w barona. Wieśniak ruchem ręki nakazał dzieciom, żeby zostawiły go sam na sam z chlebodawcą, więc dwie dziewczynki dygnęły, czterej chłopcy zgięli się w ukłonie i cała szóstka w milczeniu wycofała się na stryszek. Władek został na swoim miejscu i nikt nie polecił mu odejść.
– Koskiewicz – zaczął baron nadal stojąc, ponieważ nikt go nie poprosił, by usiadł. Wieśniak nie uczynił tego z dwu powodów: po pierwsze, był zbyt onieśmielony, a po drugie, sądził, że baron przyszedł zmyć mu głowę. – Chciałem was prosić o przysługę.
– Wszystko, co pan każe, jaśnie panie – odparł wieśniak dziwiąc się w duchu, co też takiego mógłby dać baronowi, czego ten by nie miał po stokroć więcej.
– Mój syn Leon – ciągnął baron – ma teraz sześć lat i uczą go dwaj mieszkający w zamku guwernerzy, Polak i Niemiec. Mówią, że jest uzdolniony, ale brak mu zachęty do nauki, gdyż jest sam i nie ma rywala. Pan Kotowski, nauczyciel ze szkól w Słonimiu, powiedział mi, że tylko Władek byłby rywalem stosownym dla Leona. Chciałbym więc zapytać, czybyście nie zezwolili synowi opuścić wiejskiej szkoły i przenieść się do zamku, aby uczył się wraz z Leonem pod okiem guwernerów?
Władek nadal stał wpatrzony w barona, a oczyma wyobraźni oglądał już cudowną wizję dobrego jedzenia i picia oraz książek i nauczycieli o wiele mądrzejszych od pana Kotowskiego. Zerknął na matkę. I ona wpatrywała się w barona, a jej twarz wyrażała zdumienie i smutek. Ojciec Władka odwrócił się ku żonie i ta chwila milczącego porozumienia zdała się dziecku wiecznością.
– To zaszczyt dla nas, jaśnie panie – wieśniak skłonił się do stóp baronowi.
Baron spojrzał pytająco na Helenę Koskiewiczową.
– Święta Panienka nie dopuści, żebym miała kiedyś stanąć na drodze mojego dziecka – powiedziała cicho kobieta – chociaż tylko Ona jedna wie, ile będzie mnie kosztowało to rozstanie.
– Ależ moja Koskiewiczowo, syn będzie mógł was regularnie odwiedzać.
– Tak, jaśnie panie. Na pewno będzie to robił z początku. – Chciała jeszcze ó coś poprosić, lecz zmilczała.
– Doskonale – uśmiechnął się baron – więc postanowione. Przyprowadźcie chłopca jutro przed siódmą rano do zamku. Podczas trymestru szkolnego Władek będzie mieszkał z nami, a przed Bożym Narodzeniem do was wróci.
Władek wybuchnął płaczem.
– Cicho bądź! – ofuknął go wieśniak.
– Ja nie pójdę – stanowczo oświadczył Władek, który tylko o tym marzył.
– Cicho bądź – powtórzył wieśniak trochę głośniej.
– Ale dlaczego? – spytał baron ze współczuciem.
– Nigdy nie zostawię Florci. Nigdy.
– Florci? – zdziwił się baron. – A któż to taki?
– Moja najstarsza córka – wtrącił wieśniak. – Proszę się o nią nie turbować, jaśnie panie. Chłopiec zrobi, co mu się każe.
Zapadła cisza. Baron coś rozważał. Władek nadal ronił wymuszone łzy.
– Ile dziewczynka ma lat? – spytał wreszcie baron.
– Czternaście – powiedział wieśniak.
– Czy nadawałaby się do pomocy w kuchni? – dowiadywał się baron, stwierdzając z ulgą, iż Helena Koskiewicz nie wtóruje synowi płaczem.
– O tak, jaśnie panie – rzekła Helena. – Florcia umie gotować, szyć i...
– Dobrze, dobrze, niech więc też przyjdzie. Będę na nich czekał jutro o siódmej.
Baron odwrócił się do wyjścia, obejrzał się i uśmiechnął do Władka, a ten odwzajemnił uśmiech. Władek dobił pierwszego w życiu targu. Zapatrzony w zamknięte drzwi poczuł mocny uścisk matki i usłyszał jej szept:
– Oj, matczyna kruszynko, co też teraz z tobą będzie?
Władek ciekaw był jeszcze bardziej.
Helena Koskiewicz pakowała w nocy rzeczy Władka i Florentyny, co wcale nie znaczyło, że mieli ich dużo; nawet spakowanie dobytku całej rodziny nie zajęłoby wiele czasu. Rankiem wszyscy ustawili się przed chatą i odprowadzali spojrzeniami dwoje dzieci wyruszających do zamku, każde z owiniętą w papier paczką pod pachą. Florentyna, wysoka i poruszająca się z wdziękiem, co chwilę odwracała się z płaczem i machała ręką, ale mały i niezgrabny Władek ani razu nie obejrzał się za siebie. Florentyna trzymała mocno rękę Władka cały czas, aż do zamku barona. Role się odwróciły; od tego dnia on stał się jej opiekunem.
W zamku barona najwyraźniej ich oczekiwano, bowiem na nieśmiałe pukanie do wielkich dębowych drzwi wyjrzał zaraz człowiek odziany w zieloną, zdobną haftem liberię. Dzieci nieraz w mieście przyglądały się z podziwem szarym mundurom żołnierzy, pilnujących pobliskiej granicy, ale nigdy w życiu nie oglądały tak olśniewającej postaci jak ów wystrojony sługa, patrzący na nich z wysoka i na pewno bardzo ważny. Główna sala zamkowa wyłożona była grubym dywanem i Władek jak urzeczony wpatrywał się w piękne zielonoczerwone wzory, niepewny, czy nie powinien zdjąć butów, i zdumiony, że nie słyszy własnych kroków. Olśniewająca postać zaprowadziła dzieci do przeznaczonych dla nich sypialni w zachodnim skrzydle zamku. Oddzielne sypialnie! Czy potrafią w nich kiedykolwiek zasnąć? Łączyły je na szczęście drzwi, więc nigdy nie byli zbyt daleko od siebie, zresztą przez wiele nocy spali razem w jednym łóżku.
Kiedy się rozpakowali, Florentynę zaprowadzono do kuchni, a Władka do dziecinnej bawialni w południowym skrzydle zamku, gdzie czekał Leon, syn barona. Był to wysoki, ładny chłopiec, który tak miło i bezpośrednio przywitał Władka, iż ten z ulgą i zdziwieniem od razu wyzbył się przybranej na wszelki wypadek zaczepnej postawy. Leon był osamotniony i nie miał nikogo do zabawy prócz swej niani, przywiązanej do niego Litwinki, która wykarmiła go piersią i opiekowała się nim od czasu przedwczesnej śmierci matki. Krępy chłopaczek z lasu będzie jego upragnionym towarzyszem zabaw. Obaj wiedzieli, że przynajmniej pod jednym względem zostali uznani za równych.
Leon z miejsca zaproponował, że oprowadzi Władka po zamku, i wyprawa ta zajęła im cały ranek. Władek oszołomiony był ogromem budowli, przepychem umeblowania i tkanin, a zwłaszcza kobiercami wyściełającymi wszystkie komnaty. Nie okazywał jednak Leonowi przepełniającego go zachwytu; w końcu wezwano go tutaj, gdyż sobie na to zasłużył. Główna część zamku to wczesny gotyk, objaśnił syn barona, jakby Władkowi cokolwiek to mówiło. Władek z mądrą miną kiwnął głową. Następnie Leon zaprowadził Władka do ogromnych piwnic, gdzie ujrzał nie kończące się rzędy butelek z winem, okrytych kurzem i pajęczyną. Najbardziej spodobała się Władkowi olbrzymia sala jadalna o potężnym sklepieniu wspartym na filarach i posadzce z kamiennych płyt. Na ścianach rozwieszono wypchane głowy zwierząt. Leon powiedział mu, że to żubry, niedźwiedzie, łosie, dziki i żbiki. W głębi sali, pod rogami jelenia, widniał przepyszny herb barona. Dewiza rodu Rosnowskich brzmiała: „Odważnym fortuna sprzyja”. Po obiedzie, którego Władek prawie nie tknął, ponieważ nie umiał posługiwać się nożem i widelcem, poznał obu guwernerów, którzy nie przywitali go równie serdecznie jak Leon; wieczorem wgramolił się do najdłuższego łóżka, jakie w życiu widział, i opowiedział Florentynie o swoich przygodach. Słuchała go przejęta, z otwartą buzią, ani na chwilę nie odrywając od niego błyszczących ciekawością oczu, a jej zdumienie dosięgło szczytu, kiedy wspomniał o nożu i widelcu, ilustrując opowieść złączonymi palcami prawej ręki i rozczapierzonymi lewej.
Nauka rozpoczęła się punktualnie o siódmej, jeszcze przed śniadaniem, i trwała przez cały dzień z krótkimi przerwami na posiłki. Leon wyraźnie wyprzedzał Władka, ale ten tak zawzięcie zmagał się z podręcznikiem, że po kilku tygodniach zaczął go doganiać, tymczasem zaś rozkwitała przyjaźń i rywalizacja między obu chłopcami. Ani polskiemu, ani niemieckiemu guwernerowi nie przychodziło łatwo traktowanie na równi syna barona i wieśniaka, jednakże zapytani przez barona niechętnie przyznawali, iż wybór pana Kotkowskiego był trafny. Władek nie przejmował się zbytnio zachowaniem guwernerów, gdyż Leon zawsze go traktował jak równego sobie.
Baron okazywał zadowolenie z postępów obu chłopców i od czasu do czasu obdarowywał Władka ubraniem i zabawkami. Władek, który początkowo z rezerwą i chłodem podziwiał barona, z czasem zaczął go darzyć szacunkiem, a kiedy nadszedł czas powrotu do chatynki w lesie, do ojca i matki, na święta Bożego Narodzenia, chłopcu wcale nie uśmiechało się rozstanie z Leonem.
Z niechęcią opuszczał zamek i wkrótce się przekonał, że przeczucia go nie myliły. Wprawdzie bardzo się ucieszył na widok matki, ale krótki, trzymiesięczny pobyt w zamku barona unaocznił mu niedostatki własnego domu, z których przedtem nie zdawał sobie sprawy. Wakacje wlokły się niemiłosiernie. Władek wprost dusił się w małej chatynce z jedną izbą i stryszkiem, nie odpowiadały mu także posiłki podawane w znikomych ilościach i spożywane rękoma; w zamku nikomu nie wydzielano jedzenia. Po dwóch tygodniach Władek już tęsknie wyglądał powrotu do Leona i barona. Każdego popołudnia przemierzał sześć wiorst, siadał i wpatrywał się w mur okalający posiadłość. Florentyna, która przebywała jedynie wśród służby kuchennej, łatwiej zniosła powrót i nie mogła zrozumieć, że dla Władka wiejska chatka nigdy nie będzie już domem. Ojciec nie wiedział, jak odnosić się do Władka, który teraz był dobrze ubrany, wyrażał się po pańsku i, mając sześć lat, mówił o takich rzeczach, których on ani nie rozumiał, ani nie chciał rozumieć. Chłopak nic zupełnie nie robił, cały dzień marnował na czytanie. Co z niego wyrośnie, martwił się ojciec. Jak uczciwie zarobi na życie, skoro nie umie utrzymać siekiery ani złapać w sidła zająca? On też nie mógł doczekać się końca wakacji.
Helena była z Władka dumna i początkowo nie chciała się przyznać nawet przed sobą, że między Władka i jej własne dzieci wkradła się obcość. W końcu i tak nie dało się tego zataić. Któregoś wieczoru, przy zabawie w wojsko, zarówno Stefan, jak Franek, generałowie przeciwnych stron, odmówili przyjęcia Władka do swoich szeregów.
– Dlaczego nikt nigdy nie chce się ze mną bawić? – rozpłakał się Władek. – Ja też chcę nauczyć się bić.
– Bo ty nie jesteś nasz – oznajmił Stefan. – Nie jesteś naszym prawdziwym bratem.
Zapadła cisza, którą po długiej chwili przerwał Franek.
– Ojciec wcale ciebie nie chciał, tylko matka była za tobą.
Władek stał, jakby wrósł w ziemię, i tylko wodził oczyma po dzieciach wypatrując Florentyny.
– Dlaczego Stefan powiedział, że nie jestem naprawdę waszym bratem? – zapytał.
I tak Władek dowiedział się, jak przyszedł na świat, i zrozumiał, dlaczego zawsze odróżniał się od swoich braci i sióstr. Chociaż żal mu było matki, która bolała nad jego zamknięciem się w sobie, cieszył się skrycie, że pochodzi z nieznanego pnia, nie skażonego nikczemną krwią wieśniaka, i ze nosi w sobie zalążek ducha, który sprawi, że wszystko teraz stanie się możliwe.
Nieszczęsne wakacje dobiegły końca i Władek z radością powrócił do zamku. Leon powitał go z otwartymi ramionami; dla niego, równie odizolowanego od świata bogactwem barona, jak Władek nędzą swego ojca, wakacje także nie były pasmem szczęścia. Od tego czasu chłopcy jeszcze bardziej się zbliżyli i wkrótce stali się nierozłączni. Gdy nadeszły letnie wakacje, Leon uprosił ojca, żeby pozwolił Władkowi pozostać w zamku. Baron chętnie się zgodził, bo on również pokochał Władka. Władek nie posiadał się ze szczęścia. Do leśnej chaty zawitał jeszcze tylko raz w życiu.
Po lekcjach Leon z Władkiem resztę dnia spędzali na zabawach. Bardzo lubili bawić się w chowanego; zamek miał siedemdziesiąt dwa pokoje, więc zakamarków było bez liku. Ulubioną kryjówką Władka były podziemia zamku. Tylko słabe światło padające przez wykute w kamieniu okienko mogło zdradzić czyjąś obecność, zresztą i tak nie można się było tam poruszać bez świecy. Władek nie wiedział, jakiemu celowi służyły lochy, żaden ze służących nigdy o tym nie mówił, gdyż za ich pamięci nikt ich nie używał.
Władek dobrze wiedział, że dorównuje Leonowi jedynie w nauce, ale że w żadnej grze z wyjątkiem szachów nie dorasta przyjacielowi do pięt. Granicząca z posiadłością barona rzeka Szczara była jeszcze jednym miejscem zabaw. Wiosną łowili w niej ryby, latem pływali, zimą zaś, gdy zamarzła, przypinali drewniane łyżwy i ścigali się, a siedząca na brzegu Florentyna ostrzegała ich krzykiem, kiedy zapędzali się na cienki lód. Władek nigdy jej nie słuchał i zawsze to on się zapadał. Leon wyrastał na dużego i silnego chłopca; szybko biegał, dobrze pływał i nigdy się nie męczył ani nie chorował. Patrząc na niego Władek mógł się przekonać, co to znaczy prezencja i mocna budowa, a kiedy pływał, biegał i ślizgał się na łyżwach, zdawał sobie sprawę, że nigdy nie dorówna Leonowi. Najgorsze jednak, że pępek, który u Leona był niemal niewidoczny, u Władka wyglądał jak obrzydliwy kikucik i ordynarnie sterczał ze środka pulchnego brzucha. Władek nieraz spędzał długie godziny w ciszy własnego pokoju studiując w lustrze swój wygląd i wciąż zapytując, dlaczego; zwłaszcza dlaczego ma na piersi tylko jedną brodawkę, kiedy wszyscy chłopcy, których widział z nagim torsem, mieli zawsze dwie, jak tego wymaga symetria ludzkiego ciała. Czasami, gdy bezsennie leżał w łóżku, dotykał palcami swojej klatki piersiowej i ronił łzy żałości na poduszkę. Zasypiając wreszcie modlił się gorąco, żeby rankiem mógł zbudzić się odmieniony. Jego modlitwy nie zostały jednak wysłuchane.
Co wieczór Władek rezerwował sobie czas na ćwiczenia fizyczne, których nikt nie mógł widzieć, nawet Florentyna. Tylko dzięki swemu uporowi nauczył się tak trzymać, że robił wrażenie wyższego. Wzmacniał mięśnie rąk i nóg, a także wisiał zaczepiony koniuszkami palców na belce w sypialni licząc, że w ten sposób się wydłuży, ale Leon i tak rósł szybciej, nawet we śnie. Władek musiał w końcu pogodzić się z faktem, że zawsze będzie o głowę niższy od Leona i że nic, nic na świecie, nigdy nie przywróci mu brakującej brodawki. Awersja Władka do własnego ciała wynikała z jego własnych odczuć, Leon bowiem nigdy nie ganił wyglądu przyjaciela; nie znał innych dzieci oprócz Władka, którego bezkrytycznie kochał.
Baron Rosnowski również coraz bardziej przywiązywał się do hardego, ciemnowłosego chłopca, który zastąpił Leonowi młodszego brata, tragicznie utraconego, gdy baronowa umarła w połogu.
Wieczorem obaj chłopcy siadali wraz z nim do kolacji w wielkiej sali zamkowej o posadzce z kamiennych płyt, gdzie migotliwe światło świec rzucało na ściany złowieszcze cienie głów zwierzęcych, a służba krzątała się bezszelestnie obnosząc wielkie srebrne tace i złocone talerze, podając pieczone gęsi, szynki, raki, wyborne wina i owoce, czasem też mazurki, szczególnie ulubione ciasto Władka. Później, gdy ciemność gęstniała jeszcze bardziej wokół stołu, baron odprawiał służbę i snuł opowieść o historii Polski, pozwalając chłopcom spróbować gdańskiej wódki, w której maleńkie złote płatki lśniły delikatnie w świetle świec. Władek najczęściej, jak mógł, prosił o opowieść o Tadeuszu Kościuszce.
– Ten wielki patriota i bohater – zwykł wówczas zaczynać baron – prawdziwy symbol naszej walki o niepodległość, kształcony we Francji...
– Którą podziwiamy i kochamy, tak jak nienawidzimy Rosji i Austrii – podchwytywał Władek, tym bardziej rozmiłowany w tej opowieści, że znał ją słowo w słowo.
– Kto komu opowiada, Władku? – pytał ze śmiechem baron. – ...walczył następnie w Ameryce wraz z Jerzym Waszyngtonem o wolność i demokrację. W tysiąc siedemset dziewięćdziesiątym drugim roku poprowadził polskie wojsko pod Dubienką. Kiedy nieszczęsny król Stanisław August opuścił nas i przeszedł na stronę Rosjan, Kościuszko wrócił do ojczyzny, którą ukochał, aby uwolnić ją z jarzma caratu. Gdzie wygrał bitwę, Leonie?
– Pod Racławicami, ojcze, a potem odbił Warszawę z rąk wroga.
– Dobrze, moje dziecko. Niestety, później Rosjanie zgromadzili wielkie siły pod Maciejowicami i ostatecznie Kościuszko przegrał i dostał się do niewoli. Mój przodek bił się tego dnia pod Kościuszką, a potem w Legionach Dąbrowskiego u boku wielkiego cesarza Napoleona Bonaparte.
– I za zasługi dla Polski otrzymał tytuł i nazwisko barona Rosnowskiego, nadanie, które pański ród po wsze czasy zachowa dla upamiętnienia tych wielkich dni – wyrecytował Władek z takim przejęciem, jakby kiedyś miał ów tytuł odziedziczyć.
– Dni chwały powrócą – powiedział cicho baron. – Modlę się, żebym tego dożył.
Przed wigilią wieśniacy z majątku barona schodzili się z rodzinami do zamku, spędzając czas na czuwaniu i modlitwie. W wigilię Bożego Narodzenia pościli, a dzieci wypatrywały pierwszej gwiazdki, żeby można było zasiąść do wieczerzy. Baron odmawiał modlitwę swoim pięknie brzmiącym, głębokim głosem: „Benedicte nobis, Domine Deus et hic donis quae ex liberalitate tua sumpturi sumus”, i kiedy już wszyscy usiedli, Władek rumienił się ze wstydu za Jasia Koskiewicza, który zmiatał doszczętnie każde z trzynastu dań od barszczu aż do ciasta i kompotu ze śliwek, aby potem, jak w ubiegłych latach, zwrócić wszystko w lesie, w drodze do domu.
Po wieczerzy zaczynała się ku radości Władka ceremonia rozdawania prezentów spod uginającej się od świeczek i owoców choinki osłupiałym z zachwytu wiejskim dzieciom – lalka dla Zosi, myśliwski nóż dla Józefa, nowa sukienka dla Florentyny, pierwszy podarunek, o jaki Władek poprosił barona.
– To prawda – rzekł Józef do matki, gdy Władek wręczył mu podarek – że on nie jest naszym bratem?
– Nie – odparła – ale zawsze będzie moim synem.
Przez zimę i wiosnę 1914 roku Władek wyrósł na silnego chłopca i poczynił duże postępy w nauce. Nagle w lipcu nauczyciel Niemiec opuścił zamek bez słowa pożegnania; żaden z chłopców nie rozumiał, dlaczego. Nie przyszło im do głowy, że jego wyjazd mógł mieć związek z zabójstwem arcyksięcia Ferdynanda w Sarajewie, dokonanym przez studenta anarchistę, o czym powiadomił ich drugi nauczyciel dziwnie poważnym tonem. Baron zamknął się w sobie; żaden z chłopców nie wiedział, dlaczego. Młodsi służący, ulubieńcy dzieci, zaczęli znikać jeden po drugim; żaden z chłopców nie miał pojęcia, dlaczego. Gdy rok przeminął, Leon jeszcze wyrósł, Władek nabrał tężyzny, a obaj zmądrzeli.
Pewnego ranka latem 1915 roku, gdy nadeszły piękne, rozleniwiające dni, baron wyruszył w daleką podróż do Warszawy, żeby, jak to ujął, uporządkować swoje sprawy. Był nieobecny przez trzy i pół tygodnia, całe dwadzieścia pięć dni, które Władek odkreślał każdego ranka w kalendarzu wiszącym w jego pokoju; zdawało mu się, że to wieczność. W dniu wyznaczonego powrotu obaj chłopcy wyjechali na stację kolejową w Słonimiu, aby czekać na przybywający raz w tygodniu pociąg z jednym wagonem i powitać barona. Wszyscy trzej wracali w milczeniu do domu.
Władek odniósł wrażenie, że jego ideał postarzał się i wygląda na znużonego, co było czymś niezwykłym. W ciągu następnego tygodnia baron często prowadził z zarządzającymi służbą krótkie, trwożne narady, przerywane w momencie, gdy tylko Leon lub Władek wchodzili do pokoju; ta niezwykła tajemniczość napawała chłopców niepokojem i obawą, iż są nieświadomie jej powodem. Władek rozpaczał, że baron odeśle go z powrotem do leśnej chaty; cały czas pamiętał, że jest obcy w obcym domu.
Któregoś wieczoru, w kilka dni po powrocie, baron wezwał chłopców do wielkiej sali zamkowej. Weszli cichutko, obaj przestraszeni. Bez żadnych wstępów oznajmił im, że niedluģo wyruszą w daleką drogę. Tę krótką rozmowę, mało ważną, jak wówczas sądził, Władek miał zapamiętać na całe życie.
– Kochane dzieci – zaczął baron cichym, drżącym głosem – najeźdźcze armie Niemiec i Austro-Węgier otoczyły Warszawę i niedługo wtargną do nas.
Władkowi przemknęło przez głowę niezrozumiałe zdanie, które polski guwerner rzucił Niemcowi w ostatnich, pełnych napięcia dniach, kiedy byli razem.
– Czy to znaczy, że nareszcie wybiła godzina wolności dla zniewolonych ludów Europy? – zapytał.
Baron z czułością spojrzał na niewinną twarz chłopca.
– Nasz narodowy duch nie upadł w ciągu stu pięćdziesięciu lat ucisku i prześladowań – odparł. – Może być, że ważą się losy tak Polski, jak Serbii, ale jesteśmy bezsilni i nie mamy wpływu na historię. Zdani jesteśmy na łaskę trzech potężnych wrogów, którzy nas otaczają.
– Jesteśmy silni, umiemy się bić – odezwał się Leon. – Mamy drewniane miecze i tarcze. Nie boimy się Niemców ani Rosjan.
– Mój synku, ty tylko bawiłeś się w wojnę. Tej wojny nie rozstrzygną dzieci. Musimy teraz schronić się w spokojnym miejscu i przetrwać dopóty, dopóki historia nie zadecyduje o naszych losach. Musimy wyjechać stąd jak najszybciej. Mogę się tylko modlić, żeby to nie był koniec waszego dzieciństwa.
Słowa barona zarazem oszołomiły i rozdrażniły chłopców. Wojnę wyobrażali sobie jako emocjonującą przygodę, która ich na pewno ominie, jeśli wyjadą z zamku. Pakowanie zajęło służbie kilka dni, a Władkowi i Leonowi zapowiedziano, że w najbliższy poniedziałek wszyscy wyruszą do letniego domu na północ od Grodna. Obaj chłopcy, przeważnie zostawieni sami sobie, nadal uczyli się i bawili, a nikt w zamku nie miał czasu ani ochoty odpowiadać na ich niezliczone pytania.
W sobotę jak zwykle lekcje odbywały się tylko rano. Tłumaczyli właśnie „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza na łacinę, kiedy usłyszeli huk wystrzałów. Zrazu Władek myślał, że to jakiś myśliwy poluje w okolicy, i chłopcy wrócili do poezji. Następna seria strzałów dobiegła już z bliska i zaraz potem usłyszeli krzyki na dole. Spojrzeli po sobie z osłupieniem. Nie bali się, bowiem żaden z nich w swoim krótkim życiu nie doświadczył niczego, co by przejęło go strachem. Nauczyciel uciekł zostawiwszy ich samych i niedługo usłyszeli strzał, tym razem na korytarzu, tuż za drzwiami. Zamarli z przerażenia i wstrzymali oddech.
Nagle drzwi otworzyły się z hukiem i w progu stanął żołnierz w szarym mundurze i stalowym hełmie, nie starszy od ich guwernera. Leon przylgnął do Władka, a ten wbił wzrok w nieproszonego gościa. Żołnierz krzyknął do nich po niemiecku, pytając, kim są, żaden jednak mu nie odpowiedział, chociaż doskonale znali język i mogli się nim posługiwać równie biegle jak polskim. Następny żołnierz pojawił się za plecami pierwszego, ten zaś podszedł do chłopców, schwycił jednego i drugiego jak kurczęta i wywlókł na korytarz, schodami na dół i do ogrodu, gdzie ujrzeli histerycznie krzyczącą, wpatrującą się w trawnik Florentynę. Leon nie mógł znieść okropnego widoku i ukrył głowę na ramieniu Władka. Władek ze zdumieniem i zgrozą patrzył na leżące szeregiem martwe ciała, przeważnie służących, obrócone twarzami do dołu. Nagle spostrzegł wąsy moknące w kałuży krwi. To był jego przybrany ojciec. Władek nie czuł nic, słyszał tylko krzyk Florentyny.
– Czy papa tam jest? Czy papa tam jest? – dopytywał się Leon.
Władek raz jeszcze uważnie przebiegł wzrokiem szereg leżących ciał. Podziękował Bogu, nie nie ma wśród nich barona Rosnowskiego i już chciał obwieścić Leonowi dobrą wiadomość, gdy podszedł do nich żołnierz.
– Wer hat gesprochen? – zapytał z wściekłością.
– Ich – hardo odpowiedział Władek.
Żołnierz uniósł karabin i kolbą zdzielił Władka w głowę. Chłopiec upadł na ziemię z twarzą zalaną krwią. Gdzie jest baron, co się dzieje, dlaczego są tak traktowani we własnym domu? Leon błyskawicznie skoczył i zasłonił Władka własnym ciałem przed następnym ciosem. Żołnierz zamierzył się celując w żołądek Władka, lecz kolba z całą siłą trafiła w tył głowy Leona.
Obaj chłopcy leżeli bez ruchu; Władek, ponieważ ogłuszył go cios i przygniótł ciężar ciała Leona, a Leon, bo był martwy.
Władek usłyszał, jak drugi żołnierz złorzeczy oprawcy. Spróbowali podnieść Leona, ale Władek uczepił się go z całej siły. Dwaj żołnierze z trudem wyrwali zwłoki z jego rąk i cisnęli je bezceremonialnie na ziemię, twarzą do trawy. Władek stał jak skamieniały i wpatrywał się w nieruchome ciało najdroższego przyjaciela, póki nie zagoniono go na powrót do zamku i wraz z garstką oszołomionych niedobitków nie zaprowadzono do podziemi. Nikt nie odważył się odezwać ze strachu, że podzieli los zabitych na trawniku, aż drzwi zostały zaryglowane i ucichły głosy oddalających się żołnierzy. Wówczas Władek wykrzyknął: „Święty Boże!” – albowiem w kącie, pod murem, dostrzegł skuloną sylwetkę barona; nie był ranny, tylko ogłuszony i wpatrywał się w przestrzeń niewidzącymi oczyma. Ocalał wyłącznie dlatego, że zdobywcy potrzebowali kogoś do sprawowania pieczy nad resztą więźniów. Władek podszedł do niego, pozostali zaś usadowili się jak najdalej od swego pana. Obaj spojrzeli sobie w oczy, jak za pierwszym razem, kiedy się spotkali. Władek wyciągnął rękę i baron ją ujął, jak wówczas. Chłopiec patrzył na łzy spływające po dumnej twarzy barona. Żaden z nich nie przemówił. Stracili jedyną osobę, która była im droższa nad wszystko.
William Kane rósł bardzo szybko, a wszyscy, którzy się z nim stykali, uważali go za rozkosznego brzdąca; w jego wczesnym dzieciństwie byli to na ogół zaślepieni krewni i roztkliwiająca się służba.
Najnowsze piętro osiemnastowiecznego domu rodziny Kane’ów przy Louisburg Square w Beacon Hill przekształcono w dziecięce królestwo wypełnione zabawkami. Ponadto dla nowo zaangażowanej niani przeznaczono sypialnię i salonik. Piętro było na tyle oddalone od Richarda Kane’a, iż nie docierały do niego takie zagadnienia, jak ząbkowanie, moczenie pieluch oraz nieregularne, niezdyscyplinowane krzyki o pokarm. Pierwszy dźwięk, pierwszy ząb, pierwszy krok i pierwsze słowo zostały odnotowane w kronice rodzinnej przez matkę Williama, wraz z przyrostem jego wagi i wzrostu. Anne zaskoczyło odkrycie, że postępy Williama niespecjalnie się różnią od postępów innych dzieci z Beacon Hill.
Niania Williama, sprowadzona specjalnie z Anglii, chowała chłopca w takim drylu, że zaimponowałoby to nawet pruskiemu oficerowi kawalerii. Ojciec odwiedzał Williama co wieczór o szóstej. Ponieważ nie chciał przemawiać do syna dziecięcym szczebiotem, w rezultacie wcale się nie odzywał; obaj tylko patrzyli na siebie. William chwytał wskazujący palec ojca, ten, którym Richard wodził po papierze sprawdzając zestawienia bilansowe, i mocno go ściskał. Richard pozwalał sobie wówczas na uśmiech. Gdy dziecko skończyło roczek, reżim został nieco złagodzony i Williamowi pozwolono odwiedzać ojca na dole. Richard zazwyczaj siedział w swoim obitym wiśniową skórą fotelu z wysokim oparciem i obserwował pierworodnego raczkującego po podłodze i wyłaniającego się zza nóg kolejnego mebla w najbardziej nieoczekiwanych momentach, co skłoniło go do refleksji, że niechybnie mały zostanie kiedyś senatorem. William postawił pierwsze kroki mając trzynaście miesięcy, schwyciwszy za poły ojcowskiej zarzutki. Pierwsze słowo, jakie wypowiedział, brzmiało „tata”, co zadowoliło wszystkich łącznie z babkami Kane i Cabot, które regularnie odwiedzały dom. Co prawda nie pchały wózka, w którym Williama obwożono po Bostonie, raczyły jednak postępować parę kroków za nianią w czwartkowe popołudnia w parku, patrząc z przyganą na dzieci, którym nie towarzyszyła równie szacowna świta. Gdy inne dzieci karmiły kaczki w publicznych parkach, William wabił z powodzeniem łabędzie w lagunie przy zbytkownym Pałacu Weneckim Jacka Gardnera.
Po upływie dwóch lat babki napomknieniami i aluzjami zaczęły dawać do zrozumienia, że pora na jeszcze jednego potomka, odpowiedniego towarzysza dla Williama. Zgodnie z ich życzeniem Anne zaszła w ciążę, jednakże z początkiem czwartego miesiąca z niepokojem stwierdziła, że czuje się coraz gorzej.
Doktor MacKenzie po zbadaniu Anne przestał się uśmiechać, kiedy zaś poroniła w szesnastym tygodniu ciąży, nie był wcale zaskoczony, lecz nie pozwolił jej pogrążyć się w rozpaczy. Zapisał w swoim notesie „stan przedrzucawkowy”, a następnie powiedział:
– Anne, moja droga, powodem twoich dolegliwości było za wysokie ciśnienie krwi, które zapewne by rosło wraz z rozwojem ciąży. Niestety, medycyna nie zna na razie sposobu na obniżenie ciśnienia i wiemy na ten temat niewiele więcej poza tym, iż jest to stan groźny dla każdego, a zwłaszcza dla brzemiennej kobiety.
Anne powstrzymywała łzy napływające do oczu, próbując zarazem wyobrazić sobie przyszłość bez możliwości urodzenia więcej dzieci.
– Ale te objawy z pewnością nie wystąpią przy następnej ciąży? – zagadnęła, w taki sposób formułując pytanie, żeby nakłonić doktora do pomyślnej odpowiedzi.
– Byłbym bardzo zdziwiony, gdyby nie wystąpiły, moja droga. Przykro mi, że muszę ci to powiedzieć, ale ja bym stanowczo ci odradzał ponowne zajście w ciążę.
– Ależ ja zniosę parę miesięcy złego samopoczucia, jeśli w rezultacie...
– Nie mówię o złym samopoczuciu, Anne, ale o zagrożeniu twojego życia.
Dla Anne i Richarda, którzy sami pozbawieni byli rodzeństwa wskutek przedwczesnej śmierci ojców, był to okrutny cios. Oboje pragnęli stworzyć rodzinę odpowiednią do imponujących rozmiarów ich domu i na miarę ich poczucia odpowiedzialności wobec przyszłych pokoleń.
– Czymże innym może się zająć młoda kobieta? – zagadnęła babka Cabot babkę Kane. Nikt nie powracał więcej do tego tematu i William stał się dla wszystkich oczkiem w głowie.
Richarda, który został dyrektorem generalnym Towarzystwa Bankowego i Powierniczego Kane’a i Cabota, jak brzmiała pełna nazwa owej instytucji, po śmierci ojca w 1904 roku, zawsze bez reszty pochłaniała praca. Bank znajdujący się przy State Street, bastion solidności architektonicznej i finansowej, miał swoje filie w Nowym Jorku, Londynie i San Francisco. Zaraz po narodzinach Williama ta ostatnia przysporzyła Richardowi poważnych kłopotów, kiedy podobnie jak Crocker National Bank, Wells Fargo i California Bank została unicestwiona, nie w sensie finansowym, lecz dosłownie, w wielkim trzęsieniu ziemi 1906 roku. Richard, rozważny z natury, wysoko ubezpieczył swój bank u Lloyda w Londynie. Angielscy dżentelmeni wypłacili wszystko co do grosza, umożliwiając Richardowi jego odbudowę. Aby jej doglądać, przez cały rok musiał przemierzać tam i z powrotem Amerykę i trząść się w pociągach, które z Bostonu do San Francisco jechały cztery dni. W październiku 1907 roku dokonał otwarcia nowej filii na Union Square, w samą porę, żeby zdążyć zająć się kolejnymi kłopotami, tym razem na Wschodnim Wybrzeżu. Zaczął się niewielki run na banki nowojorskie i wiele drobnych placówek nie wytrzymywało naporu klientów i ogłaszało bankructwo. J. P. Morgan, owiany legendą prezes potężnego banku noszącego jego imię, zaproponował Richardowi przystąpienie do konsorcjum powołanego w celu wspólnego przezwyciężenia kryzysu. Richard przyjął ofertę, śmiała taktyka odniosła skutek i wszystko wróciło do normy, niemniej Richard przeżył kilka bezsennych nocy.
Za to William spał zdrowo, nieświadom trzęsienia ziemi i upadających banków. Wszak czekało go karmienie łabędzi i nie kończące się wyprawy do Miltonu, Brooklynu i Beverly, gdzie prezentowano go dystyngowanym kuzynom.
Wczesną wiosną następnego roku Richard sprawił sobie nową zabawkę w efekcie rozważnej lokaty kapitału w przedsięwzięciu podjętym przez człowieka o nazwisku Henry Ford, który dowodził, że potrafi wyprodukować popularny samochód. Bank wydał obiad na cześć Forda, i Richard został nakłoniony do nabycia modelu T za bajońską sumę ośmiuset pięćdziesięciu dolarów. Henry Ford zapewnił Richarda, że jeśli bank udzieli mu finansowego poparcia, w ciągu kilku lat obniży koszt do trzystu pięćdziesięciu dolarów i wszyscy będą kupowali jego samochody, co zapewni wysokie zyski bankowi, Richard przychylił się do jego prośby, po raz pierwszy stawiając na człowieka, któremu zależało na zmniejszeniu o połowę ceny swojego towaru.
Początkowo Richard się obawiał, iż jego wehikuł, aczkolwiek dostojnie czarny, nie będzie licował z powagą bankiera, jednakże pełne podziwu spojrzenia przechodniów rozproszyły jego wątpliwości. Pojazd, który rozwijał prędkość dziesięciu mil na godzinę, był wprawdzie o wiele bardziej hałaśliwy niż koń, ale miał tę przewagę, że nie paskudził na środku Mount Vernon Street. Richardowi nie podobało się tylko, iż Ford nie zaaprobował jego sugestii, aby model T produkowano w różnych kolorach. Ford upierał się, że wszystkie wozy winny być czarne, co obniży ich cenę. Anne, bardziej niż mąż licząca się z opinią wytwornego towarzystwa, nie wsiadła do samochodu, póki Cabotowie nie sprawili sobie podobnego.
Za to William uwielbiał „automobil”, jak zwała go prasa, i z miejsca osądził, że pojazd kupiono specjalnie dla niego w miejsce zbytecznego już, nie wyposażonego w silnik wózka. Wołał też od niani szofera w goglach i płaskiej czapce z daszkiem. Babka Kane i babka Cabot poprzysięgły, że nigdy nie będą podróżować tą piekielną machiną i przysięgi dotrzymały, choć należy tu wspomnieć, iż babka Kane jechała na własny pogrzeb samochodem, ale na szczęście o tym nie wiedziała.
W ciągu następnych dwóch lat bank rósł w siłę i powiększał swoje rozmiary, podobnie jak William. Amerykanie znowu postawili na ekspansję i do banku Kane’a i Cabota wpływały duże pieniądze, które z kolei inwestowano w takie przedsięwzięcia, jak doskonale prosperująca, lowellowska garbarnia w Lowell, w stanie Massachusetts. Richard obserwował rozwój swego banku oraz syna ze zrozumiałą satysfakcją. Po ukończeniu przez Williama piątego roku życia zabrał chłopca z rąk kobiet i oddał pod opiekę zaangażowanemu za czterysta pięćdziesiąt dolarów rocznie prywatnemu nauczycielowi, panu Munro, osobiście wybranemu przez niego spośród ośmiu kandydatów, wyselekcjonowanych uprzednio przez jego osobistą sekretarkę. Panu Munro powierzono zadanie przygotowania Williama do gimnazjum Św. Pawła, do którego miał wstąpić w wieku dwunastu lat. William od razu go polubił, uznawszy za bardzo starego i mądrego. W rzeczywistości był to dwudziestotrzyletni młodzieniec, absolwent wydziału anglistyki Uniwersytetu Edynburskiego, posiadacz dyplomu z wyróżnieniem drugiej klasy.
William prędko nauczył się pisać i płynnie czytać, ale największe zamiłowanie miał do rachunków. Narzekał, że na osiem lekcji dziennie zaledwie jedna poświęcona była arytmetyce. Nie wahał się wytknąć ojcu, iż jedna ósma dnia pracy to za skromny wkład czasu jak na kogoś, kto pewnego dnia pokieruje bankiem.
Żeby powetować sobie brak przezorności nauczyciela, William dręczył wszystkich, którzy mu się nawinęli, domagając się zadań, które mógłby rozwiązać w pamięci. Babkę Cabot, która nie była w stanie pojąć, że liczba całkowita podzielona przez cztery zawsze da ten sam wynik, co pomnożona przez jedną czwartą (zresztą wyniki, jakie otrzymywała, rzeczywiście często się różniły), wnuk prędko zdystansował, ale babka Kane, nie pozbawiona pewnych zdolności, mężnie zmagała się z ułamkami zwykłymi, procentami składanymi oraz podziałem ośmiu ciastek między dziewięcioro dzieci.
– Babciu – zażądał William grzecznie, lecz stanowczo, kiedy nie udało się jej rozwiązać najnowszej łamigłówki – kup mi suwak logarytmiczny, to nie będę ci więcej zawracał głowy.
Babkę zaskoczyła prośba nad wiek rozwiniętego wnuka, mimo to podarowała mu suwak, powątpiewając w duchu, czy dziecko potrafi się nim posługiwać. Za pamięci rodziny pierwszy raz się zdarzyło, że babka Kane wybrała łatwiejsze wyjście z kłopotu.
Tymczasem kłopoty Richarda przemieściły się na wschód. Prezes londyńskiej filii banku wyzionął ducha przy własnym biurku i Richard uznał, iż jego obecność na Lombard Street jest nieodzowna. Zaproponował Anne, żeby razem z Williamem towarzyszyła mu do Europy, bowiem podróż tylko wzbogaci edukację chłopca; zwiedzi te wszystkie miejsca, o których tak często opowiadał mu nauczyciel. Anne, która nigdy jeszcze nie była w Europie, przyjęła projekt z entuzjazmem. Wypełniła całe trzy kufry podróżne eleganckimi, kosztownymi nowymi strojami, żeby podbić w nich Stary Świat. Nie zgodziła się jednak, co William uznał za niesprawiedliwe, na zabranie roweru, jego zdaniem równie niezbędnego w podróży.
Państwo Kane pojechali pociągiem do Nowego Jorku, aby wsiąść na „Aquitanię” odpływającą stamtąd do Southampton. Anne wprost przerażał widok ulicznych przekupniów imigrantów, natrętnie oferujących swoje towary, i odetchnęła, kiedy znalazła się w zaciszu swojej kabiny na statku. Williama, który zawsze do tej pory sobie wyobrażał, że bank ojca jest największym gmachem w Ameryce, o ile nie na świecie, olśnił ogrom Nowego Jorku. Koniecznie chciał kupić różowo-żółte lody od sprzedawcy ubranego na biało i noszącego słomkowy kapelusz, ale ojciec nawet nie chciał o tym słyszeć; zresztą Richard nigdy nie miał przy sobie drobnych.
William wpadł w zachwyt na widok olbrzymiego statku i prędko zaprzyjaźnił się z kapitanem, który zaznajomił go z wszystkimi tajnikami primadonny Towarzystwa Parowcowego Cunarda. Richard i Anne, którzy naturalnie zasiadali przy stole kapitańskim, zanim jeszcze statek odpłynął z Ameryki, uznali za stosowne przeprosić, że syn zajmuje tyle czasu załodze.
– Nic nie szkodzi – powiedział białobrody wilk morski. – Jesteśmy już z Williamem w dobrej komitywie. Chciałbym tylko umieć odpowiedzieć na jego wszystkie pytania dotyczące czasu, prędkości i odległości. Co wieczór muszę się podszkalać u pierwszego mechanika, żeby przygotować się na kolejne pytania i wyjść obronną ręką następnego dnia.
„Aquitania” po sześciodniowej podróży wpłynęła do cieśniny Solent i zawinęła do Southampton. William z żalem rozstawał się ze statkiem i na pewno nie obeszłoby się bez łez, gdyby nie widok wspaniałego automobilu rolls-royce Silver Ghost czekającego z szoferem w środku na nadbrzeżu, aby lotem strzały przewieźć ich do Londynu. Richard bez namysłu postanowił, że pod koniec pobytu w Anglii każe przetransportować wóz do Ameryki, co było najbardziej niezwykłą decyzją, jaką podjął do końca życia. Wyjaśnił Anne, zresztą dość nieprzekonująco, iż chciałby zademonstrować samochód Henry’emu Fordowi.
W Londynie rodzina Kane’ów zawsze zatrzymywała się u Ritza na Piccadilly, skąd Richard miał niedaleko do swojego biura w City. Podczas gdy Richard zajęty był w banku, Anne spędzała czas pokazując Williamowi londyńską Tower, Pałac Buckingham i zmianę warty. William wszystkim się entuzjazmował z wyjątkiem angielskiej wymowy, którą z trudnością rozumiał.
– Dlaczego oni nie mówią tak jak my, mamusiu? – zapytał i był zdziwiony, kiedy usłyszał, że pytanie należałoby odwrócić, gdyż to „oni” byli pierwsi. Ulubionym zajęciem Williama było przyglądanie się żołnierzom w jaskrawoczerwonych mundurach z wielkimi, błyszczącymi, mosiężnymi guzikami, którzy trzymali straż przed Pałacem Buckingham. Usiłował nawiązać z nimi rozmowę, ale spoglądali ponad nim w przestrzeń i nawet nie mrugnęli.
– Czy nie moglibyśmy wziąć takiego jednego ze sobą? – spytał matkę.
– Nie, kochanie, muszą tu stać i strzec króla.
– Ale on ma ich tylu, więc czy ja nie mógłbym mieć chociaż Jednego?
Pragnąc „uraczyć”, jak to określiła Anne, żonę i syna, Richard wyjątkowo skończył pracę w banku wcześniej i zabrał ich do Londyńskiego Hipodromu na przedstawienie oparte na znanej angielskiej bajce „Kubuś i Fasolka”. William zapałał miłością do Kubusia i natychmiast zapragnął ścinać wszystkie drzewa po kolei, wyobrażając sobie, że w każdym skrywa się potwór. Po przedstawieniu poszli na herbatę do Fortnuma i Masona na Piccadilly, gdzie Anne zamówiła dla Williama dwa ciastka z kremem i pączka, ostatni przebój sezonu. Odtąd trzeba było codziennie przyprowadzać tam Williama na pączka.
Wakacje przeminęły za szybko dla Williama i jego matki, natomiast Richard, zadowolony z rezultatów swojej pracy na Lombard Street i nowo mianowanego dyrektora, zaczął już myśleć o powrocie. Napływające codziennie z Bostonu telegramy sprawiały, że bardzo by już chciał się znaleźć w sali posiedzeń rady nadzorczej swego banku. Kiedy zaś w końcu nadeszła wiadomość, że dwadzieścia pięć tysięcy robotników przystąpiło do strajku w przędzalni bawełny w Lawrence w stanie Massachusetts, w której jego bank ulokował znaczne kapitały, cieszył się, że od wyjazdu dzielą go tylko trzy dni.
William też tęsknił do powrotu i już sobie wyobrażał, jak opowie panu Munro o wszystkich tych ciekawych rzeczach, które robił w Anglii. Cieszył się również na spotkanie z babkami. Był pewien, że one nigdy nie doświadczyły czegoś tak ekscytującego jak przedstawienie w prawdziwym teatrze wypełnionym publicznością. Anne także z zadowoleniem myślała o powrocie do kraju, mimo że zamorska wyprawa dała jej prawie tyle radości co Williamowi, gdyż jej stroje i uroda wzbudziły zachwyt powściągliwych zazwyczaj wyspiarzy. W przeddzień wyjazdu, aby jeszcze na koniec sprawić przyjemność Williamowi, Anne zabrała go na Eaton Square na popołudniową herbatkę, wydaną przez żonę nowego dyrektora filii londyńskiej. Ona również miała syna, ośmioletniego Stuarta, którego William po dwu tygodniach wspólnych zabaw uważał za nieodłącznego, starszego przyjaciela. Jednakże przyjęcie się nie udało, ponieważ Stuart czuł się niezdrów, a William, solidaryzując się z nowym kolegą, oznajmił matce, że chyba też się rozchoruje. Anne z Williamem wrócili więc do Ritza wcześniej, niż planowali. Anne bynajmniej nie żałowała, gdyż zyskała więcej czasu na dopilnowanie pakowania wielkich kufrów podróżnych, poza tym sądziła, że William tylko udawał złe samopoczucie, chcąc sprawić przyjemność Stuartowi. Kiedy jednak wieczorem kładła syna do łóżka, stwierdziła, że nie kłamał i ma lekko podwyższoną temperaturę. Wspomniała o tym przy kolacji Richardowi.
– To pewno dlatego, że jest podniecony czekającą go podróżą – zauważył beztrosko Richard.
– Mam nadzieję – powiedziała Anne. – Wołałabym, żeby nie chorował w trakcie sześciodniowego rejsu morskiego.
– Do jutra powinien być zdrów jak ryba – rzekł Richard, jakby mimowolnie wydając polecenie. Kiedy jednak nazajutrz rano Anne poszła obudzić Williama, stwierdziła, że pokryty jest małymi czerwonymi plamkami i ma wysoką gorączkę. Lekarz hotelowy rozpoznał odrę i grzecznie, acz stanowczo zalecił, aby w żadnym wypadku nie zabierać Williama w podróż, nie tylko ze względu na jego dobro, ale i pasażerów. Nie było rady; należało zostawić chłopca w łóżku z kamionkową butlą napełnioną gorącą wodą i czekać na następny statek. Tymczasem Richard nie chciał nawet słyszeć o trzytygodniowej zwłoce i postanowił wyruszyć sam w zaplanowanym terminie. Anne z ciężkim sercem przystała na pospieszną zmianę rezerwacji. William próbował uprosić ojca, ażeby wziął go ze sobą; oczekiwanie dwadzieścia jeden dni na powrót „Aquitanii” do Southampton zdawało się dziecku wiecznością. Richard był jednak niewzruszony i wynajął pielęgniarkę do opieki nad synem, a także po to, aby go przekonać, że naprawdę jest chory.
Anne pojechała z Richardem do Southampton nowym rolls-royce’em.
– Będzie mi cię brakowało w Londynie, Richardzie – nieśmiało powiedziała mężowi w chwili rozstania, ryzykując opinię kobiety sentymentalnej.
– Cóż, moja droga, przypuszczam, że ja również będę się czuł trochę osamotniony w Bostonie – odrzekł, mając myśli zaprzątnięte strajkiem.
Anne wróciła do Londynu pociągiem, zastanawiając się, jak wypełnić następne trzy tygodnie. William spał dobrze tej nocy i następnego dnia czerwone plamki wyglądały mniej groźnie. Jednak lekarz i pielęgniarka zgodnie orzekli, że chłopiec musi jeszcze leżeć w łóżku. Anne wykorzystała czas na pisanie długich listów do rodziny, a William, mimo protestów, został w łóżku, kiedy natomiast wcześnie rano w czwartek wstał i przyszedł do sypialni matki, wyglądał już prawie normalnie. Wgramolił się do łóżka obok Anne, a dotyk jego chłodnych rączek natychmiast ją zbudził. Ucieszyła się widząc, że chłopiec najwyraźniej jest całkiem zdrów. Zadzwoniła i poprosiła o podanie śniadania do łóżka; Richard z pewnością by nie zaaprobował takiego dogadzania sobie.
Rozległo się ciche pukanie do drzwi i do pokoju wszedł człowiek w złocistozielonej liberii z wielką srebrną tacą na ręku. Jajka, bekon, pomidory, grzanki i dżem – prawdziwa uczta! William patrzył na te smakołyki wygłodniałym wzrokiem, jakby nie jadł całe wieki. Anne od niechcenia przerzucała gazetę. Podczas pobytu w Londynie Richard zawsze czytywał „Timesa”, więc i Anne również go przysłano.
– O, spójrz – odezwał się William przyglądając się fotografii wewnątrz gazety – okręt taty. Mamusiu, co to znaczy KATA-STRO-FA?
Całą szerokość gazety wypełniało zdjęcie „Titanika”.
Anne, niepomna, iż takie zachowanie nie przystoi córze Lowellów i Cabotów, wybuchnęła rozpaczliwym płaczem, chwytając w objęcia swego jedynego syna. Długo siedzieli na łóżku tuląc się do siebie; William nie bardzo wiedział, dlaczego. Anne uświadomiła sobie, że oboje stracili człowieka, którego kochali nad wszystko w świecie.
Sir Piers Campbell, ojciec małego Stuarta, przybył bezzwłocznie do apartamentu numer 107 u Ritza. Czekał w saloniku, podczas gdy wdowa wkładała kostium, jedyną ciemną rzecz, jaką tu miała. William także się ubierał, nadal niepewny, co to takiego „katastrofa”. Anne zwróciła się do sir Piersa z prośbą, żeby objaśnił synowi, co oznacza ta wiadomość. William wysłuchał go i powiedział tylko tyle:
– Chciałem być z nim na statku, ale mi nie pozwolono. – Nie płakał, ponieważ nie wierzył, żeby jego ojcu mogło się przydarzyć coś złego. Był przekonany, że ocalał.
Nigdy w całej swojej karierze polityka, dyplomaty a ostatnio dyrektora londyńskiej filii banku Kane’a i Cabot sir Piers nie spotkał kogoś, kto byłby równie opanowany będąc tak młodym. Dystynkcja dana jest tylko nielicznym, miał podobno rzec parę lat później. Posiadał ją Richard Kane, a jego jedyny syn po nim ją odziedziczył.
Anne po wielekroć sprawdzała listy ocalonych, napływające nieregularnie z Ameryki. Za każdym razem wymieniano na nich nazwisko Richarda Lowella Kane’a jako zaginionego z dopiskiem, że prawdopodobnie utonął. Po upływie dalszego tygodnia nawet William zaczął tracić nadzieję.
Anne musiała się przemóc, by wstąpić na pokład „Aquitanii”, natomiast William dziwnie rozgorączkowany oczekiwał chwili, w której statek odbije od brzegu. Wysiadywał na górnym pokładzie wpatrując się nieustannie w monotonny przestwór wody.
– Jutro go odnajdę – obiecywał matce, zrazu z pewnością siebie, potem już głosem, który zdradzał zwątpienie.
– Williamie, nikt nie mógłby przeżyć trzech tygodni w wodach Atlantyku.
– Nawet mój ojciec?
– Nawet on.
Kiedy Anne przybyła do Bostonu, w siedzibie rodzinnej zastała oczekujące ją obydwie babki, świadome obowiązków, jakie na nie spadły.
Przejęły całą odpowiedzialność, co Anne biernie zaakceptowała. Nie został jej w życiu żaden ceł poza Williamem, babki zaś najwyraźniej chciały pokierować jego losem. William zachowywał się wobec nich grzecznie, lecz nie ulegle. Za dnia siedział przy lekcjach z panem Munro, nocami płakał w objęciach matki.
– Chłopiec potrzebuje towarzystwa innych dzieci – zawyrokowały babki. Odprawiły pana Munro i nianię, a następnie wysłały wnuka do Sayre Academy licząc na to, że zmiana otoczenia i kontakt z rówieśnikami na powrót go odmienią.
Richard pozostawił Williamowi lwią część majątku w zarządzie powierniczym do chwili, gdy chłopiec ukończy dwadzieścia jeden lat. Do testamentu dołączono kodycyl. Wolą Richarda było, aby syn został dyrektorem generalnym banku pod warunkiem, że na to zasłuży. Tylko to jedno postanowienie testamentu mogło pobudzić Williama do czynu, bowiem wszystko inne należało mu się prawem urodzenia. Anne otrzymała jednorazowo pięćset tysięcy dolarów i dożywotnią roczną rentę w wysokości stu tysięcy dolarów po potrąceniu podatków, która ustawała w razie jej ponownego zamążpójścia. Dziedziczyła też dom w Beacon Hill, letnią rezydencję na Północnym Brzegu, dom w Maine i małą wysepkę na północ od Cape Cod; wszystko to miało przejść na Williama po jej śmierci. Obie babki dostały po dwieście pięćdziesiąt tysięcy dolarów oraz listy, w których Richard bez cienia niedomówień określał ich obowiązki w razie swojej wcześniejszej śmierci. Majątek rodziny zostawał w zarządzie banku, a na powierników wyznaczono rodziców chrzestnych Williama. Dochody miały być co roku lokowane w bezpiecznych przedsięwzięciach.
Babki zdjęły żałobę nie wcześniej, niż minął rok, a Anne, chociaż miała tylko dwadzieścia osiem lat, pierwszy raz w życiu wyglądała na swój wiek.
Babki w przeciwieństwie do Anne ukrywały przed Williamem swój ból, aż w końcu chłopiec nie wytrzymał i uczynił im wyrzut.
– Czy nie jest wam brak mego ojca? – spytał wlepiając w babkę Kane błękitne oczy, tak bardzo przypominające jej syna.
– Owszem, moje dziecko, ale on by sobie nie życzył, żebyśmy bezczynnie zapamiętywały się w cierpieniu.
– Ale ja chcę, abyśmy zawsze go pamiętali... zawsze – powiedział William łamiącym się głosem.
– Williamie, pierwszy raz porozmawiam z tobą tak, jakbyś był całkiem dorosły. Pamięć twojego ojca zawsze pozostanie dla nas święta, twoim zaś obowiązkiem jest sprostanie nadziejom, jakie pokładałby w tobie, gdyby żył. Jesteś teraz głową rodziny i dziedzicem wielkiej fortuny. Powinieneś pracą zasłużyć na swe dziedzictwo, tak jak pracą twój ojciec powiększał je dla ciebie.
William nic nie powiedział. Wskazano mu cel, którego przedtem nie miał, i odtąd postępował zgodnie z radą babki. Nauczył się żyć bez skargi ze swoim cierpieniem i przyłożył się ostro do nauki, a tylko wtedy był zadowolony, kiedy zyskiwał uznanie babki Kane. W żadnym przedmiocie nie pozwolił się prześcignąć, a w matematyce nie tylko był pierwszy w klasie, ale o całe lata wyprzedzał rówieśników. Czegokolwiek dokazał jego ojciec, chciał to zrobić lepiej. Jeszcze bardziej zbliżył się do matki i nieufnie odnosił się do każdego spoza rodziny, często więc uważano go za samotnika, odludka i, niesłusznie, snoba.
W dniu siódmych urodzin Williama babki doszły do wniosku, że już czas pouczyć chłopca o wartości pieniądza. Wyznaczyły mu kieszonkowe w wysokości jednego dolara tygodniowo, ale zażądały, żeby prowadził dokładny rejestr wpływów i wydatków, wyliczając się z każdego centa. W tym też celu podarowały mu oprawną w zieloną skórę księgę główną, której koszt, dziewięćdziesiąt pięć centów, potrąciły mu z pierwszego kieszonkowego. Od następnego tygodnia babki co sobotę rano wypłacały mu dolara. William na lokatę przeznaczał pięćdziesiąt centów, wydawał dwadzieścia, dziesięć ofiarowywał na cel dobroczynny podług swoich upodobań i dwadzieścia zachowywał w rezerwie. Pod koniec każdego kwartału babki kontrolowały księgę i pisemne sprawozdanie Williama z wszystkich jego operacji finansowych. Po trzech miesiącach chłopiec doskonale sam sobie radził. Jak się okazało, ofiarował dolara i dwadzieścia centów na rzecz nowo powstałej organizacji skautów amerykańskich i zaoszczędził cztery dolary, które na jego prośbę babka Kane ulokowała na koncie oszczędnościowym w banku jego ojca chrzestnego, J. P. Morgana. Wydatkował dalsze trzy dolary i sześć centów, z których nie miał obowiązku się wyliczać, i jednego dolara zatrzymał w rezerwie. Zielona księga przysparzała babkom wiele radości; bez wątpienia William był nieodrodnym synem Richarda Kane’a.
W szkole chłopiec nie miał wielu przyjaciół, przede wszystkim dlatego, że stronił od wszystkich poza Cabotami, Lowellami i od dzieci z rodzin bogatszych niż jego własna. Ograniczało to niepomiernie jego wybór i w rezultacie stał się dzieckiem cokolwiek melancholijnym ku zmartwieniu matki, która by wolała, żeby syn prowadził normalne życie, i w głębi serca czuła awersję do ksiąg buchalteryjnych i planów lokat. Chciałaby, żeby miał mnóstwo młodych przyjaciół, a nie tylko dwie wiekowe mentorki, żeby wracał do domu brudny i posiniaczony, nie zaś nienagannie czysty, i kolekcjonował raczej żółwie i ropuchy niż akcje i raporty spółek handlowych; jednym słowem, żeby zachowywał się jak inni mali chłopcy. Nigdy jednak nie odważyła się powiedzieć babkom o swoich rozterkach, a zresztą cóż mogli obchodzić babki jacyś inni mali chłopcy.
