Zasłyszane historie. Tom 4 - Paweł Szlachetko - E-Book

Zasłyszane historie. Tom 4 E-Book

Paweł Szlachetko

0,0

Beschreibung

Magia jest w oku patrzącego. Autor przez trzydzieści lat jeździł po kraju i rozmawiał z ludźmi jako dziennikarz. W trakcie tych spotkań niejednokrotnie padały słowa, które być może na kimś innym nie wywarłyby aż takiego wrażenia. Szlachetko dostrzega jednak metafizyczne podszycie nawet pozornie prozaicznych wydarzeń i utrwala je w formie krótkich, lecz intensywnych opowiadań. To już czwarty tom pełen historii, które dają nadzieję i pochłaniają bez reszty. W sam raz dla miłośników opowieści o lekkim zabarwieniu paranormalnym, budzących grozę jak u Edgara Allana Poe.Jawa i sen, życie i śmierć - granica między tymi stanami może nie być tak wyraźna, jak nam się powszechnie wydaje. Paweł Szlachetko od lat tropi i opisuje historie, które mogłyby zmrozić krew w żyłach, a tymczasem - w jego narracji - przynoszą nadzieję i ukojenie egzystencjalnych niepokojów. Te proste, zakotwiczone w zwykłej codzienności opowiadania fascynują tym bardziej, że wydarzyły się naprawdę!

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 274

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Paweł Szlachetko

Zasłyszane historie. Tom 4 

 

Saga

Zasłyszane historie. Tom 4 

 

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright ©2022, 2023 Paweł Szlachetko i SAGA Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727049175 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 13,4 miliona euro.

Przez wiele lat zapisywałem opowieści o dziwnych wydarzeniach, które stały się udziałem zwykłych ludzi. „Zasłyszane historie” to efekt mojej pracy. Aby lepiej się czytało, nieco uatrakcyjniłem fabułę, nie rezygnując z prawdy.

Chciałbym podziękować wszystkim, którzy dzielą się ze mną swoimi przeżyciami, lub historiami bliskich. Sukces „Zasłyszanych historii” jest również Waszą zasługą.

Paweł Szlachetko

Pod miriadami gwiazd

Rozłożysta wiśnia w sadzie denerwowała mnie od dawna. Co roku na wiosnę pięknie obsypywała się białym kwieciem. Nie było osoby, która przechodząc obok parkanu, nie przystanęłaby i nie spojrzała w stronę drzewa. Na tym jednak kończyła się jego rola, gdyż za mojej pamięci na drzewie nie pojawiła się bodaj jedna zawiązka owocu.

Tamtego ranka, kiedy żona jeszcze spała, postanowiłem skończyć tą drzewną parodię raz na zawsze. Na co komu w sadzie wiśnia, z której nie ma pożytku? Zwłaszcza że część pnia już dawno objęła próchnica. Postanowiłem, że w miejsce wiśni posadzę dwie śliwki. Byłem absolutnie przekonany do swojego pomysłu, a jednak, kiedy wszedłem do sieni i skierowałem spojrzenie na siekierę, przebiegł mi po plecach lekki dreszcz.

„Nie powinieneś” – powiedziało moje pierwsze, bardziej uczuciowe „ja”.

„To stare przyrzeczenie” – szepnęło drugie, to bardziej niepewne i niezbyt uczciwe. – „Dawno już nieaktualne i spróchniałe jak ten pieniek wiśni.”

„Przyrzeczenia nie daje się po to, żeby je potem łamać”.

„Och, daj spokój” – ofuknąłem sam siebie.

Chwyciłem siekierę za trzonek i wyszedłem z domu, uważając, żeby trzaskiem drzwi nie obudzić Alinki. Ostatnio była coraz bardziej niespokojna. Nie dziwota, w końcu była w ósmym miesiącu ciąży i na horyzoncie majaczył już cień porodu. Bała się. To zrozumiałe. Drzewo chciałem ściąć wcześniej, ale Alinka poprosiła, żebym tego nie robił, kiedy tak pięknie kwitnie.

– Szkoda, że chcesz je ściąć – powiedziała smutno. – Kiedy się zieleni i kwieci wiem, że nadeszła wiosna.

– Posadzę ci inne, ładniejsze drzewo – obiecałem.

Teraz wiśnia była już pozbawiona kwiecia. Wszedłem przez furtkę do ogrodu i skierowałem się w stronę drzewa. Jeszcze chwilę wcześniej sad był pełen szumu liści i świergotu ptaków, a teraz jakby przycichł. A może tylko tak mi się wydało?

„Dałeś ojcu słowo” – odezwało się we mnie to uczciwe „ja”.

„To było ponad dwadzieścia lat temu. Trzeba z żywymi naprzód iść. To jest sad, który ma przynosić owoce. Teraz to dzikie chaszcze i nic więcej”.

Rozmawiałem tak sam ze sobą, aż dotarłem na miejsce. Nadstawiłem ucha. Rzeczywiście, było nienaturalnie cicho. Jakby wszystko wokół wstrzymało oddech w oczekiwaniu na to, co się stanie. W pewnej chwili wydało mi się, że usłyszałem dwa głosy, kobiety i mężczyzny. Rozejrzałem się, ale nikogo nie dostrzegłem.

„To wiatr zagwizdał w gałęziach” – uspokoiło mnie drugie „ja”.

„Żaden wiatr. Po co się oszukiwać. To oni” – upierało się pierwsze.

„Tere fere”.

Zacisnąłem palce na trzonku i zrobiłem mocny zamach. Siekiera była ostra i już za pierwszym razem powinna odłupać spory kawał z pieńka.

To nie było pierwsze drzewo, które w życiu zrąbywałem. Wiedziałem, jak się zabrać do tej roboty. A jednak najwidoczniej ostrze uniosłem za wysoko i za mocno wychyliłem się do przodu. Zamiast uderzyć żelazem w pień, walnąłem w niego styliskiem, które natychmiast pękło. Potem, niczym na zwolnionym filmie zobaczyłem, jak ostrze zawija się po łuku pnia i obracając niczym wiatrak, leci w stronę mojego czoła.

Jeszcze sekundę, przebiegło mi przez myśl – i będzie ze mnie trup. Co wtedy stanie się z Alinką? W tym momencie ostrze zmieniło kierunek i śmignęło koło ucha. Poczułem lekkie draśnięcie i po chwili strumyczek krwi spłynął mi po szyi.

Pobiegłem do domu, żeby opatrzyć rozcięcie. Na szczęście Alinka jeszcze spała. Wkrótce powierzchowna rana przestała krwawić. Nim przysiadłem na zydlu, by ochłonąć, usłyszałem wołanie żony. Właśnie poczuła pierwsze skurcze. Zadzwoniłem po pogotowie.

Po południu byłem już tatą. Zostawiłem żonę w szpitalu i wróciłem do domu. Postanowiłem oblać przyjście na świat syna. Nalałem sobie drinka i wyszedłem ze szklanką i butelką na taras. Wieczór był ciepły, jak wówczas, gdy miałem kilka latek.

Tamtego wieczora ojciec pieklił się i groził zwolnieniem pracowników, że ci nie posłuchali jego polecenia.

– Nie wolno wam tknąć tej wiśni. Czy nie powiedziałem to jasno? – krzyczał rozzłoszczony.

– Stara jest – rzucił ktoś ze zbitej gromady. – Myśleliśmy, że zrobimy panu przysługę.

– Nie chcę żadnych przysług. Wymagam tylko, żebyście wykonywali moje polecenia. Nic więcej. Czy zostałem dobrze zrozumiany?

Spytałem wtedy szeptem stojącą obok mamę, o co tata się tak złości? Wówczas usłyszałem opowieść o tym, jak rodzice się poznali oraz historię pewnej miłości.

Mój tata był przed wojną robotnikiem sezonowym. Tacy jak on, młodzi i silni, chodzili od wioski do wioski i wynajmowali się do prac polowych. Potem wracali do rodzinnego domu, gdzie oddawali matce zarobione pieniądze, żeby rodzina mogła przetrzymać trudny czas zimy.

Ojciec znalazł zatrudnienie u swojego przyszłego teścia, który najął go od początku maja do końca września. Obaj umówili zapłatę, w której skład, oprócz brzęczącej gotówki, miało wejść całodzienne wyżywienie i kąt w komórce do spania.

Pewnego dnia tata zobaczył mamę, która służyła we dworze. Wkrótce się w sobie zakochali. Na początku września 1939 roku przyszła wojna. Ojciec pomagał ratować płonący dwór, w który uderzyła bomba. Ogień lekko poparzył tatę i leczyła go stara pani dziedziczka. A że był silny, a we dworze brakowało rąk do pracy, ojciec znalazł tam swój dom. W 1944 tata uratował dziedzica z pożaru stodoły, skąd wyniósł go na własnych barkach, nie bacząc na niebezpieczeństwo. Za to dostał od ocalonego nadział na trzy hektary. W skład darowizny wchodził też sad. Ojciec musiał przysiąc dziedzicowi na krzyż, że nie wytnie wiśni, która w nim rosła.

Historia miłosna opowiadała o córce dziedzica. Przed wojną panna spotykała się z młodym ułanem. Często oboje przesiadywali pod wielką wiśnią w ogrodzie. Tam wyznali sobie miłość, tam też rodzice dziewczyny pobłogosławili ich związek. Jednak w pierwszych dniach wojny ułan poległ w jednej z bitew, zaś zrozpaczona młoda dziewczyna popełniła samobójstwo. Tak więc wiśnia była jedynym świadkiem szczęścia córki i starzy państwo zażyczyli sobie, żeby pozostała, dopóki sama nie padnie ze starości. Ale choć od tamtych dni minęło siedemdziesiąt lat, drzewo jeszcze trzymało się krzepko.

O tym wszystkim myślałem, popijając kolejnego drinka. Doliczyłem do czterech szklaneczek, a potem jakoś przestałem rachować następne. Siedziałem więc na werandzie i gapiłem się w powoli mroczniejący sad. Nad horyzontem jeszcze widniała kula zachodzącego słońca. W pewnej chwili przypomniałem sobie noc, gdy mama zerwała mnie z łóżka, miałem wtedy czternaście lat. Ojciec umierał od kilku dni. Chciał, żebym przyszedł do niego i przysiągł na krzyż, że nie zetnę drzewa. W pierwszej chwili, mocno rozespany, nie wiedziałem, czego ode mnie chce. Położyłem w końcu palce na krzyżu, który mama zdjęła ze ściany, i powiedziałem słowo, „Przysięgam”.

Teraz przyszło mi do głowy, że to wcale nie była przysięga. Zerwany z łóżka, czułem tylko strach i żal, że stracę ojca. Co mi tam jakieś drzewo. Oddałbym takich tysiąc, żeby tata wydobrzał. Ale los chciał inaczej i tydzień później odbył się pogrzeb.

– Co mi tam jakieś drzewo – powiedziałem i wstałem, lekko kiwając się na boki.

Ogarnęła mnie złość, że dzisiejszego poranka nie dałem drzewu rady. Pijacki upór utwierdził we mnie pewność, że drzewo ścięte być musi.

– Myślisz, że mam mało siekier w obejściu? Że nie dam ci rady? – zawołałem w mrok.

Poszedłem do stodoły i znalazłem drugą siekierę. Chwyciłem ją mocno w dłoń i ruszyłem w stronę sadu. Do drzewa dotarłem, gdy ostatnie krwawe promyki zachodzącego słońca jeszcze przeciskały się przez listki. Wziąłem zamach i sekundę później zobaczyłem na wprost siebie młodą kobietę w jasnej długiej sukni. Obok stał ułan z epoletami podporucznika.

– On chce ściąć nasze drzewo – usłyszałem jej wzburzony głos.

Dama w sukni wyciągnęła dłoń. Jakaś siła wyrwała mi trzonek spomiędzy palców. Kobieta już miała wziąć zamach, żeby cisnąć we mnie ostrzem, gdy przed nią pojawił się mój ojciec i zaczął prosić o darowanie mi życia.

Zemdlałem. Nad ranem znalazł mnie sąsiad. Obok leżała siekiera i pusta butelka. Wyszło na to, że z radości z nowo narodzonego za mocno popiłem. Nigdy temu nie zaprzeczyłem. Tylko Alince powiedziałem prawdę.

Od tamtej pory opiekujemy się wiśnią. Udało mi się nawet zatrzymać postęp próchnicy. Wszyscy się dziwią, jakim cudem tak stare drzewo jeszcze krzepko stoi na ziemi. Nikomu z sąsiadów nie powiedziałem, że dzieje się tak dzięki miłości dwojga dusz, które nocami spotykają się pod wiśniową koroną i niebem upstrzonym miriadami gwiazd.

Tam gdzie anioły wiją gniazdo

Moi przodkowie ze strony mamy pochodzili z kresów. Dziadek był zamożnym młynarzem. Rodzinie powodziło się dobrze, a babcia była przekonana, że to dzięki bocianom, które uwiły sobie gniazdo na dachu stodoły i wracały co rok, by wychować młode.

– To posłańcy aniołów – opowiadała swoim córkom. – One przynoszą na świat nowe życie, ostrzegają przed pożarami i nieszczęściami.

Babcia wierzyła także, że boćki dobrze wiedzą, co dzieje się w chałupie między małżonkami, i jeśli awantura wisi w powietrzu, ostrzegają klekotaniem, by zważać na słowa, które mogą pokaleczyć tak, że rany nigdy się nie zagoją. Więc chociaż babcia zazwyczaj się awanturowała, gdy dziadek wracał z gospody pijany, to gdy wcześniej boćki klekotały, w milczeniu rozbierała go i kładła do łóżka.

– Że to magiczne ptaki, które wiedzą, co w trawie piszczy dowodzi historia naszej rodziny – opowiadała mi wiele lat później mama. – Tamtego dnia, kiedy Ruscy weszli do wioski, o świcie rodziców obudziło klekotanie bocianów i szum skrzydeł. Kiedy wyjrzeli przez okno, zobaczyli, że ptaki odlatują. To był znak, że miejsce przestało być bezpieczne. Dziadek zaordynował ucieczkę. Razem z nami do lasu uciekło jeszcze kilka rodzin. Ci, co zostali, pod wieczór przeżyli koszmar.

Niestety wojnę przetrwała tylko moja mama. Jej dwie siostry i babcię zabrał tyfus. Dziadek i jego dwaj synowie zginęli podczas walk. Mama zakochała się w partyzancie. Oboje wzięli w dniu zakończenia II wojny światowej ja przyszłam na świat. Kilka miesięcy później rodzice w ramach repatriacji wyjechali na Ziemie Odzyskane. Kiedy dotarli do opuszczonej wioski niedaleko Wrocławia, tata spytał mamę, który dom chciałaby wybrać.

– Tylko taki, na którym jest bocianie gniazdo – odparła.

Taka chata była w wiosce tylko jedna, o wiele skromniejsza od innych. To jednak mamę zupełnie nie interesowało. Pół roku później wioska była już pełna ludzi, a że nadeszła wiosna, wszyscy ruszyli do prac polowych. Do wioski zleciały bociany, które na kilku domach założyły gniazdo, ale to na naszym pozostało puste. Stało tak przez dwa lata, a mama z niepokojem na nie patrzyła.

– Nie dość, że nie mogłam zajść w ciążę – opowiadała – to jeszcze plony były marne, choć innym dobrze się darzyło. Zaczęłam myśleć, że źle wybrałam.

– Mamo, bociany nie przynoszą dzieci – powiedziałam wtedy, bo byłam już w szóstej klasie i wiedziałam, skąd biorą się dzieci i od czego zależy urodzaj na polach.

– Tak? To dlaczego kiedy trzeciego roku przyleciały i założyły u nas rodzinę, ja zaszłam i pola zaczęły dawać piękne plony? Krowa się ocieliła i wreszcie mieliśmy dość mleka?

– Przypadek – wzruszyłam ramionami.

Wtedy opowiedziała kolejną historię. Na początku lat pięćdziesiątych we wsi wybuchł wielki pożar. Ludzie brali co kto zdołał unieść i uciekali w pole, oby jak najdalej od ognia. Tata zaprzęgał konie i wołał na mamę, żeby wynosiła z domu co cenniejsze rzeczy.

– Wiatr niesie ogień w naszą stronę – krzyczał.

Ale mama nie ruszyła się z miejsca, tylko wskazała na bociany, które spokojnie stały w gnieździe.

– One nas osłonią skrzydłami – orzekła i wróciła do gotowania obiadu.

Tata denerwował się, że przesądna baba sprawi, że stracą dorobek życia, ale mama miała rację – po kilku minutach wiatr zamilkł i pogorzeliska dopaliły się do ostatniego suchego źdźbła trawy.

I tak uwierzyłam w moc bocianów. Kilka lat później dzięki tym ptakom poznałam przyszłego męża. Tadziu wraz ze studentami z wydziału biologii zjechał do wioski, żeby badać boćki. Dostał lokum w naszym domu i pół roku później byliśmy już po słowie, a w wakacje odbyło się huczne wesele.

Mój mąż wraz z rodzicami mieszkał pod Wrocławiem w ładnym domu jednorodzinnym, gdzie dostaliśmy dla siebie całe piętro. Z okna miałam piękny widok na ogród i drzewa, bardzo jednak brakowało mi boćków. Kiedy powiedziałam o tym Tadziowi, kochany mąż zbudował na szczycie rozłożystego grabu w ogródku platformę, na której boćki mogły zbudować gniazdo. Jednak żaden nie chciał skorzystać z okazji.

Ale brak bocianów był jednym z mniejszych problemów w moim życiu. Okazało się, że nie mogę zajść w ciążę. Lekarze nie wiedzieli, w czym rzecz. Wreszcie po czterech latach bojów lekarz oświadczył, że nie widzi szans. To był najsmutniejszy wieczór w naszym domu.

Kiedy następnego dnia wstałam rano z łóżka, wydało mi się, że słyszę dochodzące zza okna klekotanie. Zdziwiona rozsunęłam zasłony i znieruchomiałam. Na drzewie, na wprost zobaczyłam bocianią parę, która zaczynała wić gniazdo. Dwa miesiące później okazało się, że jestem w ciąży. A mój mąż dostał wreszcie awans, na który czekał od lat.

Tak, wiem, bociany nie przynoszą dzieci. Nie załatwiają ani lepszych plonów ani awansów. Mimo to ja wierzę w dobre bocianie anioły. Spoglądam teraz na jesienne puste gniazdo, które czeka, aż znowu do niego przylecą dawni lokatorzy. Kiedyś wnuczka spytała, gdzie odlatują bociany. Odpowiedziałam, że do nieba, żeby szykować dla ludzi prezenty na cały przyszły rok, który zacznie się z nadejściem wiosny. Nie chciała uwierzyć. Wtedy, jak moja babcia mamie, a ta mnie, opowiedziałam historię rodziny, którą opiekują się bocianie anioły.

Przeklęta ziemia

Postanowiliśmy z żoną jechać na Słowację na narty. Kiedy u nas są roztopy, po drugiej stronie gór jeszcze leży śnieg, aż do późnego marca.

Zapakowaliśmy do samochodu biegówki i po ośmiu godzinach dojechaliśmy do Tatranskiej Kotliny. Pierwszego dnia zrobiliśmy kilka krótkich przebieżek, żeby się zaaklimatyzować. Drugiego mieliśmy już w nogach pięciokilometrową trasę. I wreszcie nadszedł dzień trzeci. Zamierzaliśmy wjechać samochodem na wyższe partie gór. Tam postanowiliśmy przebiec dwadzieścia kilometrów najtrudniejszym szlakiem.

Od rana dzień zapowiadał się piękny. W słowackim radiu prognoza zachęcała do śnieżnej przygody. Wzięliśmy do plecaków swetry, termosy z gorącą kawą i kanapki.

Po jednej trzeciej trasy zrobiliśmy przystanek. Trafiło nam się miejsce pod wiatą. Pod nią ustawiono wycięty z szerokiego pnia stół i ławę. Wypiliśmy po kubku kawy i zjedliśmy po kanapce.

Marta dostrzegła znak. Stał przy kamiennej ścieżce, która prowadziła w dół. Na szerokiej strzałce widniał wypłowiały napis Biała Bystra Woda. Na końcu zaś ledwo widoczny symbol ni to szałasu, ni chaty.

Kiedy mieliśmy zbierać się do drogi, słońce zaszło za chmurą. Pociemniało. Wyjrzałem spod dachu. Niedawno bezchmurne i rozświetlone słońcem niebo stało się szare i miejscami granatowe. Przyszło mi do głowy porównanie z kamiennym stropem ciemnej jaskini.

Uderzył gwałtowny podmuch. W ostatniej chwili chwyciłem się za metalowy słupek, a drugą ręką złapałem żonę za kombinezon. Wichura tężała w złowieszczym gwiździe. Rozległo się przeciągłe skrzypienie.

Potem odgłos łamanych desek i pękających belek. Dach pofrunął w siną mgłę, która zaczęła się mlecznić dokoła.

– Nasze plecaki! – krzyknęła żona, ale jej głos utonął w ogólnym huku.

Wietrzysko porwało je razem z wiatą, którą rozbiło halnym uderzeniem. Za nią poszybowały narty, wbite na sztorc w pryzmę śniegu. Przyciągnąłem żonę mocniej ku sobie. Marta chwyciła metalowy słupek. Wokół zapadła kompletna cisza. Nie dawała jednak nadziei na uspokojenie. Była naładowana groźbą, nieznanym złem.

Staliśmy w martwym bezgłośnym bąblu kompletnego bezruchu. Zaskoczeni, zdezorientowani i przerażeni.

– Co teraz? – usłyszałem przy uchu niespokojny szept.

Znów jękliwie zakręciło wokół ostrym wiatrem. Lodowe szpilki zakłuły boleśnie w policzki. Nasunęliśmy na oczy gogle. Jednak najbardziej niepokojący był nagły spadek temperatury.

Przypomniałem sobie o znaku, który wskazywał zejście nad Białą Bystrą Wodę. I ten charakterystyczny symbol szałasu. Może trafimy na chatę pasterską?

Wciągnąłem komórkę. Kiedy wyszliśmy w góry, wykupiłem aplikację. Byliśmy przez cały czas monitorowani przez system GPS-u. Chciałem sprawdzić na mapie, w jakim miejscu się znajdujemy, ale nie mogłem uruchomić telefonu.

Zaczynało się robić nieprzyjemnie.

– Nie ma co stać – zarządziłem. – Idziemy na poszukiwanie szałasu.

Chwyciliśmy się mocno za ręce i pochylając głowy przed naporem wichury, zaczęliśmy schodzić po kamiennej ścieżce, na której były wyrąbane w skale szerokie stopnie.

Mgła plus gęstniejący śnieżny opad niemal zamknęły nas w nieprzejrzystym kokonie.

– Boję się. – Usłyszałem szept Marty.

Zacząłem mocno masować jej plecy, żeby złapała choć trochę ciepła. W jej oczach zobaczyłem narastającą apatię i otępienie, w którą wpędzał ją rosnący wokół chłód.

Przez piętnaście minut krążyliśmy w śnieżnej mgle w nadziei, że gdzieś dojdziemy. Ale tylko zgubiliśmy drogę. Wreszcie Marta zatrzymała się zdyszana. Zrezygnowana przysiadła na pieńku.

– Dalej nigdzie nie idę – powiedziała zmęczonym głosem.

Wiedziałem, że muszę coś zrobić, żeby ruszyła się z miejsca. Inaczej przegramy.

– Dojdziemy tylko do tej sosny – wskazałem na wyrysowany ciemną kreską w bieli mgły zarys oddalonego świerku. – Czuję, że jesteśmy na dobrej drodze. – Podałem jej rękę. – Zrób to dla mnie.

Marta wstała ciężko. Ja chyba wtedy też powiedziałem sobie w duchu, że jeśli po dojściu do wskazanego celu nie znajdziemy żadnej ścieżki... To będzie nasz koniec.

Kiedy zrobiliśmy kilkanaście ciężkich kroków, dostrzegłem w mlecznym tumanie żółty blask światła.

– Zobacz – krzyknąłem z nadzieją. – To musi być ten szałas. Tam ktoś jest!

Wstąpiły w nas nowe siły. Niemal pobiegliśmy w stronę coraz bardziej wyraźnego kwadratu okna rozświetlonego palącą się w nim świecą. Po chwili doszliśmy do zamkniętej ciężkiej drewnianej furty. Więc to była wiejska zagroda. Uderzyłem pięścią w deski. Jeszcze chwilę temu słaby i zrezygnowany, poczułem przypływ energii.

Upłynęło trochę czasu, nim wreszcie po drugiej stronie odezwał się męski głos:

– Zara... Zara, mówię. Kogo tam duch niesie?

– Zabłądziliśmy we mgle – zawołałem. – Potrzebujemy pomocy.

Furta otworzyła się z przeciągłym skrzypieniem, jakby zawiasy nigdy nie były oliwione. Poczułem zapach spalenizny. Jak nic dym z komina przypadł do ziemi mgielną przyduchą i pociągnął w naszą stronę.

Nie widziałem chaty, jedynie jej zarys w mlecznym tumanie. Stary góral zaprowadził nas do sieni, a z niej wprost do kuchni. Świeca w oknie słabo rozświetlała mrok, w którym migotały refleksy ognia z trzaskiem buzującego pod kuchenną blachą.

– Przemarzliście na kość, więc grzejta się ile wlezie.

Przytknąłem dłonie do gorących kafli i zalało mnie błogie uczucie szczęścia. Byliśmy ocaleni. Znowu doleciał zaduch spalenizny. Piec był nieszczelny i po kuchni niósł się drapiący w gardle smog. Marta przykucnęła i niemal wtuliła się w piec.

– A teraz sobie golnijta, żeby od środka też was rozgrzało. – Gazda wręczył nam po kieliszku i nalał do pełna. – Na raz. Żeby poszło na zdrowie... O, właśnie tak. A tera musowo na drugą nogę, żeby odpędzić przeziębienie.

Pół godziny później siedzieliśmy nad miskami gorącej kwaśnicy. Nie zastanawiałem się, dlaczego tak dobrze rozumiem słowackie gadanie. Jest ono bardzo podobne do polskiego, ale żeby aż tak?

Kiedy się rozgrzaliśmy, a gorzałka zarumieniła twarze, rozejrzałem się po ciemnym wnętrzu. Nad drzwiami wejściowymi nie było krzyża. Byłem już w wielu góralskich chatach, i ta była pierwsza bez symbolu męki Pańskiej. Może wisiał w innym, ciemniejszym kącie? Nie przywitała nas również gospodyni. Ale w końcu to nie moja sprawa. Zima, więc pewnie w obejściu miała co robić. Albo poszła do kumy.

Bardziej ciekawa okazała się Marta.

– Sami tak siedzicie? A gdzie żona?

– Poszła sobie. A ja tu od lat dumam i nijakiego wyjścia znaleźć nie mogę.

– A co was tak dręczy? – włączyłem się do rozmowy.

– Co? – Podniósł na nas smutne oczy. – Jak tu uciec z zaklętego kręgu. Nakreślili go ludzie, obmową, niechęcią i złością. Tu, panie, przeklęta ziemia. Trza było uciekać, jak człek był młody. Ale zło uczepiło się do nóg i nie puściło. Jak ten kamień skazańca, co to nie da odbiec daleko. I tak ostałem. Tylko o zmiłowanie prosić. Najwięcej o krzyż, co skończy cierpienie.

– Duża tu wieś? – Marta zmieniła temat, gdy mina gospodarza sposępniała.

– Było ze trzydzieści chałup. W każdym gazda jak się patrzy. Wszędzie po siedemdziesiąt owieczek w kierdelu, a czasem i więcej. Ale pewnego dnia zło pomieszało wszystkim myśli i języki, jak tym budowniczym Babel. Chociaż gadaliśmy jednako, żaden nie potrafił pojąć drugiego. Mrocznica wcisnęła się do serc i rozpierała się w nich kiejby właścicielka. Jeden warczał na drugiego. Złość pomieszała gadki. Za nią do drzwi zapukała podejrzliwość i nienawiść. Aż pewnego dnia kres nadszedł wszystkiego. Dzwon bił na trwogę. Ale każdy siedział w chałupie, której drzwi zawarł drągiem. Każdy liczył, że jego ominie, a kara spadnie na sąsiada. Ale mrocznica już naznaczyła wszystkie drzwi i nie było dla nikogo zmiłowania.

Słuchałem gazdy, a ciepło i mocna gorzałka coraz częściej zamykały mi oczy. Wreszcie otoczyła mnie ciemność. Słyszałem w niej rozpaczliwe krzyki. Ktoś wołał o pomoc. Inny przeklinał świat i Boga. Coraz mocniej czułem zapach spalenizny i coraz wyraźniej huczał wokół mnie pożerający wszystko ogień.

 

Kiedy otworzyłem oczy, leżałem w szpitalnej sali. Miałem niegroźne odmrożenie palców u nóg i zapalenie płuc. Tydzień później przed wyjściem ze szpitala dowiedziałem się, że kiedy nie wróciliśmy na noc do schroniska, wszczęto alarm. Na monitoringu pogotowia górskiego nie można było odnaleźć sygnału naszych telefonów. Dopiero o północy rozbłysły migotliwymi światełkami. Ratownicy znaleźli nas w śnieżnej jamie. Przysypał ją śnieg i tak szczęśliwie odciął nas od mrozu.

– A co z góralem i chatą? – zapytałem zaskoczony lekarza.

Ten spojrzał na mnie, jakbym bredził w gorączce. Powiedział, że w Białej Bystrej Wodzie w latach sześćdziesiątych jeszcze była wioska. Jednak pewnego dnia cała spłonęła, a jej mieszkańcy zginęli w płomieniach.

– Od lat wszyscy mówią, że to przeklęta ziemia – stwierdził medyk. – No, ale dla was okazała się szczęśliwa.

Po powrocie do domu przez kilka dni nie rozmawiałem z Martą o tym, co się nam przydarzyło. Aż pewnego dnia żona powiedziała wprost:

– Nie wiem jak ty, ale ja dobrze pamiętam ciepło pieca i samogonu, którym nas baca poczęstował.

– Też czułaś wszechobecny zapach spalenizny? – spytałem, a żona przytaknęła. – Chyba lekarz miał rację, że mieliśmy sporo szczęścia.

– Pamiętasz, co baca powiedział?

– „Tylko o zmiłowanie prosić. Najwięcej o krzyż, co skończy cierpienie”.

Sześć miesięcy później wróciliśmy do Słowacji. Na starej mapie z lat sześćdziesiątych, którą znalazłem w internecie, umiejscowiłem wioskę. Trafiliśmy na górską halę, na której czas zatarł ślady dawnej pożogi.

Przy zarośniętej wiejskiej drodze, która prowadziła donikąd, pod lasem, wbiliśmy w ziemię poświęcony w kościele krzyż. Na koniec obłożyliśmy go kamieniami, żeby nie porwała go żadna wichura.

Mroczny opiekun

Kilka lat temu zostałem ordynatorem oddziału psychiatrycznego. Pierwszego dnia przyszedłem do nowego gabinetu. Z biurka i szafek wyjęto już wszystkie przedmioty należące do poprzednika, który zmarł tu gwałtowną śmiercią, na skutek zadławienia się. Bywa, w końcu wszyscy jesteśmy śmiertelni.

Powkładałem do szuflad swoje rzeczy, ustawiłem na blacie zdjęcie rodziny, usiadłem w fotelu i spojrzałem na teczki pacjentów. Z jednej z nich wystawała czerwona wstążeczka. Znak, że osoba była pod szczególnym dozorem. Zapoznawanie się z podopiecznymi zacząłem właśnie od historii choroby tego mężczyzny.

Mirosław N., lat dwadzieścia dwa, pojawił się na oddziale rok wcześniej. Znajdował się w śpiączce wywołanej jakimś narkotycznym koktajlem. Przeżył tylko dzięki wysiłkom lekarzy, gdyż miał zapaść i znalazł się w stanie śmierci klinicznej.

Pacjenta wybudzono ze śpiączki po trzech tygodniach. Z zaciekawieniem przeczytałem szpitalną notatkę lekarza prowadzącego. „Pacjent błagał o podanie mu narkotyku. Twierdzi, że dzięki niemu nie widzi strasznych rzeczy i jest w stanie normalnie funkcjonować. Na pytanie, jakie to rzeczy, wyszeptał, że chodzi o martwych ludzi”. Oczywiście poddano pacjenta terapii. W jej trakcie wystąpiły ostre psychozy, stany lękowe i omamy, które zakwalifikowano jako początki schizofrenii.

Przejrzałem pozostałe historie choroby, ale przyznaję, przypadek pana Mirosława zainteresował mnie szczególnie. Dlatego to jego jako pierwszego odwiedziłem następnego dnia w jego pokoju.

Młody mężczyzna był nieco wychudzony, miał przeciętne rysy twarzy, średni wzrost. Kiedy wszedłem, siedział na krześle i patrzył tępym wzrokiem gdzieś przed siebie. Usiadłem obok i przedstawiłem się.

– Jestem pańskim nowym lekarzem. Dlatego chciałbym, żebyśmy poznali się lepiej.

Pan Mirosław odwrócił głowę i popatrzył na mnie.

– Przepraszam – powiedział monotonnym głosem, niemal jak robot. Był to skutek leków, pod których był wpływem.

– Za co? – zdziwiłem się.

– Nie chciałem, by on zginął. Mieli go tylko nastraszyć. Żeby nie odstawiał mi leków.

Przyszło mi do głowy, że chyba mówi o moim poprzedniku.

– Kto miał go nastraszyć? Twoi przyjaciele?

– To nie są moi przyjaciele. – Odniosłem wrażenie, że w jego oczach pojawił się cień lęku. – Zniszczyli mi życie. To przez nich muszę być jak... zombie. Inaczej życie jest nieznośne. – Popatrzył na mnie intensywnie. – Błagam, nich mi pan nie zmniejsza dawki metadonu.

– Kim są ci oni, o których mówisz?

Znów spojrzał w okno.

– Tamten lekarz też nie wierzył, chociaż kiwał głową, że wszystko rozumie.

– Jeśli mi o nich nie powiesz... – Nie dokończyłem. Postanowiłem wytłumaczyć swoje postępowanie. – Moim zadaniem jest leczyć, przywracać do normalnego życia, a nie trzymać pacjentów w nieskończoność w stanie otępienia. –Potrzebna ci terapia...

– Terapia! – prawie się uniósł. – Żadna terapia na trzeźwo ich nie wygoni.

– Kogo? – powtórzyłem cierpliwie. – Naprawdę chcę cię wysłuchać i zrozumieć.

Milczał przez chwilę, zanim zdecydował się otworzyć.

– Pierwszy raz zobaczyłem ich na pogrzebie wujka. Miałem szesnaście lat. Wziąłem udział w uroczystości, gdyż zmusiła mnie do tego matka. Stałem w ostatnim rzędzie, nieco z boku. Słuchałem głośno muzyki przez słuchawki, które ukryłem pod długimi włosami. Kiedy szliśmy za trumną, było nas około dwudziestu osób. Ale kiedy ksiądz skończył ględzenie nad grobem i rodzina zaczęła składać kwiaty, zorientowałem się, że wokół jest więcej osób i żadnej nie znam. Żeby to jeszcze wyglądali normalnie. Ale jeden nie miał dłoni, innemu coś wyjadło pól twarzy. Była też stara kobieta... Kości wystawały jej spod skóry głowy... Zacząłem wrzeszczeć z przerażenia. Któreś z tych potworów wyciągnęło do mnie na wpół zgniłą rękę, poruszało przy tym ustami, jakby coś mówiło. Moi rodzice trzymali mnie, uspokajali. Kiedy się wyszarpnąłem z ich uścisku, słuchawki wysunęły się z uszu. Wtedy usłyszałem, co tamci do mnie mówią: „Powiedz mojej żonie, że nie miałem kochanki”; „Podpal dom tego drania, który mnie zdradzał”; „Oddaj mojej córce testament, który schowałem pod klepką podłogi”. „Niech już o mnie się nie martwi. Już jestem tu bezpieczny”.

Szeptali lub krzyczeli, zagłuszając się nawzajem. Wyciągali do mnie ręce, odwracali martwe oczy, a ja wrzeszczałem przerażony, próbowałem wyrwać się rodzicom i uciec. Ktoś wezwał karetkę. Lekarz zaaplikował mi zastrzyk. Zapadłem w kojący sen. Ale kiedy wróciłem do siebie, oni znowu mnie otaczali. Kiedy psychiatra próbował się dowiedzieć, dlaczego wpadłem w histerię, pomyślałem, że jak się przyznam, to mnie wpakują do wariatkowa. Więc powiedziałem, że nie pamiętam. I że już się uspokoiłem, chociaż za nim stała ta stara kobieta z pustymi oczodołami w czaszce i powtarzała: „Powiedz bratu, że mu przebaczyłam”.

Pan Mirosław na chwilę zamilkł. Potem odwrócił twarz w moją stronę.

– Początkowo wmawiałem sobie, że to przywidzenia. Podobno do wszystkiego można się przyzwyczaić. Ja spróbowałem przywyknąć do widoku umarlaków. Nie zwracać na nich uwagi. Nie potrafiłem jednak się zmusić, by przez nich przechodzić, więc gdy stali na mojej drodze, to ich obchodziłem. Przez pewien czas mi się udawało, ale ich jękliwe prośby zaczęły przyprawiać mnie o szaleństwo. Pomyślałem więc, że jak zacznę je spełniać, to się ode mnie odczepią. Wtedy okazało się, że w miejsce znikających pojawiali się inni. Zawsze jest ich dwunastu. Jak apostołów. To ma jakieś znaczenie? – spojrzał na mnie, jakby oczekiwał, że odpowiem.

– Możliwe – odparłem ostrożnie. – W naszej kulturze liczba dwanaście jest silnie zakorzeniona. Dwanaście miesięcy, dwanaście znaków zodiaku, dwanaście plemion Izraela. Ta cyfra wyraża też symboliczny porządek kosmiczny, harmonię czy też wreszcie kompletność.

– Nadal pan uważa, że są wytworem mojej wyobraźni? Wie pan, jak pojechałem do tej kobiety, co to jej ojciec schował testament w podłodze, a ona go stamtąd wyciągnęła, to już byłem pewien, że nie mam odlotów. Brat tej starej kobiety, gdy mu powiedziałem, że zostało mu wybaczone, to się popłakał. Ja sobie tych zadań do zrealizowania nie wymyśliłem.

– Skąd narkotyki?

– Któregoś dnia zauważyłem, że kiedy wziąłem proszki na ból głowy, ich głosy stały się cichsze. Lekarstwa podsunął mi Mroczny Opiekun.

– Kto?

– Tak nazwałem go w myślach. Od początku widziałem go wśród zmarłych. Był niezmiennym dwunastym z ich grona. Nigdy nic ode mnie nie chciał. Czasami nawet odnosiłem wrażenie, że osłaniał mnie przed natarczywością umarłych.

– Anioł stróż?

– Nigdy o nim tak nie pomyślałem, ale może coś w tym jest, co pan powiedział. – Zamyślił się na dłuższą chwilę. – To właśnie on wskazał mi makiwarę. Po jej wypiciu prześladowcy stali się niemal cieniami, a ich nawoływania przeszły do odległego tła. Ale potem zaczęli wracać. Stawali się wyraźniejsi i jak poprzednio głośniejsi. Wówczas Opiekun podsunął mi herę. Wtedy całkowicie zniknęli. Nawet pan nie wie, jakie to wspaniałe uczucie widzieć wokół siebie tylko żywych. Zacząłem brać, nie dla haju, tylko by tamci nie mieli do mnie dostępu. Podbierałem kasę rodzicom, by kupić towar. Dwa lata później na prośbę mamy poszedłem na odwyk. Miałem nadzieję, że umarlaki po tak długim czasie znalazły sobie kogoś innego. Ale nie, znowu ich zobaczyłem. Zacząłem świrować, więc mnie tu zamknęli. Naprawdę, nie mogę dalej żyć otoczony koszmarami. – Chwycił się za głowę. – Musi mi pan uwierzyć.

Skończyłem robić notatki, powiedziałem pacjentowi, że następnego dnia znów porozmawiamy i wyszedłem z pokoju. Co teraz? Wiedziałem z własnego doświadczenia, że pacjenci z chorobami psychicznymi często bywają bardziej niż przekonujący. Niektórzy do tego stopnia, że można im uwierzyć, że są przedstawicielami kosmitów, którzy testują ludzkość w celach medycznych, a zamknięcie w klinice uniemożliwia im powrót do pobratymców na innej planecie. Na pierwszy rzut oka każdy sygnał ich ciała mówi, że to prawda.

Nabyte doświadczenie medyczne podpowiadało, że pan Mirosław próbował na mnie wywrzeć presję psychiczną. Nie wierzyłem w ostrzeżenie, że zmarli przyczynili się do śmierci mojego poprzednika. Po prostu lekarz miał pecha, że orzeszek wpadł mu do tchawicy, a w pobliżu nie było osoby, która mogłaby udzielić skutecznej pomocy. O tym fakcie pacjent mógł dowiedzieć się z podsłuchanej rozmowy pielęgniarek. Teraz postanowił mnie tą wiadomością nastraszyć.

Wróciłem do gabinetu i w karcie choroby zapisałem, by stopniowo zmniejszano dawkę metadonu, leku opioidowego, który stosuje się w terapii odwykowej narkomanów.

Dwa dni później wyszedłem po pracy ze szpitala i wsiadłem do auta. Już miałem przekręcić kluczyk w stacyjce, kiedy na desce rozdzielczej przed przednią szybą zobaczyłem pomalowany na czarno orzeszek laskowy.

Zrobiło mi się zimno. Nikt nie miał dostępu do kluczyków samochodowych, które noszę zawsze przy sobie.

Rozejrzałem się w panice, ale niczego podejrzanego więcej nie dostrzegłem. Panika jednak nie zniknęła. Wziąłem orzeszek, wysiadłem z auta i wróciłem na oddział. Mirosław N. siedział skulony w kącie pokoju i zasłaniał uszy rękoma, zaciskając mocno powieki.

– Znów wydaje mu się, że zmarli do niego gadają. – Sanitariusz wzruszył lekceważąco ramionami.

Zaleciłem natychmiastowe przywrócenie pacjentowi poprzedniej, wyższej dawki metadonu.

Wróciłem do gabinetu. Usiadłem ciężko za biurkiem. Czy postąpiłem właściwie? A jeśli ten orzeszek to jakiś cholerny zbieg okoliczności? Wtedy przypomniałem sobie fragment protokołu z sekcji mojego poprzednika. Patolog wyraził w nim zdziwienie, że w tchawicy denata trafił na orzeszek laskowy. A przecież wszyscy w klinice wiedzieli, że ich szef jest uczulony na te orzechy i nigdy by ich nie zjadł.

Nie potrafiłem rozwiązać tej zagadki. Orzeszek schowałem do etui, w którym trzymałem spinki do mankietów koszuli, i postanowiłem jechać do domu.

 

Mirosław N. zmarł rok później, we śnie.

Tego dnia traf sprawił, że zabrudziłem koszulę. Zamieniłem ją na trzymaną w pracy zapasową. Ponieważ zamiast guzików przy rękawie była na zapinki, sięgnąłem do szuflady biurka. Po otwarciu etui zaskoczony zobaczyłem, że pomalowany na czarno orzeszek znikł.

Bernadetta od gołębi

Tamtego dnia, gdy dojeżdżałem do skrzyżowania zapaliło się żółte światło. Zamiast przyhamować, dodałem gazu, żeby wcisnąć się między nadjeżdżającą ciężarówkę a jakiegoś busa. Dlaczego w tamtej chwili pomyślałem o moim rodzinnym miasteczku? Niemal poczułem zapach wilgoci, gdy wchodziło się do bramy naszej kamieniczki.

Po przejechaniu dziesięciu kilometrów znalazłem się na wzniesieniu, z którego rozciągał się widok na dachy miasteczka. Ostatni raz stałem na nim jako osiemnastolatek, w drodze na stację kolejową. Powiedziałem wówczas głośno: „Cieszę się, że już nigdy tu nie wrócę”.

Patrząc wstecz, myślę, że właśnie wtedy moją duszę ogarnął mrok. Od tamtej pory wiecznie goniłem za ułudą bogactwa, pewien, że w końcu osiągnę wymarzony status zasobności i już tylko będę odcinał kupony. Ale wciąż było mi mało.

Oszukiwałem, kradłem cudze pomysły, a w życiu osobistym zmieniałem kobiety niczym rękawiczki. Bawiłem się, jeździłem po świecie i korzystałem z życia pełnymi garściami. Niekiedy jednak, niczym zły sen, widziałem wpatrzone w siebie zielone oczy Moniki. Kiedy wyjeżdżałem na studia, prosiła, żebym został.

– Mamy siebie,F swoją miłość. Nasi rodzice wspólnie prowadzą sklepy, które przynoszą godziwy dochód. Po co szukać czegokolwiek w świecie, gdy tu mamy wszystko.

Odtrąciłem rękę Moniki, gdy próbowała przytrzymać mnie przed odejściem. Nim trzasnąłem za sobą drzwiami, usłyszałem jej cichy płacz. Nie byłem ciekaw, co takiego chciała mi powiedzieć, prosząc o pilne przyjście. Może wtedy serce po raz pierwszy zapiekło się we mnie i utworzył się w nim czarny węgielek?

Wsiadłem do samochodu i powoli zjechałem ze wzniesienia. Wkrótce minąłem pierwsze zabudowania, które wywołały wspomnienia. Tu mieszkał Olek, kolega ze szkoły. W klasie maturalnej poszedł z chłopakami nad pobliską rzekę. Skoczył do wody z wierzby pochylonej nad błękitną i pozornie leniwą tonią. Znaleziono go tydzień później dwa kilometry dalej. Zerknąłem w puste okno pokoiku, przed którym stawałem, żeby zawołać kumpla, gdy szedłem rano do szkoły.

Minąłem „Muzę”, po trosze księgarnię, po trosze antykwariat pana Pietrzyka. To dzięki niemu zainteresowałem się literaturą. Nie było mnie stać na kupno książek, więc pan Pietrzyk wypożyczał mi egzemplarze ze sklepowych półek.

Wykręciłem w jedną z najbliższych uliczek, która prowadziła do rynku. Już miałem minąć dom Moniki, ale zatrzymałem samochód. W ogródku przed domem kopał ziemię jakiś młody mężczyzna. Okna domu były otwarte, więc ktoś był w środku. Dwudziestolatek spojrzał w moim kierunku.

– Szuka pan kogoś? – spytał.

Pokręciłem przecząco głową i ruszyłem dalej. Wreszcie dojechałem do rynku.

Jak zwykle przed południem panował tu spokój i na placu przechodniów można było policzyć na pacach jednej ręki. Moją uwagę zwróciła Bernadetta od gołębi. Odkąd pamiętam, starsza kobieta siedziała na ławce w szerokiej szarej spódnicy, niekiedy popstrzonej ptasimi białymi odchodami. W jej szerokich kieszeniach trzymała pokrojone kawałki chleba, które rzucała nadlatującym gołębiom. Była im tak znana, że siadały na jej ramionach, a co bardziej głodne bezczelnie zaglądały do kieszeni z pokarmem. Co rano przynosiłem jej od mamy chleb z poprzedniego dnia, żeby Bernadetta miała co dawać pupilom. Już za moich młodych lat była wiekowa. Jak to możliwe, że nic się nie zmieniła i nadal trzymała się tak krzepko?

Kiedy wysiadłem z auta, starsza kobieta poznała mnie od razu.

– I tak wróciłeś do początku – zaśmiała się szeroko.

– Pani mnie poznaje?

– Przynosiłeś mi chleb od mamy. Zawsze też chciałeś się stąd wyrwać.

– A pani mówiła, żebym siedział na pupie i nie pędził w szeroki świat, gdyż tylko tu znajdę swoje szczęście.

– Ale nie chciałeś mnie słuchać. I co, naszleś coś, co tam szukałeś?

Chciałem powiedzieć, że tak, ale z jakiegoś powodu powiedziałem to, co czułem.

– Nie brak mi niczego, ale czasami mam takie myśli, że właśnie wszystkiego mi brakuje. Na szczęście u was nic się nie zmieniło. Po drodze minąłem księgarnię pana Pietrzyka. Nic, tylko pchnąć drzwi, a nad głową zadźwięczy srebrny dzwoneczek.

– Stary by się ucieszył, gdybyś go odwiedził, ale chyba nie będziesz miał na to czasu.

– Jak to... ucieszył? – zdziwiłem się szczerze. – Przecież jak miałem osiemnaście lat, on już dociągał do osiemdziesięciu.

Stara kobieta spojrzała na mnie rozbawiona.

– Zawsze byłeś zapatrzony w siebie i nie dostrzegałeś, co się wokół dzieje.

Dopiero po tych słowach do mnie dotarło, że coś jest nie tak w tym, co mnie otacza. Bernadetta już dawno powinna nie żyć, stary księgarz również. Jakim zatem sposobem stanęła na mojej drodze, a pan Pietrzyk by się ucieszył z moich odwiedzin?

Słońce, które dotąd świeciło nad naszymi głowami, nieoczekiwanie zbladło, jakby przykrył je cień chmury. Podniosłem wzrok, ale niebo było niczym nieprzysłonięte.

– Pamiętasz skrzyżowanie, na które wjechałeś? – spytała Bernadetta.

Zmarszczyłem brwi.

– To, na którym wcisnąłeś się między dwa samochody – dojaśniła.

– Pamiętam – powiedziałem powoli.

– Ciężarówka była zbyt obciążona, żeby na czas wyhamować. TIR niemal wprasował cię w tamten busik. Chyba miałeś dużo szczęścia.

– Jak to, chyba? – Z trudem przełknąłem ślinę przez ściśnięte gardło.

Słońce jeszcze mocniej poszarzało, aż wreszcie zgasło.

I przypomniałem sobie, jak przez boczną szybę auta zobaczyłem niebezpiecznie szybko zbliżający się przód ciężarówki. Jednocześnie w powietrzu drgał histeryczny dźwięk klaksonu naciskanego przez kierowcę TIR-a. Potem był zgrzyt rozrywanej blachy i huk pękającej opony.

– Już sobie wszystko przypomniałeś? – usłyszałem przy uchu głos Bernadetty.

– Czy ja umieram?

Kiedy wypowiedziałem to pytanie, poczułem straszliwy żal, że dałem się zwieść pozorom i złudnym mrzonkom. Choć niby miałem wszystko, w rzeczywistości byłem najbiedniejszy z ludzi. Już wiedziałem, że popełniłem błąd, pozostawiając Monikę.

– Możesz to jeszcze naprawić – usłyszałem skrzeczący głos staruszki.

Rozbłysło światło. Znowu stałem na rynku, a wokół fruwała chmara gołębi. Stara patrzyła uważnie w moje oczy.

– Naprawić? – westchnąłem. – Jak?

– Co byś teraz odpowiedział na słowa ukochanej? Pamiętasz je chociaż jeszcze?

„Mamy siebie, swoją miłość. Nasi rodzice wspólnie prowadzą sklepy, które przynoszą godziwy dochód. Po co szukać czegokolwiek w świecie, gdy tu mamy wszystko.”

– Co bym odpowiedział? – Poczułem cisnące się do oczu łzy. – Że ma rację i liczy się tylko nasza miłość.

– A co z pieniędzmi, których tak pragnąłeś?

 

Odchyliłem powieki. Wokół rozciągała się bezkresna biała przestrzeń. Jednak gdy oczy przyzwyczaiły się do światła dnia, zorientowałem się, że leżę w szpitalnym łóżku. Wydało mi się, że ktoś przy nim płacze. Chciałem przekręcić głowę w bok, ale nie miałem siły. Z boku wychyliła się zapłakana, lecz szczęśliwa twarz Moniki.

– Dobrze, że już do nas wróciłeś.

Tamtego dnia, kiedy Monika powiedziała mi, że „Mamy siebie, swoją miłość”, dostrzegłem ruch jej dłoni, którą bezwiednie położyła na brzuchu. Była w ciąży i osiem miesięcy później urodził się nasz syn. Nie wyjechałem wtedy w świat. Ale przez kolejne trzydzieści lat bardzo tego żałowałem. Starałem się nikogo nie oskarżać o to, że był kulą u mojej nogi – ani żony, ani syna – ale cały czas tkwił we mnie żal, który nie pozwalał cieszyć się życiem, miłością żony i dziecka. Żal, że straciłem okazję bycia bogatym, sławnym i szczęśliwym, bo pojawił się ten dzieciak. Z roku na rok stawałem się coraz bardziej zgorzkniały.

Ale teraz już wiedziałem, jakiego losu uniknąłem. Poczułem łzy w kącikach oczu, a moje serce wezbrało uczuciem.

– Jak się czujesz, tato? – usłyszałem niepewne pytanie syna, który nachylił się nade mną.

– Nigdy nie czułem się lepiej – wyszeptałem przez zesztywniale wargi. – Uwierzcie, nigdy lepiej.

Przez następne dni powoli dochodziłem do siebie. Miałem ciężki wypadek i powrót do zdrowia miał trwać miesiącami. Dwa tygodnie później, w czasie jednego z lekarskich obchodów spytałem o swoją operację.

– Nie było lekko – medyk stwierdził dość enigmatycznie.

– Bo?

– Przeżył pan śmierć kliniczną. Na szczęście zdołaliśmy pana ściągnąć z powrotem. Podobno w takim stanie ludzie przeżywają dziwne przygody.

– To znaczy? – spytałem, czując, jak serce przyspiesza rytm.

– W chwili śmierci nasz mózg doświadcza przeróżnych stanów, które z pewnością mają jakiś związek z gwałtownie zachodzącymi w nim procesami chemicznymi. Ale tak naprawdę, jeszcze nikt tego dokładnie nie przebadał.

Miesiąc później wróciłem do domu. Kiedy myślalem o tym wszystkim, nieoczekiwanie coś zastukotało o szybę. Spojrzałem w stronę okna i zobaczyłem kilka gołębi, które sfrunęły na parapet. Wtedy w myślach zmówiłem modlitwę za dusze tych, którzy już od nas odeszli.

Siódma świeca menory

Uwielbiam wszelkiego rodzaju pchle targi i miejsca, gdzie ludzie sprzedają stare domowe sprzęty – zegary, części zastawy stołowej, a nawet ramki do obrazków, które niegdyś ustawiano w domach na szafkach, komodach i kredensach.

Nie bardzo mam pieniądze, żeby kupować stare bibeloty. Jednak lubię im się przyglądać i sobie wyobrażać, w jakich domach stały i czego były świadkami. Jedyna przykrość w owych drobnych radościach to widok starych ludzi, którzy sprzedają handlarzom domowe pamiątki. Niektóre z nich z pewnością są dla nich bezcenne, gdyż wiążą się ze wspomnieniami dobrych i dostatnich czasów.

Tamtej niedzieli, kiedy odwiedziłam Wolumen niedaleko Huty Warszawa, jak zwykle ruszyłam między handlarzy starociami. Zatrzymałam się przy jednym stoisku. Na niewielkim podwyższeniu, na tekturze, były rozłożone stare popielniczki, puzderka oraz platery. Między nimi dostrzegłam mosiężną menorę, żydowski siedmioramienny świecznik zapalany w uroczystych chwilach.

Młody sprzedawca z pewnością nie był z tymi przedmiotami związany żadną nicią sentymentu. Dobrze ubrany, palił jednego papierosa za drugim, przestępował z nogi na nogę i najwyraźniej marzył, żeby jak najszybciej opchać ten cały badziew i urwać się do kolegów lub dziewczyny.

Już miałam iść dalej, gdy dostrzegłam starszą, licho ubraną kobietę. Wyglądała na siedemdziesiąt parę lat. Właściwie to zwrócił mi na nią uwagę jej kaszel, długi i uciążliwy. Wyszła spomiędzy paru rosłych mężczyzn i podeszła do stoiska, przy którym niedawno stałam. Jej wzrok był skupiony na starym lichtarzu.

– Chciałam kupić tę menorę – usłyszałam słaby głos starszej pani.

– Że niby co? – Młody najwyraźniej nie miał zielonego pojęcia, co sprzedaje.

– Chodzi o ten świecznik – wskazała.

– A, to – Młodzieniec zrobił na sekundę zamyśloną minę. – Pięć stów, znaczy się złotych.

– Ale w zeszłą niedzielę taki starszy pan powiedział, że kosztuje czterysta pięćdziesiąt.

– Przez tydzień zdrożał – zaśmiał się młodzieniec, zadowolony z ekstra dowcipu, który wymyślił na poczekaniu.

– Ale ja mam tylko czterysta pięćdziesiąt – westchnęła starsza pani.

– Więc niech pani przejdzie za tydzień, może wtedy stanieje. – Młody wzruszył obojętnie ramionami.

Na twarzy kobiety dostrzegłam rozczarowanie i smutek. Przebiegło mi przez myśl, że dla nieznajomej to musi być ogromny zawód, że nie zdoła kupić menory. Prawdopodobnie tylko po nią tu przyszła. Wyciągnęłam z portfelika pięćdziesiąt złotych i podeszłam do kobiety.

– Proszę ją kupić – zachęciłam, wkładając w pomarszczoną dłoń pieniądze.

– Ależ nie mogę ich przyjąć.

– Będzie mi bardzo miło, jeśli je pani ode mnie przyjmie – zapewniłam stanowczym głosem.

W tej sekundzie młody spytał zniecierpliwiony:

– To jak, kupujemy czy nie?

– A co – odwarknęłam w tym samym tonie – stoi za nami kolejka do reszty badziewia, które sprzedajesz?

Młody spuścił z tonu i starsza kobieta kupiła świecznik. Już zamierzałem odejść, kiedy przytrzymała mnie za rękę.

– Chciałam bardzo podziękować. Nawet nie wie pani, co ten świecznik dla mnie znaczy. W czasie wojny byłam małą dziewczynką. Mój ojciec miał sklep kolonialny na warszawskich Szmulkach. Co piątek schodziła się do nas rodzina. Mama stawiała na stole tę właśnie menorę i zapalała świece. – Pokazała charakterystyczne wgięcia na boku świecznika. – Ostatnią, siódmą, pozostawała niezapaloną. Potem wręczała mi zapałki i ja ją rozświetlałam. Kiedy przed tygodniem zobaczyłam ją na pchlim targu, aż nogi się pode mną ugięły. Menorę poznałam od razu. Nie pomyliłabym jej z żadną inną. Nie miałam pieniędzy i modliłam się, żeby przez tydzień nikt jej nie kupił.

Starsza dama sięgnęła do torebki i wyjęła kartkę. Na niej napisała adres.