3,49 €
„Poczuła się otępiała. Myśli płynęły wolno. Odległe i wyciszone, jakby otulone gęstymi obłokami. W jej krwiobieg przenikały składniki mikstury i narkotyki. Serce łomotało jak oszalałe. Zmieniały się nastroje. Raz opadały jej powieki, za chwilę czuła się podniecona. Ręce i nogi miała jak z ołowiu. Oddech – szybki i chrapliwy. Zanurzyła się w cudownych doznaniach. Poczuła uczucie rozkoszy rozchodzące się od piersi ku podbrzuszu. Zadrżała i zaskomlała jak niemowlę”. Fragment książki Shirley – młoda, ambitna dziewczyna zakochuje się w nieodpowiednim kandydacie. Pewnego dnia wracając od ukochanego zostaje uśpiona i zgwałcona przez wynaturzonego mordercę. Po kilku miesiącach rodzi syna. W umyśle przestępcy rodzi się podejrzenie, że to jego dziecko. Shirley spowijają niewidoczne cienie. Uczciwą kobietę oplatają niewidzialne macki. Morderca czai się mroku. Nadciąga lawina nieszczęść – żywioł, który niszczy wszystko na swej drodze. Akcja nabiera zawrotnego tempa, a monstrualny wir wciąga czytelnika w mroczne głębiny ludzkiej duszy.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2018
Zbigniew Bressa
Niewidoczne cienie
Korekta i redakcja
Monika Mielcarek
Skład i łamanie
Zbigniew Bressa
Projekt okładki
Zofia Bressa.
Wykorzystano elementy zdjęć ze strony pixabay.com
Wydanie I
Niewidoczne cienie
© Copyright 2018 by Zbigniew Bressa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Rozpowszechnianie i kopiowanie całości lub części publikacji zabronione bez pisemnej zgody autora.
ISBN: 978-83-950224-2-5
Zbigniew Bressa »Self Publishing«
zbigniewbressa.com
Paczków 2018
Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa
Dobroć zmiękczy
serce twardsze od kamienia
I know She (…) knows; I know S.He (…) knows
Budził się nowy dzień opatulony w gęste mgliste opary. Wokoło rozpościerała się ściana skondensowanej mlecznej bieli. Paprotki przyodziały się w misternie utkane jedwabiste włókna. W wymyślnie usnutych koronkach zawisły sznury diamentowych kropel.
Za horyzontem jaśniało; słońce wzniosło się ponad linię horyzontu, ukazując swoje rumiane oblicze. Strumienie ciepła uderzyły w chłód i zaczęły go wypierać.
Pomimo wczesnej pory, w wiejskim domku panowało ożywione poruszenie. Jeszcze nie zapiał pierwszy kogut, a już w miniaturowych okienkach zapaliły się żółte światełka. Po chwili z gardzieli komina wydobył się dym. Siwe kłęby płożyły się na wszystkie strony. Zawirowały nad dachem, złapały ciąg i skierowały się w górę.
Obejście i zabudowania gospodarcze nie wyglądały imponująco. Ogródek warzywny i sad otaczał drewniany płotek. W wielu miejscach brakowało w nim sztachet lub były one zbutwiałe. Do stajni przylegały dobudówki, pełniące role kurnika, składziku opału i magazynu nawozów. Na ścianie obory wisiała kosa i grabie. Całość zabudowań uzupełniała stodoła – metalowa konstrukcja pokryta falistą blachą. Pomiędzy budynkami wyrosły kępy pokrzyw i chwastów. Chaszcze, powoje i jeżyny rozrastały się tutaj w zastraszającym tempie.
W kaflowym piecu huczało. Rozłupane polana były dla ognia doskonałą pożywką – nasączone żywicą szczapy paliły się, radośnie trzaskając.
Sarah napełniła wodą naczynia i ustawiła je na rozgrzanym blacie. Centralne miejsce zajął aluminiowy czajnik. Rozległo się syczenie i spod garnków parsknęła para. Jak na komendę garnki, rondle, patelnia i sagan podskoczyły do góry i zatańczyły na rozżarzonej płycie.
Shirley leżała w łóżku i rozmyślała. W kamiennym domku, krytym słomianą strzechą nie widziała dla siebie przyszłości. Nie wyobrażała sobie siebie także jako dziedziczki gospodarstwa. Odrzuciła kategorycznie możliwość poślubienia kogoś, kto wiązałby swą przyszłość z rolnictwem. Takiemu kandydatowi powiedziałaby: NIE!
Jej wybranek musi być inteligentem. Urzędnikiem z teczką w dłoni. Szczupłym, wysokim i schludnie ubranym. Starannie ogolonym i pachnącym wodą kolońską. Takiemu kandydatowi powiedziałaby: TAK!
Marzenia o lepszym jutrze podtrzymywały ją na duchu. Nie raz i nie dwa traciła poczucie rzeczywistości i popuszczała wodzy niedorzecznym fantazjom. Na przykład teraz, gdy oczami wyobraźni widziała własny domek z ogrodem.
Z kuchni poniżej docierał odgłos przestawianych garnków. W jej nozdrza wdarł się zapach smażonego bekonu, kawy i tostów. Zerwała się z łóżka. Zerknęła w lustro, sięgnęła po grzebień i zaczesała włosy. Przesunęła dłonią po policzkach, wyczuwając zgrubienia pod opuszkami palców. Zbiegła schodkami i weszła do kuchni. Ojciec, matka i Mary siedzieli przy stole, a przed nimi stały parujące miski owsianki. Na talerzu leżały plastry rumianego bekonu. Słychać było odgłos uderzających o zastawę sztućców, siorbanie i mlaskanie. Nagle powietrze przeszył przeraźliwy krzyk:
– Ratunku! Pomocy!
Jednocześnie jedzący usłyszeli dźwięk widelca upadającego na posadzkę, a potem z zawrotną szybkością na kota rzucił się pies. Walczące ciała zakotłowały się na podłodze, w powietrzu fruwała sierść.
– Mruczek podrapał mi nogę – powiedziała płaczliwym głosem Shirley.
Kot mając świadomość, że nabroił, wyskoczył przez otwarte okno, a pies wymknął się na korytarz. Najprawdopodobniej Mruczek przyczaił się pod krzesłem i widząc nabity na widelec plaster boczku, zręcznie go pochwycił. Wszystko zakończyłoby się szczęśliwie, gdyby nie kocie ostre pazury.
Po śniadaniu dziewczyny oporządziły krowy i zrobiły porządek w obejściu. Następnie udały się na przylegające do zagrody poletko, aby poskładać siano w kopy.
Kiedy Dermot dotarł na łąkę, słońce wzeszło już wysoko. Grabił suchą trawę w zwały, zaciskając spracowane dłonie na kierownicy traktora. Grunt był grząski, więc ustawił tarcze grabiarki wyżej, pragnąc uniknąć zmieszania siana z grudkami błota.
Dziewczyny operowały grabiami z wprawą. Lepki pot spływał im po twarzy i plecach. Gryzący kurz pokrywał odkryte części ciała. Czasami zapiszczały, widząc umykające myszy; innym znowu razem wzdrygnęły się, gdy malutka żabka długimi susami pokonywała dystans dzielący ją od kanału. Nad nimi pojawiło się stado mew, które zanurkowały, opadły za traktorem, poszukując dżdżownic w świeżo poruszonej murawie.
Gdy po południu pojawiła się Sarah z koszykiem w dłoni, Mary i Shirley usiadły w cieniu drzew. Jak na zawołanie od kanału powiał kojący wietrzyk, potrząsając łodygami trzcin. W niedużej odległości od nich gromadka szaraków skubała trawę.
– Złapmy jednego i weźmy go sobie do domu – zaproponowała Shirley i pobiegła w ich kierunku. Po chwili trzymała w ręce trusia, tuląc go do policzka. Pogłaskała go po futerku. Biedactwo drżało, a serduszko biło mu jak oszalałe.
– Zostaw go! Kiedyś ojciec przyniósł takiego do domu i wsadził do klatki. Próbowałam poić go mlekiem, podsuwałam marchewkę, sałatę – wszystko na nic. Po kilku dniach Dermot odniósł go w to same miejsce. Mam nadzieję, że odnalazł matkę – powiedziała Sarah.
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
