Sekrety największych zamachów XX wieku - Paweł Szlachetko - E-Book

Sekrety największych zamachów XX wieku E-Book

Paweł Szlachetko

0,0

Beschreibung

Jakie ukryte motywy kryją się za zamachami na przywódców politycznych XX wieku? Ta podróż przez mroczne zakamarki historii odsłania tajemnice zamachów, które zdefiniowały losy narodów. Książka rzuca nowe światło na zabójstwo pięciokrotnego premiera Włoch, Aldo Moro, oraz prezydenta USA, Johna F. Kennedy'ego, prezentując zaskakujące tezy i nieznane kulisy tych dramatycznych wydarzeń. Korzystając z bogatego zbioru źródeł, autor prowadzi nas przez zawiłe intrygi i skrywane przez dekady sekrety. Idealna dla fanów nonfików Billa O'Reilly'ego!

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 259

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Paweł Szlachetko

Sekrety największych zamachów XX wieku

 

Saga

Sekrety największych zamachów XX wieku Zdjęcie na okładce: Shutterstock Copyright © 2020, 2020 Paweł Szlachetko i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788727135700

 

1. Wydanie w formie e-booka, 2020

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

 

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Przedmowa

Jaka jest prawda o zamachach na życie największych przywódców politycznych i duchowych XX wieku? Sensacyjne informacje, którymi niegdyś żył cały świat, domysły, interpretacje i przecieki po latach okazują się czymś, co Amerykanie dosadnie nazywają, „shit”. 1

Rzetelne i niezafałszowane informacje o tragediach, o których mówi się jako o narodowej traumie, wychodzą na światło dzienne dopiero po upływie… dziesiątek lat. Wreszcie nadchodzi czas na odsłanianie pierwszych sekretów. Po prostu, coraz mniej osób ma politycznych interesów, by oszukiwać współobywateli kolejnymi półprawdami i preparowanymi fałszerstwami.

Materiały do niniejszej książki zbierałem przez wiele miesięcy. Najwięcej czasu zajęło mi dotarcie do wiarygodnych źródeł informacji. Należały do nich, między innymi stopniowo upubliczniane akta Kongresu Stanów Zjednoczonych, i publikacje książkowe, które napisano na podstawie odtajnianych informacji służb wywiadowczych.

W odkrywaniu błędów, które popełniały służby ochrony, pomógł mi wysoki oficer Biura Ochrony Rządu. Przez długie lata zajmował się organizacją wizyt na najwyższych szczeblach. Między innymi z amerykańskim Secret Service przygotowywał spotkania polskich przywódców z amerykańskimi prezydentami. Zaczynał zaś od osobistej ochrony Jana Pawła II w czasie jego wizyt w ojczyźnie.

Kilka z odkrywanych przeze mnie prawd jest wstrząsających. Przykład? To nie „Brigade Rose Due” (Czerwone Brygady Dwa) zabiły pięciokrotnego premiera Włoch, Aldo Moro! Po latach z całą pewnością możemy powiedzieć, że zrobiły to włoskie i amerykańskie służby specjalne, które posłużyły się ideowymi naiwniakami.

Analiza przebiegu innych zamachów wskazuje, co nadal jest skrzętnie ukrywane przed opinią publiczną, całkowitą indolencję służb ochronnych. Tylko nieliczni mają świadomość, że agenci lekceważyli obowiązki oraz beztrosko łamali żelazne reguły postępowania z VIP–em, w chwili zagrożenia jego życia i zdrowia. W efekcie owa mieszanka wybuchowa musiała doprowadzić do tragedii. Tak właśnie stało się w przypadku Olofa Palme, Anny Lindh czy Jana Pawła II.

Nie twierdzę, że odkryłem wszystkie sekrety zamachów, które wstrząsały światem w XX wieku. W paru przypadkach, jak to ma miejsce z braćmi Kennedy, wskazuję tylko na liczne wątpliwości, które nadal nie zostały wyjaśnione.

Jednak w kilku sprawach na pewno jesteśmy bliżej prawdy, którą przez dziesiątki lat skrzętnie skrywano w archiwach służb specjalnych.

 

Paweł Szlachetko

John Fitzgerald Kennedy.

Urodzony 29 maja 1917 roku w Brooklynie, w Massachusetts, nazywany „JFK”, albo jako: „Jack Kennedy” lub „Ken” – trzydziesty piaty prezydent Stanów Zjednoczonych. Zginął w zamachu w Dallas 22 listopada 1963 roku.

O tym zabójstwie zapisano już setki tomów akt i książek. Wszystkim też znana jest postać Lee Harveya Oswalda, który według śledczych o godzinie 12.30 oddał strzał do przejeżdżającego ulicami Dallas, limuzyny z prezydentem Stanów Zjednoczonych.

Dlaczego policja aresztowała właśnie jego, obciążając mężczyznę winą za zamach również obfituje w bogatą prasową bibliografię. Warto w tym miejscu wskazać, że przez cały czas, od momentu zatrzymania, aresztowany kategorycznie zaprzeczał jakimkolwiek związkom z zabójstwem prezydenta.

24 listopada, dwa dni po zamachu, Oswald miał być przetransportowany z miejscowej komendy policji do więzienia hrabstwa. Przy wyjściu z budynku został śmiertelnie raniony przez właściciela klubu nocnego Jack Ruby’ego. Stało się to na oczach milionów amerykańskich telewidzów, gdyż przenosiny były transmitowane na żywo przez wszystkie stacje USA.

 

WEDŁUG RAPORTU, sporządzonego przez rządowa komisję (nazywaną od imienia jej przewodniczącego, „Komisją Warrena”) w momencie, gdy samochód wiozący trzydziestego piątego prezydenta Stanów Zjednoczonych znalazł się na Dealey Plaza w Dallas Oswald zaczął strzelać z okna szóstego piętra budynku, gdzie mieścił się magazyn książek. Od kul zginał prezydent oraz został poważnie ranny gubernator Texasu, John Connally.

Osobą, która miała znaczący wpływ na postawienie Oswalda w stan oskarżenia była sekretarka Carolyn Arnold, która pracowała w składzie. Według jej zeznań zobaczyła w budynku Oswalda pomiędzy 12:15 i 12:25. Według jej słów mordercy towarzyszył ktoś jeszcze. Kto? Ten fragment został zlekceważony i w ostatecznym oświadczeniu stwierdzono, że Oswald działał samotnie i nie był inspirowany przez inne osoby.

Po opuszczeniu budynku, około godziny 12.40, podejrzany przejechał kilka przystanków autobusem, a potem wsiadł do taksówki. Kierowca zawiózł go na 1026 North Beckley. O godzinie 13.00 znalazł się w pensjonacie, gdzie wynajmował pokój. Administrująca nim gospodyni stwierdziła, że Oswald wydał jej się bardzo zdenerwowany i tego dnia najwyraźniej unikał jej wzroku. No cóż, owe zeznania kobieta składała już po tym, gdy dowiedziała się, że jej lokator jest podejrzany o morderstwo.

Czy Lee Harveya Oswald rzeczywiście strzelał? Prawdopodobnie nigdy się tego nie dowiemy. Wszystko za sprawą Jacka Leona Rubinsteina (znany również jako „Sparky”), który w 1947 roku zmienił nazwisko na Jack Leon Ruby, pracownika nocnego klubu w Dallas.

Kiedy Oswald był wyprowadzany z komisariatu stojący przy wejściu do budynku Ruby strzelił do eskortowanego przez policjantów z rewolweru marki Colt Cobra o numerze seryjnym 2744 LW.

Aresztowany Ruby krzyknął do dziennikarzy, że nie zabił Oswalda, a jedynie „wymierzył sprawiedliwość”. Kiedy zakuwano go w kajdanki jeden z dziennikarzy zawołał:

– Dlaczego strzeliłeś do drania?

Rubi odparł z równą swobodą:

– Pokazałem wam, że Żydzi też są odważnymi ludźmi.

– Tylko tyle?

– Chciałem się zrehabilitować. Popełniłem w życiu kilka grzechów.

– I dlatego zabiłeś?

– No i chciałem oszczędzić Jacqueline Kennedy zeznawania na procesie Oswalda.

Kim był morderca rzekomego zabójcy?

Z późniejszych ustaleń wynikało, że w latach młodości Ruby pracował do Al Capone’a. Pod koniec lat 50–tych pojechał na Kubę, gdzie spotkał się z wpływowym wówczas gangsterem i hazardzistą Lewisem McWilliem. Ten przez krótki czas był więziony na wyspie za przestępstwa kryminalne. Dobrymi znajomymi Rubiego okazali się też tacy głośni amerykańscy gangsterzy jak: Meyer Lansky, Carlos Marcello i Santo Trafficante Jr.

W ogłoszony kilka miesięcy po śmierci Kennedy’ego raporcie United States House Select Committee on Assassinations napisano, że Jack Ruby dobrze znał gangsterów Sama i Joego Campisich. Ci mieli potwierdzone przez agentów policji kontakty z Carlosem Marcello, bossem mafii, który wielokrotnie w prywatnych rozmowach wspomniał o możliwości pozbycia się „lokatora z Białego Domu”.

W marcu 1964 roku Ruby został uznany za winnego dokonania z premedytacją zabójstwa Oswalda. Właśnie o to słowo (premedytacja) toczył się bój na sali sadowej. Gdyby strzał został uznany za pozbawiony „celowych motywów”, Ruby mógł liczyć na pięcioletni wyrok skazujący. W efekcie po dwóch latach wyszedłby na wolność. Czy taki kontrakt zawarł z mocodawcami?

Jednak ława przysięgłych uznała go za winnego działania z premedytacją. Prowadzący rozprawę sędzia skazał Jacka Leona Ruby’ego na karę śmierci.

Wkrótce ten odwołał się od wyroku, a adwokaci apelowali o przeniesienie rozprawy do innego stanu, gdzie nie będzie wywierana na ławę przysięgłych tak duża presja społeczna. Ale Sąd Apelacyjny a następnie Sąd Najwyższy w Teksasie odrzuciły prośby o wznowienie procesu.

W marcu 1965 roku, dziennikarze stacji radiowej w Dallas z Rubym przeprowadzili z więzienia krótką konferencję na żywo. Pod koniec rozmowy skazaniec stwierdził, że: Wszystko, co stało się tamtego dnia…

– W czasie zamachu? – dopytywał się dziennikarz.

– Tak. Więc wszystko to nigdy nie zostanie do końca wyjaśnione. Do końca świata nie poznacie prawdy o śmierci prezydenta.

– Skąd ta pewność?

– Niech pan o to spyta ludzi, którzy są odpowiedzialni za tę zbrodnię.

– To jacyś wysoko postawieni oficjele?

– Tak.

– Może pan powiedzieć coś więcej na ich temat?

– Na razie muszę martwić się o swoje bezpieczeństwo.

Kilka lat później Al Maddox, zastępca szeryfa w Dallas, który swego czasu nadzorował Rubiego wyznał prasie: Pewnego dnia on mi powiedział, że wstrzyknięto mu truciznę. Spytałem o czym on gada? Wtedy odparł, że dostał komórki rakowe. Odrzekłem, że to niemożliwe. Wtedy od się roześmiał i stwierdził: „Gówno wiesz”. Potem mnie ostrzegł, żebym nie rozpowiadał nikomu o naszej rozmowie inaczej sam będę miał kłopoty. Na koniec zaś dodał: „Oni to zrobili, rozumiesz, obalili legalny rząd, zabili prezydenta Kennedy’ego”.

Wreszcie 5 października 1966 roku, po kolejnej apelacji skazańca sąd zgodził się na wstępne rozpatrzenie sprawy. W tym samym czasie ukazał się artykuł w Sunday Times, w którym dziennikarze zacytowali słowa psychiatry Werner Teuter, który miał kontakt z Rubym: Któregoś dnia, po zakończeniu badań nim wyszedł z gabinetu zatrzymał się przy drzwiach i powiedział te słowa – dokładnie je zapamiętałem. To morderstwo było zaplanowanym działaniem. Im chodziło o obalenie legalnego rządu. Oni już postawili na mnie krzyżyk. Jestem przez nich skazany. Podobnie jak Oswald ja również zostałem w to wszystko wrobiony.

9 grudnia 1966 roku Ruby został przeniesiony do szpitala Parkland Hospital w Dallas. W lutym 1967 roku miał rozpocząć się jego nowy proces. W czasie badań medycznych lekarze wykryli, że Rubi choruje na raka, który rozprzestrzenił się na: płuca, wątrobę i mózg. Trzy tygodnie później Jack Leon Ruby zmarł.

Przez następne lata (i kolejne dziesięciolecia) poświęcono wiele uwagi różnym teoriom spiskowym.

Jedną z nich miało być lobby kubańskie, którego nieformalni przywódcy postanowiło zemścić się na Kennedym po tym, jak ten zrezygnował z inwazji na Kubę i zaniechał planów zabicia Castro.

Inna mówiła o mafii, która zdecydowała się na likwidację prezydenta przez zawodowych zabójców. Zbrodnia miała być uderzeniem uprzedzającym akcję prokuratora generalnego (brata prezydenta Roberta Kennedy’ego), który na polecenie głowy państwa wydał zdecydowaną wojnę strukturom mafijnym Ameryki.

Kolejna na cel brała Federalne Biuro Śledcze i stojącego na jej czele osławionego Edgara Hoovera. Szef FBI przez lata terroryzował kolejnych prezydentów posiadanymi na nich „hakami”. Wszyscy byli mu ulegli i nikt nie ośmielił się podważać jego pozycji – udzielnego władcy federalnych struktur śledczych na terenie Stanów Zjednoczonych. Podobno jednak pewnego dnia prezydent Kennedy się wściekł, gdy dowiedział się, że Hoover zebrał na niego (i brata Roberta) haki, które mogłyby skompromitować rodzinę w oczach opinii publicznej. Chodziło o potajemny romans z Merlin Monroe. Aktorka była w ciąży z Robertem Kennedym. Prezydent postanowił skończyć z Hooverem, który stanowił dla niego realne zagrożenie. Jednak dyrektor FBI miał w Białym Domu szpiegów, którymi otoczył prezydenta. Ci podobno uprzedzili go o planowanej akcji Kennedy’ego.

Ostatnią (najmniej rozpatrywaną) a zarazem wydającą się być najbardziej przekonującą jest teoria o spisku, który zawiązano w Centralnej Agencji Wywiadowczej. Przypuszczenie to, w pierwszym momencie może wydawać się absurdalne. Kiedy jednak przyjrzeć się bliżej…

 

ZANIM POWOŁANO do życia Centralna Agencję Wywiadowczą Stany Zjednoczone (w latach poprzedzających wybuch II wojny światowej) praktycznie były pozbawione wywiadu zagranicznego. W tym czasie jego szczątkowe zadania sprawowała FBI. Jednak w rzeczywistości Biuro koncentrowało się jedynie na działaniach na terytorium Stanów Zjednoczony.

Po tym, jak Ameryka przystąpiła do wojny stało się koniecznym stworzenie struktury wywiadowczej.

13 czerwca 1942 roku prezydent Franklin Delano Roosvelt powołał do życia Office of Strategic Services (Biuro Służb Strategicznych). Zadaniem nowej agencji było m.in. gromadzenie i analiza materiału strategicznego, który następnie przekazywano do Komitetu Połączonych Szefów Sztabów (Joint Chiefs of Staff – JCS) oraz planowanie operacji specjalnych.

OSS oficjalnie rozpoczęło działalność w Stambule w 1943 roku. Szefem pierwszej operacji (o nazwie „Projekt Net–1”) został bankier z Chocago Lanning „Packy” Macfarland. Rozpoczął swą działalność w europejskim centrum szpiegów (jak wtedy określano Stambuł) pod przykrywka organizacji udzielającej pomocy państwom walczącym z Hitlerem. Szefem OSS został pułkownik William J. Donovan.

Po zakończeniu działań wojennych, w styczniu 1946 r. prezydent Harry Truman zlikwidował OSS, a na jej miejsce utworzył Central Intelligence Group (CIG), który był bezpośrednim prekursorem CIA. W połowie 1946 roku rozpoczęło pracę Biuro Operacji Specjalnych (OSO), by wreszcie w 1947 roku (po krótki czasie funkcjonowania kolejnej agencji o nazwie, National Security) powołać do istnienia Centralną Agencję Wywiadowczą.

Niemal dwadzieścia lat później, w chwili obejmowania przez JFK urzędu prezydenta, CIA była już olbrzymią organizacją, która wbrew statutowi w większości swych działań, miast państwu służyła amerykańskim koncernom, działającym na arenie międzynarodowej.

Właśnie lata 60–te były najczarniejszym okres w historii amerykańskiej Agencji. W chwili, gdy Kennedy przysięgał na konstytucję Stanów Zjednoczonych szefem CIA był Allen Dulles. Za jego wiedzą i przyzwoleniem Agencja brała wówczas udział w licznych zamachach na życie przywódców obcych państw. 2

Wkrótce po nieudanej inwazji amerykańskiej w Zatoce Świń Kennedy wypowiedział znamienne słowa do swojego doradcy, Clarka Clifforda: Coś bardzo złego dzieje się wewnątrz CIA. Chce wiedzieć, co to jest? Potem rozpędzimy to towarzystwo na cztery wiatry.

Właśnie wtedy podobno w Agencji zaczęto głośno krytykować zamierzenia prezydenta, które dążyły do złagodzenia napięcia między USA a ZSRR.

A jednak kilka miesięcy później dotychczasowa nieufność (a nawet wrogość) nieoczekiwanie zmieniła się w ostentacyjną przyjaźń między Białym Domem a szefostwem Agencji. Jeden z ówczesnych zastępców dyrektora, William Colby, napisał po latach: Faktem jest, że w tamtych latach CIA nie miała lepszego przyjaciela niż była nim osoba urzędującego prezydenta, John F. Kennedy‘ego.

Ówcześni współpracownicy prezydenta potwierdzają te słowa, lecz według nich była to tylko zagrywka, która miała uśpić czujność Dullesa. Czy rzeczywiście szefowie CIA nie zorientowali się w tej grze?

W latach 60–tch coraz głośniej mówiło się o tym, że Dulles nie reprezentuje interesów własnego rządu, lecz finansistów zgrupowanych na Wall Street. Zbierane przez CIA informacje w pierwszym rzędzie służyły amerykańskim korporacjom. Za pieniądze podatników stworzono organizację chroniącą światowe interesy niewielkiej grupy wielkiego biznesu.

Pewnego dnia Dulles otwarcie wyznał, że chciał stworzyć strukturę wywiadowczą, która nie byłaby kontrolowana przez prezydenta USA – oczywiście wszystko miało się dziać dla dobra i z pożytkiem dla Ameryki.

O tym w jaki sposób prezydenci odnosili się do CIA świadczy przykład Harrego Trumana. Ten nigdy nie ufał powołanej przez siebie do życia agencji wywiadu. Ci ludzie – napisał w pamiętnikach – mają jedynie na celu ochronę interesów firm prywatnych.

Tajemnicą poliszynela było to, że Dulles jest właścicielem kilku „agencji doradztwa i ochrony”, które formalnie współpracowały z CIA. Owe firmy, wykorzystując potencjał, agenturę i zasoby finansowe oraz informacyjne CIA służyły m. in. takim ponadnarodowym korporacjom jak np. United Fruit Company (UFCO), który miał monopol na ziemię, uprawy bananów i ich eksport z Kostaryki, Gwatemali, Kuby, Kolumbii i Ekwadoru do Stanach Zjednoczonych oraz Europy. Jedną z osób odpowiedzialnych za owo współdziałanie (z ramienia CIA) był Frank Wisner. Ten (nieoczekiwanie dla Agencji) został odwołany ze stanowiska przez Kennedy’ego.

W lecie 1963 roku Kennedy był wstrząśnięty, słysząc o przewrocie, którego dokonało wojsko w Wietnamie Południowym. Wcześniej Stany Zjednoczone próbowały wywierać presję na sposoby zarzadzania krajem przez jego ówczesnego prezydenta Ngo Dinh Diema. Ten oparł się presji. W efekcie CIA wywołała uliczne protesty rzekomo dyskryminowanych przez niego buddystów. Diem odkrył, że za protestami stoją agenci CIA i zagroził usunięciem amerykańskich doradców wojskowych. Wtedy do akcji oficjalnie wkroczyła Agencja, która miała wpływ na wystarczająco dużą część kadry dowódczej wietnamskiej armii. 2 listopada 1963 roku czołgi otoczyły pałac prezydencki. Diệm zdołał uciec, ale jego ciało odnaleźli wietnamscy żołnierze – został zastrzelony przez nieznanych sprawców.

Kiedy Kennedy został poinformowany o tym fakcie był tym wstrząśnięty. Oto CIA bez jego zgody i wiedzy dokonała przewrotu militarnego w państwie sprzyjającym Stanom Zjednoczonym. prezydent miał wówczas oświadczyć bliskim współpracownikom, że właśnie kończone są prace legislacyjne nad zlikwidowaniem CIA.

Dwadzieścia dni później trzydziesty piąty prezydent Stanów Zjednoczonych został zastrzelony w Dallas.

Groźba, która zawisła nad Centralna Agencja wywiadowczą została zażegnana. Było tak jednak do czasu, kiedy o urząd prezydenta nie zaczął ubiegać się Robert Kennedy. Czy gdyby zdobył Biały Dom zemściłby się za śmierć brata?

Doktor Martin Luther King Jr.

Urodzony 15 stycznia 1929 w Atlancie. Był pastorem baptystycznym i działaczem na rzecz równouprawnienia i zniesienia dyskryminacji rasowej. Według magazynu Time został „Człowiekiem 1963 roku”. W 1964 roku otrzymał pokojową Nagrodę Nobla. Zamordowany 4 kwietnia 1968 roku w Memphis przez przeciwników równouprawnienia Afroamerykanów.

I have always believed that the government was part of a conspiracy, either directly or indirectly, to assassinate Dr. Martin Luther King Jr. „Uważamy, że zamach na życie Dr. Martin Luthera Kinga Jr. był częścią opracowanego przez rząd planu powstrzymania, nasilających się w tamtych latach ruchów, wymierzony w apartheid i żądających poszerzenia swobód obywatelskich”. Tak napisał wielebny Rev Jesse Jackson w swej książce, poświęconej działalności murzyńskiego przywódcy.

Były ambasador USA w ONZ i późniejszy burmistrz Atlanty, Andrew Young uważał, że rząd Stanów Zjednoczonych był bezpośrednio odpowiedzialny za śmierć czarnoskórego pastora: Zawsze byłem zdania – napisał – że Federalne Biuro Śledcze maczało w tym palce. Istotną sprawą jest zwrócenie uwagi na to, że lata 60–te były okresem, kiedy amerykańscy przywódcy skłaniali się do działań typu mafijnego. Powiedzmy otwarcie, że zabójstwa polityczne były jednym ze sposobów prowadzenia nie tylko krajowej polityki wewnętrznej państwa. Przypomnijmy przypadek zabójstwa chilijskiego prezydenta Salvatore Allende, którego inicjatorem i po części wykonawcą była Centralna Agencja Wywiadowcza USA. Byłoby wielką naiwnością przypuszczanie, że brutalne metody egzekwowania poza granicami amerykańskiego interesu, nie miały wypływu na kształtowanie się metod, którymi władza próbowała zatrzymać ruchy antywojenne i dążenie Amerykanów do poszerzenia wolności obywatelskiej.

Do dziś dnia jest wiele niewyjaśnionych pytań. Udzielenie na nie odpowiedzi pozwoliłoby zrozumieć przyczyny, w wyniku których 04 kwietnia 1968 roku Memphis padły strzały.

Czy zabójca działał sam?

Wszystkie, zebrane przez dziesięciolecia poszlaki wskazują, że miał licznych wspólników, a jego mocodawcy byli na tyle silni, że morderca spodziewał się, że po dokonaniu zbrodni uda mu się uniknąć kary. W tamtym czasie wielu dziennikarzy wskazywało na nienawiść mordercy i jego jawną pogardę okazywaną obywatelom murzyńskiego pochodzenia. Jednak czy nienawiść rasowa człowieka o spaczonej psychice była jedynym motywem, który pchnął mężczyznę do naciśnięcia spustu broni?

W porównaniu do wcześniejszego zabójstwa prezydenta Kennedy’ego, okoliczności zbrodni pozornie wydają się mniej skomplikowane. W tym wypadku nikt nie sprzecza się o ilość strzałów, które zostały oddane w kierunku ofiary. Nie trzeba było prowadzić pracochłonnych działań balistycznych, żeby być pewnym, z jakiego miejsca i jakiej broni została wystrzelona mordercza kula. Sama postać zamachowca również nie budzi wątpliwości. Murzyńskiego przywódcę bez wątpienia zabił James Earl Ray. Mimo to do dziś dnia pozostaje niejasne, kto wskazał mu cel i przekonał, że działa dla dobra Ameryki?

Już w tamtych latach było powszechnie wiadome, że Edgar Hoover, wszechwładny szef Federalnego Biura Śledczego (pełnił tę funkcję w latach 1924–72), którego archiwów obawiali się ówcześni prezydenci St. Zjednoczonych, pałał jawną i nieskrywaną przed dziennikarzami nienawiścią do murzyńskiego przywódcy.

Czy teraz, gdy upłynęło pół wieku od chwili tamtej tragedii jesteśmy w stanie poznać kulisy śmierci człowieka, o którym mówi się dziś, że zmienił bieg amerykańskiej historii?

 

NAZWISKO DOKTORA Martina Luthera Kinga w powiązaniu z działaniami na rzecz poszerzenia swobód obywatelskich i ruchów antyrasistowskich pojawiło się w amerykańskiej świadomości publicznej już na początku lat 50–tych XX wieku. Staje się ono powszechnie znane na początku lat 60–tych, a sam pastor Kościoła Batystów jest wówczas powszechnie uznawany w Stanach Zjednoczonych za przywódcę murzyńskiego, który z uporem propagował pokojowe rozwiązywanie konfliktów na tle rasowym.

Nim Martin Luther King zdobył te pozycję musiał przez wiele lat konfrontować swoje poglądy z bardziej radykalnym ruchem, zwanym „Czarnymi panterami”. W licznych debatach, które King prowadził z przywódcami Panter stale zwalczał stosowanie przemocy w życiu publicznym. Według pastora służyła ona jedynie ugruntowaniu w białych Amerykanach przekonania, że walczący o prawa czarnoskórzy mieszkańcy Ameryki w rzeczywistości mają ukryty cel, jakim było obalenie amerykańskiej demokracji i zdominowanie białej rasy.

Działalność polityczna człowieka, który uzyskał stopnie naukowe na wydziałach socjologii i teologii (King uzyskał stopień doktora na Uniwersytecie Bostońskim) stopniowo przynosiła coraz więcej zwolenników. Jego postać i bezkompromisowa walka z segregacją rasową wreszcie zaowocowały powszechnym uznaniem opinii międzynarodowej. Efektem takiego stosunku do osoby Kinga było uhonorowanie go światowym wyróżnieniem Pokojowej Nagrody Nobla, która została mu wręczona w 1964 roku w Sztokholmie.

Rok wcześniej po serii społecznych protestów, które ogarnęły całą Amerykę, w trakcie słynnego marszu czarnoskórych na Waszyngton, King wygłosił znamienne przemówienie. Miało ono miejsce w Capstone i przeszło do historii USA. Do dziś jest też uznawane za jedno z najważniejszych wystąpień politycznych XX wieku.

Zaczynało się od pamiętnych słów: I have a dream. W tej mowie–kazaniu, z którą zapoznawani są dziś amerykańscy uczniowie, czarnoskóry pastor nakreślił swoją wizję Stanów Zjednoczonych: Miałem sen, iż pewnego dnia ten naród powstanie, aby żyć wedle prawdziwego znaczenia, zapisanego w amerykańskiej konstytucji: uważamy za prawdę oczywistą, że wszyscy ludzie zostali stworzeni, a by być równymi.

Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wzgórzach Georgii synowie dawnych niewolników i synowie dawnych właścicieli niewolników będą mogli zasiąść razem przy braterskim stole.

Miałem sen, iż pewnego dnia moich czworo dzieci będzie żyło wśród narodu, w którym ludzi nie osądza się na podstawie koloru skóry, ale na podstawie tego, jacy są.

Między innymi to właśnie dzięki tej mowie, w dniu 2 lipca 1964 r. prezydent Johnson podpisał Ustawę o Prawach Obywatelskich (Civil Rights Act), która stała się najważniejszym narzędziem, jakim amerykańskie prawo federalne dysponuje w celu zwalczania dyskryminacji i segregacji rasowej.

 

JAMES EARL Ray wychowywał się w rodzinie, która niezbyt radziła sobie z codziennością. Jako dziecko uczył się średnio, lecz nie sprawiał większych kłopotów wychowawczych. Rodzice często przenosili się do różnych stanów w poszukiwaniu lepszej pracy. Niezaradni życiowo za każdym razem miast polepszyć swoje warunki życia, coraz bardziej przesuwali się na jego margines z niespłaconymi ratami za kolejne zasięgnięte pożyczki bankowe.

Po raz pierwszy James został oskarżony o kradzież kiedy skończył piętnaście lat. Wtedy też chłopak doszedł do wniosku, że szkoła jest mu tylko przeszkodą w samodzielnym zarabianiu na życie. Początkowo chwytał się różnych dorywczych zajęć, powoli oswajając się z myślą, że czeka go los podobny do rodziców.

Jego ówcześni rówieśnicy pamiętają, że w czasie rozmów o przyszłości James stwierdzał, że nie będzie bezradnie przypatrywał się, co przyniesie dzień następny. Tamte przechwałki coraz częściej szły w parze z rosnąca brutalnością jego zachowań. Niejednokrotnie przemoc miała zapewnić mu szacunek w gronie osób, w którym właśnie przebywał. W efekcie, zaraz po tym jak został powołany do wojska i wysłany do Niemiec Zachodnich, po raz pierwszy trafił do więzienia za bójkę w barze z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Wyrok skazywał go na dziewięćdziesiąt dni pracy w kompanii karnej. Po wyjściu z wojska, na kilka dni ponownie zatrzasnęły się za nim drzwi celi, po tym, jak został skazany za włóczęgostwo.

Kolejna, tym razem już poważna kolizja z prawem miała miejsce w 1949 roku, kiedy to Raya postawiono w stan oskarżenia po zatrzymaniu w chwili, gdy włamywał się do prywatnego domu. Sędzia po zapoznaniu się z przedstawionymi przez policję dowodami skazał oskarżonego na osiem miesięcy, które spędził w jednym z kalifornijskich zakładów karnych.

Trzy lata później ponownie trafił za kratki za rozbój na kierowcy taksówki w Illinois. Tym razem sąd skazał go na dwa lata więzienia.

W 1955 roku Ray znowu otrzymał wyrok za złamanie prawa federalnego, tj. kradzież i fałszerstwa przekazów pocztowych. Złapany i skazany w wyniku procesu na trzy lata pozbawienia wolności odsiedział zasądzony wyrok w zakładzie o zaostrzonym reżimie w Leavenworth w Kansas.

W tamtych dniach po raz pierwszy możemy poznać opinię psychologa o osobowości więźnia. Ray został opisany jako osobnik zrezygnowany i pełen apatii, który najwyraźniej obawia się przyszłości, nie potrafiąc znaleźć dla siebie miejsca w otaczającej go społeczności: W trakcie rozmowy osadzony stwierdził, że niechętnie myśli o przyszłości. Z jego słów wynikało, że wręcz obawia się nadejścia dnia następnego. Stąd swoje plany i poczynania ogranicza do najbliższych godzin.

Postawa więźnia, jak też jego aspołeczne usposobienie zaowocowały tym, iż pod koniec odbywania kary Ray został pominięty w programie zakładającym prace w ośrodku półwolnościowym. W uzasadnieniu takiej decyzji dyrekcja więzienia dodatkowo wskazała na rasistowskie nastawienie więźnia do czarnych współtowarzyszy, z którymi musiałby wykonywać prace publiczne na jednej z dróg stanowych.

Jak należało tego oczekiwać w kilka miesięcy po wyjściu na wolność Ray ponownie trafia na salę sądową. Tym razem oskarżenie jest już bardziej poważniejsze. Zarzucono mu, że 10 października 1959 roku okradł sklep spożywczy. W trakcie napadu wyciągnął pistolet i grożąc jego użyciem zmusił kasjerkę do wydania utargu, który wyniósł zaledwie kilkadziesiąt dolarów. Dwadzieścia minut później został aresztowany przez wezwany na miejsce zdarzenia patrol policji. Recydywista, który niedawno opuścił mury więzienia nie mógł liczyć na pobłażanie w oczach sędziego. W efekcie, po krótkim procesie Ray został skazany na 20 lat ciężkiego więzienia, a miejscem wyznaczonej kary miał być zakład karny, Missouri State Prison w Jefferson City. Od tego momentu – jak potem wyzna jednemu z dziennikarzy – zaczęła prześladować go obsesyjna chęć wydostania się na wolność: Pewnej nocy obudziłem się i odniosłem wrażenie, że ze ścian wysuwają się kamienne dłonie, które zamierzają mnie udusić. Tamta noc spędziłem na posadzce celi, zaraz przy drzwiach, wsłuchując się w odgłos kroków strażników. Właśnie wtedy w ciemnościach poprzysiągłem sobie, że muszę wydostać się za mur. Nieważne jak. W przeciwnym wypadku, o czym byłem przekonany, groziła mi śmierć.

Pierwszą nieudaną próbę ucieczki James Earl Ray podjął w 1961 roku. Badania psychologiczne, które przeprowadzono w kilka dni po ujęciu wykazały, że zaczyna cierpieć na odchylenie od normy psychicznej, które pogłębia głęboki stres i fatalistyczne nastawienie do przyszłości.

Więzień jest przekonany – napisano w raporcie medycznym – że już wkrótce grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Owo zagrożenie raz ogranicza się do jego osoby, to znów rzutowane jest na ogół otaczających go ludzi.

Pięć lat później, tym razem już na własną prośbę, więzień przeszedł szczegółowe badania psychiatryczne. W ich trakcie skarżył się badającym go lekarzom, że od wielu miesięcy słyszy w swej głowie głosy, które zmuszają go do wykonywania określonych czynności. Szczegółowe badania wykazały, że Ray cierpi na poważne zaburzenia obsesyjno–kompulsywne na tle neurotycznym: Wypisujący opinie lekarz, który badał stan jego zdrowia stwierdził, że: Pacjent powinien przejść stosowne leczenie w zamkniętym szpitalu psychiatrycznym. Wyniki przeprowadzonych badań jednoznacznie wskazują na to, że obecny stan zdrowia pacjenta może doprowadzić go nawet do próby targnięcia się na własne życie.

Ponieważ przez kilka miesięcy, które poprzedzały owa diagnozę Ray otrzymywał pochwały za dobre zachowanie się, w wyniku opinii lekarskiej najpierw złagodzono mu sposób odbywania kary, a kilka tygodni później skierowano do ośrodka półwolnościowego. Wykonywana w nim praca polegała na rozwożeniu po okolicznych farmach chleba, który wypiekano w więziennej piekarni. W trakcie jednego z takich kursów, 23 kwietnia 1967 roku, Ray obezwładnił nadzorującego go strażnika. Po związaniu i zakneblowaniu pilnującego uciekł w nieznanym kierunku. Wszczęte poszukiwania w całym stanie nie przyniosły spodziewanych rezultatów. W efekcie za skazańcem rozesłano listy gończe.

 

NA POCZĄTKU LAT 60–tych tajemnicą poliszynela była nienawiść, którą John Edgar Hoover darzył dr. Martin Luther Kinga. Szef Federalnego Biura Śledczego był przekonany, że King przeszedł odpowiednie tajne szkolenie, by propagować w Stanach Zjednoczonych idee komunistyczne. W tym wypadku przekonania rasowe dyrektora miały drugorzędne znaczenia. Jeśli jakakolwiek z osób, która znalazła się w kręgu zainteresowania FBI miała powiązania z „czerwonymi” (nawet przypadkowe) wówczas trafiała ona na listę osób potencjalnie zagrażających bezpieczeństwu wewnętrznemu Stanów Zjednoczonych. A taką osobą, z którą nawiązywali kontakty przedstawiciele wschodnich rządów, był doktor King.

Po raz pierwszy pastor King znalazł się na tej liście w roku 1961, kiedy to na biurku Hoovera wylądował pewien raport. Wskazywał on na nieznaną dotąd osobę murzyńskiego pastora. Sporządzający go agent przytoczył w nim radykalne stwierdzenia, które padły z ust Kinga na jednym z wieców. Szef FBI nakazał baczniejsze przyjrzenie się murzyńskiemu działaczowi po tym, jak podziękował on Socjalistycznej Partii Robotniczej za wsparcie bojkotu autobusów kursujących po wielu amerykańskich miastach. Dodajmy, że w tamtym czasie segregacja rasowa obowiązywała w środkach komunikacji miejskiej i część z taboru przeznaczona była jedynie dla białych lub czarnych.

Na początku lat 70–tych na wniosek Hoovera, pod nadzorem prokuratora generalnego Roberta Kennedy'ego, FBI rozpoczęła obserwację Kinga. W roku 1962 Robert Kennedy zwrócił się do agencji z prośbą o opracowania planu podsłuchów i nadzoru elektronicznego murzyńskiego przywódcy. Stało się tak na skutek alarmistycznych doniesień Hoovera, który w rozmowie z prezydentem straszył buntami murzyńskimi w całych Stanach Zjednoczonych. Tym, który rzuca iskrę na prochy miał być Martin Luther King. Tymi, którzy podpowiedzieli mu możliwość wysadzenia w powietrze amerykańskiej demokracji byli sowieccy komuniści.

Wkrótce okazało się, że przewidywania szefa FBI mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Zatem pod koniec 1963 roku prokurator generalny wycofał poparcie dla inwigilacji pastora. Mimo to FBI nie zaprzestała kontroli Kinga, nagrywając wszystkie z jego publicznych wystąpień. Co więcej, pod wpływem obsesji Hoovera w FBI ugruntowało się przekonanie, że działalność pastora jest zakamuflowanym działaniem komunistów, którzy znaleźli posłusznego wykonawcę swoich dyrektyw. Komunistami byli emisariusze Moskwy, a ich celem było doprowadzenie do społecznego przewrotu w Ameryce.

Dlatego też, za wiedzą kierownictwa Agencji pod koniec 1962 i na początku 1963 roku podjęto szereg tajnych działań, które miały być wymierzone w Luthera Kinga. Ich celem było skompromitowanie pastora w oczach opinii publicznej.

Warto w tym miejscu dodać, że w tym czasie zaczynały walić się w gruzy wymyślone przez FBI sposoby obalenia Fidela Castro. We współpracy z Centralną Agencją Wywiadowczą opracowano kilka planów zamachu kubańskiego przywódcy. Najpierw miała to być zbrojna rewolta. Sygnałem do jej rozpoczęcia na Kubie miało być zastrzelenie Castro na jednym z wieców. Potem plan zmieniono, zamierzając zabić Pierwszego Sekretarza Komunistycznej Partii Kuby poprzez zatrucie lubianej przez niego marki cygar.

Kiedy każdy z tych planów legł w gruzach Hoover zdecydował się na krok który świadczył o jego daleko posuniętej desperacji i całkowitym lekceważeniu prawa. Oto wszechwładny szef FBI polecił agentom nawiązać nieformalny kontakt z mafią, która działała na terenie Stanów Zjednoczonych. Za oddanie przysługi rządowi Stanów Zjednoczonych siedzący w więzieniach bossowie Cosa Nostry mieli otrzymać nadzwyczajne złagodzenie wyroków. Jednak mafijni szefowie szybko doszli do wniosku, że ochrona kubańskiego przywódcy jest zbyt szczelna, by przez utworzone wokół Castro kręgi mógł przeniknąć zawodowy morderca – tak przynajmniej wynika z części archiwów, które odtajniono.

Nieco inny obraz tej samej sprawy wyłania się z częściowo odtajnionych archiwów kubańskiego MSW. Z zapisanych w raportach informacji wynika, iż zamach na Fidela był bardzo realny, a mafijni mordercy czekali gotowi do jego wykonania. Jednak nigdy do niego nie doszło, gdyż Kubańczycy… zapłacili szefom mafii wystarczająco dużo, by ci zapomnieli o przywódcy Czerwonej Kuby.

Autorzy zajmujący się biografią Hoovera stwierdzają w swoich książkach, że początek lat 60–tych był dla dyrektora FBI pełen porażek. Upokorzony tym wszystkim całą nienawiść skierował na Martina Luthera Kinga. Kiedy pod koniec 1963 roku „Time” ogłosił pastora „człowiekiem roku”, Hoover uznał, że czas najwyższy skończyć „z tym facetem”. Podobno w dniu, gdy wziął Timesa do ręki rzucił jeszcze pogardliwie: „Musieli głęboko grzebać w śmietniku, by wydobyć kogoś takiego”.

Jak bardzo Hoover był zacietrzewiony w swej nienawiści do murzyńskiego przywódcy świadczy przypadek dyscyplinarnego zwolnienia ze służby jednego z podległych mu agentów. Mężczyzna ten nieopatrznie napisał w jednym z raportów, że jego zdaniem King nie ma nic wspólnego z ruchem komunistycznym, a działania murzyńskiego przywódcy w rzeczywistości mają jedynie na celu wywalczenie dla czarnych obywateli pełniejsze swobody obywatelskie.

Na początku 1964 roku, na polecenie Hoovera wzmocniono nadzór nad murzyńskim przywódcom. Posunięto się nawet do stałego inwigilowania jego życia prywatnego. W pewnym jednak momencie prokurator generalny zażądał od FBI konkretnych dowodów działalności antykomunistycznej Kinga. Kilka miesięcy później brat Roberta, John Kennedy został zastrzelony w Los Angeles. Nowy prezydent Lyndon Johnson nie miał już takich oporów. Niektórzy z historyków uważają nawet, że dzięki Hooverowi Johnson zamierzał utwierdzić swoją nowo zdobytą władzę. Rozważał zezwolenie mu na działania, które z wartościami amerykańskiej demokracji miały niewiele, albo też nic wspólnego.

W trakcie jednego z przesłuchań przed Komisją Kongresu dyrektor FBI oświadczył: Posiadamy liczne dowody, że komuniści przeniknęli do organizacji murzyńskich i zgodnie ze swymi interesami kierują ruchem czarnych, rzekomo walczących o prawa obywatelskie, których w rzeczywistości wcale im nie brakuje.

W odpowiedzi King na jednym z wieców oskarżył dyrektora agencji o podsycanie rasizmu i nieformalne wspieranie ruchów prawicowych przeciwstawiających się poszerzeniu swobód obywatelskich. W takiej sytuacji musiało dojść do otwartej wojny, którą daremnie starał się zażegnać prezydent Lyndon Baines Johnson (po zabójstwie w Dallas prezydenta Johna Kennedy’ego, 22 listopada 1963 roku został zaprzysiężony na trzydziestego szóstego prezydenta USA).

14 grudnia 1964 r. w czasie wystąpienia na wiecu zorganizowanym na rzecz Funduszu Edukacyjnego Southern Christian King's, Martin Luther King powtórzył oskarżenia przeciw Hooverowi i zarazem wystąpił z petycją do prezydenta St. Zjednoczonych. Murzyński pastor zażądał w niej ukrócenia wszechwładzy Federalnego Biura Śledczego na terenie USA. W następnych tygodniach King zradykalizował swoje postulaty, nie tylko już domagając się poszerzenia swobód obywatelskich, ale występując również na wiecach postulujących natychmiastowe zakończenie wojny w Wietnamie.

W tamtym czasie jeden z komentatorów Washington Post napisał: Biorąc pod uwagę obecną sytuację międzynarodową, zwłaszcza zaś uwikłanie się naszego narodu w wojnę wietnamską, musi dojść do zmiany nastawienia FBI do Kinga, jak też samego pastora wobec rządowej agencji. To prawda, że Martin Luther King w ostatnich miesiącach znacząco zradykalizował swoją postawę wobec polityki prezydenta Johnsona. Nie da się również zaprzeczyć, że do owego radykalizmu został w swoisty sposób popchnięty przez działania wymierzone w jego osobą przez agentów federalnych na zlecenie dyrektora Hooverowi. Jestem jednak przekonany, że mimo wzajemnej niechęci obu tych panów wkrótce powinno dojść do przełamania impasu we wzajemnej podejrzliwości i niechęci. Dlaczego? Po prostu, musi zwyciężyć amerykańska demokracja, która przez lata kształtowała oblicze naszego narodu.

Wkrótce miało się okazać jak bardzo naiwna była ta wiara. W czasie, gdy czytelnicy Washington Post mogli przeczytać powyższe słowa, James Earl Ray, po swej ucieczce z więzienia, próbował uniknąć pościgu, zaszywając się na amerykańskiej prowincji. Jak wynikało z późniejszych ustaleń, zamierzał nawet rozkręcić niewielki biznes, oferując za pośrednictwem poczty kupno 8–milimetrowych kamer, projektorów i innych urządzeń do obróbki filmów. Kiedy się jednak okazało, że biznesem zainteresował się urząd skarbowy, w obawie przed zdemaskowaniem Ray zwinął manatki i wyjechał do Puerto Vallarta w Meksyku.