W matni - Urke Nachalnik - E-Book

W matni E-Book

Urke Nachalnik

0,0
3,49 €

oder
  • Herausgeber: Ktoczyta.pl
  • Kategorie: Krimi
  • Sprache: Polnisch
  • Veröffentlichungsjahr: 2021
Beschreibung

W matni” stanowi kontynuację powieści „Rozpruwaczy”. Urke Nachalnik to pseudonim literacki Icka Borucha Farbarowicza (1897–1939), żydowsko-polskiego autora kryminałów. Człon „Nachalnik” pochodził od złodziejskiego pseudonimu Farbarowicza, który przez większość swojego życia był przestępcą. Twórczość literacką rozpoczął w więzieniu, namówiony przez Melchiora Wańkowicza do napisania autobiografii. Sławę przyniosły mu powieści kryminalno-sensacyjne, m.in. „W matni” i „Rozpruwacze”, które świetnie oddawały realia przestępczego półświatka. Dobrze zapowiadającą się karierę gwałtownie przerwał wybuch II wojny światowej i straceńcza śmierć Farbarowicza.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Urke Nachalnik

W matni

Powieść sensacyjna

Warszawa 2021

Rozdział I

W pobliżu domu, w którym zamieszkała Regina, zatrzymała się taksówka z pogaszonymi latarniami. Dobrze zbudowany mężczyzna wślizgnął się do wspomnianej bramy, gdzie znikł. Z przeciwległego rogu ulicy wysunął się Wołkow, który obserwował od dłuższego czasu dom, do którego wszedł poznański profesor. Zanim Wołkow zdążył zajrzeć szoferowi w oczy, ten dał gazu i odjechał.

Od przeszło dwóch godzin Wołkow obserwował tę kamienicę, nie spostrzegłszy nic szczególnego i podejrzanego, co by upoważniało do natychmiastowego działania. Według otrzymanej dyspozycji, winien był uprzednio porozumieć się z Żarskim, który oczekiwał jego wiadomości w urzędzie śledczym. Ale Wołkow postanowił działać na własną rękę. Nie bał się teraz przełożonego Żarskiego. Z doświadczenia wiedział, że zakochani policjanci nie mają zbyt czystego sumienia. Nie uszedł jego uwagi fakt, że Żarski miał już kilkakrotnie Anielę w swoim ręku, ale za każdym razem puszczał ją na wolność.

Przed udaniem się tego dnia do kawiarni, Wołkow i Żarski zmienili swój zewnętrzny wygląd nie do poznania. Wołkow robił wrażenie młodego szlachcica. Długi, jasny wąs, krótko strzyżona bródka oraz rogowe okulary gruntownie zmieniły jego wyraz twarzy. Gładko uczesane włosy przeistoczyły się w czuprynę charakterystyczną dla działaczy rewolucyjnych tych czasów. Robił raczej wrażenie przywódcy robotniczego.

Wołkow wiedział, jak należy się ucharakteryzować, by frajery ustępowali mu z drogi, a ludzie nocy uważali go swojego człowieka. Był pewny, że dzisiejszego wieczora stanie się coś, co wydźwignie go wyżej na szczeblu kariery policjanta. Nie wątpił ani na chwilę, że Żarski zapomina się w towarzystwie urodziwej Anieli. Już cieszył się w duchu na myśl o nowym sukcesie. Ale jakby na złość, w tej chwili wypłynęła w jego wyobraźni postać Zimnej kokoty, która spoglądała na niego z ironicznym uśmiechem.

– Już najwyższy czas, bym się jej pozbył – rzekł do siebie i machinalnie namacał browning w kieszeni. – To niezawodna broń.

Z tych rozmyślań wyrwały go szybkie kroki, na których odgłos przytulił się do muru domu.

Wołkow nie wytrzymał. Z całych sił chwycił Bajgełe za klapy i potrząsnął nim, niby liściem:

– Ty psie, bandyto! Ja cię nauczę!

– Nie denerwuj się. Szkoda twojego zdrowia.

– Jeszcze jedno słówko, a będziesz aresztowany!

Ale Bajgełe wcale się nie uląkł. Przeciwnie stawał się zuchwały i groźny. Nawet pchnął silnie Wołkowa, tak że ten ledwie nie zwalił się z nóg. Tego było już za wiele dla aspiranta Wołkowa. Sięgnął po rewolwer.

– Chcesz mnie zastrzelić? Domyślam się, co powiesz na swoje usprawiedliwienie: stary złodziej stawiał opór przy jego aresztowaniu.

Wołkow za sekundę miał nacisnąć cyngiel. Bajgełe byłby unieszkodliwiony i zgodnie z jego przewidywaniami, Wołkow byłby usprawiedliwiony za zabójstwo przestępcy, gdyż ten stawiał opór. Wołkow chciał poznać przyczynę, dla której Bajgełe stał się taki hardy. Wiedziony intuicją, Wołkow się domyślał, że za tym coś się kryje. Na pociągnięcie cyngla zawsze jest czas. Wołkow postanowił podejść Bajgełe z innej strony.

– Jestem wierny moim zasadom: swoich zostawiam w spokoju.

– Uprzedzam cię, że będzie źle z tobą – nabierał odwagi Bajgełe.

– Powiedz mi lepiej, kto mieszka w tym domu?

– Kto? A ty niby nie wiesz?

– Poważnie mówię: nie wiem.

– To dziwne. Tu można się świetnie zabawić. W tej kamienicy mieści się dobrze urządzony dom rozpusty. Jestem tam stałym gościem.

– Powiedz mi, kto mieszka w tym domu – ponowił pytanie Wołkow w ostrym tonie. – Widziałem wchodzącego tu pewnego pana, w którego wieku nie przystoi taka zabawa.

– Rozumiem: masz na myśli profesora – roześmiał się Bajgełe. – Sądzisz, że ludzie uczeni inaczej te sprawy załatwiają?

– Tylko bez głupich żartów.

– Nie wierzysz mi? Mogę się udać tam z tobą. Przekonasz się, że mówię prawdę.

Wołkow usiłował przejrzeć myśli rozmówcy. Nie był tchórzem, ale tym razem, wiedziony intuicją, opierał się tej propozycji.

– Masz pietra? – odezwał się Bajgełe. – A ja miałem ciebie za ryzykanta. Zawsze twierdziłem, że urodziłeś się blatnym. Chyba przez pomyłkę zostałeś policjantem...

– Prowadź. Idę z tobą, gdyż pragnę się dowiedzieć o szeregu innych rzeczy, które mnie intrygują.

Wołkow nie miał wątpliwości, że dom, który opuścił Bajgełe, kryje w sobie ważną tajemnicę. Tym bardziej że do domu tego skrył się także podejrzany w oczach policji poznański profesor. Rozsądek powstrzymywał go jednak od alarmowania urzędu śledczego. Zbyt często zdarzały mu się wypadki nieuzasadnionych alarmów. Wołkow zdawał sobie sprawę z tego, że jego autorytet ostatnimi czasy został nadszarpnięty.

Wołkow się domyślił, że Bajgełe musiał się obłowić i że świetnie mu się powodzi, skoro stać go na tak zuchwałe zadzieranie z policją. Upewniła w tym Wołkowa okoliczność, że Bajgełe miał na sobie nowiuteńkie, eleganckie futro. Banda musiała przeprowadzić większą robotę...

Bajgełe wszedł na czwarte piętro, spoglądając w szelmowski sposób na towarzysza. Stanąwszy pod drzwiami Bajgełe zapukał w umówiony sposób do drzwi.

– Dlaczego nie dzwonisz?

– Po co psuć zakochanym parkom nastroje – wyjaśnił Bajgełe.

Po chwili uchyliły się drzwi i wysunęła się postać kobieca.

– To ja z przyjacielem – rzekł uspokajająco Bajgełe. Kobieta poleciła, by zaczekali i zatrzasnęła drzwi.

– W jakim celu? – zapytał zaniepokojony Wołkow.

– Nie denerwuj się. Tu trzeba wchodzić z uradowaną twarzą. Ona musi przygotować miejsce dla tak ważnego gościa jak ty.

– Przecież ona mnie nie zna – mruknął Wołkow.

– To nie szkodzi. Jej wystarczy, że widzi cię w moim towarzystwie, by już nie uważała ciebie za byle kogo.

Wreszcie drzwi się otworzyły. W przedpokoju panował półmrok, który nie nastrajał zachęcająco. Bajgełe wyczuł, że Wołkow waha się, czy przestąpić ten próg. Pociągnął go za sobą.

– Proszę panów bardzo – zachęcała kobieta, która ich wpuściła. – U nas są swoi ludzie.

Bajgełe pchnął drzwi do bocznego pokoju, który był rzęsiście oświetlony. Wewnątrz nikogo nie było. Pokój był umeblowany wytwornie. Bajgełe, który dobrze się czuł w tym lokalu, zrzucił z siebie futro, które położył na krześle.

– Rozgość się i zachowuj, jak u siebie w domu – odezwał się Bajgełe do Wolkowa.

Gdy Bajgełe naradzał się szeptem z gospodynią, Wołkow usłyszał, jak ktoś w przyległym pokoju dusi w sobie śmiech. Serce Wołkowa zabiło silniej. Przez mózg przebiegła mu przykra myśl: oni mnie tu wykończą na zimno. Instynktownie sięgnął ręką do kieszeni, w której leżał rewolwer.

Wołkow siedział w pokoju sam przez kilka chwil. Nawet Bajgełe gdzieś zniknął. Niepokój Wołkowa się potęgował. Był na siebie zły, że dał się naciągnąć tak lekkomyślnie przez Bajgełe. Nerwowo przeszedł się po pokoju i stanął przed podwójnymi i tak hermetycznie zamkniętymi oknami, że ledwie hałas ulicy można tu było usłyszeć. Wołkow wytężał umysł nad tym, jak się stąd czym prędzej uwolnić.

A śmiech z przyległego pokoju nie ustawał, jakby ktoś z niego kpił. Wołkow postanowił zareagować:

– Co to ma znaczyć?! – zawołał i kopnął nogą w drzwi.

Bajgełe natychmiast się zjawił i z uśmiechem na ustach zawołał:

– Fe, nieładnie urządzać awantury w obcym domu. Sądziłem, że jesteś dżentelmenem.

– Co to wszystko ma znaczyć? – ostro zapytał Wołkow. – Co to za kawały?

– Tylko bez nerwów, przyjacielu. Przygotowuję tu dla ciebie takie przyjęcie, którego na pewno nie zaznałeś nigdzie jeszcze. Wnet wprowadzą ci tu najpiękniejsze dziewczęta. Muszą się jednak odpowiednio uszminkować.

– Co mnie zawracasz gitarę z kobietami. Przecież nie po to tu przyszedłem.

– A po co? – zapytał zdziwiony Bajgełe.

– Po raz ostatni uprzedzam cię: tylko bez kawałów!

– Ja mówię poważnie.

– Gdzie profesor?

– Ach, o niego ci chodzi; to naprawdę profesor w swoim fachu. Ale on jest teraz zajęty...

Wołkow poczynił krok naprzód i chciał otworzyć drzwi prowadzące do drugiego pokoju. Bajgełe zasłonił mu drogę, wybuchając śmiechem:

– Bez pośpiechu, przyjacielu. U nas, gdy się ktoś śpieszy, dzieje mu się krzywda. Bądź cierpliwy, jeszcze tylko dziesięć minut na zegarze.

Bajgełe wskazał przy tym ręką na ścienny zegar. Wołkow nie miał teraz wątpliwości, że Bajgełe zabawia się z nim w kotka i myszkę. Każda minuta wydawała mu się wiecznością. Bajgełe miał tak dziwny i odrażający wyraz twarzy, że Wołkow postanowił opuścić ten podejrzany lokal.

Ale oto naraz światła zostały pogaszone. Ciemności egipskie zaległy mieszkanie.

– Zapal światło, bo będę strzelał! – zawołał przerażony Wołkow.

W odpowiedzi rozległ się donośny śmiech. Wołkowa obleciał teraz niesamowity strach. Wiedziony przeczuciem, które mówiło, że grozi mu teraz wielkie niebezpieczeństwo, uczynił krok naprzód, gdy naraz poczuł silne uderzenie twardym przedmiotem w nogi. Okrzyk bólu zastygł na jego ustach.

Zanim Wołkow zdążył zorientować się w sytuacji, znów ktoś zapalił światło w pokoju. Bajgełe siedział przy stole, jakby nic nie zaszło. Szatański uśmieszek na twarzy mówił za niego.

Wołkow zerwał się wściekły z miejsca.

– Co za kawały będziesz mi tu wyprawiał. Ja cię nauczę!

Uczynił ruch, jakby chciał chwycić Bajgełe za kołnierz. Ale ten odtrącił go i roześmiał się na głos.

– Siadaj! – rozkazał.

Wołkow nie tracił nadziei, że to wciąż jakiś kawał, chociaż w duchu myślał o zemście świata podziemnego, który w takich razach jest okrutny. Za ścianą muszą tu być zebrani przyjaciele Bajgełe i stąd płynie jego odwaga i zuchwalstwo. W takim razie ostra postawa i groźba zastosowania siły na nic się nie przydadzą. Postanowił więc cierpliwie znosić te męki do końca. W podświadomości liczył wreszcie na to, że Bajgełe nie pozwoli na bestialską rozprawę z nim.

Wreszcie rozległy się ciężkie kroki. W mgnieniu oka Wołkow był otoczony przez grono osób trzymających rewolwery w ręku.

– Panowie przedstawią się – rzekł Bajgełe. – Wołkow, moi towarzysze.

Wołkow stał, nie ruszając się z miejsca, jakby był przykuty do podłogi. Ze strachu wypuścił z ręki rewolwer, który spadł na podłogę. Drżał jak liść.

– Co, znasz ich? – spytał z ironią w głosie Bajgełe, zwracając się z tym do Wołkowa.

Wołkow nie odpowiadał.

– Mam wrażenie, że ich nie poznajesz – ciągnął dalej Bajgełe. – Wobec tego kolejno ci ich przedstawię: to Klawy Janek; zapewne niejedno o nim słyszałeś i wiesz. Zresztą jesteśmy swoi ludzie – roześmiał się Bajgełe na głos.

Wołkow zmierzył się z Jankiem. Pierwszy odezwał się Janek.

– Już dawno szukałem okazji rozmówienia się z tobą!

Wołkow milczał.

– Nie bądźże tak przerażony – wtrącił się Bajgełe. – Nie jesteśmy tacy straszni ani odrażający. Przeciwnie, jesteśmy znani z gościnności. I nie obawiaj się: zaręczam ci, że włos z głowy ci nie spadnie!

– Tylko cała głowa – mruknął Moryc.

– Ach tak, zapomniałem ci przedstawić znanego Amerykanina – dowcipkował Bajgełe. – Złota to rączka. Nie obawia się nikogo na świecie. Jeżeli odczuwa strach, to tylko przed szczurami...

Śmiech rozległ się w pokoju. Jedynie Wołkow nie mógł wydobyć głosu. Twarz jego na przemian pokrywały rumieńce lub bladość. Odnosiło się wrażenie, jakby za chwilę miał dostać ataku sercowego.

– A oto towarzysz Krygier, o którym zapewne wiele słyszałeś – pełnił dalej Bajgełe rolę aranżera zabawy. – A ci trzej to jego nieodłączni i wierni towarzysze: Antek, Felek i Milczek. Niejedną jeszcze będziesz miał z nich pociechę, panie komisarzu. Zdolni chłopcy.

Regina nie zdejmowała oka z profesora, który stał niespostrzeżony przez nikogo w pobliżu drzwi, w celach obserwacyjnych, czyniąc pośpiesznie uwagi w notesiku.

– Aha, byłbym zapomniał o profesorze, o którego tak się dopytywałeś – dorzucił Bajgełe, wskazując na stojącego w kącie poznańczyka.

Profesor, współczując Wołkowowi, odezwał się:

– Co zanadto, to niezdrowo: czego chcecie panowie od komisarza Wołkowa?

– Czego chcemy? – podchwycił to pytanie Krygier. – Właściwie mówiąc, nic. Pragniemy porozmawiać i... Będzie pan miał, panie profesorze, okazję przysłuchać się tej rozmowie.

Wołkow powoli odzyskiwał równowagę. Zrozumiał, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo. W duchu tylko myślał: niech się wydostanę stąd, a potem dam im nauczkę!

Przyjrzał się bliżej Klawemu Jankowi i nie wierzył własnym oczom, że tak łagodny z wyglądu młodzian jest osławionym opryszkiem. Mózg jego przebiegła w tej chwili myśl: Ach, gdyby się tak stał cud i nadeszła w porę pomoc, byłbym przecież w ciągu sekundy nakrył tę bandę.

Po chwili wszyscy siedzieli już przy stole.

– Co słychać w urzędzie śledczym? – spytał Krygier Wolkowa, uśmiechając się. – Nie stęskniliście się tam za mną?

– Oho! – uśmiechnął się Wołkow. – Gdybyście wiedzieli, jak was poszukujemy! Ostatnie włamanie do skarbca udało się, co?

– Doskonale robota wypadła – odezwał się Janek.

– Hm... – mruknął Wołkow pod nosem. – Przynajmniej opłacała się...

– Naturalnie. Wykonujemy tylko takie roboty, które przynoszą dochód.

Bajgełe zbliżył się do Reginy i rzekł:

– Podaj do stołu. Tak miłego gościa nie podejmiemy na sucho. Musimy wypić bruderszaft.

– Ze mną? – uśmiechnął się Wołkow.

– Dlaczego by nie? – zauważył Janek. – Nie chciałbyś zawiązać z nami bliższych stosunków?

Wołkow zarumienił się i odpowiedział:

– Zależy na jakich warunkach.

– Na bardzo dogodnych – odezwał się Krygier.

Po chwili ciszy, która zapanowała, Bajgełe zabrał głos:

– Założymy swojego rodzaju spółkę. Nieraz ci mówiłem, że byłby z ciebie lepszy złodziej niż policjant.

Na stole pojawiły się przednie trunki. Bajgełe napełnił kieliszki i zawołał:

– Pijemy za pomyślność naszej przyjaźni. Mam nadzieję, że odtąd nie będziesz nas prześladował. Mamy, co prawda, stare porachunki, przyjacielu. Nie tyle ja, ile mój towarzysz Klawy Janek. Pamiętasz chyba jego robotę u hrabiny?

– Tak, przypominam sobie – wyjąkał Wołkow.

– Przypominasz sobie zatem i ten szczegół, jak podstępem zwabiłeś mnie do taksówki i zawiozłeś do urzędu śledczego? Muszę przyznać, że to był dobry pomysł.

Zebranym poprawił się humor. Bajgełe wykorzystał tę okazję, by powtórzyć kolejkę.

– Za zdrowie obecnych! – zawołał Bajgełe.

Wołkow siedział jakby przykuty do krzesła.

– Nie zawstydzisz nas – zwrócił się do niego Bajgełe. – Pij! Nie obawiaj się! Nie otrujesz się. Za życia możesz nam oddać większe usługi niż po śmierci...

Bajgełe przy tym poklepał przyjaźnie Wołkowa po plecach. Wołkow życzył sobie w duchu, by ziemia się pod nim rozstąpiła. Nie mógł już dłużej wytrzymać w ich towarzystwie. Ale bał się zdradzić ze swoich myśli. Musiał pić z tym towarzystwem. A Bajgełe jako mistrz ceremonii wznosił toasty to za zdrowie blatnych, to za pomyślność ment, które dają się otruć i tak dalej.

Bajgełe w pewnym momencie szepnął Wołkowi na ucho: Zdejmij przyczepione długie wąsy, nie do twarzy ci w nich. I nie czekając na zgodę Wołkowa, Bajgełe jednym pociągnięciem ręki zdarł mu „przyczepkę”. Wołkow podskoczył z oburzenia.

– O! Teraz cię poznaję! – zawołał Janek. – Pragnę właśnie rozmówić się z tobą, bez maski.

– Proszę bardzo! – wyjąkał Wołkow.

Z tajemniczym uśmiechem na ustach, Janek napełnił kieliszki i rzekł:

– Zanim przystąpię do sedna rzeczy, musimy raz jeden wypić za zdrowie narzeczonej policjanta, zamordowanego krytycznej nocy, po obrabowaniu hrabiny.

Oczy zebranych zatopiły się w twarzy Wołkowa, który nagle, jakby zakołysał się na krześle, a kieliszek wypadł mu z ręki, spadając z brzękiem na podłogę. Wołkow siedział ze zwieszoną głową, jakby dostał ataku sercowego.

– Rozumiemy, rozumiemy cię... – odezwał się Bajgełe.

– Wzruszyłeś się niedolą policjanta...

Zebrani porozumieli się spojrzeniem.

– Powiedz mi, Wołkow – odezwał się Janek – ile dałeś właścicielowi domu zajezdnego, że mnie zadenuncjował?

– Niedużo, dwieście dolarów.

– Tak mało? Żałuję, że nie byłem wówczas więcej wart – uśmiechnął się Janek. – A teraz powiedz mi, Wołkow, czy jeżeli cię puścimy stąd, będziesz nas nadal prześladował?

– Muszę. Jestem policjantem. To mój obowiązek.

– A jeżeli ci damy grubszą sumkę?

– Nie przyjmuję łapówek.

– Od kiedy – uśmiechnął się Bajgełe.

– To moja sprawa.

– Ale i nasza – zauważył dyplomatycznie Janek. – Pytamy o to, bo jesteśmy tym zainteresowani.

– I mnie interesuje wiele rzeczy, a jednak o nie nie pytam – odparł Wołkow.

– Możesz pytać o wszystko, nawet o to prosimy – zauważył Bajgełe.

Nerwy Wolkowa nie wytrzymały. Nie wiedział, jak się wydostać z opresji. Wstał i zawołał nerwowo:

– Mówcie otwarcie! Nie męczcie mnie! Wpadłem, powiedzcie więc, czego chcecie ode mnie i co mam uczynić?

– Bardzo wiele masz uczynić dla nas – rzucił Bajgełe.

– Dosyć wytaczaliście moją krew! – unosił się Wołkow.

– Co też wpada do twojej głowy policyjnej!?! – drażnił go Bajgełe. – Komu z nas może się przydać twoja krew?

Profesor, który siedział na uboczu i przysłuchiwał się rozmowie, nie mógł dłużej przypatrywać się mękom zadawanym Wołkowowi.

– Powiedzcie mu od razu, o co chodzi – zwrócił się do zebranych z prośbą w głosie.

Oczy Wołkowa wyrażały teraz wdzięczność profesorowi.

Ale wtem zabrał głos Krygier, który się odezwał:

– Panie profesorze, proszę nie wtrącać się do nie swoich spraw. Gdy któryś z nas dostaje się w ich ręce w urzędzie śledczym, także nie zaznaje litości.

– Ale trochę więcej człowieczeństwa! – apelował profesor do uczuć bandy Janka.

– Człowieczeństwa! – podchwycił to słowo Krygier. – A kiedy ja długie lata tłukłem się w czterech ścianach brudnej celi więziennej, niby lew w klatce cierpiałem w niemieckim Zuchthausie głód i chłód, czy któremukolwiek z moich prześladowców wpadło na myśl, że i ja mam serce, duszę, mózg i ciało? Przypominam sobie pierwszy wyrok skazujący, kiedy w rzeczywistości byłem niewinny! Ach, wówczas to przekonałem się, ile sadyzmu wyrażała twarz mojego oskarżyciela! Czyż on miał dla mnie człowieczeństwo?

– Ale to, zdaje się, należy już do przeszłości – przerwał mu Janek – a ja muszę jeszcze z Wołkowem o wielu sprawach pomówić.

Przysunąwszy się bliżej do Wołkowa, Janek zatopił w jego twarzy parę gorejących, czarujących oczu.

– Powiedz mi – przystąpił Janek do rzeczy – co mamy uczynić, abyś nas więcej nie prześladował? Uprzedzam, że na twoje stanowisko i rangę – gwiżdżemy. No więc?

– Możecie ze mną zrobić, co wam się żywnie podoba – odparł Wołkow bezradnie.

– Nic ci nie zrobię, o ile zostaniesz naszym udziałowcem i będziesz człowiekiem naszej bandy.

– Jak śmiesz mi coś podobnego zaproponować? – wrzasnął Wołkow.

– Więc odmawiasz? Nie masz ochoty? Nie przystoi ci kolegować się z nami? – świdrował go teraz oczami Krygier.

Wołkow nie odpowiadał.

– Kierujesz się naszą taktyką – ciągnął dalej Krygier. – Milczenie to złoto.

– Pewnie – mruknął Wołkow pod nosem.

– Ale my potrafimy ci język rozwiązać. Uczynimy to nie gorzej od waszych specjalistów w urzędzie śledczym! Kolega Milczek potrafi nie gorzej od was.

Krygier wskazał palcem na Milczka który przez cały czas siedział z boku, a ręce aż go swędziały od chęci... Z rozkoszą byłby się załatwił teraz z Wolkowem.

– Spróbujcie – odparł Wołkow, zagryzłszy wargę. – Przekonacie się, że i ja potrafię milczeć.

– Ciekaw jestem, czy wytrzymasz – zawołał surowo Janek.

– Czy przypominasz sobie, jak to w urzędzie śledczym zajeżdżałeś mi pięściami aż pod nos?

– Mam słabą pamięć – silił się Wołkow na odwagę. – Jeszcze możesz się tam znów znaleźć.

– U was, tam? Tak! Zresztą, wszystko jest możliwe! Ale i to jest pewne, że ty tam nie będziesz miał głosu.

Wołkowa ogarnął niepokój i strach.

– Co? Zamierzacie mnie zakatrupić?

– A po co od razu zabijać? – odezwał się Moryc. – W zasadzie unikamy mokrej roboty.

– Zależy od wypadku – ironizował Wołkow.

– Masz rację – wtrącił się Janek. – Ale krytycznej nocy, kiedy obrobiliśmy hrabinę, policjanta nie zamordowaliśmy.

Wszyscy utkwili oczy w twarzy Wołkowa, który ledwie wymógł na sobie te słowa:

– Któż więc, jeżeli nie wy, zamordował policjanta?

– Co??? – nie wytrzymał Janek i lekko uniósł się w górę, wyciągnąwszy przed siebie ręce. Robił wrażenie drapieżnika, który za chwilę gotów jest wpić się szponami w swoją ofiarę.

– Coś powiedział przed chwilą? Że my jesteśmy zabójcami policjanta?

– W urzędzie śledczym są tego zdania. Mnie to zresztą nie obchodzi – odparł Wołkow.

– Ale mnie to obchodzi! – stuknął Janek pięścią w stół.

W ogólnym napięciu dał się słyszeć dziwny śmiech kobiety, od którego Wołkowowi aż zimno się zrobiło.

– Kto się tak śmieje? – zapytał Wołkow nie swoim głosem.

– Dziewczynki! Dziewczynki, ładne i kuszące, panie komisarzu – wyjaśnił Bajgełe z nadrobioną wesołością.

Wołkow głęboko odetchnął. W tym momencie Janek krzyknął:

– Wołkow! Gdzie mój udział w robocie u hrabiny?

– Co? Coś powiedział? – wyjąkał Wołkow przerażony, wodząc ręką po zroszonym potem czole.

– Powiadam ci, abyś mi natychmiast zwrócił moją część łupu, zrabowanego hrabinie. Zapominasz, że byłem wspólnikiem do tej wyprawy.

– Nie rozumiem, o co ci chodzi. Czego żądasz ode mnie? – zawołał Wołkow, bliski szału.

– Domagamy się udziału w wielkiej sumie obcej waluty, którą zrabowałeś zamordowanemu policjantowi.

– Ja?

– Tak, to ty zamordowałeś policjanta! – wykrzyknął Janek.

Profesor, który przez cały czas obserwował rozmówców, zbliżył się do nich raptownie. Nie wierzył własnym oczom i uszom.

Ale Wołkow parsknął śmiechem.

– Co się wam przyśniło do licha? I co jeszcze zmyślicie?

– Nic więcej – odparł spokojnie Janek. – Chcemy, abyś się przyznał, że tamtej nocy, kiedy obrobiliśmy hrabinę, zamordowałeś policjanta i odebrałeś mu tekę z łupem, którą w czasie ucieczki zgubiłem.

Profesor gotów był przysiąc, że Janek znów dostał ataku szału i że postradał zmysły.

– Pan sądzi, że nie mówię do rzeczy? – zwrócił się Janek do profesora. – Zapewniam pana, że jestem przytomny i wiem, co mówię.

Ale Wołkow, śmiejąc się, przerwał Jankowi:

– Sądzicie, że każdy jest zdolny, ot tak sobie, zamordować człowieka, jak wy? Szkoda waszych zabiegów. Nie lękam się waszych oszczerstw i w dodatku tak głupich. Dziwię się, że dla takich bzdur podstępem zwabiliście mnie tu, do tego domu.

– Dobrowolnie tu szedłeś – rzekł Bajgełe. – A zresztą, gdybyś dziś nie przyszedł, sprowadziłbym cię tutaj innym razem.

Profesor nie mógł dłużej tego znieść i odezwał się:

– O ile się nie mylę, pan Wołkow jest aspirantem policji. Czy macie dowody, że ten pan jest mordercą?

Krygier podszedł do profesora i oświadczył mu:

– Tak jest w rzeczywistości. Oto ma pan egzemplarz człowieka, który prześladuje człowieka pod zarzutem zamordowania policjanta, którego sam sprzątnął. Oto jak wygląda wasz nadświatek.

– Kłamstwo! To ohydne kłamstwo! – zerwał się Wołkow z miejsca, dobywszy momentalnie rewolweru.

Ale zanim Wołkow zorientował się w sytuacji, Milczek jednym skokiem był przy nim i wyrwał mu broń z ręki. Milczek usiłował go nawet poczęstować rękojeścią browninga, ale Janek i Krygier odepchnęli go.

– Dosyć go bijemy tym, że demaskujemy jego zbrodnię – zauważył Moryc. – Jesteśmy ludźmi kulturalnymi.

– Panie Wołkow – odezwał się Krygier – przyznajesz się, czy nie?

Wołkow milczał.

– Radzę ci po przyjacielsku, odpowiadaj – odezwał się Bajgełe.

– Nie mam się do czego przyznawać. Nikt zresztą nie uwierzy waszym bredniom. To, co wy mnie zarzucacie, jest wymysłem dla zemsty.

– Właśnie dlatego, że nikt nam nie uwierzy, wolimy abyś ty się przyznał. My wszak jesteśmy zbrodniarzami, a ty – przyzwoitym człowiekiem, komisarzem policji, stróżem bezpieczeństwa – ironizował Krygier.

Janek złapał Wołkowa za klapy i zatopiwszy swój wzrok w jego przerażonych oczach, zapytał:

– Przyznajesz się, czy nie?

– Tylko bez przemocy! – odezwał się profesor.

– Przecież to ich metoda! – zawołał Krygier. – Przyznajesz się czy nie? – krzyczał do Wołkowa.

– Nie! – jeszcze głośniej wołał Wołkow.

Janek głośno klasnął dłońmi. Jakby w odpowiedzi na to z drugiego pokoju rozległ się śmiech kobiety. W chwilę potem drzwi się otworzyły i na progu ukazała się Zimna kokota. Odważnie zbliżyła się do Wołkowa.

– Znasz tę dziewczynę? – roześmiał się Bajgełe. – Widzisz, że cię nie oszukałem i że w tym domu są ładne kobietki...

Wołkow spojrzał ostro na Zimną kokotę, ale zanim zdążył coś powiedzieć, rzuciła mu prosto w twarz:

– Tyś zamordował policjanta! Już zapomniałeś, coś mi opowiadał?

Wołkow był zdruzgotany. Zimna kokota ciągnęła dalej:

– Coś przypuszczał? Że ciebie kocham! Cha, cha, cha... Ja, córka starego złodzieja, miałabym kochać policjanta, który prześladuje moich najbliższych? Zawsze cię nienawidziłam, a teraz daję ci tego dowód!

Wołkow, wściekły, zawołał:

– Zabierzcie tę „skórę” sprzed moich oczu! A z wami ułożę się!

– Już ci się nie podobam? – drażniła go.

Janek rozkazał jej, by opuściła pokój.

– No, teraz jesteśmy na dobrej drodze i możemy przystąpić do sedna sprawy – rzekł Krygier.

Profesor, który był świadkiem tego zajścia, odezwał się:

– Zbytecznie traciłem tyle czasu na studia psychologii przestępców. Teraz już naprawdę nie wiem, kto jest porządnym człowiekiem, a kto zbrodniarzem. Człowiek to zagadka.

Profesor wygłosił jeszcze szereg sentencji, potem na pożegnanie im rzekł:

– Rozstaję się z wami i radzę wam jako człowiek życzliwy, abyście zmienili zawód i tryb życia. Oszukujecie tylko siebie.

Po wyjściu profesora, Wołkow odezwał się pierwszy:

– Po co wam potrzebna była obecność profesora? Czyż musi wiedzieć szczegółowo o naszych sprawach?! Sądziłem, że działacie z większą ostrożnością i w większej konspiracji.

– O, teraz mi się podobasz! – zawołał Bajgełe. – Gadasz jak blatny, a nie jak policjant. Szkoda, że nie byłeś z nami o wiele wcześniej szczery.

Ale stała się rzecz nieoczekiwana. Wołkow wstał z miejsca. Jego twarz zdradzała dawną pewność siebie.

– Do diabła! – zawołał Wołkow. – Czy wy sobie wyobrażacie, że naprawdę się was uląkłem? Wasz trik z Zimną kokotą na nic się nie przyda. I jak ważyliście się mnie tu wziąć na badanie, jakbym był złodziejaszkiem na podobieństwo wielu z was?

– Nie denerwuj się! – odezwał się Krygier. – Mamy w ręku przeciw tobie takie dowody, że już się nie wykręcisz.

– Dowody? Jakie? – udawał Wołkow pewnego siebie.

– Na okazywanie dowodów mamy zawsze czas. Teraz zależy nam na tym, abyś się sam przyznał do zbrodni – rzekł Bajgełe.

– Nie mam do czego się przyznawać – trzymał się Wołkow swojego.

– Zmienisz swoje zdanie – rzucił ostro Janek. – Daję ci dziesięć minut czasu na zastanowienie się.

Krygier zaś zabrał się do Wołkowa od innej strony.

– Trudno. W życiu nieraz następuje zamiana ról. Niejednokrotnie postępowałeś z aresztowanymi tak samo, jak my teraz z tobą. Różnica polega tylko na tym, ze nie odeślemy cię do więzienia, nawet gdy nam wyznasz stuprocentową prawdę. Przeciwnie, po takiej robocie nabraliśmy do ciebie więcej zaufania. Cenimy ludzi, którzy radzą sobie w życiu. Pensja policjanta nie może starczyć dla człowieka o twoim pokroju i temperamencie. Zimna kokota nie lubi ludzi utrzymujących się tylko z pensji.

Wołkow siedział przygnębiony. Był bezsilny wobec tej bandy. Zapytał w pewnym momencie:

– Czego dziś chcecie ode mnie?

– Abyś został naszym wspólnikiem – odrzekł Krygier.

– Dziękuję za ofertę – padła odpowiedź Wolkowa.

– Więc nie chcesz się przyznać do zbrodni zabójstwa policjanta?

– Nie doczekacie się chyba tego.

– W takim razie – odparł Krygier – udowodnimy ci tę zbrodnię.

Wyjąwszy z teczki dwie paczki banknotów dolarowych, Krygier podsunął je Wołkowowi.

– Poznajesz je? Przyjrzyj się im bliżej! Te banknoty leżały w tece zamordowanego policjanta.

Wołkow drgnął. Trupia bladość pokryła jego twarz. Bajgełe podsunął mu kielich wina do ust.

– Tylko nie mdlej. Nie wypada.

Wołkow po chwili milczenia zadał zebranym pytanie:

– Skarbiec – to wasza robota?

– Przecież wiesz, że nasza.

– Tak, jesteście mądrzejsi od nas – mruknął Wołkow.

– Mądrzejsi, nie powiedziałbym – zauważył Krygier – ale bardziej pracowici, to owszem. Nie czekamy na pomoc konfidentów czy kapusiów. Gdybyś z nami utrzymywał bliższe stosunki, twojej kasety nie tknęlibyśmy.

– Skąd wiecie, że w ogóle miałem safes w tym skarbcu?

– Mamy nie gorsze informacje od was, gdy nam na tym zależy – drażnił Wolkowa Krygier swoimi uwagami.

– Ona wam o tym mówiła! – zawołał oburzony Wołkow. – Ja ją!...

– Nic jej nie zrobisz! – odparł Janek. – Będziesz robił, co my ci każemy. Od razu poznałem te paczki banknotów po banderolach. Nie zmieniłeś ich. W tym stanie zabrałem je z kasy hrabiny. Pochodzą one z tej samej teki, którą zgubiłem, gdy przesadziłem płot, ścigany przez policjanta, później zamordowanego przez ciebie.

Wołkow z każdą minutą coraz głębiej się upewniał, że już się nie wykręci z ich rąk. Leżał na obu łopatkach. Postanowił ratować się z opresji.

W pierwszej chwili, gdy widział, że wpadł, myślał o samobójstwie. Później szukał sposobu na wydostanie się z ich rąk. Pod koniec zrezygnował z tych postanowień i zdecydował się na kompromis...

Moryc podsunął Wołkowowi wyjście.

– O ile pan zdaje sobie sprawę z sytuacji, w jakiej się obecnie znajduje, łatwo dojdzie pan do wniosku, że o wiele lepiej uczyni, gdy z nami nie będzie zadzierał.

– Pan ma rację – przytaknął mu Wołkow. – Co mam więc czynić?

– Przede wszystkim – zabrał głos Bajgełe – wypić po kieliszku.

Wołkow się nie wzbraniał. Wychylił dużą szklankę czystej i zacierając ręce, rzekł:

– Jestem wasz człowiek. Możecie ze mną mówić otwarcie.

Krygier kiwnął głową na Janka, który przemówił.

– Po pierwsze, musisz nam powiedzieć, ile pieniędzy było w tece. Po drugie, podział zrobimy na równe części. Musisz pamiętać o tym, że miałem jeszcze dwóch pomocników i uganiacza, ogółem więc pięć udziałów.

– A pieniądze, które zabraliście z kasety? – zapytał Wołkow.

– Będą objęte rozliczeniem – wyjaśnił Krygier. – Uważamy cię za równego wspólnika.

– Więc czego jeszcze chcecie ode mnie? Dziś mam dyżur w urzędzie śledczym.

– Nie żądamy mało, ale też nie żądamy dużo – rzekł Krygier. – Nasze warunki są: zostaniesz stałym wspólnikiem naszej bandy. Zachowując stanowisko komisarza policji, możesz nam oddawać bezcenne usługi. A w zamian – otrzymywać będziesz zyski ze wszystkich naszych wypraw. Dla nich będziesz komisarzem – dla nas wiernym towarzyszem.

– Za wiele żądasz ode mnie! – oburzył się Wołkow. – Tak podłym nie mogę być przez całe życie!

– Tak podłym? – parsknął śmiechem Krygier. – Czyż trzeba było większej podłości od tej, której dopuściłeś się wobec podwładnego policjanta? Sądzę, że powinieneś być nam wdzięczny, iż nie wzgardzamy tobą i bierzemy cię na wspólnika.

Wołkow odnosił wrażenie, że ciężar, rzucony na niego znienacka, przygniatał go coraz niżej do ziemi. Nie mógł oponować ani podnieść oczu. Z zimnego wzroku Krygiera wywnioskował, że to człowiek bezwzględny, ostry i przebiegły. Wołkow zdawał sobie sprawę, że wpadł do sieci zręcznie nastawionych.

Ogarnął umysłem przejścia z całego dnia i doszedł do przekonania, że właściwie lepiej się stało, że dziś dowiedział się o zdradzie kochanki oraz o wykradzeniu dolarów z jego kasetki. Już w myśli szukał sposobu wydostania się z opresji. Teraz musi na wszystko przystać i się zgodzić, ale potem...

Nie mógłby dokładnie określić, co zamierzał uczynić potem. W podświadomości marzył o paszporcie zagranicznym, o grubszej forsie, a reszta... Uciekać! Uciekać stąd jak najprędzej! – Oto co nakazywał mu instynkt samozachowawczy.

Przez mózg przebiegła okropna myśl o szubienicy, na którą niejednego przestępcę już zaprowadził. Zimny pot zrosił jego czoło. Był bliski omdlenia.

Nie przewidywał, że ci ludzie tak szybko jeszcze nie wypuszczą go z rąk. Zanim się wyzwoli, będzie musiał udzielić gwarancji. Na pysk mu nie wierzono. Żądano od niego przyrzeczenia na piśmie.

I Krygier wyjął wieczne pióro, kartkę papieru, następnie podsunął to chytrze Wołkowi.

– Czego jeszcze? – przeraził się Wołkow.

– Nic takiego – uśmiechnął się Krygier. – Napiszesz kilka słów, które ci podyktuję. A potem będziesz mógł sobie spokojnie iść na nocny dyżur. Czyż mamy prawo przeszkadzać ludziom pracy i obowiązku, którzy w dzień i w nocy mają czuwać nad bezpieczeństwem przed takimi, jak my...

– Sprawia to wam przyjemność, gdy możecie się nade mną znęcać i wytaczać moją krew? – rzucał się w bezsilności Wołkow bliski płaczu.

– A mało tej krwi wytaczałeś naszym braciom, gdy dostali się w twoje delikatne rączki? Nie obcy ci termin w krzyżowym ogniu pytań. Teraz przynajmniej będziesz zdolny do zrozumienia stanu psychicznego naszego brata, którego niejednokrotnie zapewne zmuszałeś do przyznania się do zbrodni, przez niego nawet niepopełnionych. O, wasze twarze bezlitosne! Ciebie przynajmniej nie czeka jeszcze pobyt w zimnej, wilgotnej norze więziennej. Wydawało ci się, że zabijesz policjanta, zrzucisz winę na Janka i wszystko będzie w porządku? Byłeś w stu procentach pewny, że nikomu nawet na myśl nie wpadnie, iż ten surowy i wzorowy Wołkow, stróż bezpieczeństwa, może być brany pod uwagę jako zabójca!? Ale my mieliśmy tę odwagę ciebie właśnie o to posądzić! Naszego Janka chciałeś obarczyć niepopełnioną zbrodnią zabójstwa! A nadto obciążyć go plamą hańby z powodu ograbienia doli kompanów. Czyż zdajesz sobie sprawę z tego, co czekało Janka, gdyby nie był zasługiwał na stuprocentowe zaufanie? A gdyby nie uciekł z więzienia, zawisłby na szubienicy! Ty!

– Dosyć! Dosyć! – zawołał Wołkow i chwycił za rękojeść rewolweru, który leżał przed nim na stole.

– Chcesz pozbawić się życia? Proszę bardzo. Wątpię jednak, czy i na to starczy ci odwagi. Zresztą głowa twoja kuli nie jest godna...

– Co, w moim domu? – krzyknęła Regina. – Tu samobójstwo?

– Nie przejmuj się! – uspokajał ją Krygier. – Zbyt wielki to tchórz! A nawet gdyby strzelił sobie w łeb, niedaleko stąd płynie Wisełka... Załatwimy go jakoś...

Słowa Krygiera działały na Wołkowa oszałamiająco. Tracił z minuty na minutę resztki woli i sił. Błędnym wzrokiem patrzył na Krygiera, który go jakby zahipnotyzował.

Krygier nie tracił czasu i „wykańczał” Wołkowa.

– No, czemu stoisz bezradnie? Albo pakuj sobie kulę w łeb, albo pisz! Bo na ceregiele i zabawy nie mamy już czasu.

Znów zapanowało milczenie. Krygier nie spuszczał oka z twarzy Wołkowa.

– Odłóż broń, szkoda twoich młodych lat – zaczął Krygier z innej beczki. – Niejedna rozkosz czeka cię w tym wieku. Pięknych kobiet nie brak. Zimna kokota nie jest jeszcze wszystkim. Nie potrzebujesz się zbytnio przejmować naszą propozycją. Zapewniam cię, że mokra robota nie wchodzi u nas w rachubę.

Wołkow przez kilka chwil trwał w zamyśleniu. Na jego zmęczonej twarzy widniały ślady zaciętej walki wewnętrznej, która w nim się rozgrywała. Ambicja nie pozwalała mu, by został jawnym członkiem bandy przestępców. Ale na nic stanowczego nie mógł się zdobyć. Nie miał sił, by skończyć ze sobą.

– Dosyć namyślałeś się! – rzekł Krygier rozkazującym tonem. – Weź pióro do ręki!

Wołkow machinalnie spełniał życzenia Krygiera.

– Pisz! – rozkazał Wołkowowi. – Pamiętaj jednak, że nie żartujemy. O ile z góry myślisz o zdradzie, uprzedzamy cię, że wpadniesz. Zawczasu i o tym pomyśleliśmy. Unieszkodliwiliśmy cię na zawsze. Na wspólnika także cię nie bierzemy, gdyż obawiamy się z twojej strony niespodzianki. Teraz jesteś nam potrzebny jedynie ze względu na dalsze sprawy. Twojemu komisarzowi Żarskiemu jeszcze głowa pęknie od kawałów, których mu nie pożałuję, zanim opuszczę ten kraj.

Przez chwilę Krygier zastanowił się nad dalszym postępowaniem, co wykorzystał Wołkow, który jakby naraz odzyskał władzę nad sobą.