Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Napisana podczas odsiadki w więzieniu, poruszająca historia o bliźniakach, których zaraz po urodzeniu rozdzielił ślepy los, a w dorosłym życiu połączyły dramatyczne okoliczności. Jak czyjeś nieprzemyślane decyzje mogą trwale wpłynąć na całe nasze istnienie? Co zrobić, gdy dowiesz się, że nieznany ci wcześniej brat bliźniak ma poważne kłopoty i potrzebuje twojej pomocy? Czy więzy krwi okażą się silniejsze od pragnienia pokonania przeciwnika w walce o urząd gubernatora USA? Kiedy wkrótce po urodzeniu umiera syn multimilionerów i sponsorów szpitala, ktoś podejmuje decyzję, by podmienić go na jedno z bliźniąt, które przyszły na świat w tym samym czasie. W efekcie Nat Cartwright dorasta w domu swoich prawdziwych rodziców: nauczycielki i agenta ubezpieczeniowego, a jego brat bliźniak jako Fletcher Andrew Davenport trafia pod opiekę przybranych rodziców z milionami na koncie… Dwaj bracia przez lata nieświadomi swojego istnienia wiodą całkiem odmienne życie i spełniają swoje marzenia, aż pewnego dnia odkrywają prawdę - odtąd nic już nie będzie takie, jak wcześniej… Przed tobą błyskotliwa i pełna zwrotów akcji rodzinna saga o konsekwencjach złych wyborów, zmienności fortuny oraz trudnej miłości. Jeśli lubisz napisane z rozmachem powieści sensacyjne z wątkiem kryminalnym, osadzone na tle ważnych wydarzeń społeczno-politycznych, będziesz pod wrażeniem tej właśnie powieści J. Archera.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 537
Veröffentlichungsjahr: 2026
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
Jeffrey Archer
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Saga Egmont
Synowie Fortuny
Tłumaczenie Danuta Sękalska, Wiesław Mleczko
Tytuł oryginału Sons of Fortune
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Shutterstock
Copyright © 0, 2026 Jeffrey Archer i Saga Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788727309774
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.
Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.
www.sagaegmont.com
Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.
Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania
Alison poświęcam
GENESIS
Susan cisnęła lody Michaelowi Gartwrightowi na głowę. To było ich pierwsze spotkanie, w każdym razie tak twierdził drużba Michaela, kiedy dwadzieścia jeden lat później tych dwoje brało ślub.
W tamtym czasie oboje byli trzyletnimi brzdącami i kiedy Michael uderzył w płacz, matka Susan wybiegła z domu, żeby zobaczyć, co się stało. Susan tylko powtarzała w kółko:
– On pierwszy zaczął, i już.
Skończyło się na tym, że dostała klapsa. Marny początek romansu.
Po raz drugi spotkali się, zdaniem drużby, w szkole podstawowej. Susan z pewną siebie miną oświadczyła całej klasie, że Michael to beksa i, co gorsza, skarżypyta. Michael oznajmił kolegom, że podzieli się krakersami Grahama z każdym, kto pociągnie Susan Illingworth za kucyki. Niewielu chłopców odważyło się to zrobić drugi raz.
Pod koniec pierwszej klasy Susan i Michael otrzymali wspólną nagrodę dla najlepszych uczniów. Nauczycielka uznała, że tylko tak może zapobiec kolejnej historii z lodami. Susan powiedziała kolegom, że matka Michaela odrabia za niego lekcje, na co on się odciął, że jego wypracowania są przynajmniej pisane jego charakterem pisma.
Rywalizacja trwała przez cały okres nauki w podstawówce, a potem w szkole średniej, do chwili gdy ich drogi się rozeszły, kiedy wstąpili na różne uczelnie: Michael na Uniwersytet Stanu Connecticut, a Susan na Uniwersytet Georgetown w Waszyngtonie. Przez następne cztery lata oboje starannie się unikali. Ich drogi zeszły się znów, jak na ironię, w domu Susan, kiedy rodzice sprawili córce niespodziankę i urządzili jej przyjęcie z okazji ukończenia studiów. Najbardziej zaskakujące było nie to, że Michael przyjął zaproszenie, ale że w ogóle zjawił się na przyjęciu.
Susan początkowo nie poznała dawnego rywala, może dlatego, że sporo urósł i po raz pierwszy był od niej wyższy. Dotarło do niej, kim jest ten wysoki, przystojny mężczyzna, dopiero wtedy, gdy podając mu kieliszek wina, usłyszała:
– Tym razem przynajmniej mnie nie oblałaś.
– O Boże, okropnie się wtedy zachowałam, prawda? – powiedziała z nadzieją, że on zaprzeczy.
– Prawda. Ale chyba sobie zasłużyłem.
– Pewnie, że tak – rzuciła i ugryzła się w język.
Gawędzili jak para starych przyjaciół i Susan z zaskoczeniem stwierdziła, jak bardzo było jej nie w smak, kiedy się do nich przyłączyła koleżanka z Georgetown i zaczęła flirtować z Michaelem. Tego wieczoru więcej z sobą nie rozmawiali.
Michael zadzwonił następnego dnia i zaprosił ją do kina na Żebro Adama ze Spencerem Tracy i Katharine Hepburn. Susan widziała już ten film, ale ku swemu zdziwieniu przyjęła zaproszenie, a potem bez końca przymierzała sukienki, aż przyszedł Michael i zabrał ją na pierwszą randkę.
Film podobał się Susan, choć oglądała go drugi raz. Ciekawa była, czy Michael ją obejmie, gdy Spencer Tracy będzie całował Katharine Hepburn. Nie zrobił tego. Ale kiedy wyszli z kina i przecinali jezdnię, chwycił jej dłoń i wypuścił dopiero, gdy znaleźli się przed kafejką. To wtedy doszło do pierwszej kłótni, no, może różnicy zdań. Michael przyznał, że będzie głosował na Thomasa Deweya, natomiast Susan oświadczyła, że chce, aby Harry Truman został w Białym Domu na drugą kadencję. Kelner postawił lody przed Susan. Spojrzała na nie.
– Ani się waż! – ostrzegł ją Michael.
Susan się nie zdziwiła, gdy zadzwonił nazajutrz, choć już ponad godzinę tkwiła w pobliżu telefonu, udając, że czyta.
Tego dnia rano przy śniadaniu Michael zwierzył się matce, że zakochał się od pierwszego wejrzenia.
– Ale przecież znasz Susan od lat – zauważyła.
– Nie, mamo – odparł. – Pierwszy raz spotkałem ją wczoraj.
Rodzice obojga byli zadowoleni i nie dziwili się, kiedy rok później Susan i Michael się zaręczyli; bądź co bądź od tamtego przyjęcia widywali się prawie codziennie. Już kilka dni po ukończeniu uczelni oboje mieli pracę. Michael jako stażysta w towarzystwie ubezpieczeniowym Hartford Life, a Susan jako nauczycielka historii w szkole średniej imienia Jeffersona. Postanowili się pobrać podczas letnich wakacji.
Nie zaplanowali tylko, że Susan zajdzie w ciążę podczas miesiąca miodowego. Michael był bardzo szczęśliwy, że zostanie ojcem, a kiedy doktor Greenwood powiedział, że urodzą się im bliźnięta, poczuł się szczęśliwy podwójnie.
– To nam rozwiąże przynajmniej jeden problem – oświadczył natychmiast.
– Mianowicie? – spytała Susan.
– Jeden może być republikaninem, a drugi demokratą.
– Nie, dopóki ja mam coś do powiedzenia – oznajmiła Susan, gładząc się po brzuchu.
Susan uczyła w szkole do ósmego miesiąca ciąży, który szczęśliwym trafem zbiegł się z feriami wielkanocnymi. Zjawiła się w szpitalu z małą walizką w dwudziestym ósmym dniu dziewiątego miesiąca. Michael wyszedł wcześniej z pracy i dołączył do niej parę minut później; oznajmił żonie, że właśnie dostał awans na „kierownika obsługi klienta”.
– Go to znaczy? – spytała Susan.
– To takie wymyślne określenie na akwizytora ubezpieczeń – odpowiedział Michael. – Ale wiąże się z tym drobna podwyżka, która bardzo się przyda, skoro trzeba będzie wykarmić jeszcze dwa pyszczki.
Gdy tylko Susan zainstalowała się w swoim pokoju, doktor Greenwood zalecił, żeby w czasie porodu Michael czekał na zewnątrz, gdyż przy bliźniętach mogą wystąpić komplikacje.
Michael przemierzał długi korytarz tam i z powrotem. Ilekroć znalazł się przy wiszącym na ścianie portrecie Josiaha Prestona, zawracał. Na początku nie zatrzymywał się, by przeczytać umieszczony pod portretem życiorys fundatora szpitala, gdy jednak doktor wreszcie się wyłonił zza dwuskrzydłowych drzwi, Michael znał historię życia dobroczyńcy na pamięć.
Postać w zielonym kitlu zbliżała się ku niemu powoli, zdejmując maskę. Michael starał się poznać z wyrazu twarzy lekarza, co usłyszy. W jego zawodzie umiejętność czytania z ludzkich twarzy bardzo się przydawała, gdyż jeśli chciało się sprzedać komuś polisę ubezpieczeniową, należało odgadnąć wszelkie obawy i wątpliwości potencjalnego klienta. Ale w wypadku tej polisy na życie twarz lekarz nie zdradzała niczego. Kiedy stanęli przed sobą, Greenwood się uśmiechnął i powiedział:
– Moje gratulacje. Ma pan dwóch zdrowych synów.
Susan urodziła dwóch chłopaków. Nathaniel przyszedł na świat za dwadzieścia trzy piąta, a Peter za siedemnaście piąta. Przez następną godzinę rodzice na zmianę ich przytulali, aż w końcu doktor Greenwood powiedział, że noworodki i matka powinni teraz odpocząć.
– Karmienie dwójki dzieci będzie dość wyczerpujące. Na noc umieszczę je na oddziale intensywnej terapii – dodał. – Nie ma powodu do niepokoju, zawsze tak postępujemy z bliźniętami.
Michael towarzyszył synkom do oddziału dla noworodków, gdzie raz jeszcze kazano mu czekać na korytarzu. Dumny ojciec przyciskał nos do szyby oddzielającej korytarz od rzędu łóżeczek, wpatrując się w śpiących chłopców. Każdemu, kto przechodził, miał ochotę mówić: „Obaj są moi”. Uśmiechał się do stojącej przy nich pielęgniarki, która czuwała nad nowymi przybyszami na ten świat, przymocowując do ich maleńkich nadgarstków kartoniki z nazwiskami.
Michael stał tam bardzo długo, ale w końcu zaszedł do żony. Otworzył drzwi i przekonał się z zadowoleniem, że Susan mocno śpi. Pocałował ją delikatnie w czoło.
– Odwiedzę cię rano przed pójściem do pracy – obiecał, nie myśląc o tym, że ona go nie słyszy. Wyszedł z pokoju i skierował się ku windzie, gdzie zobaczył doktora Greenwooda, który zamienił już swój zielony kitel na sportową marynarkę i spodnie z szarej flaneli.
– Szkoda, że nie ze wszystkimi bliźniakami bywa tak łatwo – powiedział doktor do dumnego ojca, kiedy winda zatrzymała się na parterze. – Zajrzę jednak do pańskiej żony wieczorem, aby sprawdzić, jak się mają chłopcy. Nie żebym spodziewał się jakichś problemów.
– Dziękuję, panie doktorze – rzekł Michael. – Bardzo dziękuję.
Doktor Greenwood uśmiechnął się i opuściłby już szpital i pojechał do domu, gdyby nie spostrzegł eleganckiej damy, która wyłoniła się z drzwi. Przemierzył szybko hol i podszedł do Ruth Davenport.
Kiedy Michael się obejrzał, zobaczył, jak doktor przytrzymuje drzwi windy dwóm kobietom, z których jedna była w zaawansowanej ciąży. Na uśmiechniętej przed chwilą twarzy lekarza odmalowała się teraz troska. Michael mógł tylko życzyć nowej pacjentce równie łatwego porodu, jak miała Susan. Skierował się do samochodu, myśląc o tym, co teraz powinien zrobić. Szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Przede wszystkim musi zadzwonić do rodziców... teraz już dziadków.
Ruth Davenport już się pogodziła z myślą, że to ostatnia szansa. Doktor Greenwood, z powodów zawodowych, nie ująłby tego tak kategorycznie, choć po dwóch poronieniach, rok po roku, nie doradzał pacjentce ponownego zajścia w ciążę.
Natomiast Roberta Davenporta nie obowiązywała zawodowa etykieta i kiedy się dowiedział, że żona jest po raz trzeci w ciąży, zachował się w charakterystyczny dla siebie obcesowy sposób. Postawił jej po prostu ultimatum:
– Tym razem będziesz się oszczędzać – co było eufemistycznym odpowiednikiem nakazu: Nie wolno ci zrobić nic, co mogłoby zagrozić narodzinom naszego syna.
Robert Davenport założył, że jego pierworodny będzie chłopcem. Wiedział też, że będzie trudne – jeśli nie niemożliwe – nakłonienie żony, żeby się oszczędzała. W końcu jest córką Josiaha Prestona i często się mówiło, że gdyby Ruth była chłopcem, to ona, a nie jej mąż, zajmowałaby dziś stanowisko prezesa Preston Pharmaceuticals. Ale Ruth musiała się zadowolić nagrodą pocieszenia, obejmując po ojcu stanowisko szefowej funduszu powierniczego szpitala św. Patryka, którym rodzina Prestonów opiekowała się od czterech pokoleń.
Chociaż niektórych starszych członków bractwa św. Patryka trzeba było przekonywać, że Ruth Davenport ulepiona jest z tej samej gliny co ojciec, to już po kilku tygodniach musieli przyznać, że nie tylko odziedziczyła energię i impet starszego pana, ale też że przekazał on córce tę rozległą wiedzę i mądrość, którą tak często rodzice przelewają na swoje jedyne dziecko.
Ruth wyszła za mąż dopiero w trzydziestym trzecim roku życia. Na pewno nie z powodu braku kandydatów, spośród których wielu robiło wszystko, aby udowodnić swoje oddanie dziedziczce milionów. Josiah Preston nie musiał tłumaczyć córce, kim są łowcy posagów, choćby dlatego, że żaden z nich nie przypadł jej do serca. Ruth zaczęła już nawet wątpić, czy kiedyś się zakocha. Aż poznała Roberta.
Robert Davenport trafił do Preston Pharmaceuticals z firmy Roche, po drodze zaliczając Uniwersytet Johnsa Hopkinsa i Harwardzką Szkołę Biznesu, podążając, jak to określił ojciec Ruth, „szybką ścieżką” awansu. Ruth nie pamiętała, żeby starszy pan użył kiedyś tak nowoczesnego określenia. Robert objął wiceprezesurę w dwudziestym siódmym roku życia, a mając trzydzieści trzy lata, został mianowany najmłodszym w historii spółki wiceprzewodniczącym rady nadzorczej, pobijając w ten sposób rekord ustanowiony przez samego Josiaha. Tym razem Ruth rzeczywiście się zakochała. W mężczyźnie, na którym nie robiło wrażenia ani nazwisko, ani miliony Prestonów. W rzeczy samej, kiedy Ruth napomknęła, że może powinna się nazywać Preston-Davenport, Robert ją zapytał:
– To kiedy będę miał przyjemność poznać mojego rywala o podwójnym nazwisku?
Już kilka tygodni po ślubie Ruth obwieściła, że jest w ciąży, a poronienie, które nastąpiło, było niemalże jedyną skazą na ich skądinąd szczęśliwym związku, jakby przelotną chmurką na błękitnym niebie. Jedenaście miesięcy później Ruth znowu zaszła w ciążę.
Przewodniczyła akurat obradom zarządu powierniczego szpitala św. Patryka, kiedy poczuła pierwsze skurcze, tak więc wystarczyło, że wjechała windą dwa piętra wyżej, żeby doktor Greenwood mógł się nią zająć. Ale ani jego fachowa wiedza i oddanie personelu, ani najnowocześniejszy sprzęt medyczny nie zdołały uratować wcześniaka. Kenneth Greenwood przypomniał sobie, jak przed laty, jako młody lekarz, przyjął na świat Ruth i przez cały tydzień personel szpitala nie wierzył, że niemowlę przeżyje. A teraz, trzydzieści pięć lat później, ta sama rodzina przeżywa równie bolesne doświadczenie.
Doktor Greenwood postanowił porozmawiać w cztery oczy z panem Davenportem i podsunąć myśl, że należy pomyśleć o adopcji. Robert, choć niechętnie, zgodził się i obiecał, że poruszy temat z żoną, gdy uzna, że odzyskała siły.
Upłynął jeszcze cały rok, zanim Ruth zgodziła się odwiedzić instytucję pośredniczącą w adopcji dzieci. Dziwnym zbiegiem okoliczności, jakim tak często szafuje los, a jakiego powieściopisarz musi unikać jak ognia, w dniu, kiedy miała odwiedzić miejscowy dom dziecka, dowiedziała się, że ponownie jest w ciąży. Teraz Robert postanowił dopilnować, żeby żaden ludzki błąd nie przeszkodził narodzinom potomka.
Ruth posłuchała męża i zrezygnowała z funkcji szefowej funduszu powierniczego szpitala. Zgodziła się nawet na zatrudnienie pielęgniarki, która – jak się wyraził Robert – będzie mieć na nią oko. Pan Davenport przeprowadził rozmowy z kandydatkami i wybrał kilka spośród tych o odpowiednich kwalifikacjach. Ale ostateczny wybór uzależnił od tego, czy kandydatka będzie na tyle zdeterminowana, by dopilnować, żeby Ruth istotnie się oszczędzała i nie wróciła do dawnego nawyku organizowania wszystkiego wokół.
Po trzeciej rundzie rozmów kwalifikacyjnych Robert zdecydował się na panią Heather Nichol, starszą pielęgniarkę na oddziale położniczym szpitala św. Patryka. Podobało mu się trzeźwe, rzeczowe usposobienie kobiety, a także fakt, że nie była zamężna ani też nie grzeszyła urodą, która by wróżyła, że jej stan cywilny wkrótce ulegnie zmianie. Szalę na jej korzyść ostatecznie jednak przechyliło to, że pani Nichol przyjęła na świat ponad tysiąc dzieci.
Robert cieszył się, że pani Nichol szybko się aklimatyzuje w ich domu, a z upływem kolejnych miesięcy nawet on nabierał pewności, że nie spotka ich po raz trzeci ten sam los. Kiedy bez kłopotów minął piąty, szósty, a potem siódmy miesiąc, Robert poruszył nawet temat wyboru imion dla dziecka: Fletcher Andrew, jeśli będzie chłopiec, Victoria Grace, jeśli dziewczynka. Ruth miała jedno życzenie: jeśli to będzie chłopiec, wołałaby, aby miał na imię Andrew, ale najważniejsze, żeby urodzić zdrowe dziecko.
Robert brał udział w konferencji medycznej w Nowym Jorku, kiedy pani Nichol poprosiła, żeby wywołano go z seminarium, i oznajmiła mu, że zaczęły się skurcze. Zapewnił ją, że natychmiast wsiada w pociąg, a z dworca pojedzie taksówką prosto do szpitala św. Patryka.
Doktor Greenwood opuszczał budynek po przyjęciu bliźniaków państwa Cartwrightów, kiedy ujrzał Ruth Davenport wchodzącą przez drzwi wahadłowe w towarzystwie pani Nichol. Zawrócił i zdążył wejść z nimi do windy, zanim drzwi się zamknęły.
Po umieszczeniu pacjentki w separatce doktor Greenwood prędko zwołał najlepszy zespół położników, jaki można było skompletować w szpitalu. Gdyby pani Davenport była zwyczajną pacjentką, mógłby razem z panią Nichol przyjąć poród bez niczyjej pomocy. Kiedy jednak zbadał pacjentkę, zdał sobie sprawę, że jeśli dziecko Ruth ma bezpiecznie przyjść na świat, nie obejdzie się bez cesarskiego cięcia. W niemej modlitwie wzniósł oczy ku sufitowi, w pełni świadom, że to będzie jej ostatnia szansa.
Poród trwał tylko nieco ponad czterdzieści minut. Kiedy ukazała się główka dziecka, pani Nichol wydała westchnienie ulgi, ale dopiero kiedy doktor odciął pępowinę, dodała:
– Bogu niech będą dzięki.
Ruth, wciąż pod działaniem znieczulenia ogólnego, nie mogła widzieć uśmiechu ulgi na twarzy doktora Greenwooda. Szybko wyszedł z sali operacyjnej, aby oznajmić ojcu, że urodził się chłopiec.
Podczas gdy Ruth spała spokojnie, pani Nichol otrzymała polecenie przeniesienia niemowlaka o imionach Fletcher Andrew na oddział intensywnej terapii, gdzie miał spędzić pierwsze godziny życia w towarzystwie kilku innych noworodków. Umieściwszy niemowlę w maleńkim łóżeczku, wróciła do Ruth, pozostawiając dziecko pod opieką pielęgniarki, po czym usadowiła się w wygodnym fotelu w rogu pokoju i starała się nie zasnąć.
Noc ustępowała już powoli świtowi, kiedy pani Nichol nagle się ocknęła. Usłyszała głos:
– Czy mogę zobaczyć mojego synka?
– Oczywiście, proszę pani – odpowiedziała, szybko wstając z fotela. – Zaraz przyniosę małego. – Zamykając drzwi, dodała: – Za chwilę wrócę.
Ruth podciągnęła się na łóżku, poprawiła poduszkę, zapaliła lampkę nocną i czekała w miłym podnieceniu.
Na korytarzu pani Nichol spojrzała na zegarek. Było wpół do piątej. Zeszła schodami na piąte piętro i skierowała się ku sali noworodków. Otworzyła drzwi po cichu, aby nie obudzić żadnego z niemowlaków. Kiedy weszła do salki oświetlonej małą lampką jarzeniową pod sufitem, spojrzała na pełniącą nocny dyżur pielęgniarkę, która drzemała w kącie pokoju. Nie chciała zakłócać snu młodej kobiecie, gdyż prawdopodobnie był to jeden z tych rzadkich momentów, kiedy udało się jej zdrzemnąć podczas całej ośmiogodzinnej zmiany.
Pani Nichol przeszła na palcach pomiędzy dwoma rzędami łóżeczek, zatrzymując się tylko na moment, aby rzucić okiem na bliźnięta w podwójnym łóżeczku ustawionym obok Fletchera Andrew Davenporta.
Spojrzała na dziecko, któremu przez resztę życia nie będzie niczego brakowało. Kiedy pochyliła się, aby wyjąć chłopczyka z łóżeczka, zastygła. Po odebraniu tysiąca porodów położna ma dość doświadczenia, aby od razu rozpoznać śmierć. Bladość skóry i nieruchomy wzrok sprawiły, że nie musiała nawet sprawdzać tętna.
Często decyzje podjęte pod wpływem chwili, niekiedy przez innych, mogą zmienić całe nasze życie.
Kiedy doktora Greenwooda obudzono w środku nocy i powiadomiono go, że jeden z jego nowych podopiecznych umarł, dobrze wiedział, które to dziecko. Wiedział też, że musi natychmiast pojechać do szpitala.
Kenneth Greenwood zawsze chciał być lekarzem. Już po kilku tygodniach studiów medycznych wiedział, jaką obierze specjalizację. Co dzień dziękował Bogu, że pozwolił mu pójść za powołaniem. Ale od czasu do czasu, jak gdyby Wszechmogący chciał wyrównać szale, doktor musiał oznajmić matce, że straciła dziecko. Nigdy to nie było łatwe, ale powiedzieć to Ruth Davenport po raz trzeci...
O piątej rano na ulicach panował tak niewielki ruch, że doktor Greenwood już dwadzieścia minut później zaparkował swój samochód na zarezerwowanym dla niego miejscu pod szpitalem. Pchnął drzwi wahadłowe, minął recepcję i wszedł do windy, zanim ktokolwiek z personelu zdążył się do niego odezwać.
– Kto jej to powie? – zapytała pielęgniarka, która czekała już na niego przy windzie na piątym piętrze.
– Ja – odparł doktor Grenwood. – Przyjaźnię się z tą rodziną od lat.
Pielęgniarka wyglądała na zdziwioną.
– Chyba powinniśmy być wdzięczni losowi, że drugie dziecko żyje – rzekła, wyrywając go z zamyślenia.
Doktor Greenwood stanął jak wryty.
– Drugie dziecko? – zapytał.
– Tak. Nathaniel ma się doskonale. To Peter umarł.
Doktor przez chwilę nic nie mówił, usiłując się oswoić z informacją.
– A mały Davenport? – spytał niepewnym głosem.
– O ile wiem, ma się dobrze. Dlaczego pan pyta?
– Przyjąłem ten poród tuż przed pójściem do domu – powiedział, mając nadzieję, że pielęgniarka nie zauważyła wahania w jego głosie.
Doktor Greenwood przeszedł wolno pomiędzy rzędami łóżeczek, mijając noworodki śpiące zdrowym mocnym snem i inne, które wrzeszczały, jakby chciały udowodnić siłę swoich płuc. Zatrzymał się, kiedy doszedł do podwójnego łóżeczka, gdzie zaledwie parę godzin wcześniej zostawił bliźniaków. Nathaniel spokojnie spał, podczas gdy jego brat leżał bez ruchu. Doktor spojrzał ku sąsiedniemu łóżeczku, na umieszczoną u wezgłowia tabliczkę z napisem: Davenport, Fletcher Andrew. Ten chłopczyk też spał mocno, miał regularny oddech.
– Ja oczywiście nie mogłam go ruszać, dopóki lekarz, który przyjął poród...
– Nie musi mi pani przypominać, jaka jest procedura postępowania w takim wypadku – przerwał jej w nietypowy dla siebie sposób. – O której przyszła pani na dyżur? – zapytał.
– Tuż po północy.
– I od tej pory była pani cały czas przy noworodkach?
– Tak, panie doktorze.
– Czy w tym czasie ktokolwiek wchodził do sali?
– Nie, panie doktorze – odparła pielęgniarka. Postanowiła nie wspominać o tym, że mniej więcej godzinę temu wydało się jej, że słyszy, jak ktoś zamyka za sobą drzwi. W każdym razie nie powie mu o tym teraz, kiedy jest w złym nastroju. Doktor Greenwood spoglądał na podwójne łóżeczko oznakowane tabliczką: Cartwright, Nathaniel i Peter. Wiedział, jaka jest jego powinność.
– Proszę zabrać dziecko do kostnicy – powiedział cicho. – Zaraz napiszę raport, ale matkę zawiadomię dopiero rano. Nie ma sensu budzić jej o tak wczesnej porze.
– Tak, panie doktorze – przytaknęła potulnie pielęgniarka.
Lekarz opuścił salę noworodków, poszedł wolno korytarzem i zatrzymał się przed drzwiami pokoju pani Cartwright. Otworzył je bezszelestnie i ulżyło mu, gdy zobaczył, że pacjentka mocno śpi. Udał się schodami na szóste piętro i uczynił to samo, kiedy dotarł do pokoju pani Davenport. Ruth także spała. Spojrzał w przeciwległy róg pokoju, gdzie na fotelu siedziała w niewygodnej pozycji pani Nichol. Przysiągłby, że otworzyła na sekundę oczy, ale postanowił, że nie będzie jej niepokoić. Zamknął drzwi, skierował się na drugi koniec korytarza i wszedł na klatkę ze schodami pożarowymi, które prowadziły na parking. Nie chciał, aby widziały go osoby dyżurujące w recepcji. Potrzebował trochę czasu, aby pomyśleć.
Dwadzieścia minut później doktor Greenwood znalazł się z powrotem w swoim łóżku, ale nie zamierzał spać.
Oczy wciąż miał otwarte, kiedy o siódmej zadzwonił budzik. Wiedział dokładnie, co powinien zrobić w pierwszej kolejności, choć obawiał się, że następstwa jego poczynań będą odczuwane przez wiele lat.
Druga tego ranka podróż do szpitala zabrała doktorowi Greenwoodowi znacznie więcej czasu niż pierwsza, ale wcale nie z powodu nasilenia ruchu. Wzdragał się na myśl, że będzie musiał powiedzieć Ruth Davenport o śmierci jej dziecka, miał tylko nadzieję, że uda mu się to zrobić bez wywołania skandalu. Wiedział, że musi natychmiast pójść do pokoju Ruth i wyjaśnić, co się stało, bo inaczej nigdy się na to nie zdobędzie.
– Dzień dobry, panie doktorze – przywitała go pielęgniarka w recepcji, ale jej nie odpowiedział.
Kiedy wysiadł z windy na szóstym piętrze i zaczął iść korytarzem w kierunku pokoju pani Davenport, uświadomił sobie, że coraz bardziej zwalnia kroku. Zatrzymał się przed jej drzwiami, mając nadzieję, że jeszcze śpi. Kiedy je uchylił, zobaczył Roberta Davenporta siedzącego na przeciwległym skraju łóżka żony. Ruth trzymała w ramionach dziecko. Pani Nichol z nimi nie było. Robert się poderwał.
– Mój drogi – powiedział, ściskając dłoń doktora – zawsze pozostaniemy twoimi dłużnikami.
– Nie ma powodu – zaprotestował cicho doktor Greenwood.
– Ależ jest, Kenneth – odparł Robert, odwracając się do żony. – Ruth, czy powiemy mu, co postanowiliśmy?
– Oczywiście. Wtedy oboje będziemy mieli co świętować. – Pocałowała czoło dziecka.
– Ale najpierw muszę wam powiedzieć... – zaczął doktor.
– Nie ma żadnych „ale” – przerwał mu Robert – ponieważ chcę, byś się pierwszy dowiedział, że postanowiliśmy zwrócić się do rady nadzorczej Preston o sfinansowanie budowy nowego skrzydła dla oddziału położniczego. Zawsze miałeś nadzieję, że powstanie ono, zanim pójdziesz na emeryturę.
– Ale... – powtórzył doktor Greenwood.
– Umówiliśmy się już, że nie będzie żadnych „ale”. Zresztą plany są gotowe od lat – rzekł Robert, patrząc na syna – moglibyśmy więc zacząć budowę natychmiast. – Zwrócił twarz ku głównemu położnikowi szpitala. – Ale oczywiście jeśli...
Doktor Greenwood pominął milczeniem jego słowa.
Kiedy pani Nichol zobaczyła doktora Greenwooda wychodzącego z separatki pani Davenport, serce jej zamarło. Lekarz niósł dziecko w ramionach, kierując się ku windzie, która miała go zawieźć na oddział intensywnej terapii dla noworodków. Spojrzeli na siebie, mijając się na korytarzu, i chociaż doktor nie odezwał się słowem, pani Nichol nie wątpiła, że on wie o jej czynie.
Pani Nichol zdawała sobie sprawę, że jeśli ma ratować skórę, musi to zrobić teraz. Zaniósłszy dziecko z powrotem do sali noworodków, resztę nocy spędziła na fotelu w rogu pokoju pani Davenport, myśląc o tym, czy jej postępek zostanie wykryty. Kiedy doktor Greenwood tam zajrzał, starała się nie poruszyć. Nie miała pojęcia, która jest godzina, bała się spojrzeć na zegarek. Myślała, że doktor wywoła ją z pokoju, aby powiedzieć, że wszystko wie. Ale on wyszedł równie cicho, jak wszedł, toteż nie wiedziała, co się święci.
Heather Nichol szła w kierunku separatki ze wzrokiem utkwionym w drzwiach na końcu korytarza, które prowadziły na schody pożarowe. Minąwszy pokój pani Davenport, starała się nie przyśpieszać kroku. Miała jeszcze do przejścia jard albo dwa, gdy usłyszała za sobą głos, który od razu rozpoznała.
– Pani Nichol? – Stanęła jak wryta, z oczyma wciąż utkwionymi w wyjściu awaryjnym, zastanawiając się, co robić. Odwróciła się na pięcie i stanęła twarzą w twarz z panem Davenportem. – Powinniśmy chyba porozmawiać na osobności – powiedział.
Robert Davenport wszedł do niszy po drugiej stronie korytarza, zakładając, że ona podąży za nim. Pani Nichol bała się, że nogi się pod nią ugną, nim zdąży opaść na fotel naprzeciwko Davenporta. Nie potrafiła wywnioskować z wyrazu jego twarzy, czy wie, czego się dopuściła. Ale z nim zawsze tak było. Nie miał zwyczaju zdradzać swoich myśli i nie umiał tego zmienić, nawet w życiu prywatnym. Pani Nichol nie potrafiła spojrzeć mu w twarz, patrzyła więc ponad jego ramieniem, obserwując z daleka doktora Greenwooda, który akurat wysiadł z windy.
– Przypuszczam, że pani wie, o co chcę zapytać?
– Tak, proszę pana – przyznała pani Nichol, myśląc o tym, czy ktokolwiek jeszcze zechce ją zatrudnić, a nawet czy nie wyląduje w więzieniu.
Kiedy dziesięć minut później doktor Greenwood znów się pojawił na horyzoncie, pani Nichol dokładnie wiedziała, co z nią będzie i gdzie wyląduje.
– Kiedy pani to sobie przemyśli, proszę zadzwonić do mnie do biura, i jeśli odpowiedź będzie pozytywna, zasięgnę opinii swoich prawników.
– Już przemyślałam – powiedziała pani Nichol. Tym razem spojrzała panu Davenportowi prosto w oczy. – Odpowiedź brzmi „tak”. Będę szczęśliwa, mogąc pracować dla pańskiej rodziny jako niania.
Susan tuliła Nata, nie kryjąc rozpaczy. Nużyły ją pocieszenia krewnych i przyjaciół, że powinna dziękować Bogu, iż jedno z bliźniąt przeżyło. Czy oni nie rozumieją, że Peter nie żyje, że straciła syna? Michael miał nadzieję, że żona pogodzi się ze stratą, jak wyjdzie ze szpitala i wróci do domu. Ale tak się nie stało. Susan nieustannie mówiła o drugim synu i trzymała na nocnym stoliku przy łóżku fotografię obu chłopców.
Pani Nichol uważnie przyglądała się fotografii, która ukazała się w „Hartford Courant”. Z ulgą zauważyła, że chociaż obaj chłopcy odziedziczyli po ojcu kwadratową szczękę, Andrew miał jasne kręcone włosy, podczas gdy włosy Nata były proste i już zaczynały ciemnieć. Ale tak naprawdę sytuację uratował dopiero Josiah Preston, który często powtarzał, że wnuczek ma po nim nos i wysokie czoło, charakterystyczne dla rodziny Prestonów. Pani Nichol nieustannie przytaczała spostrzeżenia dziadka w obecności rozczulonych członków rodziny i przymilających się pracowników firmy, poprzedzając je słowami:
– Pan Preston często mówi, że...
Już po dwóch tygodniach od powrotu do domu ponownie powołano Ruth na stanowisko szefowej zarządu powierniczego szpitala św. Patryka i natychmiast przystąpiła do realizacji obietnicy męża o budowie nowego skrzydła dla oddziału położniczego.
Pani Nichol brała na siebie wszelkie obowiązki, nawet te najbardziej niewdzięczne, aby tylko umożliwić Ruth powrót do pozadomowych zajęć, podczas gdy sama opiekowała się Andrew. Była mu nianią, nauczycielką, stróżem i guwernantką. Jednak cały czas drżała, że prawda w końcu wyjdzie na jaw.
Pierwszy raz naprawdę się zaniepokoiła, kiedy zadzwoniła pani Cartwright z wiadomością, że wydaje przyjęcie z okazji urodzin syna, a ponieważ Andrew przyszedł na świat tego samego dnia, chciałaby, aby też był obecny.
– To bardzo miło z pani strony – odparła pani Nichol, nie tracąc zimnej krwi – ale Andrew ma własne przyjęcie urodzinowe i wielka szkoda, że Nat nie będzie mógł wziąć w nim udziału.
– No cóż, wobec tego proszę przekazać pani Davenport moje najlepsze życzenia i powiedzieć, że bardzo się cieszymy z zaproszenia na otwarcie nowego oddziału położniczego w przyszłym miesiącu. – Odwołanie tego zaproszenia nie leżało w mocy pani Nichol.
Odłożywszy słuchawkę, Susan zadała sobie pytanie, skąd niania zna imię jej syna.
Tego wieczoru, jak tylko pani Davenport wróciła do domu, pani Nichol podsunęła jej myśl, że należy wydać przyjęcie z okazji pierwszych urodzin Andrew. Ruth uznała to za świetny pomysł i cieszyła się, że wszystkie związane z tym czynności, łącznie ze sporządzeniem listy gości, może zostawić niani. Zorganizować przyjęcie urodzinowe, kiedy można zadecydować, kto powinien zostać zaproszony, a kto nie, to jedno, ale spowodować, aby pani Cartwright nie zjawiła się na otwarciu oddziału położniczego, to zupełnie inna sprawa.
Faktem jest, że to Greenwood przedstawił sobie obie panie w trakcie oprowadzania gości po nowym obiekcie. Nie mógł uwierzyć, ze nikt nie zauważył ogromnego podobieństwa pomiędzy dwoma chłopcami. Pani Nichol odwracała głowę, kiedy spoglądał w jej kierunku. Szybko nasunęła na główkę Andrew czepeczek, co go upodobniło do dziewczynki.
– Robi się zimno i nie chciałabym, żeby się zaziębił – powiedziała, zanim Ruth zdążyła się odezwać.
– Panie doktorze, czy po przejściu na emeryturę zostanie pan w Hartford? – spytała pani Cartwright.
– Nie. Chcemy z żoną przenieść się do rodzinnego domu w Ohio – odparł doktor – ale z pewnością nieraz odwiedzimy Hartford.
Heather Nichol westchnęłaby z ulgą, gdyby nie to, że doktor utkwił w niej wzrok. Ale po wiadomości, że Greenwood wyjedzie z miasta, nabrała przekonania, że tajemnica nie zostanie wykryta.
Zawsze kiedy zapraszano Andrew do udziału w imprezach, zajęciach sportowych czy paradach, pani Nichol pilnowała przede wszystkim, żeby się nie zetknął z kimś z rodziny Cartwrightów. Udawało się jej to całkiem nieźle przez wszystkie lata, kiedy kształtuje się osobowość dziecka, przy czym nie wzbudziła podejrzeń ani pani Davenport, ani jej męża.
Poranna poczta przyniosła dwa listy i pani Nichol wreszcie mogła odetchnąć z ulgą. Pierwszy, zaadresowany do ojca Andrew, informował, że chłopiec został przyjęty do Hotchkissa, najstarszej szkoły prywatnej w Connecticut. Drugi list, nadany w Ohio, otworzyła Ruth.
– Smutna wiadomość – powiedziała, czytając zapisaną ręcznie kartkę. – To był naprawdę wspaniały człowiek.
– Kto? – spytał Robert, spoglądając na nią znad „New England Journal of Medicine”.
– Doktor Greenwood. Jego żona pisze, że zmarł w ubiegły piątek w wieku siedemdziesięciu czterech lat.
– Tak. Był wspaniałym człowiekiem – powtórzył Robert. – Może powinnaś pojechać na pogrzeb?
– Oczywiście – zgodziła się z nim Ruth. – I być może Heather zechce mi towarzyszyć – dodała. – W końcu kiedyś razem pracowali.
– Ależ tak – powiedziała pani Nichol, mając nadzieję, że wygląda na stosownie przygnębioną.
Susan, zmartwiona, przeczytała list jeszcze raz. Nigdy nie zapomni, jak bardzo osobiście doktor Greenwood przyjął śmierć Petera, prawie jakby czuł się za nią odpowiedzialny. Może powinna pojechać na pogrzeb? Miała się właśnie podzielić wiadomością o śmierci doktora z Michaelem, kiedy ten nagle podskoczył z okrzykiem.
– Brawo, Nat!
– O co chodzi? – zapytała Susan, zaskoczona niezwykłym u męża wybuchem radości.
– Nat dostał stypendium u Tafta – odpowiedział, wymachując listem.
Susan nie podzielała entuzjazmu męża. Nie cieszyło jej, że w tak młodym wieku Nat opuści dom i zamieszka w internacie z dziećmi, których rodzice należą do innego świata. Jak czternastoletni chłopiec może zrozumieć, że rodziców nie stać na wiele rzeczy, które jego szkolni koledzy uważają za oczywiste. Zawsze była zdania, że Nat powinien pójść wzorem ojca do szkoły średniej imienia Jeffersona. Skoro ona mogła w niej uczyć, to dlaczego jej syn nie mógłby być tam uczniem?
Nat siedział na łóżku i któryś raz czytał ulubioną książkę, kiedy usłyszał okrzyk ojca. Doszedł akurat do rozdziału, w którym wieloryb miał znów się wymknąć prześladowcom. Niechętnie zeskoczył z łóżka i wychylił głowę za drzwi, żeby się przekonać, co jest powodem poruszenia. Rodzice ostro się spierali – nigdy się nie kłócili, mimo słynnego incydentu z lodami – na temat tego, do jakiej powinien pójść szkoły. Nat uchwycił sens słów w połowie zdania:
– ...życiowa szansa – mówił ojciec. – Nat zaprzyjaźni się tam z dziećmi, które kiedyś zostaną przywódcami w wielu dziedzinach i wywrą wpływ na całe jego życie.
– A może byłoby lepiej, gdyby poszedł do Jeffersona i kolegował się z dziećmi, którym to on będzie przewodził i na których życie wywrze wpływ?
– Ale Nat dostał stypendium, więc nie musimy płacić ani centa.
– Nie zapłacilibyśmy też, gdyby poszedł do Jeffersona.
– Ale musimy myśleć o jego przyszłości. Jeśli pójdzie do Tafta, ma szanse dostać się do Harvardu albo Yale...
– Przecież z Jeffersona wyszło kilku uczniów, którzy ukończyli obie te uczelnie.
– Gdybym miał się ubezpieczyć na ewentualność, że któraś z tych dwóch szkół nie zapewni mu...
– Gotowa jestem zaryzykować.
– Ale ja nie – powiedział Michael – i codziennie staram się takiego ryzyka unikać.
Nat przysłuchiwał się z uwagą dyskusji rodziców, którzy ani razu nie podnieśli głosu ani nie stracili panowania nad sobą.
– Wolałabym, żeby mój syn ukończył studia jako egalitarysta, nie patrycjusz – odparowała matka z pasją.
– A dlaczego nie mógłby być jednym i drugim? – spytał Michael.
Nat dał nura do swojego pokoju, nie czekając, co odpowie matka.
Nauczyła go sprawdzania w słowniku każdego słowa, którego wcześniej nie słyszał; w końcu człowiek, który stworzył największe dzieło leksykograficzne na świecie, pochodził z Connecticut. Po sprawdzeniu obydwu wyrazów w słowniku Webstera Nat doszedł do wniosku, że matka jest większą egalitarystką niż ojciec, ale też że żadne z nich nie jest patrycjuszem. Sam nie był pewien, czy chciałby nim być.
Kiedy doczytał rozdział do końca, ponownie wynurzył się ze swojego pokoju. Atmosfera wydawała się spokojniejsza, postanowił więc zejść do rodziców.
– Może powinniśmy pozwolić Natowi zdecydować – powiedziała matka.
– Ja już zdecydowałem – oświadczył chłopiec, siadając między rodzicami. – W końcu uczyliście mnie, że zanim podejmie się decyzję, należy wysłuchać obu stron.
Oboje oniemieli, widząc, jak Nat beztrosko zabiera się do czytania wieczornej gazety. Zdali sobie sprawę, że musiał słyszeć ich rozmowę.
– Więc jaka jest twoja decyzja? – zagadnęła cicho matka.
– Wolę iść do Tafta niż do Jeffersona – rzekł Nat bez wahania.
– A czy moglibyśmy wiedzieć, co cię skłoniło do tego wyboru? – zapytał ojciec.
Nat, świadom tego, że ma władzę nad widownią, nie śpieszył się z odpowiedzią.
– Moby Dick – oznajmił w końcu, zabierając się do lektury strony sportowej.
Czekał, które z rodziców pierwsze powtórzy jego słowa.
– Moby Dick? – zdziwili się jednocześnie.
– Tak. W końcu wszyscy dobrzy ludzie w Connecticut mieli tego potężnego wieloryba za patrycjusza morza.
– Chłopak z Hotchkissa w każdym calu – powiedziała Heather Nichol, sprawdzając wygląd Andrew w lustrze wiszącym w holu. Biała koszula, niebieski blezer i jasnobrązowe sztruksowe spodnie. Pani Nichol poprawiła chłopcu krawat w niebiesko-białe paski, strzepnęła pyłek z jego koszuli. – W każdym calu – powtórzyła. Ale ja mam tylko pięć stóp i trzy cale, chciał powiedzieć, kiedy ojciec dołączył do nich w holu. Andrew spojrzał na zegarek, prezent od dziadka ze strony matki – człowieka, który nadal wyrzucał ludzi z pracy za spóźnienie.
– Włożyłem walizki do auta – powiedział ojciec, dotykając ramienia syna. Andrew wzdrygnął się na te słowa. Ta obojętnie rzucona informacja przypomniała mu, że oto naprawdę opuszcza dom rodzinny. – Do Święta Dziękczynienia tylko trzy miesiące – dodał ojciec.
Ale trzy miesiące to czwarta część roku, spory procent życia człowieka, który ma tylko czternaście lat, miał ochotę zwrócić mu uwagę syn.
Andrew wyszedł frontowymi drzwiami na wysypany żwirem dziedziniec z postanowieniem, że się nie odwróci, aby spojrzeć na dom, który tak kochał i którego nie ujrzy wcześniej niż za kilka miesięcy. Potem, jak ze starym przyjacielem, wymienił uścisk dłoni z panią Nichol i powiedział, że chętnie znów ją zobaczy w Święto Dziękczynienia. Nie był pewien, ale odniósł wrażenie, że płakała. Odwrócił wzrok i zanim wskoczył do samochodu, pomachał jeszcze gospodyni i kucharce.
Kiedy jechali ulicami Farmington, patrzył na dobrze mu znane budynki, które do tej chwili uważał za centrum świata.
– Pamiętaj, pisz do domu co tydzień – prosiła matka.
Zignorował tę zbyteczną uwagę, zwłaszcza że przez cały miniony miesiąc pani Nichol nakazywała mu to przynajmniej dwa razy dziennie.
– A gdyby ci zabrakło pieniędzy, po prostu zadzwoń – dodał ojciec.
Jeszcze jedna osoba, która nie czytała regulaminu szkoły. Andrew darował sobie wyjaśnienie, że pierwszoroczni w Hotchkiss mogą dostawać tylko dziesięć dolarów na cały okres szkolny. Wyraźnie było to napisane na stronie siódmej i podkreślone na czerwono ręką pani Nichol.
W czasie krótkiej jazdy na stację kolejową nikt się już nie odezwał, każde z nich było przejęte. Ojciec zatrzymał samochód przed dworcem i wysiadł. Andrew siedział dalej, nie mając ochoty opuszczać bezpiecznego schronienia. Dopiero kiedy matka otworzyła drzwi po jego stronie, wysiadł szybko, postanawiając, że nie da po sobie poznać, jak bardzo jest zdenerwowany. Matka chciała go wziąć za rękę, ale szybko pobiegł na tył samochodu, aby pomóc ojcu przy walizkach.
Zjawił się bagażowy, popychając przed sobą wózek. Kiedy walizki zostały już załadowane, poprowadził ich na peron i zatrzymał się przed wagonem z numerem ósmym. Podczas gdy wnoszono rzeczy do środka, Andrew podszedł do ojca, żeby się z nim pożegnać. Wymógł wcześniej na rodzicach, że tylko jedno z nich pojedzie z nim koleją do Lakeville, a ponieważ ojciec był absolwentem Tafta, oczywistym wyborem wydała się matka. Andrew już żałował tej decyzji.
– Szczęśliwej podróży – rzekł ojciec, ściskając rękę syna. Jakie głupie rzeczy mówią rodzice na stacjach, pomyślał Andrew; czyż nie jest ważniejsze, aby się pilnie uczył, kiedy już tam dojedzie? – I nie zapomnij pisać.
Andrew wsiadł z matką do wagonu, a kiedy pociąg ruszył ze stacji, nie spojrzał nawet na ojca, bo miał nadzieję, że dzięki temu wyda się bardziej dorosły.
– Masz ochotę na śniadanie? – spytała matka, kiedy bagażowy układał jego walizki na półce.
– Tak – odparł chłopiec i po raz pierwszy tego ranka poweselał.
Kelner w liberii wskazał im stolik w wagonie restauracyjnym. Andrew studiował kartę, ciekaw, czy matka pozwoli mu zamówić pełne śniadanie.
– Wybierz, co chcesz – powiedziała, jakby czytała w jego myślach.
Kiedy wrócił do nich kelner, Andrew się uśmiechnął.
– Podwójne smażone ziemniaki z cebulą, dwa jajka sadzone na bekonie i grzanki. – Pominął tylko pieczarki, gdyż nie chciał, aby kelner pomyślał, że matka w domu go głodzi.
– A dla pani? – kelner zwrócił się do pani Davenport.
– Proszę kawę i tosty, to wszystko.
– Pierwszy dzień szkoły? – spytał kelner.
Pani Davenport uśmiechnęła się i skinęła głową.
Skąd on wie? – zastanawiał się Andrew.
Nerwowo pałaszował śniadanie, niepewny, czy tego dnia dostanie jeszcze coś do jedzenia. W informatorze nie było nic na temat posiłków, a dziadek mówił, że kiedy on był w Hotchkissie, dostawali jeść tylko raz dziennie. Matka przypomniała mu, że kiedy je, powinien trzymać nóż i widelec nisko.
– Widelce i noże to nie samoloty i nie powinny pozostawać w powietrzu dłużej niż trzeba – przypominała.
Nie mógł wiedzieć, że matka jest równie podenerwowana jak on.
Kiedy tylko jakiś inny chłopiec ubrany w taki sam elegancki mundurek przechodził obok ich stolika, Andrew odwracał głowę do okna, mając nadzieję, że nie zostanie zauważony, bo mundur żadnego z nich nie wyglądał na równie nowy jak jego. Matka kończyła trzecią filiżankę kawy, kiedy pociąg wtoczył się na stację.
– Jesteśmy na miejscu – oznajmiła zupełnie niepotrzebnie.
Andrew siedział, wpatrując się w tablicę z nazwą Lakeville, a tymczasem kilku chłopców już wyskoczyło z pociągu.
– Cześć! Jak było na wakacjach? – rozlegało się wokół. – Fajnie, że się znowu widzimy. – Wszyscy wymieniali uściski ręki. Andrew spojrzał na matkę siedzącą naprzeciwko i pomyślał, że byłoby najlepiej, gdyby nagle zniknęła w obłokach dymu. Jej obecność potwierdzała tylko, że to jego pierwszy dzień w szkole.
Dwóch wysokich chłopców w dwurzędowych niebieskich blezerach i szarych spodniach kierowało pierwszorocznych do czekającego autobusu. Andrew modlił się, aby rodziców tam nie wpuszczano, bo inaczej wszyscy się dowiedzą, że jest nowym uczniem.
– Nazwisko? – zapytał jeden z młodych ludzi w błękitnym blezerze, gdy Andrew wysiadł z wagonu.
– Davenport, proszę pana – powiedział Andrew, spoglądając w górę. Czy on też będzie kiedyś taki wysoki?
Młody człowiek uśmiechnął się trochę kpiąco.
– Nie mów do mnie „proszę pana”. Nie jestem nauczycielem, tylko porządkowym. – Andrew opuścił głowę. Ledwie się odezwał, a już zrobił z siebie głupka. – Czy twój bagaż jest już w autobusie, Fletcher?
Fletcher? Andrew się zdziwił. Ależ oczywiście: Fletcher Andrew Davenport. Nie poprawił wysokiego, młodego człowieka w obawie, że znów się zbłaźni.
– Tak – odparł.
Młody bóg zwrócił się teraz ku jego matce.
– Dziękuję pani – powiedział, sprawdzając listę. – Mam nadzieję, że podróż powrotna do Farmington upłynie pani miło. Proszę się nie martwić o Fletchera – dodał uprzejmie.
Andrew wyciągnął przed siebie rękę obronnym gestem, gdyż nie chciał, żeby matka go przytuliła. Szkoda, że matki nie umieją czytać w myślach dzieci. Wzdrygnął się, kiedy go objęła. Ale czy mógł wiedzieć, co ona sama w tej chwili przeżywa? Kiedy w końcu go puściła, włączył się w strumień uczniów, którzy wskakiwali do czekającego autobusu. Zauważył chłopca, jeszcze niższego niż on, siedzącego samotnie i wyglądającego przez okno. Szybko zajął miejsce obok niego.
– Mam na imię Fletcher – powiedział, powracając do imienia, które nadał mu młody bóg. – A ty?
– James – odrzekł chłopiec. – Ale koledzy mówią na mnie Jimmy.
– Jesteś nowy? – spytał Fletcher.
– Tak – przyznał Jimmy cicho, wciąż patrząc w okno.
– Ja też – powiedział Fletcher.
Jimmy wyjął z kieszeni chusteczkę i udał, że wyciera nos, dopiero wtedy odwrócił się ku swojemu nowemu towarzyszowi.
– Skąd jesteś – spytał.
– Z Farmington.
– Gdzie to jest?
– Niedaleko West Hartford.
– Mój tata pracuje w Hartford – oznajmił Jimmy. – W administracji państwowej. A co robi twój?
– Sprzedaje lekarstwa – powiedział Fletcher.
– Lubisz futbol? – spytał Jimmy.
– Tak – odparł Fletcher, ale tylko dlatego, że wiedział, iż drużyna Hotchkissa od czterech lat nie przegrała żadnego meczu. Również ten fakt pani Nichol podkreśliła w szkolnym informatorze.
Dalsza rozmowa składała się z niezwiązanych ze sobą pytań, na które druga strona rzadko znała odpowiedź. Był to dziwny początek znajomości, która miała się przerodzić w przyjaźń na całe życie.
– Leży idealnie – powiedział ojciec, sprawdzając mundurek chłopca w lustrze wiszącym w holu. Michael Cartwright poprawił błękitny krawat syna i zdjął włos z jego marynarki. – Idealnie.
Aż pięć dolarów za parę sztruksowych spodni, nie mógł się nadziwić Nathaniel, mimo że ojciec orzekł, iż są warte każdego wydanego centa.
– Pośpiesz się, Susan, bo się spóźnimy – zawołał Michael, spoglądając w górę schodów. Ale zdążył umieścić walizkę w bagażniku, nim Susan wreszcie się pojawiła, aby życzyć synowi powodzenia w pierwszym dniu w szkole. Uścisnęła mocno Nathaniela, który się cieszył, że nie widzi tego jakiś inny uczeń z Tafta. Liczył, że matka się pogodziła z tym, że nie wybrał szkoły Jeffersona, bo sam zaczął się zastanawiać, czy słusznie postąpił. W końcu, gdyby poszedł do Jeffersona, mógłby co wieczór wracać do domu.
Nathaniel zajął miejsce obok ojca na przednim siedzeniu samochodu i spojrzał na zegar na desce rozdzielczej. Była prawie siódma.
– Jedźmy już, tato – powiedział. Okropnie się bał, że się spóźni pierwszego dnia do szkoły i zwróci na siebie nieprzychylną uwagę.
Kiedy znaleźli się na autostradzie, ojciec zjechał na lewy pas i przyśpieszył do sześćdziesięciu pięciu mil na godzinę, pięć mil ponad dopuszczalną szybkość, gdyż sądził, że jest mało prawdopodobne, by policja go zatrzymała o tak wczesnej porze. Chociaż Nathaniel był już w szkole na rozmowie kwalifikacyjnej, to jednak poczuł ukłucie lęku, kiedy ich stary studebaker wjechał w ogromną żelazną bramę i potoczył się dalej długą na milę drogą dojazdową prowadzącą do zabudowań szkoły. Nat z ulgą zauważył, że jadą za nimi dwa albo trzy inne auta, choć wątpił, że wiozą nowicjuszy. Podążając w ślad za strumieniem cadillaców i buicków, ojciec wjechał na parking, nie bardzo wiedząc, gdzie zatrzymać samochód; on też był tu nowy. Nathaniel wyskoczył z samochodu, zanim ojciec zaciągnął hamulec ręczny. Ale zaraz się zawahał. Czy ma pójść za chmarą chłopców zmierzających w kierunku auli, czy też nowicjusze powinni udać się gdzieś indziej?
Michael bez wahania przyłączył się do tłumu i zatrzymał dopiero wtedy, gdy wysoki, pewny siebie młody człowiek, który trzymał kartkę na sztywnej podkładce, spojrzał z góry na Nathaniela i zapytał:
– Jesteś pierwszoklasistą?
Nathaniel się nie odezwał, toteż wyręczył go ojciec.
– Tak – odparł.
– Nazwisko? – spytał młodzieniec, nie podnosząc wzroku.
– Cartwright, proszę pana – powiedział Nathaniel.
– A taak, grupa niższa średnia. Zostałeś przydzielony do pana Haskinsa, więc musisz być zdolny. Wszyscy bystrzy chłopcy zawsze zaczynają od pana Haskinsa. – Nathaniel spuścił głowę, a ojciec się uśmiechnął. – Jak wejdziesz do auli – rzekł młody człowiek – usiądź, gdzie chcesz, w jednym z trzech pierwszych rzędów po lewej stronie. Kiedy zegar wybije dziewiątą, zamknij buzię i nie odzywaj się, dopóki dyrektor i nauczyciele nie opuszczą auli.
– A co mam robić potem? – spytał Nathaniel, starając się ukryć, że cały drży z przejęcia.
– Poinformuje cię o tym wychowawca – powiedział młodzieniec, który zwrócił się następnie do ojca nowego ucznia: – Nat doskonale sobie poradzi, proszę pana. Życzę panu przyjemnej drogi powrotnej.
W tym momencie Nathaniel postanowił, że odtąd każe mówić do siebie Nat, choć zdawał sobie sprawę, że matka nie będzie z tego zadowolona.
Znalazłszy się w auli, Nat spuścił głowę i ruszył szybko długim przejściem, pragnąc, żeby nikt go nie widział. Dostrzegł wolne miejsce na końcu drugiego rzędu i wśliznął się tam. Spojrzał na chłopca siedzącego z lewej strony, z głową ukrytą w dłoniach. Modli się, a może jest jeszcze bardziej przerażony niż on sam.
– Jestem Nat – zaryzykował.
– A ja Tom – powiedział chłopiec, nie podnosząc głowy.
– Co będzie dalej?
– Sam chciałbym wiedzieć – odrzekł Tom, kiedy zegar wybił dziewięć uderzeń i wszyscy umilkli.
Łańcuch nauczycieli posuwał się przejściem – ani jednej kobiety, zauważył Nat. Mamie by się to nie spodobało. Weszli na podium i usiedli na swoich miejscach, pozostawiając dwa wolne. Zaczęli cicho rozmawiać między sobą, podczas gdy reszta zgromadzonych w auli milczała.
– Na co czekamy? – szepnął Nat.
Wkrótce otrzymał odpowiedź, gdy wszyscy powstali, łącznie z osobami na podium. Nat nie śmiał się obejrzeć, gdy usłyszał kroki dwóch mężczyzn. Chwilę później kapelan szkoły i podążający za nim dyrektor przeszli obok niego, zmierzając ku dwóm wolnym miejscom na podium. Wszyscy nadal stali, podczas gdy kapelan wystąpił nieco do przodu, aby odprawić modły, w tym Ojcze nasz, i zaintonować Bojowy hymn Republiki.
Kapelan wrócił na swoje miejsce, ustępując pola dyrektorowi szkoły. Alexander Inglefield przez chwilę milczał, po czym spojrzał na zgromadzonych uczniów. Następnie podniósł ręce, z dłońmi skierowanymi w dół, potem opuścił je i wszyscy z powrotem usiedli. Oczy trzystu osiemdziesięciu uczniów wpatrywały się w wysokiego mężczyznę o grubych, krzaczastych brwiach i kwadratowej szczęce, budzącego tak wielki lęk, że Nat prosił Boga, żeby nigdy się z nim nie zetknąć.
Dyrektor ujął poły czarnej togi i wygłosił piętnastominutową mowę. Najpierw zapoznał podopiecznych z długą historią szkoły, wychwalając jej minione osiągnięcia na polu edukacyjnym i sportowym. Spojrzał w dół na pierwszorocznych i przypomniał im dewizę szkoły: Non ut sibi ministretur sed ut ministret.
– Co to znaczy? – zapytał szeptem Tom.
– Nie sobie służyć, lecz innym.
Dyrektor na zakończenie przemowy oświadczył, że są dwa wydarzenia, jakich uczeń Tafta nigdy nie może opuścić – egzamin i mecz przeciwko drużynie Hotchkissa – i aby nie było wątpliwości, co uważa za ważniejsze, obiecał pół dnia wolnego, jeśli drużyna Tafta pokona Hotchkissa w dorocznym meczu futbolowym. Te słowa zebrani przyjęli gorącym aplauzem, choć każdy chłopiec poza siedzącymi w trzech pierwszych rzędach dobrze wiedział, że nie udało się to od czterech lat.
Kiedy okrzyki entuzjazmu ucichły, dyrektor, a za nim kapelan i reszta nauczycieli opuścili podium. Po ich wyjściu zapanował gwar. Uczniowie starszych klas zaczęli opuszczać aulę i tylko chłopcy w pierwszych trzech rzędach pozostali na miejscach, ponieważ nie wiedzieli, dokąd mają iść.
Dziewięćdziesięciu pięciu uczniów czekało, co nastąpi. Nie upłynęło dużo czasu, gdy jakiś starszawy nauczyciel – miał dopiero pięćdziesiąt jeden lat, ale zdaniem Nata wyglądał na o wiele starszego niż jego ojciec – stanął przed nimi. Był niewysoki, krępy, z wianuszkiem siwych włosów na łysej czaszce. Gdy mówił, trzymał się za klapy tweedowej marynarki, naśladując postawę dyrektora szkoły.
– Nazywam się Haskins – przedstawił się. – Jestem wychowawcą oddziału niższego średniego – dodał z cierpkim uśmiechem. – Zaczniemy od wprowadzenia dla nowych uczniów, co potrwa do pierwszej przerwy o dziesiątej trzydzieści. O jedenastej udacie się na zajęcia do klas, do których zostaliście przydzieleni. Pierwsza lekcja to historia Stanów Zjednoczonych. – Nathaniel się skrzywił, gdyż historia nie należała do jego ulubionych przedmiotów. – Następnie lunch. Nie liczcie na frykasy – powiedział pan Haskins z tym samym uśmieszkiem. Kilku chłopców się roześmiało. – Ale w końcu to także należy do tradycji Tafta – zapewnił ich pan Haskins – o czym ci z was, którzy poszli w ślady swoich ojców, z pewnością zostali uprzedzeni. – Na twarzach paru chłopców, w tym Toma, pojawił się uśmiech.
Kiedy rozpoczęli obchód szkoły, który pan Haskins nazwał wycieczką za dwa centy, Nat trzymał się cały czas Toma, który zdawał się zawsze wiedzieć, co za chwilę powie nauczyciel. Okazało się, że nie tylko ojciec, ale i dziadek Toma byli wychowankami Tafta.
Nim obchód szkoły dobiegł końca i zobaczyli już wszystko – od jeziora po szkolny szpitalik, Nathaniel i Tom byli dobrymi przyjaciółmi. Kiedy dwadzieścia minut później weszli do klasy, automatycznie usiedli obok siebie.
Z wybiciem godziny jedenastej wkroczył pan Haskins. Tuż za nim wszedł chłopiec. Wyglądał na pewnego siebie, nawet hardego, co sprawiło, że wszyscy na niego patrzyli. Wzrok nauczyciela również podążył za nowym uczniem, który wśliznął się na ostatnie wolne miejsce.
– Jak się nazywasz?
– Ralph Elliot.
– To twoje ostatnie spóźnienie na moją lekcję, dopóki będziesz w tej szkole – powiedział Haskins. Zamilkł na chwilę. – Czy wyraziłem się dość jasno?
– Bez wątpienia... – Elliot zawahał się, nim dodał: – ...proszę pana.
Pan Haskins skierował teraz wzrok na resztę klasy.
– Nasza pierwsza lekcja, jak was uprzedziłem, poświęcona będzie historii Ameryki, co wydaje się słuszne, ponieważ szkołę tę założył brat jednego z naszych byłych prezydentów. – Zważywszy na fakt, że portret Williama H. Tafta wisiał w głównym holu, a na dziedzińcu stał posąg jego brata, nawet najmniej bystry uczeń musiał już na to wpaść.
– Kto był pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych? – zapytał pan Haskins.
Podniosły się wszystkie ręce. Nauczyciel skinął głową w kierunku chłopca w pierwszym rzędzie.
– Jerzy Waszyngton.
– A drugim? – spytał Haskins.
Uniosło się mniej rąk i tym razem do odpowiedzi wybrany został Tom.
– John Adams.
– Zgadza się. A trzecim?
Tylko dwie ręce, Nata i chłopca, który się spóźnił, pozostały w górze. Haskins wskazał na Nata.
– Thomas Jefferson, rok tysiąc osiemsetny do tysiąc osiemset ósmego.
Pan Haskins potaknął, przyznając, że również daty podane przez chłopca są poprawne.
– A czwartym?
– James Madison, tysiąc osiemset dziewiąty do tysiąc osiemset siedemnastego – powiedział Elliot.
– A piątym, Cartwright?
– James Monroe, tysiąc osiemset siedemnasty do dwudziestego piątego.
– Szóstym, Elliot?
– John Quincy Adams, tysiąc osiemset dwudziesty piąty do dwudziestego dziewiątego.
– Siódmym, Cartwright?
Nat wytężał pamięć.
– Nie mogę sobie przypomnieć, panie profesorze.
– Nie pamiętasz czy po prostu nie wiesz? – Haskins zrobił pauzę. – To istotna różnica – dodał, po czym zwrócił się do Elliota.
– Chyba William Henry Harrison, panie profesorze.
– Nie. On był dziewiątym prezydentem, wybranym w tysiąc osiemset czterdziestym roku, ale ponieważ zmarł na zapalenie płuc już miesiąc po zaprzysiężeniu, nie poświęcimy mu dużo czasu – rzekł Haskins. – Jutro każdy z was ma wiedzieć, kto był siódmym prezydentem. A teraz przejdziemy do tematu: twórcy amerykańskiej konstytucji. Wolno robić notatki, ponieważ na następną lekcję napiszecie trzystronicowe wypracowanie na ten temat.
Nim lekcja dobiegła końca, Nat zapisał całe trzy kartki, podczas gdy Tom zaledwie jedną. Kiedy wychodzili z klasy, Elliot przecisnął się koło nich bezceremonialnie.
– Zapowiada się na groźnego rywala – zauważył Tom.
Nat się nie odezwał.
Skąd mógł wiedzieć, że on i Ralph Elliot zostaną przeciwnikami na całe życie?
Rozgrywany każdego roku mecz pomiędzy szkołami Hotchkissa i Tafta był najważniejszym wydarzeniem sezonu sportowego pierwszego półrocza. Ponieważ żadna z drużyn nie przegrała w tym czasie ani jednego meczu, gdy tylko skończyły się egzaminy na koniec okresu szkolnego, a wśród zapalonych sportowców na długo przedtem, nim się zaczęły, nie mówiło się o niczym innym.
Fletcherowi udzieliło się powszechne podniecenie i w swoim cotygodniowym liście do matki wymienił z nazwiska wszystkich zawodników, choć zdawał sobie sprawę, że nic jej one nie powiedzą.
Mecz miał być rozegrany w ostatnią sobotę października, a po końcowym gwizdku wszystkim uczniom internatu obiecano zwolnienie z zajęć na resztę weekendu i dodatkowy wolny dzień w razie wygranej.
W poniedziałek przed meczem klasa Fletchera zdawała pierwszy z egzaminów okresowych, lecz wcześniej dyrektor ogłosił na porannym apelu, że „życie to ciąg prób i egzaminów, toteż zdajemy je u Hotchkissa co kilka miesięcy”.
We wtorek wieczorem Fletcher zadzwonił do matki i powiedział jej, że uważa, iż poszło mu dobrze.
W środę zwierzył się Jimmy’emu, że nie jest tego pewien.
W czwartek sprawdził to, co pominął, i zastanawiał się, czy zdał chociaż na dostateczny.
W piątek rano wyniki egzaminów zostały wywieszone na szkolnej tablicy informacyjnej, a na pierwszym miejscu listy widniało nazwisko Davenport. Chłopiec pobiegł natychmiast do najbliższego telefonu i zadzwonił do matki. Ruth nie kryła radości, słysząc tę nowinę, ale nie zdradziła synowi, że wcale nie jest zaskoczona.
– Powinieneś to jakoś uczcić – powiedziała.
Fletcher chętnie by to zrobił, ale gdy zobaczył, kto jest ostatni w klasie, uznał, że mu nie wypada.
Na ogólnym apelu w sobotni ranek kapelan odprawił modły w intencji „naszej niezwyciężonej drużyny futbolowej, która gra wyłącznie dla chwały Bożej”. Powierzono więc Bogu wszystkich graczy, prosząc, aby Duch Święty każdego z nich obdarzył łaską. Dyrektor szkoły nie miał wątpliwości, któremu zespołowi Bóg będzie kibicować w sobotnie popołudnie.
U Hotchkissa o wszystkim decydowało starszeństwo, nawet o miejscu ucznia na odkrytej trybunie. W pierwszym okresie szkolnym pierwszoklasistom przydzielono miejsca na drugim końcu boiska, tak więc obaj przyjaciele siedzieli w każdą sobotę w prawym rogu trybuny i patrzyli, jak ich bohaterowie kontynuują serię nieprzerwanych zwycięstw, pamiętali jednak cały czas, że podobny rekord mają na koncie zawodnicy Tafta.
Ponieważ mecz z drużyną Tafta wypadł w weekend, kiedy uczniowie rozjeżdżają się do domów, rodzice Jimmy’ego zaprosili Fletchera na piknik przed rozpoczęciem meczu, z bufetem na pokrywie bagażnika. Fletcher nie pochwalił się zaproszeniem żadnemu z kolegów, bo nie chciał wzbudzić ich zazdrości. Nie dość, że jest prymusem, to jeszcze dawny wychowanek szkoły zaproponował mu najlepsze miejsca na wprost linii środkowej.
– Jaki jest twój tato? – spytał Jimmy, kiedy w noc poprzedzającą mecz zgaszono światło w sypialni chłopców.
– Wspaniały – powiedział Fletcher – ale wiedz, że jest wychowankiem Tafta i republikaninem. A twój? Nigdy jeszcze nie spotkałem senatora.
– Jest politykiem z krwi i kości, a w każdym razie tak piszą o nim gazety – odparł Jimmy. – Choć nie bardzo wiem, co to znaczy.
Rankiem w dniu meczu żaden uczeń nie mógł się skupić na lekcji chemii, mimo zapału pana Baileya, żeby zademonstrować oddziaływanie kwasu na cynk, zwłaszcza że Jimmy zakręcił główny zawór gazu i nauczycielowi nie udało się nawet zapalić palników Bunsena.
O dwunastej, na dźwięk dzwonka, na dziedziniec szkoły wybiegło trzystu osiemdziesięciu wrzeszczących chłopców. Przypominali gotujące się do wojny dzikie plemię, wykrzykujące:
– Hotchkiss, Hotchkiss, Hotchkiss zwycięży, śmierć Tafciarzom!
Fletcher popędził na miejsce zbiórki, żeby się tam spotkać z rodzicami. Samochody prywatne i taksówki napływały strumieniem, okalając jezioro. Fletcher wypatrywał auta rodziców.
– Jak się masz, Andrew, dziecinko? – zapytała matka, gdy tylko wysiadła z samochodu.
– Fletcher, mamo, tutaj jestem Fletcher – wyszeptał, mając nadzieję, że żaden z kolegów nie usłyszał „dziecinki”. Wymienił uścisk dłoni z ojcem i powiedział: – Musimy zaraz iść na stadion, zostaliśmy zaproszeni przez senatora Gatesa i jego żonę na „lunch z bagażnika”.
Ojciec Fletchera zmarszczył brwi.
– Jeśli dobrze pamiętam, senator Gates jest demokratą – rzekł z udawaną pogardą.
– I byłym kapitanem drużyny futbolowej Hotchkissa – dodał Fletcher. – Jego syn chodzi do tej samej klasy co ja i jest moim najlepszym przyjacielem, dlatego dobrze by było, gdyby mama usiadła koło senatora, a ty, tato, jeśli chcesz, możesz usiąść po przeciwnej stronie boiska z kibicami Tafta.
– Nie. Myślę, że jakoś ścierpię obecność senatora. Miło będzie siedzieć obok niego, kiedy Taft zdobędzie zwycięskie przyłożenie.
Był pogodny jesienny dzień i cała trójka skierowała się ku boisku, stąpając po kobiercu ze złotych liści. Ruth próbowała wziąć syna za rękę, ale Fletcher trzymał się od niej daleko. Zanim jeszcze dotarli do boiska, usłyszeli z daleka okrzyki tłumu podnieconego zbliżającym się meczem.
Fletcher dostrzegł Jimmy’ego, który stał przy oldsmobile’u kombi. Otwarty bagażnik zastawiony był tak wykwintnym jedzeniem, jakiego jego oczy nie oglądały w ostatnich dwóch miesiącach. Wysoki, elegancko ubrany mężczyzna wyszedł im naprzeciw.
– Witam państwa, nazywam się Harry Gates. – Wytrawnym gestem polityka senator wyciągnął rękę, aby przywitać się z rodzicami Fletchera.
Ojciec Fletchera uścisnął podaną dłoń.
– Dzień dobry, panie senatorze. Robert Davenport. A to moja żona Ruth.
– Proszę mi mówić Harry. A to Martha, moja pierwsza żona. – Pani Gates podeszła bliżej, aby przywitać się z obojgiem. – Nazywam ją pierwszą żoną, bo dzięki temu bardziej się stara.
– Mogę zrobić państwu drinka? – spytała Martha, nie śmiejąc się z żartu, który słyszała wiele razy.
– Ale pośpieszmy się – powiedział senator, spoglądając na zegarek – jeśli chcemy zdążyć coś zjeść przed meczem. Pozwól się obsłużyć, Ruth, a twój mąż niech sam się zatroszczy o siebie. Potrafię rozpoznać republikanina na sto kroków.
– Obawiam się, że to nie wszystko – odezwała się Ruth.
– Tylko mi nie mów, że na dodatek jest wychowankiem Tafta, bo sprawię, że zostanie to uznane w tym stanie za przestępstwo zagrożone karą śmierci. – Ruth skinęła głową. – W takim razie, Fletcher, chodź do mnie, pogadamy sobie, bo będę udawał, że nie widzę twojego ojca.
Fletcher poczuł się mile połechtany zaproszeniem i zaraz zarzucił senatora pytaniami na temat funkcjonowania zgromadzenia ustawodawczego stanu Connecticut.
– Andrew – upomniała syna Ruth.
– Fletcher, mamo.
– Czy nie uważasz, Fletcher, że senator wolałby porozmawiać o czymś innym niż o polityce?
– Nie szkodzi, Ruth – zapewnił ją Harry. – Wyborcy rzadko zadają równie wnikliwe pytania, cieszyłbym się, gdyby Jimmy brałz niego przykład.
Po lunchu całe towarzystwo przeszło szybko w kierunku odkrytej trybuny i zajęło miejsca na chwilę przed rozpoczęciem meczu. O takich miejscach uczniowie mogą tylko marzyć, ale przecież senator Gates od ukończenia szkoły nie opuścił ani jednego meczu przeciwko drużynie Tafta. Fletcher z trudem panował nad emocjami, widząc, jak wskazówki zegara na tablicy nad boiskiem zbliżają się do godziny drugiej. Spojrzał na trybunę po drugiej stronie, skąd dobiegały okrzyki z obozu przeciwnika:
– Podajcie mi T, podajcie mi A... – i zakochał się.
Nat nie odrywał oczu od twarzy nad literą A.
– Nat to najzdolniejszy chłopiec w klasie – poinformował Tom jego ojca. Michael się uśmiechnął.
– Nie przesadzaj – powiedział Nat lekko zawstydzony. – Pamiętaj, że pokonałem Ralpha Elliota tylko jednym punktem.
– Czy on nie jest przypadkiem synem Maksa Elliota? – zapytał Michael jakby sam siebie.
– A kto to jest Max Elliot?
– W mojej branży uważany jest za kogoś, z kim lepiej się nie wdawać w interesy.
– Dlaczego? – zapytał Nat, ale ojciec nie rozwinął tej krótkiej uwagi i był rad, że wzrok syna przyciągnęły cheerleaderki, które – z niebieskimi pomponami przymocowanymi do nadgarstków – wykonywały rytualny taniec wojenny. Nat wciąż patrzył na drugą dziewczynę od lewej, która chyba się do niego uśmiechała, choć zdawał sobie sprawę, że jest dla niej jedynie małą plamką w głębi trybuny.
– Chyba urosłeś – powiedział Michael, zauważywszy, że spodnie syna kończą się cal nad butami. Myślał o tym, jak często będzie musiał kupować mu nową odzież.
– Na pewno nie za sprawą szkolnej kuchni – zauważył Tom, który ciągle był najniższym chłopcem w klasie.
Nat nie zareagował. Wciąż wpatrywał się w grupę cheerleaderek.
– Która wpadła ci w oko? – zagadnął go Tom, szturchnąwszy przyjaciela w ramię.
– Co?
– Nie udawaj, że nie słyszysz.
Nat odwrócił się, żeby ojciec nie usłyszał jego odpowiedzi.
– Druga z lewej, ma na swetrze literę A.
– Diana Coulter. – Tom był zadowolony, że wie coś, o czym nie ma pojęcia przyjaciel.
– Skąd znasz jej nazwisko?
– Bo jest siostrą Dana Coultera.
– Ale on jest najbrzydszym graczem w drużynie – powiedział Nat. – Ma uszy jak kalafiory i złamany nos.
– Diana też by tak wyglądała, gdyby przez pięć lat co tydzień rozgrywała mecz. – Tom się roześmiał.
– Co jeszcze o niej wiesz? – spytał Nat przyjaciela konspiracyjnym szeptem.
– O! Aż tak poważnie? – zdziwił się Tom. Teraz Nat dał kuksańca przyjacielowi. – A więc uciekamy się do użycia siły, tak? To chyba niezgodne z kodeksem ucznia Tafta – dodał Tom. – Pokonaj adwersarza siłą argumentów, a nie siłą mięśni. Oliver Wendell Holmes, jeśli się nie mylę.
– Och, przestań ględzić, tylko odpowiadaj na pytanie – rzekł Nat.
– Szczerze mówiąc, niewiele więcej o niej wiem. Tylko to, że chodzi do Westover i gra na prawym skrzydle w szkolnej drużynie hokeja.
– O czym tak szepczecie? – zapytał ojciec Nata.
– O Danie Coulterze – odparł Tom niezbity z tropu. – Jednym z naszych obrońców. Powiedziałem właśnie Natowi, że Dan zjada co rano na śniadanie osiem jajek.
– Skąd wiesz? – spytała matka Nata.
– Bo jedno jest moje – wyznał Tom z żalem.
Rodzice Nata wybuchnęli śmiechem, natomiast Nat wciąż wpatrywał się w literę A w wyrazie TAFT. Po raz pierwszy w życiu naprawdę zainteresował się jakąś dziewczyną. Z zamyślenia wyrwał go wrzask, kiedy wszyscy po jego stronie stadionu powstali, aby przywitać wbiegającą na boisko drużynę Tafta. Chwilę potem po drugiej stronie boiska pojawili się zawodnicy Hotchkissa; ich kibice równie entuzjastycznie zerwali się z miejsc.
Fletcher też wstał, ale wzrok jego nadal utkwiony był w cheerleaderce z literą A na sweterku. Miał poczucie winy, że pierwsza dziewczyna, w jakiej się zakochał, kibicuje drużynie Tafta.
– Wydaje mi się, że to nie nasz zespół przykuwa twoją uwagę – szepnął senator, pochylając się ku niemu.
– Ależ skąd, panie senatorze – wyparł się Fletcher, natychmiast kierując wzrok na zawodników Hotchkissa, którzy przystąpili do rozgrzewki.
Kapitanowie obu zespołów pobiegli truchtem w kierunku sędziego, który czekał na nich na linii pięćdziesięciu jardów. Arbiter podrzucił srebrną monetę, która błysnęła w popołudniowym słońcu i wylądowała w błocie. „Siłacze” z Tafta poklepali się po plecach, ujrzawszy profil Waszyngtona.
– Trzeba było powiedzieć odwrotnie – rzekł Fletcher.
Nat wciąż wpatrywał się w Dianę, która wróciła na odkrytą trybunę. Zastanawiał się, jak mógłby ją poznać. To nie będzie łatwe. Dan Coulter był bogiem. Jak uczeń pierwszej klasy zdoła wedrzeć się na Olimp?
– Ale zagranie! – krzyknął Tom.
– Kto to był? – spytał Nat.
– Oczywiście Coulter. Właśnie udało mu się zdobyć pierwsze przyłożenie.
– Coulter?
– Wciąż się gapiłeś na jego siostrę, kiedy Hotchkissi stracili piłkę?
– Skądże.
– No to powiedz mi, ile jardów zyskaliśmy? – spytał Tom, patrząc na przyjaciela. – Tak myślałem, wcale nie patrzyłeś. – Przesadnie głęboko westchnął. – Widzę, że pora ulżyć ci w niedoli.
– O co ci chodzi?
– Będę musiał zorganizować wam randkę.
– Możesz to zrobić?
– Jasne. Jej ojciec jest sprzedawcą samochodów w naszej okolicy i zawsze kupujemy od niego auta, musisz więc przyjechać do mnie na parę dni w czasie wakacji.
Tom nie słyszał, czy przyjaciel przyjął zaproszenie, gdyż jego odpowiedź zagłuszył wrzask kibiców Tafta, kiedy „Siłacze” przechwycili piłkę.
Gdy sędzia odgwizdał koniec pierwszej części meczu, Nat wydał głośny okrzyk radości, zapominając, że jego zespół przegrywa. Wciąż stał, licząc, że zauważy go dziewczyna o jasnych, kręconych włosach i zniewalającym uśmiechu. Ale jak mogła, skoro całą energię wkładała w radosne podskoki, zachęcając kibiców Tafta do jeszcze głośniejszych wiwatów.
Gwizdek rozpoczynający drugą część meczu rozległ się zdecydowanie za wcześnie, a kiedy litera A zniknęła na trybunie i miejsce dziewcząt zajęło trzydziestu muskularnych osiłków, Nat z ociąganiem usiadł z powrotem na swoim miejscu i udawał, że koncentruje się na grze.
– Czy mogę pożyczyć pana lornetkę? – zapytał Fletcher ojca Jimmy’ego w przerwie po pierwszej połowie.
– Oczywiście, drogi chłopcze – powiedział senator i podał mu ją. – Oddaj mi, gdy gra zostanie wznowiona. – Fletcher nie zrozumiał aluzji, skupiając uwagę na dziewczynie z literą A na swetrze i gorąco pragnąc, aby częściej odwracała się twarzą w stronę kibiców przeciwnika.
– Która cię tak interesuje? – szepnął senator.
– Chciałem się tylko przyjrzeć Tafciarzom, proszę pana.
– Chyba jeszcze nie wrócili na boisko – zauważył senator. Fletcher się zaczerwienił. – Interesuje cię T, A, F czy T? – chciał wiedzieć ojciec Jimmy’ego.
– A, proszę pana – przyznał Fletcher.
Senator wziął lornetkę z jego rąk, skierował ją na drugą dziewczynę od lewej i poczekał, aż się odwróci.
– Pochwalam twój wybór, chłopcze, ale co zamierzasz zrobić w tej sprawie?
– Nie wiem – odparł Fletcher bezradnie. – Mówiąc szczerze, nie mam nawet pojęcia, jak się nazywa.
– Diana Coulter – rzekł senator.
– Skąd pan wie? – zapytał Fletcher, ciekaw, czy senatorowie wiedzą wszystko.
– Z analizy dostępnych informacji, chłopcze. Jeszcze was tego nie uczyli w Hotchkissie? – Fletcher wyglądał na zaskoczonego. – Wszystko, co chciałbyś wiedzieć, znajdziesz na stronie jedenastej programu – dodał senator, podając mu otwartą książeczkę. Strona jedenasta poświęcona była cheerleaderkom wspierającym każdą ze szkół. – Diana Coulter – powtórzył Fletcher, wpatrując się w fotografię. Była o rok młodsza od niego – kobiety przyznają się do swojego wieku, gdy mają trzynaście lat. Poza tym grała w szkolnej orkiestrze na skrzypcach. Żałował teraz, że nie posłuchał rady matki i nie uczył się grać na fortepianie.
Zdobywając z mozołem jard po jardzie, zespół Tafta w końcu przekroczył linię i objął prowadzenie. Zgodnie ze swoim zadaniem Diana pojawiła się na linii przyłożenia, aby wykonać przewidziane na tę okazję podskoki.
– Ciężka sprawa – powiedział Tom. – Chyba będę musiał was sobie przedstawić.
– Naprawdę ją znasz? – spytał Nat niedowierzająco.
– Oczywiście. Od drugiego roku życia chodzimy na te same imprezy.
– Ciekaw jestem, czy ma chłopaka.
– Skąd mam wiedzieć? Może byś przyjechał do nas na tydzień w wakacje, ja zajmę się resztą.
– Naprawdę byś to zrobił?
– Będzie cię to kosztować.
– Co masz na myśli?
– Zanim się u mnie zjawisz, postaraj się napisać wypracowania, jakie nam zadali na wakacje, to nie będę musiał sprawdzać, czy mam wszystko dobrze.
– Umowa stoi! – powiedział Nat.
Gwizdek oznajmił rozpoczęcie trzeciej części meczu i po serii błyskotliwych podań tym razem drużyna Hotchkissa przebiła się do strefy końcowej, odzyskując prowadzenie, którego nie oddała do końca tej ćwiartki.
– Taft padł, Taft padł, dobrze mu tak – zanucił wesoło senator, fałszując, kiedy drużyny zażądały przerwy.
– Do końca pozostała jeszcze jedna część – przypomniał Fletcher senatorowi, kiedy ten podawał mu lornetkę.
– Zdecydowałeś się już, po której jesteś stronie, chłopcze? A może usidliła cię Mata Hari Tafciarzy? – Fletcher miał niepewną minę. Jak tylko wróci do swojego pokoju, musi sprawdzić, kto to taki Mata Hari. – Przypuszczalnie mieszka gdzieś w okolicy – ciągnął dalej senator – a w takim wypadku ktoś z mojego personelu w kilka minut znajdzie wszystkie interesujące cię informacje.
– Nawet jej adres i numer telefonu? – spytał Fletcher.
– Nawet to, czy ma chłopca – odpowiedział senator.
– Czy nie przekroczy pan w ten sposób swoich uprawnień? – drążył Fletcher.
– Niewątpliwie przekroczę – odparł senator Gates – ale w końcu zrobiłby to każdy polityk, gdyby miało mu to zapewnić dodatkowe dwa głosy w przyszłych wyborach.
– Ale jak poznam dziewczynę, skoro będę tkwił w Farmington?
– To dałoby się załatwić, gdybyś przyjechał do nas na parę dni po świętach Bożego Narodzenia, a potem mógłbym dopilnować, żeby dziewczyna razem z rodzicami została zaproszona z jakiejś okazji na Kapitol.
– Zrobi to pan dla mnie?
– Oczywiście, ale kiedyś będziesz musiał się nauczyć, że w stosunkach z politykiem istnieje coś takiego jak wymiana przysług.
– Co to takiego? – spytał Fletcher. – Zrobię wszystko.
– Nigdy się do tego nie przyznawaj, bo od razu osłabisz swoją pozycję przetargową. W zamian chciałbym tylko, żebyś zadbał, by Jimmy nie był wciąż na ostatnim miejscu w klasie. O taką przysługę proszę.
– Zgoda, panie senatorze – powiedział Fletcher, ściskając dłoń polityka.
– Cieszę się, bo myślę, że dla Jimmy’ego jesteś wzorem do naśladowania – rzekł senator.
Pierwszy raz ktoś napomknął, że Fletcher mógłby przewodzić. Do tej pory nie przyszło mu to do głowy. Rozmyślał nad słowami senatora i dlatego zwycięskie przyłożenie w wykonaniu zespołu Tafta dotarło do jego świadomości dopiero wtedy, gdy Diana wybiegła na boisko i zaczęła wykonywać rytualne podskoki, co niestety wyglądało na świętowanie zwycięstwa. W tym roku nie będzie dodatkowego dnia wolnego.
Po drugiej stronie stadionu Nat i Tom stali przed szatniami w tłumie kibiców Tafta, którzy, z jednym wyjątkiem, czekali na swoich bohaterów. Nat szturchnął przyjaciela w żebro, kiedy ona wyszła z budynku. Tom podszedł do dziewczyny.
– Cześć, Diana – rzucił i nie czekając na reakcję, dodał: – Chciałbym ci przedstawić mojego przyjaciela, Nata. Strasznie mu zależało, żeby cię poznać. – Nat się zaczerwienił i to nie dlatego, że Diana była jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. – On mieszka w Cromwell – dodał Tom, śpiesząc przyjacielowi z pomocą – ale przyjedzie do nas na parę dni po świętach, wtedy będziesz mogła lepiej go poznać.
Nat wiedział jedno: Tom z pewnością nie nadaje się na dyplomatę.
Nat siedział przy biurku i usiłował się skoncentrować na Wielkim Kryzysie. Przebrnął przez pół strony, ale myślami był gdzie indziej. W kółko wspominał krótkie spotkanie z Dianą. Nie trwało dłużej, gdyż ledwo Diana zdążyła się odezwać, podszedł jego ojciec i powiedział, że powinni już wracać.
Nat wyciął zdjęcie dziewczyny z programu meczu i zawsze nosił przy sobie. Żałował, że nie zabrał co najmniej trzech programów, ponieważ malutkie zdjęcie szybko się pogniotło. Następnego ranka po meczu zadzwonił do Toma do domu, niby to w celu wymiany opinii o krachu na Wall Street, a potem rzucił od niechcenia:
– Czy kiedy odszedłem, Diana coś o mnie powiedziała?
– Wspomniała, że jesteś bardzo miły.
– Nic więcej?
– Co więcej mogła powiedzieć? Widzieliście się ledwie dwie minuty, kiedy ojciec cię zgarnął do domu.
– Podobałem się jej?
– Uznała, że jesteś bardzo miły, i, jeśli dobrze pamiętam, wspomniała coś o Jamesie Deanie.
– Tak powiedziała? Żartujesz.
– Masz rację, tego nie powiedziała.
– Jesteś drań.
– Tak, ale drań, który ma pewien numeru telefonu.
– Masz numer jej telefonu? – spytał Nat z niedowierzaniem.
– Szybko kojarzysz.
– Daj mi go.
– Napisałeś już wypracowanie o Wielkim Kryzysie?
– Niezupełnie, ale skończę do soboty. Poczekaj, wezmę coś do pisania. – Nat zanotował numer na odwrocie fotografii Diany. – Myślisz, że się zdziwi, kiedy do niej zadzwonię?
– Myślę, że się zdziwi, kiedy nie zadzwonisz.
– Cześć, tu Nat Cartwright. Chyba mnie nie pamiętasz.
– Nie, nie pamiętam. Z kim rozmawiam?
– Poznałaś mnie po meczu z Hotchkissami. Uznałaś, że jestem podobny do Jamesa Deana.
Nat spojrzał w lustro, nigdy przedtem nie zastanawiał się nad swoim wyglądem. Czy naprawdę jest podobny do Jamesa Deana?
Musiało minąć parę dni i potrzebował jeszcze kilku prób, zanim odważył się naprawdę wykręcić jej numer telefonu. Kiedy skończył pisać o Wielkim Kryzysie, przygotował listę pytań, które zada, w zależności od tego, kto podniesie słuchawkę. Jeśli ojciec Diany, to powie: „Dzień dobry panu. Nazywam się Nat Cartwright. Czy mógłbym prosić pańską córkę?” Jeśli matka: „Dzień dobry pani. Nazywam się Nat Cartwright. Czy mógłbym rozmawiać z Dianą?” Na wypadek gdyby odebrała Diana, przygotował sobie dziesięć pytań ułożonych w logicznym porządku. Rozłożył przed sobą na stole trzy kartki, wziął głęboki oddech i starannie wybrał numer. Linia była zajęta. Może rozmawia z innym chłopakiem. Czy tamten już trzymał ją za rękę? Albo może nawet całował? Czy z nim chodzi? Po piętnastu minutach zatelefonował jeszcze raz. Wciąż zajęte. Jakiś inny konkurent do niej dzwoni? Tym razem odczekał tylko dziesięć minut. No, wreszcie. Serce zaczęło mu walić jak oszalałe i chciał rzucić słuchawkę. Spojrzał na listę pytań. Ktoś odebrał.
– Słucham – odezwał się niski głos. Nat nie miał wątpliwości, że to Dan Coulter.
Słuchawka wypadła mu z rąk. Z bogami nie rozmawia się przez telefon, a zresztą nie miał przygotowanych pytań do brata Diany. Szybko podniósł słuchawkę z podłogi i odłożył na widełki.
Jeszcze raz przejrzał wypracowanie, zanim czwarty raz wykręcił numer. Nareszcie usłyszał w słuchawce dziewczęcy głos.
– Diana?
– Nie, Tricia, jej siostra – odezwał się głos, który brzmiał jak głos osoby nieco starszej. – Diany nie ma w domu, ale powinna wrócić za jakąś godzinę. Mam jej powiedzieć, że kto dzwonił?
– Nat – odparł. – Proszę jej przekazać, że zadzwonię jeszcze raz za godzinę.
– Proszę bardzo.
– Dziękuję – rzekł Nat i odłożył słuchawkę. Nie miał przygotowanych pytań dla starszej siostry.
W ciągu następnej godziny Nat spoglądał na zegarek chyba sześćdziesiąt razy, ale odczekał jeszcze kwadrans, zanim ponownie wykręcił numer. Przeczytał w magazynie dla nastolatków, że jeśli chłopcu spodoba się dziewczyna, nie powinien okazywać, że mu na niej bardzo zależy. To ją może zniechęcić. W końcu ktoś podniósł słuchawkę.
– Słucham – odezwał się młodszy głos.
– Cześć, czy mogę rozmawiać z Dianą? – rzekł Nat, spojrzawszy na scenariusz.
– Cześć, Nat. Tricia mówiła mi, że dzwoniłeś. Jak się masz?
„Jak się masz” nie było w scenariuszu, ale w końcu wydusił z siebie:
– W porządku. A ty?
– Ja też – powiedziała, po czym znowu nastała cisza, a Nat szukał na swojej liście odpowiedniego zdania.
– W przyszłym tygodniu jadę do Simsbury, żeby spędzić kilka dni z Tomem – odczytał drętwym głosem.
– To świetnie – odparła Diana. – Jest szansa, że się gdzieś zderzymy. – W scenariuszu nie było nic o zderzaniu się. Próbował przebiec wzrokiem wszystkie dziesięć pytań. – Jesteś tam jeszcze? – spytała Diana.
– Tak. Czy moglibyśmy się spotkać, kiedy będę w Simsbury? – Pytanie numer dziewięć.
– Pewnie, bardzo chętnie.
– No to cześć – powiedział Nat, patrząc na odpowiedź numer dziesięć.
Przez cały wieczór usiłował sobie przypomnieć szczegółowo całą rozmowę i nawet ją zapisał, kwestia po kwestii. Podkreślił trzykrotnie słowa Diany – pewnie, bardzo chętnie. Ponieważ od odwiedzin u Toma dzieliły go jeszcze cztery dni, zastanawiał się, czy powinien znowu zadzwonić do Diany – na wszelki wypadek. Zajrzał znów do magazynu „Teen”, bo w nim znalazł rozwiązanie wszystkich wcześniejszych problemów. Nie wypatrzył tam jednak rady, jak przeprowadzić drugą rozmowę, dowiedział się natomiast, że podczas pierwszej randki powinien być ubrany na sportowo, zachowywać się swobodnie i ciągle wspominać o swych poprzednich sympatiach. Nigdy nie chodził z żadną dziewczyną, a ze sportowej odzieży miał tylko koszulę flanelową, którą schował na dnie szuflady, gdy tylko ją kupił. Sprawdził, ile mu zostało pieniędzy z roznoszenia gazet – siedem dolarów i dwadzieścia centów – i zastanawiał się, czy wystarczy na nową koszulę i parę sportowych spodni. Szkoda, że nie ma starszego brata.
Ostatecznie skończył wypracowanie tuż przed wyruszeniem z ojcem do Simsbury.
Kiedy jechali samochodem na północ, Nat zadał sobie pytanie, dlaczego nie zadzwonił jeszcze raz do Diany i nie ustalił miejsca i czasu spotkania. Mogła dokądś pojechać – zatrzymać się u koleżanki albo kolegi. Czy rodzice Toma pozwolą mu zatelefonować, jak tylko do nich przyjedzie?
– O, Boże! – wyrwało się Natowi, kiedy samochód skręcił w długą alejkę przy padoku pełnym koni. Kiedy indziej ojciec by go skarcił za wzywanie imienia Pana Boga nadaremno, ale sam był pod wrażeniem. Przejechali co najmniej milę, zanim skręcili na wysypany żwirem dziedziniec, gdzie ich oczom ukazał się okazały dom z białymi kolumnami w stylu kolonialnym, otoczony wiecznie zielonymi drzewami.
– O, Boże! – rzekł Nat drugi raz.
Tym razem ojciec go zganił.
– Przepraszam, tato, ale Tom nigdy mi nie mówił, że mieszka w pałacu.
– Dlaczego miałby ci mówić? Dla niego to coś naturalnego. Zresztą on nie jest twoim najlepszym przyjacielem dlatego, że ma duży dom, a gdyby chciał ci nim zaimponować, dawno by o tym wspomniał. Wiesz, czym się zajmuje jego ojciec? Bo na pewno nie jest agentem ubezpieczeniowym.
– Chyba jest bankierem.
– Tom Russell. No tak, oczywiście. Bank Russella – skwitował ojciec, zatrzymując samochód przed domem.
Tom czekał na najwyższym stopniu. Zszedł, aby ich przywitać.
– Dzień dobry panu. Jak minęła podróż? – spytał, otwierając drzwi samochodu od strony kierowcy.
– Dziękuję, dobrze – odpowiedział Michael Cartwright, podczas gdy jego syn wysiadał z samochodu, ściskając małą, podniszczoną walizkę z monogramem M.C. obok zamka.
– Miałby pan ochotę wstąpić na chwilę?
– Bardzo dziękuję, ale żona czeka na mnie z kolacją, więc muszę zaraz wracać – odparł ojciec Nata.
Nat pomachał ojcu, który okrążył dziedziniec i wyruszył w drogę powrotną do Cromwell.
Nat podniósł wzrok i na najwyższym stopniu schodów ujrzał kamerdynera, który chciał wziąć jego walizkę, ale Nat trzymał ją kurczowo, gdy wspaniałymi, szerokimi, kolistymi schodami prowadzono go na drugie piętro do pokoju gościnnego. W domu Nata był tylko jeden wolny pokój, który tutaj mógłby ujść jedynie za schowek na miotły. Gdy kamerdyner odszedł, Tom powiedział:
– Jak się rozpakujesz, zejdź na dół, poznasz moją mamę. Będziemy w kuchni.
Nat usiadł na brzegu jednego z dwóch pojedynczych łóżek, ze smutkiem uświadamiając sobie, że nigdy nie będzie mógł zaprosić Toma do siebie.
Rozpakowanie walizki zajęło mu trzy minuty, gdyż miał w niej tylko dwie koszule, jedną parę zapasowych spodni i krawat. Dość długo oglądał łazienkę. Następnie wypróbował łóżko; było takie sprężyste. Odczekał jeszcze kilka minut, a potem opuścił pokój i zastanawiając się, czy trafi do kuchni, zszedł szerokimi schodami na dół. Tam czekał na niego kamerdyner, który poprowadził go korytarzem. Nat zerkał ukradkiem w głąb mijanych pokoi.
– Cześć! – powiedział Tom. – Pasuje ci pokój?
– Tak, fajny – odrzekł Nat, wiedząc, że Tom pyta bez ironii.
– Mamo, to jest Nat. Najzdolniejszy chłopak w klasie, niech go licho porwie.
– Tom, nie klnij – rzekła pani Russell. – Witaj, Nat, miło cię poznać.
– Dzień dobry pani, mnie też miło panią poznać. Ma pani piękny dom.
– Dziękuję, Nat. Bardzo się cieszymy, że mogłeś do nas przyjechać na parę dni. Masz ochotę na colę?
– Poproszę.
Służąca w fartuszku podeszła do lodówki, wyjęła colę i podała mu, wrzuciwszy przedtem do szklanki parę kostek lodu.
