Fizjologia małżeństwa - Honoriusz Balzak - E-Book

Fizjologia małżeństwa E-Book

Honoriusz Balzak

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Utwór stanowi wgląd w życie małżeńskie, aż po najbardziej intymne szczegóły. Całość utworu dzieli się na trzy części. Pierwsza zawiera „Uwagi ogólne”, druga „Środki obrony wewnątrz i zewnątrz”, trzecia mówi „O wojnie domowej między małżonkami”. Sześć początkowych rozdziałów tego „brewiarza makiawelizmu małżeńskiego” przedstawia stan małżeństwa francuskich warstw ludzi bogatych i proponuje serię reform mających poprawić pozycję małżeńską kobiet, a jednocześnie przeszkodzić im zdradzać mężów. Poczynając od rozdziału siódmego mąż zostaje zepchnięty do defensywy, na pozycję osoby, której szczęście małżeńskie zostaje zagrożone. W rozdziale ósmym autor wskazuje symptomy, po których mąż może rozpoznać zapowiedź kryzysu małżeńskiego oraz moment, w którym kobieta zaczyna myśleć o zdradzie. Kończący część pierwszą rozdział dziewiąty książki „ Fizjologia małżeństwa ” przedstawia historię małżeństwa we Francji i powtarza propozycje autora mające służyć naprawie małżeństwa.Część druga stanowi kodyfikację środków ostrożności, które powinien podjąć roztropny mąż, aby swą małżonkę zachować dla siebie. W części trzeciej autor maluje klęskę męża, który jest niezdolny do przewidzenia nadchodzącej zdrady i przyprawienia mu rogów.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Honoriusz Balzac

Fizjologia małżeństwa

Tłumaczenie: Tadeusz Boy-Żeleński

Warszawa 2013

Dedykacja

Zwraca się twoją uwagę, czytelniku, na słowa „Człowiek o wyższym umyśle, dla którego książka ta jest przeznaczona...”. Czyż to nie znaczy po prostu: „dla ciebie”?

AUTOR

Ostrzeżenie

Kobieta, która, znęcona tytułem, doznałaby pokusy rozchylenia tych kartek, niech sobie oszczędzi trudu; czytała już tę książkę, sama o tym nie wiedząc; najprzenikliwszy bowiem mężczyzna nie potrafi powiedzieć o kobietach ani tyle dobrego, ani tyle złego, ile one same o sobie myślą. Gdyby jednak ostrzeżenie to nie zdołało odwieść kobiety od zamiaru przeczytania tego dzieła, wówczas prosta delikatność powinna by ją ustrzec od znęcania się nad autorem, z chwilą gdy ten, wyrzekając się dobrowolnie najpochlebniejszego dla artysty poklasku, wyrył niejako na nagłówku książki przezorny napis, zdobiący drzwi niektórych zakładów: DAMOM WSTĘP WZBRONIONY.

Wstęp

„Małżeństwo nie jest zgoła wytworem natury. – Pojęcie rodziny na Wschodzie różni się najzupełniej od rodziny w pojęciu zachodnim. – Człowiek jest niewolnikiem przyrody, a społeczeństwo ludzkie na niej jest zaszczepione. Prawa ludzkie są na usługach obyczajów, obyczaje zaś zmieniają się. Małżeństwo może zatem podlegać stopniowemu doskonaleniu, któremu podlegają wszystkie rzeczy ziemskie”.

Słowa te, rzucone przez Napoleona w Radzie Stanu podczas dyskusji nad Kodeksem Cywilnym, uderzyły niegdyś żywo autora tej książki. One to może, bez udziału jego świadomości, stały się zawiązkiem dzieła, z którym obecnie staje przed publicznością. Faktem jest, iż przed laty, gdy autor, będąc zaledwie młodzieńcem, poświęcał się studiom nad prawem francuskim, jedno słowo czyniło na nim zawsze szczególne wrażenie: wiarołomstwo. Ilekroć słowo to, tak poważnie rozpierające się w Kodeksie, przybierało w wyobraźni autora żywą postać, wlekło za sobą nieodłącznie posępny orszak. Rozpacz, hańba, nienawiść, niewola, tajemne zbrodnie, krwawe wojny, rodziny osierocone, katastrofy, wszystko to stawało nagle jak żywe przed oczyma autora, ile razy wzrok jego spoczął na tym sakramentalnym słowie: wiarołomstwo! Z czasem, stykając się stopniowo z najwyżej cywilizowanymi warstwami, spostrzegł autor, iż złagodzenie surowych praw małżeńskich za pomocą wiarołomstwa jest faktem dość powszechnym. Stwierdził również, iż liczba złych małżeństw przewyższa o wiele liczbę małżeństw szczęśliwych, i doszedł – pierwszy, jak sądzi – do wniosku, iż ze wszystkich wiadomości ludzkich znajomość małżeństwa jest, jak dotąd, najmniej posunięta. Jednakowoż była to tylko przelotna refleksja młodego człowieka i, podobnie jak tyle innych, przepadła gdzieś w odmętach kłębiących się myśli, na kształt kamienia rzuconego w jezioro. Tymczasem, bez intencji autora, spostrzeżenia gromadziły się ciągle, tworząc w jego wyobraźni jakby rój myśli, mniej lub więcej trafnych, o istocie spraw małżeńskich. W ten sposób kiełkuje w duszy ludzkiej Dzieło, nie mniej tajemniczo, jak wyrastają trufle wśród wonnych równin perygordzkich. Z pierwotnej świętej grozy, jaką budziło w autorze pojęcie wiarołomstwa, i ze zbieranych mimochodem spostrzeżeń urodził się pewnego poranku leciutki szkic idei. Był to żart, nie wolny od złośliwości, na temat małżeństwa: miłość budząca się między parą małżonków po raz pierwszy po dwudziestu siedmiu latach pożycia. Autor, ubawiony tym pamflecikiem, spędził rozkosznie cały tydzień, grupując koło tego niewinnego żartu obfitość spostrzeżeń i poglądów, które, nagromadzone bezwiednie, odkrywał nagle w sobie ku własnemu zdumieniu. Swawolna ta zabawka rozwiała się w zetknięciu z chłodem krytycznych uwag, a posłuszny ich powadze – autor utonął znowu w beztroskim próżniactwie. Niemniej jednak nikłe ziarenko wiedzy i żartu nie przestało samoistnie dojrzewać w glebie jego myśli. Każde zdanie wzgardzonego dzieła coraz głębiej i trwałej zapuszczało korzonki. Zaniedbany pomysł stał się podobny gałązce porzuconej w zimowy wieczór na piasku, którą nazajutrz znajduje się pokrytą białymi, dziwacznymi krystalizacjami, wyrzeźbionymi przez kapryśny szron mroźnego poranku. W ten sposób zaczątek dzieła utrzymał się przy życiu i stał się punktem wyjścia mnóstwa myślowych rozgałęzień. Był to niby wielki polip, poczęty sam przez siebie. Wrażenia młodości, smimo woli, pchany ku temu jakąś natrętną siłą, oplatały się koło najdrobniejszych wydarzeń. Co więcej, z czasem chaos myśli począł zespalać się w zgodną harmonię, pulsować organicznym życiem, w końcu stał się prawie żywą istotą i rozpoczął wędrówki w fantastyczne krainy, po których wyobraźnia lubi wodzić owe przez siebie poczęte kapryśne twory. Wśród zajęć i zabaw świata wszędzie towarzyszył autorowi jakiś głos wewnętrzny. W chwilach gdy oddawał postrzeżenia, które autor gromadził się cały rozkoszom obserwacji, śledząc kobietę w tańcu, rozmowie, uśmiechu, głos ten natrętnym szeptem podsuwał mu najcyniczniejsze komentarze. Jak Mefistofeles na straszliwej orgii w Brocken pokazuje Faustowi palcem złowrogie postacie, tak autor czuł obecność jakiegoś demona, który w pełni odurzeń balowej atmosfery trącał go poufale po ramieniu i szeptał: „Widzisz ten czarujący uśmiech? To uśmiech nienawiści...” Czasami demon puszył się na kształt Kapitana z dawnych komedii Hardy’ego: potrząsał purpurą haftowanego płaszcza i usiłował nadać nową świetność wyblakłym świecidłom i sczerniałemu szychowi dawnej sławy. To znów wybuchał szerokim i rubasznym, iście Rabelaisowskim śmiechem i kreślił palcem na murze słowo, które mogłoby służyć jako dopełnienie owego: „Pij!”, jedynej wyroczni, jaką raczyła objawić boska Flasza. Częstokroć ten Trilby literacki pojawiał się na stosach książek i zakrzywionymi palcami ukazywał złośliwie dwa żółte tomiki, których tytuł lśnił się i mienił. A skoro ujrzał autora w naprężeniu ciekawości, wówczas sylabizował głosem drażniącym jak dźwięk harmonijki: „Fizjologia małżeństwa”! Prawie zawsze jednak demon nachodził autora późnym wieczorem, w godzinie sennych marzeń. Wówczas, kuszący jak rusałka, melodią słów pełnych słodyczy starał się obłaskawić duszę, którą już wziął w niewolę. Czarujący i szyderski, gibki jak kobieta, okrutny jak tygrys, w czułości niebezpieczniejszy był niż w nienawiści, każda jego pieszczota zostawiała krwawe ślady pazurów. Pewnej nocy zwłaszcza, wyczerpawszy arsenał czarów, zdobył się na ostatni wysiłek. Zbliżył się, przysiadł na łóżku, podobny zakochanej dziewczynie, która milczy wstydliwie, lecz której oczy błyszczą gorączkowo i zdradzają wreszcie słodką tajemnicę.

– Oto – szeptał – masz tu prospekt na pas bezpieczeństwa, za pomocą którego będzie można przechadzać się po Sekwanie suchą nogą. Ten tom to sprawozdanie Akademii o ubraniu, które pozwoli spacerować bez obawy sparzenia wśród jasnych płomieni. Czyż nie wymyślisz nic, co by mogło uchronić małżeństwo od niebezpieczeństw zimna i gorąca? Słuchaj dalej! Oto „Sztuka przechowywania środków żywności”; „Sztuka zapobiegania dymieniu kominków”; „Sztuka wiązania krawata”; „Sztuka ćwiartowania mięsa”...

Tu w ciągu minuty wyliczył obfitość książek tak oszołamiającą, iż autorowi poczęło ćmić się w oczach.

– Każdy dzień – ciągnął dalej – pochłania te setki, tysiące książek, a przecież nie cały świat buduje, nie cały świat jada, nosi krawaty i pali na kominku, natomiast cały świat po trochu żeni się i idzie za mąż!... Ale patrz, patrz tylko!...

Tu nagle czarnoksięskim gestem odsłonił w oddali jakby olbrzymi ocean, w którym wszystkie książki całego wieku poruszały się, niby fale morskie, jednostajnym rytmem. Osiemnastki uderzały o brzeg raz po razu, ósemki szumiały poważnie, zanurzały się na dno i wypływały powoli, przeciskając się z trudem przez gęstą warstwę tomików in 12° i in 32°, które, roztrącane, rozbijały się w lekką i ruchliwą pianę. Przewalające się fale roiły się od dziennikarzy, korektorów, papierników, drukarzy, agentów, roznosicieli, których głowy na przemian tonęły, to znów wynurzały się z morza książek. Wszystko krzyczało tysiącem głosów na kształt kąpiących się uczniaków. Tam i z powrotem krążyło w łodziach kilku ludzi, których zadaniem było wyławiać książki, holować je do brzegu i składać przed jakąś wysokakó, czarno ubraną osobą o pogardliwym wyrazie twarzy, sztywną i chłodną: księgarze – publiczność. Bies ukazał palcem łódź strojną w nowiutkie chorągwie, pędzącą pełnymi żaglami, z rozpostartym afiszem miast flagi; po czym, wybuchając sardonicznym śmiechem, odczytał przeszywającym głosem: „Fizjologia małżeństwa”.

W owym czasie autor zakochał się: odtąd bies zostawił go w spokoju, nie czując się widać na siłach utrzymania placówki zajętej przez kobietę. Upłynęło lat kilka, wolnych od innych udręczeń oprócz udręczeń miłości, i autor mógł mniemać, iż wyleczył jedną chorobę za pomocą drugiej. Jednakże pewnego wieczora znalazł się przypadkowo w którymś z paryskich salonów. Wśród rozmowy toczącej się przy kominku zabrał właśnie głos jeden z mężczyzn i rozpoczął grobowym tonem następujące opowiadanie:

– Wypadek ten zdarzył się w Gandawie podczas mego pobytu w tym mieście. Pewna dama, wdowa od lat dziesięciu, dotknięta nieuleczalną chorobą, spoczywała na łożu śmierci. Trzech dalekich krewnych oczekiwało jej ostatniego tchnienia; nie odstępowali jej w obawie, aby nie rozporządziła majątkiem na rzecz miejscowego klasztoru. Chora leżała w milczeniu, na wpół już zgasła; śmierć zdawała się pełzać po niemej i wyblakłej twarzy. Widzicie ten obraz: w zimową noc, trzech krewniaków, otaczających w milczeniu łoże umierającej. Prócz nich przy łóżku stara dozorczyni, potrząsająca znacząco głową, i lekarz, który, widząc, iż choroba dobiega kresu, sięga jedną ręką po kapelusz, drugą zaś czyni wymowny gest, jak gdyby chciał powiedzieć: „Nic tu już nie mam do roboty”. Uroczystą ciszę przerywał tylko głuchy świst deszczu, który, zmieszany ze śniegiem, siekł po zamkniętych okiennicach. By oczy umierającej ochronić od blasku, umocował najmłodszy ze spadkobierców zasłonę przy świecy obok łóżka, tak iż świetlny krąg sięgał ledwie śmiertelnej poduszki, od której odrzynała się zżółkła twarz chorej, niby spełzła pozłota głowy Chrystusa na sczerniałym srebrze krzyża.

Jedynie migotliwe błękitne płomyki kominka oświetlały posępny pokój, w którym za chwilę rozegrać się miał dramat. Nagle żarzące się polano stoczyło się na posadzkę, jakby zwiastując katastrofę. Zbudzona hałasem, chora podnosi się i otwiera szeroko oczy, błyszczące jak u kota. Wszyscy wpatrują się w nią w osłupieniu. Ona śledzi wzrokiem toczącą się głownię i nim ktokolwiek mógł pomyśleć o powstrzymaniu niespodzianego i jakby w przystępie nagłego szału wykonanego ruchu, wyskakuje z łóżka, chwyta szczypce i odrzuca żarzący węgiel. Dozorczyni, lekarz, krewni rzucają się ku niej, chwytają – i za chwilę leży już w dawnej pozycji, z głową zwieszoną na poduszkę i zanim upłynęło kilka minut, umiera, z oczami nawet po śmierci wlepionymi w kwadrat posadzki, na który stoczyła się głownia.

Ledwie hrabina Van Ostroem wydała ostatnie tchnienie, trzej spadkobiercy obrzucili się nieufnym wzrokiem i, nie myśląc już o zmarłej ciotce, skierowali oczy na tajemniczą posadzkę. Byli to Belgowie: rachunek zatem odbywał się w ich głowach nie mniej chyżo od tego spojrzenia. W kilku słowach wymienionych półgłosem postanowiono, że żaden z nich nie opuści pokoju. Lokaj poszedł po robotnika. Kiedy trzej Belgowie, pochyleni nad kosztowną posadzką, usłyszeli pierwsze uderzenie dłuta, zadane ręką terminatora, dusze krewniaków zadrgały wzruszeniem. Deski puściły!

– Ciotka poruszyła się!... – rzekł najmłodszy.

– Nie, to tylko migotanie światła!... – odparł starszy, którego oczy śledziły równocześnie i skarb, i umarłą.

Znaleźli, dokładnie w tym miejscu, na które potoczyło się żarzące polano, duży przedmiot, starannie otoczony warstwą gipsu.

– Dalej! – zawołał najstarszy.

Pod uderzeniem dłuta ukazała się głowa ludzka. Po jakimś szczątku ubrania rozpoznano w niej hrabiego, który, w przekonaniu całego miasta, umarł rzekomo na Jawie, serdecznie opłakiwany przez wdowę.

Opowiadający tę dawną historię był to wysoki, chudy mężczyzna o drapieżnym oku i ciemnych włosach. Uderzyło autora niejakie podobieństwo między owym mężczyzną a demonem, od którego doznał był tylu udręczeń; jednakże nieznajomemu brakło rozszczepionego kopyta. Nagle zabrzmiało w uszach autora słowo wiarołomstwo; i oto, jakby na dźwięk dzwonu, zbudziły się w jego wyobraźni najposępniejsze postacie orszaku, który niegdyś, w ślad za tymi czarnoksięskimi głoskami, przesuwał się przed oczyma jego duszy. Od tego wieczoru fantasmagorie nieistniejącego dzieła rozpoczęły na nowo swoje prześladowanie.

W żadnej epoce nie oblegało autora tyle kuszących pomysłów do nieszczęsnej książki. Jednakże opierał się mężnie biesowi, mimo że ten wplatał uporczywie najdrobniejsze wydarzenia życia w owo nieistniejące dzieło i, niby urzędnik celny, wszystko znaczył swoją szyderską pieczęcią.

W kilka dni później autor znalazł się w towarzystwie dwóch pań. Pierwsza była w swoim czasie jedną z najświetniejszych i najwytworniejszych kobiet dworu Napoleona. Restauracja zastała ją na wysokim szczeblu społecznym i strąciła ją; wówczas usunęła się w zupełne zacisze. Druga, młodsza, cieszyła się podówczas w Paryżu rozgłosem modnej piękności. Żyły w przyjaźni, gdyż ambicje i próżnostki czterdziesto- i dwudziestodwuletniej kobiety rzadko ścierały się na jednym terenie. Autor dla jednej z tych dwóch pań nie wchodził w rachubę, druga zaś umiała go przeniknąć, obecność jego zatem nie przerwała dość szczerze rozpoczętej rozmowy, zawodowej niejako – rozmowy o rzemiośle kobiety.

– Czy zauważyłaś, droga, że kobiety potrafią szaleć jedynie dla głupców?

– Cóż znowu, księżno? Jakże pogodzisz to twierdzenie z absolutnym brakiem sympatii, jaki zdradzają dla swoich mężów?

„Ależ to istne opętanie! – rzekł, do siebie autor. – Czyżby tym razem diabeł przebrał się w spódnicę?...”

– Nie, moja kochana – mówiła dalej księżna – bynajmniej nie żartuję. Wyznaję, że nieraz wprost lękam się o samą siebie, odkąd nieco chłodniej rozglądam się pamięcią wśród osób, które znałam niegdyś. Inteligencja, dowcip mają zawsze w sobie coś zbyt świetnego, co nas drażni; a mężczyzna bogato nimi obdarzony przestrasza nas może nieco. Jeżeli przy tym jest dumny, wówczas nie będzie okazywał zazdrości, co także nie może się nam podobać. Może wolimy podnosić mężczyznę ku sobie niż wspinać się ku niemu... Prawda, że talent dzieli z nami swoje triumfy, ale mężczyzna wyzuty z niego daje nam bardziej bezpośrednie rozkosze... Każda z nas, bez wyjątku, woli słyszeć naokoło szepty: „Cóż to za piękny mężczyzna!” niż oglądać swego kochanka kroczącego do Instytutu.

– Zlituj się, księżno, przestań! Przerażasz mnie doprawdy. I młoda pięknisia poczęła naprędce szkicować portrety kochanków, za którymi szalały znajome panie z jej świata, lecz – nie znalazła wśród nich ani jednego mężczyzny błyszczącego umysłem.

– Ależ – zawołała – klnę się na mą cnotę, toż ich mężowie więcej są warci...

– Tak, ale są ich mężami! – odparła z niezachwianą powagą księżna.

– Czyż katastrofa, która grozi każdemu mężowi we Francji, byłaby nieuniknioną? – zapytał autor.

– Naturalnie! – odparła śmiejąc się księżna. – Już sama zaciekłość, jaką niektóre kobiety ścigają te, które uległy owemu pełnemu szczęścia nieszczęściu, dowodzi, jak bardzo im dokucza własna powściągliwość. Jedna poszłaby w ślady Lais, gdyby nie strach przed piekłem; druga zawdzięcza swą cnotę oschłości serca; inna niezdarności pierwszego wielbiciela; tamta... Autor przerwał potok wynurzeń, zwierzając projekt dzieła, prześladujący go tak uparcie. Obie panie przyjęły zamiar z sympatią, obiecując wiele wskazówek. Młodsza żartując złożyła natychmiast pierwszy fundusz przedsiębiorstwa, podejmując się matematycznie udowodnić, iż kobiety bezwarunkowo cnotliwe są to jedyne rozsądne istoty na świecie. Naówczas, wróciwszy do domu, autor zawołał do swego demona:

– Przybywaj! Jestem gotów. Spisujmy cyrograf!

Demon nie zjawił się.

Jeżeli autor kreśli tu biografię własnej książki, nie czyni tego bynajmniej z podszeptu zarozumiałości. Spisuje fakty, które mogą posłużyć jako przyczynek do historii myśli ludzkiej i ułatwią niewątpliwie zrozumienie samego dzieła. Dla niejednego anatoma myśli nie będzie może obojętną wiadomość, iż dusza jest rodzaju żeńskiego. I tak, dopóki autor odpędzał od siebie myśl o zamierzonej książce, książka zjawiała się wszędzie. Jedną kartkę znajdował na łóżku chorego, inną na wykwintnej kanapce buduaru. Spojrzenia kobiet wirujących w zakrętach walca budziły w nim natłok myśli; każde słowo, każdy gest zapładniały jego oporną wyobraźnię. W dniu, w którym sobie powiedział: „Dobrze więc! Niech się stanie to dzieło, które mnie ściga i prześladuje!...” – wszystko pierzchło; podobny owym trzem Belgom, autor, schylając się, aby podnieść skarb, znalazł jedynie martwy szkielet.

Miejsce kuszącego demona zajęła jakaś postać o słodkawym i wyblakłym wejrzeniu. Obejście jej było uprzejme i dobroduszne, a wywody wolne od szpilek krytyki. Postać ta płodziła więcej słów niż myśli i zdawała się nade wszystko obawiać hałasu. Może to był domowy geniusz naszych czcigodnych posłów, zajmujących fotele w centrum Izby?

– Czy nie byłoby lepiej – mówiła ta postać – zostawić wszystko, jak było? Czyż istotnie jest tak źle? W małżeństwo trzeba wierzyć, jak się wierzy w nieśmiertelność duszy, a ty z pewnością nie masz zamiaru sławić w swej książce szczęścia małżeńskiego. Zresztą chcesz wyprowadzić wnioski na podstawie tysiąca małżeństw paryskich, które, ostatecznie, są tylko wyjątkiem. Może ci się zdarzy spotkać mężów gotowych ustąpić ci własnej żony, ale żaden syn nie ustąpi ci matki... Niejeden, dotknięty twymi poglądami, może podać w podejrzenie czystość twych obyczajów, uczciwość intencyj. Zresztą, aby dotykać skrofułów społecznych, na to trzeba być królem Francji lub co najmniej Pierwszym Konsulem...

Jakkolwiek Rozsądek – on ci to był – zjawił się autorowi w postaci możliwie najpowabniejszej, nie znalazł mimo to pasłuchu: bo oto już w oddali Szaleństwo potrząsało błazeńskim berłem Panurga i autor zapragnął władać tym berłem. Gdy je pochwycił, okazało się tak ciężkie jak maczuga Herkulesa. Co więcej, dobry proboszcz z Meudon porzucił je w stanie niezbyt zachęcającym dla młodego człowieka, dla którego niepokalana świeżość rękawiczek stanowi punkt honoru o wiele drażliwszy niż napisanie dobrej książki.

– Cóż, dzieło nasze gotowe? – spytała pewnego dnia młodsza z owych dwóch współpracowniczek autora.

– O pani! Czyż łaska twoja zechce mi nagrodzić wszystkie nienawiści, które rozpętam?

Zrobiła niezdecydowany ruch, na który autor odpowiedział gestem zniechęcenia.

– Cóż znowu? Wahasz się pan? Ależ pisz, drukuj, wydawaj bez najmniejszej obawy! Dziś oceniamy książkę daleko więcej z kroju niż z materii.

Jakkolwiek autor przypisuje sobie jedynie skromną rolę sekretarza owych dwóch dam, on sam, starając się ująć w pewną całość ich oderwane spostrzeżenia, podjął rozwiązanie niejednego zadania. W zakresie małżeństwa jedna rzecz zwłaszcza była do zrobienia, mianowicie sformułowanie tego, o czym cały świat myśli, a czego nikt głośno nie mówi; jednakowoż, czerpiąc w ten sposób książkę z mózgownicy całego świata, czyż nie naraża się autor na to, iż nie spodoba się ona nikomu? Może jednak eklektyzm ten zdoła ocalić książkę w oczach publiczności. Wśród żartu i szyderstwa autor starał się zaszczepić niejedną pocieszającą refleksję. Prawie zawsze kusił się o poruszenie nowych i ukrytych sprężyn duszy. Biorąc w obronę interesy najbardziej materialne, analizując je lub potępiając, zdołał może skierować uwagę czytelnika na źródło niejednej intelektualnej rozkoszy. Byłoby pretensjonalnością twierdzić, iż humor jego nie przekroczył nigdy granic wytwornego smaku; raczej liczył on na rozmaitość usposobień, w nadziei utrzymania równowagi między uznaniem a przyganą. Temat sam przez się był tak poważny, iż autor usiłował przeplatać go wciąż anegdotą; dziś bowiem jedynie anegdota pozwala książce przemycić morał i służy mu niejako za odtrutkę.

W dziele tym, całkowicie opartym na spostrzeżeniach i analizie, nie zawsze dało się uniknąć znużenia czytelnika i uciekania się do nieszczęsnego ja autora; autor nie taił przed sobą, iż ze wszystkich niebezpieczeństw, jakie mogą grozić książce, te dwa są najgroźniejsze. Starał się przeto rozłożyć materię dzieła w ten sposób, aby dozwolić czytelnikowi częstych wypoczynków. System ten uświęcony został przez pisarza, który niegdyś roztrząsał istotę smaku w dziele dość pokrewnym z tymi wywodami, mającymi na celu wyświetlenie istoty małżeństwa. Z niego pozwolę sobie zaczerpnąć słów kilka dla oddania myśli wspólnej obu tym dziełom; będzie to niejako hołd dla poprzednika, którego śmierć zbyt szybko nastąpiła po dniach jego powodzenia.

„Gdy pisząc mówię o sobie w liczbie pojedynczej, oznacza to swobodną gawędę z czytelnikiem: wolno mu wtedy krytykować, sprzeczać się, powątpiewać, śmiać się nawet; lecz skoro występuję uzbrojony w majestatyczne my – wówczas obwieszczam, wówczas trzeba w milczeniu pochylić głowę”. (Brillat-Savarin, przedmowa do „Fizjologii smaku”). H. B...c

5 grudnia 1829

Część pierwsza

Roztrząsania ogólne

Będziemy przemawiali przeciw niedorzecznym prawom póty, póki nie wywalczymy ich naprawy; nim to jednak nastąpi, będziemy im ślepo posłuszni.

(Diderot, „Przyczynek do Podróży Bougainville’a”)

Rozmyślanie pierwsze

Przedmiot

FIZJOLOGIO, czego żądasz ode mnie?

Czy chcesz dowieść, że małżeństwo wiąże na całe życie dwoje istot zupełnie sobie nie znanych?

Że żyć – znaczy pragnąć, a żadne pragnienie nie oprze się więzom małżeństwa?

Że małżeństwo jest instytucją niezbędną dla społeczeństwa, lecz przeciwną naturze?

Że rozwód, ten cudowny balsam na niedole małżeństwa, stanie się jednogłośnym żądaniem ludzkości?

Że mimo wszystkich braków małżeństwo jest najistotniejszym źródłem własności?

Że stanowi doskonałą rękojmię bezpieczeństwa dla rządów?

Że jest coś wzruszającego w tym połączeniu dwojga istot dla wspólnego dźwigania ciężaru życia?

Że śmieszne jest żądanie, aby jedna myśl kierowała wolą dwóch jednostek?

Że małżeństwo czyni z kobiety niewolnicę?

Że nie istnieje małżeństwo zupełnie szczęśliwe?

Że małżeństwo ukrywa stek zbrodni i że znane wypadki morderstwa nie są najcięższymi w ich liczbie?

Że bezwzględna wierność jest niemożebna, przynajmniej dla mężczyzny?

Że gdyby dało się przeprowadzić ścisłe ocenienie kwestii, wykazałoby ono, iż zasada dziedziczenia stanowi raczej źródło rozterki niż spokoju?

Że wiarołomstwo sprawia więcej złego, aniżeli dobrego przynosi małżeństwo?

Że niewierność kobiety sięga samych początków społeczności i że to nieustające przemytnictwo nie zdołało naruszyć istoty małżeństwa?

Że prawa miłości łączą dwoje istot węzłem tak silnym, iż żadne prawo ludzkie nie zdoła go rozerwać?

Że jeżeli istnieją małżeństwa zapisane w księgach kościelnych, istnieją inne, złączone wolą natury, harmonią lub przeciwieństwem charakterów, jak również własnościami fizycznymi;

Że zatem niebo i ziemia są ze sobą w ustawicznej sprzeczności?

Że zdarza się spotkać mężów niepospolitych fizycznie i umysłowo, których żony biorą kochanków brzydkich, marnych lub głupich?

Wszystkie te zagadnienia mogłyby, w danym razie, natchnąć do niejednej książki; ale książki te już istnieją, a zagadnienia te od dawna przesądzono.

Czegóż więc chcesz ode mnie. Fizjologio?

Czy odsłaniasz mi nowe podstawy życia? Czy chcesz stwierdzić, że kobieta powinna być wspólną własnością? Ależ to już było! Próbował tego Likurg i niektóre szczepy greckie; próbowali Tatarzy i inne dzikie plemiona.

Czy powiesz, że kobiety trzeba zamykać pod kluczem? Turcy już to zrobili, a dziś wypuszczają je na wolność.

Czy może każesz wydawać dziewczęta za mąż bez posagu i wykluczyć je od dziedziczenia?...

Angielscy pisarze i moraliści udowodnili, że byłaby to, obok rozwodu, najpewniejsza rękojmia szczęścia w małżeństwie.

Czy chcesz powiedzieć, iż jakaś malutka Agar niezbędną jest w każdym stadle? Na to nie potrzeba specjalnej ustawy. Paragraf, który potępia wiarołomną żonę bez względu na miejsce zbrodni, mężczyznę zaś karze jedynie w wypadku skalania domu rodzinnego, zostawia pole dla pozadomowych przyjaciółek.

Sanchez napisał szczegółową rozprawę o małżeństwie z punktu konfesjonału; omówił każdy szczegół uciech małżeńskich, czy i o ile są one dozwolone i legalne; zakreślił wszystkie moralne, religijne i cielesne obowiązki; słowem, gdyby kto chciał dziś wydać na nowo tę olbrzymią księgę in folio, zatytułowaną „De Matrimonio”, dzieło to zmieściłoby się ledwie w dwunastu naszych tomach.

Bezlik jurystów zgromadził skrzętnie konflikty zachodzące w małżeństwie. Istnieją nawet dzieła o kongresie prawniczym, poświęconym temu przedmiotowi. Legion lekarzy ogłosił niemniejszy legion dzieł o małżeństwie z punktu widzenia wiedzy i sztuki lekarskiej.

Czymże zatem może być w XIX wieku dzieło poświęcone fizjologii małżeństwa, jeśli nie mdłą kompilacją lub czczą gadaniną głupca, spisaną dla głupców? Oto już sędziwi kapłani, ująwszy w rękę złotą wagę, zważyli na niej najdrobniejsze wątpliwości; starzy, uczeni prawnicy, nałożywszy najsilniejsze okulary, zbadali i rozgraniczyli wszystkie zawikłania; starzy lekarze poprowadzili pewną ręką skalpel poprzez wszystkie rany; osiwiali sędziowie, zasiadłszy na wysokich krzesłach, osądzili wszystkie sporne kwestie; pokolenia całe przeciągnęły zostawiając za sobą echo okrzyków szczęścia lub rozpaczy; wiek każdy rzucił swój głos do urny; księgi, natchnione przez Ducha Świętego, i inne, spisane przez największych poetów i myślicieli, objęły wszystko, od Ewy do wojny trojańskiej, od Heleny do pani de Maintenon, od żony Ludwika XIV do La Contemporaine.

Czegóż więc chcesz ode mnie, Fizjologio?

Czy masz zamiar nakreślić szereg mniej lub więcej udanych obrazków, aby dowieść, iż pobudką małżeństwa u mężczyzny może być:

Ambicja: wypadki dobrze znane;

Brzydota: gdy mężczyzna obawia się, iż kiedyś mógłby się znaleźć bez kobiety;

Cnota: jak książę de St-Aignan, który nie mógł się zdobyć na popełnienie grzechu;

Dobroć: aby wydobyć dziewczynę z niewoli przykrej i despotycznej matki;

Energia młodej osoby, która upatrzyła sobie męża;

Fatalność; ależ zawsze!

Gniew: gdy się ktoś żeni, aby wydziedziczyć spadkobierców;

Honor: gdy młoda panienka była nieco nieostrożna;

Interes: to najczęściej;

Kłopoty: znaczy spaść z deszczu pod rynnę;

Lekkomyślność niedowarzonego studenta;

Łakomstwo: aby zgarnąć majątek po starej babie;

Miłość: aby się z niej tym pewniej wyleczyć;

Naśladownictwo utartego zwyczaju;

Obowiązki względem naszych dzieci;

Proces: jako sposób ukończenia takowego;

Rozsądek... to przytrafia się jeszcze doktrynerom;

Starość: aby raz koniec zrobić;

Testament: gdy zmarły wuj obciąży sukcesję obowiązkiem poślubienia kuzynki;

Uraza do niewiernej kochanki;

Wdzięczność: przy czym oddaje się zazwyczaj więcej, niż się otrzymało;

X: brakuje (może dlatego, iż tak rzadko figuruje na początku wyrazu, wzięto tę literę jako symbol niewiadomej);

Yatidi, co oznacza po turecku godzinę spoczynku i wszystko, co jest z nią związane; Zakład: przykładem lord Byron...

Ależ te wszystkie przypadki dostarczyły już tematu trzydziestu tysiącom komedii i stu tysiącom romansów.

Fizjologio, po raz trzeci i ostatni, czego ty chcesz ode mnie?

Wszakże w tej kwestii wszystko jest wytarte bardziej niż bruk uliczny, pospolitsze niż kramy targowe. Małżeństwo to temat tak ograny jak figura Barabasza na przedstawieniach pasyjnych; wszystkie odwieczne refleksje, jakie z nim się łączą, walają się po literaturach całego świata; nie wpadniesz na pomysł tak rozsądny ani na koncept tak szalony, który by kiedyś nie znalazł już swego autora, wydawcy, księgarza i czytelnika.

Pozwólcie mi się odezwać do was słowami Rabelais’go, naszego wspólnego patrona: „Jak się macie, dobrzy ludziska, niech was Bóg ma w swojej opiece. Gdzie jesteście? Nie mogę was dojrzeć. Poczekajcie, niech nawdzieję okulary. Aha, już was widzę. Wy wszyscy, wasze żony, dzieci, jesteście w dobrym zdrowiu? To mnie bardzo cieszy”. Ale nie dla was piszę, moi drodzy. Skoro macie już dorosłe dzieci, nic nie mamy z sobą do mówienia.

„Aha, i wy tu jesteście, opilce znamienite, zacne podagryki, drapichrusty, wy, kochasie wymuskane, wy, co pantagruelizujecie przez cały dzień boży, co umiecie tak ładnie odmawiać wasze sprośne godzinki: do trzech razy, do sześci, do dziewięci, na nieszpory, na jutrznię, ile tylko się zmieści”.

Nie do was to zwraca się ta. „Fizjologia małżeństwa”, skoro nie jesteście żonaci. Czego wam i na przyszłość życzę, amen. „Nuże, wy! liżyobrazki, nabożnisie, obłudniki, świętoszki i inne takie ludzie, które przybrały twarze w maski, aby świat tumanić!... Precz mi stąd, lisy farbowane! Wynoście się, kapuściane głowy! Do kroćset diabłów, jeszcze was tu widzę!...”

Któż zatem zostanie ze mną, jeśli nie te dobre dusze, które jeszcze kochają starą wesołość? Nie one płaksy, które przy lada okazji lubią się mazać wierszem i prozą, które chcą odnaleźć własne mdłości w odach, sonetach i elegiach; nie te mydłki wykarmione na niebieskich migdałach; ale owi dawni kompani Pantagruela, którym nie trzeba dwa razy powtarzać, gdy chodzi o to, by sobie nieco podpić i podworować, którzy umieją znaleźć smak w książce Rabelais’go „O grochu ze słoniną, cum commento” albo w książce „O dostojeństwie rozporka”, słowem, którzy cenią jeszcze te piękne stare dzieła, niegardzące żadnego rodzaju tłustością, „letkie w dotknięciu, śmiałe w potykaniu”.

Nie można się już śmiać z rządu, moi mili, odkąd znalazł sposób, by z nas wycisnąć tysiąc pięćset milionów podatku. Nasi zacni opaci i biskupi, mnichy i mniszeczki nie są jeszcze dość bogaci, aby warto było dobrać się do ich piwniczek; ale niech no nadciągnie święty Michał, który samego diabła przepędził z nieba, a wrócą jeszcze dawne dobre czasy. Tymczasem zostało nam we Francji jedno tylko małżeństwo, w którym można jeszcze znaleźć przedmiot do śmiechu. Uczniowie Panurga, was tylko chcę za czytelników. Wy jedni umiecie w porę wziąć książkę do ręki i w porę ją odłożyć, nie wydziwiać próżno, w pół słowa zrozumieć, o co chodzi, i wyssać pożywny szpik z kości pacierzowej.

Owi ludzie patrzący przez mikroskop, którzy widzą tylko jeden punkcik, owi mądrzy cenzorzy czyż naprawdę wszystko już powiedzieli i wszystko przepatrzyli? Czy zawyrokowali już ostatecznie, że książka o małżeństwie jest tak niemożebna do napisania, jak nie podobna ze stłuczonego garnka zrobić nowy?

– Tak, mości błaźnie. Ściskaj małżeństwo, ile ci się podoba, zawsze zeń wyjdzie tylko radość dla kawalerów, a strapienie dla mężów. To wieczysty morał. Milion zadrukowanych stronic nie wynajdzie innej treści. Jednakże spróbuję postawić mą pierwszą tezę: Małżeństwo jest walką na śmierć i życie, przed którą oboje małżonkowie proszą nieba o błogosławieństwo, gdyż chcieć kochać się wiecznie jest najzuchwalszym z zamiarów; jakoż walka rozpoczyna się niebawem, a zwycięstwo, to znaczy wolność, przypada zręczniejszemu z przeciwników.

– Zgoda. Ale cóż w tym nowego?

Zatem zwracam się do mężów świeżo, dziś lub wczoraj upieczonych; do tych, którzy, wychodząc z kościoła albo z urzędu gminnego, oddają się nadziei zachowania żony tylko dla siebie; do tych, u których czy to egoizm, czy jakieś nieokreślone uczucie powoduje, iż na widok nieszczęść bliźniego powiadają sobie: „Mnie się to nie trafi!”

Zwracam się do tych marynarzy, którzy, choć widzieli moc statków idących pod wodę, mimo to puszczają się na morze; do dziarskich chłopców, którzy, sami rozbiwszy niejedną cnotę małżeńską, mimo to odważają się żenić. A oto mój temat, wieczyście nowy, wieczyście stary! Mężczyzna, młody lub starszy, zakochany lub nie, na mocy kontraktu wciągniętego bez zarzutu do ksiąg w kancelarii mera, w parafii i w niebiesiech, nabywa na własność młodą dziewczynę o długim, jedwabistym warkoczu, czarnych i wilgotnych oczach, mikroskopijnej nóżce, drobnych i delikatnych paluszkach, koralowych usteczkach, ząbkach lśniących jak kość słoniowa, pełnej a gibkiej kibici, wypieszczoną jak laleczka, powabną i drżącą ze wzruszenia; dziewczynę białą i niewinną jak lilia, a obsypaną przez naturę najbardziej kuszącymi ponętami. Długie, ciemne rzęsy przedziwnie łagodzą jarzący blask oczu; twarzyczka mieni się barwami białej i czerwonej kamelii; dziewicza płeć ledwie widocznym puszkiem przypomina owoc dojrzewającej brzoskwini; delikatna siatka żyłek zwiastuje ciepło krążące pod tą nieskalaną powłoką; cała postać pulsuje życiem i wabi życie ku sobie, oddycha rozkoszą i miłością, promieniuje naiwnością i wdziękiem. Młoda dziewczyna kocha męża lub bodaj wierzy, że kocha... On, zakochany, myśli w tej chwili: „Te oczy mnie tylko widzieć będą w całym świecie, pod moim tylko uściskiem zadrżą miłośnie te słodkie usteczka, dla mnie ta drobna rączka chowa drażniące skarby swych pieszczot, ja jeden poruszę westchnieniem to dziewicze łono, ja pierwszy obudzę do życia tę uśpioną duszę. Po tych jedwabnych puklach będą się ślizgać moje tylko dłonie, ja, w godzinie upojeń, składać będę na tej drżącej główce delikatne pocałunki. Przy mym łożu każę czuwać śmierci i bronić jego nieskalanej czystości przed niegodnym rabusiem; ten ołtarz miłości spłynie krwią zuchwalca lub moją własną. Na nim spoczywa mój spokój, cześć, szczęście; od jego czystości zależy honor nazwiska i los moich dzieci; tego ołtarza bronić będę jak lwica młodych. Biada śmiałkowi, którego stopa naruszy moje legowisko!” Dobrze więc, odważny zapaśniku, z serca przyklaskujemy twemu postanowieniu. Do dziś żaden geometra nie odważył się na morzu małżeńskiego szczęścia wykreślić geograficznej szerokości i długości. Próżno wypytywałbyś osiwiałych mężów o niezliczone mielizny, rafy podwodne, skaliste wybrzeża, wichry, prądy i huragany, na których rozbiły się ich łodzie: milczą, tak wstyd im własnego pogromu. Brak więc dotąd mapy, brak busoli pielgrzymom żeglującym po morzu małżeństwa... to dzieło niech im posłuży za mapę i busolę. Nie mówiąc o pończosznikach i kupcach korzennych, iluż spotykamy ludzi, którzy tracą drogi czas na nieustanne odgadywanie ukrytych sprężyn, kierujących czynnościami kobiet? Czyż nie byłoby zatem aktem wysokiej filantropii ułożyć im, zgrupować w rozdziały i skatalogować wszystkie tajemne zagadki i zawikłania małżeństwa? Dobrze zredagowany spis rzeczy pozwoli im śledzić uderzenia serca własnych żon z taką samą ścisłością, z jaką tabliczka logarytmów wskazuje wyniki działań arytmetycznych.

I cóż wy na to przedsięwzięcie? Czy nie jest nowe i śmiałe? Czyż znalazł się kiedy filozof, który by uczył, jak powstrzymać kobietę od zdradzania męża? Czyż to nie będzie komedia nad komediami? Nowe speculum vitae humanae? To już nie owe jałowe roztrząsania, których bezcelowość wykazaliśmy przed chwilą. Dziś w dziedzinie nauk moralnych, jak w wiedzy ścisłej, świat żąda faktów, spostrzeżeń. Tych będziemy mieli zaszczyt dostarczyć. Zacznijmy więc od stwierdzenia stanu rzeczy; od ocenienia sił każdej ze stron walczących. Nim wyprowadzimy na plac urojonego szermierza, rozpatrzmy się w cyfrze nieprzyjaciół, policzmy tych kozaków, którzy chcą zalać jego maleńką ojczyznę.

Dalej więc w drogę z nami, kto łaska! Uśmieje się do syta, komu będzie do śmiechu. Podnoście kotwicę, rozpinajcie żagle! Oto punkt wyjścia naszej podróży: mały, okrągły punkcik. Znamy go, prawda? To już wielka korzyść; nie każdy pisarz mógłby powiedzieć to samo o swojej książce.

A jeśli przyjdzie nam ochota śmiać się wśród płaczu, a płakać wśród śmiechu, jak boski Rabelais pił wśród jedzenia, a jadł wśród picia; jeśli nam się spodoba pomieszać, na jednej stronicy, Heraklita z Demokrytem; jeśli sobie zadrwimy ze stylu i z kunsztownych okresów?... Co?... niech no ktoś z załogi spróbuje szemrać!... Hola! precz mi z pokładu, stare mózgownice sypiące trocinami! Precz z klasykami w powijakach! Do wody romantyków w śmiertelnych gzłach! i dalej! na pełne morze!...

Powie ktoś, iż przypominam owych jowialistów, którzy, krztusząc się już naprzód, mówią: „Opowiem wam historyjkę; zobaczycie, będziecie się pokładać ze śmiechu!...” Nie, moi państwo, nie pora na żarty, gdy mowa o małżeństwie. Nie widzicie, że autor ma zamiar roztrząsać małżeństwo poważnie, jako lekką chorobę, na którą wszyscy jesteśmy narażeni, i że ta książka ma być jej monografią?

– Dobrze, panie autorze, ale w takim razie przypominasz co najmniej owych pocztylionów, którzy, ledwie ruszyli palą raz po raz z bata dlatego jedynie, iż wiozą bogatych Anglików. Nie przebiegniesz ani pół mili w tym galopie, a już będziesz musiał zleźć z kozła, aby poprawić uprząż lub dać się wydychać koniom. Po cóż zatem dąć w surmy przed wygraną bitwą? Ejże, drodzy pantagrueliści, czyż nie wystarcza dziś nadąć się powodzeniem, aby je zdobyć w istocie? Czymże jest dziś wielkie dzieło, jeśli nie obszernie rozprowadzonym drobiazgiem? Czemuż nie miałbym sięgnąć po liście laurowe choćby po to, aby nimi ozdobić dobrze korzenną szyneczkę, po której tak miło przepłukać gardło winkiem. Chwilkę jeszcze, pilocie! Nie odbijaj od brzegu, nim się nie porozumiemy co do pewnej małej definicji. Czytelnicy, jeśli od czasu do czasu, nie częściej niż w życiu, spotkacie w tym dziele słowo cnota lub kobieta cnotliwa, wiedzcie, iż słowo to nie oznacza tu nic więcej prócz owej przykrej łatwości, z jaką kobieta zamężna przechowuje skarby serca wyłącznie dla męża; chyba że to samo słowo spotkacie użyte w znaczeniu ogólnym, czego rozróżnienie zostawia się wrodzonej bystrości każdego.

Rozmyślanie drugie

Statystyka małżeńska

Od lat dwudziestu wysila się rząd, aby obliczyć, ile na cały obszar ziemi francuskiej przypada hektarw lasu, pola, winnic lub ugoru. Nie poprzestając na tym, stara się ustalić liczbę i gatunki wszelakiego bydła. Uczeni posunęli się jeszcze dalej: policzyli sągi drzewa, kilogramy mięsa, hektolitry wina, nawet ilość jaj i kartofli spożywanych codziennie przez ludność Paryża. Natomiast, rzecz dziwna, nie znalazł się jeszcze nikt, kto by, czy to w imię honoru małżeńskiego, czy w interesie kandydatw do tego świętego stanu lub z idealnych pobudek moralności i chęci doskonalenia instytucji sprbował ustalić liczbę uczciwych kobiet we Francji. Jak to? Więc ministerium francuskie mogłoby w razie potrzeby odpowiedzieć z całą ścisłością, ilu w danej chwili posiada ludzi pod bronią, ilu szpiegw, ilu urzędnikw, ilu uczniw w szkołach; natomiast, gdyby kto zapytał o liczbę cnotliwych kobiet... milczenie prżnia! Przypuśćmy, że nagle krlowi Francji przychodzi fantazja, by wśrd poddanek poszukać sobie dostojnej małżonki? Cż wtedy?! Rząd nie byłby w stanie przedstawić, nawet w przybliżeniu, liczby białych owieczek godnych zaszczytnego wyrżnienia, tak iż trzeba by się chyba uciekać do publicznego konkursu! Śmieszne, doprawdy.

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!