Zdzich szuka ojca - Jim Poker - E-Book

Zdzich szuka ojca E-Book

Jim Poker

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Jim Poker to literacki pseudonim Juliana Ginsberta. Urodził się on w 1892 roku w Warszawie. Spełniał się na wielu polach: z wykształcenia inżynier, początkowo pracował w wojsku, które porzucił dla działalności literackiej i publicystycznej. Podczas II wojny światowej wcielony do marynarki wojennej, po zwolnieniu ze służby ponownie zajął się pisaniem oraz reżyserowaniem filmów krótkometrażowych. Pisał po polsku i po angielsku, zmarł w Londynie.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Jim Poker

Zdzich szuka ojca

Powieść morska dla młodzieży

Warszawa 2020

I. ZBIEG Z TAMTEJ STRONY

Tsz! Czcz!...

Krótki, bo tylko z lokomotywy i trzech wagonów złożony pociąg zajechał przed biały, czerwonym dachem nakryty budynek dworca i stanął posłusznie przed peronem, sapiąc i wyrzucając w górę białe wykrzykniki pary.

Tsz! Czcz! Tsz! Czcz!

– Stołpce! – zawołał konduktor. – Wysiadać do rewizji!

Tylko kilka osób wysiadło z pociągu, co przyszedł od strony Mińska – miasta dawniej polskiego, a leżącego dziś po stronie Rosji Sowieckiej. Do pustych wagonów podeszli polscy kolejarze, aby, jak zwykle, sprawdzić, czy wszystko w porządku.

Właśnie taki nieco usmolony kolejarz, w granatowej czapce ze srebrnym orzełkiem, nachylił się nad kołami ostatniego wagonu i począł stukać w nie młotkiem, kiedy naraz wydał okrzyk zdziwienia.

Pod wagonem na łańcuchach leżał jakiś mały kłębek. A z kłębka tego patrzyła ku kolejarzowi para wystraszonych oczu.

– Czary, czy co u licha? – pomyślał kolejarz.

Ale, że był chłop odważny, więc schylił się bardziej jeszcze i sięgnął ręką po ów kłębek.

A ten wydał właśnie cienki pisk, jakby kto kurę przydusił, po czym nagle zsunął się na ziemię, wypełzł spod wagonu i przed kolejarzem stanął mały chłopiec, tak brudny i umorusany, że raczej do zwierzątka jakiegoś, niż do człowieka podobny. Skulił się też zaraz z powrotem, trochę zawstydzony swoim wyglądem.

Kolejarz spojrzał podejrzliwie: – Znowu jakieś licho od bolszewików przyniosło!

Coś ty za jeden smoluchu?

A na to chłopiec, usłyszawszy dźwięk polskiej mowy, jak nie skoczy do kolejarza, jak się nie przytuli, ocierając swoje łachmany o jego buty, jak nie zawoła: – Panie! To ja już w Polsce! To Bóg mnie wyratował! Tylko już tam do nich nie odsyłajcie!

– Hm – mruknął kolejarz. – Kto cię tam wie, kto ty jesteś? Nie takich tu nasyłali, co potem tylko złodziejami czy szpiegami byli. Jak ci na imię?

– Zdzich. U nich mówili Zulia. Tak jakoś po ichniemu. Ale ja uciekłem.

– No, chodź, chłopcze, ze mną na posterunek.

Tam już poznają się, coś ty za jeden.

*     *

*

Zdzich idzie posłusznie za kolejarzem, rozglądając się wokoło. Od chwili kiedy wie, że jest w Polsce, nic już się nie boi. To przecież niemożliwe, żeby tu byli źli ludzie, bo przecież swoi.

Na posterunku policyjnym przodownik, w granatowym płaszczu ze srebrnym lampasem na kołnierzu, spojrzał ku wchodzącym: – A cóż to za kominiarczyka prowadzicie, panie Kutrzeba? – spytał.

– Nie kominiarczyk to, tylko chłopak, co pod wagonem z Rosji przyjechał, panie przodowniku. Z oczu patrzy mu dobrze, ale diabeł go tam wie. Różni już bywali.

Więc pan przodownik zaraz się nastroszył, minę zrobił surową i pyta:

– Jak się nazywasz?

– Zdzich Krzywicki, proszę pana – mówi chłopiec grzecznie, ale śmiało.

– Ile masz lat?

– Dziesięć.

– Skądeś się tu wziął?

Zdzich nabiera powietrza w piersi i zaczyna opowiadać swą smutną historię. A gdy opowiada, zdaje mu się, że widzi raz jeszcze wszystko to, co było, i aż malutkie łezki zaczynają kręcić mu się w oczach.

Przodownik i kolejarz słuchają ciekawie.

– Byłem jeszcze malutki – opowiada Zdzich – kiedy tatuś i mamusia wyjechali z Warszawy nad morze. Mieli tam coś wielkiego budować, już nie pamiętam dobrze co. Tatuś mówił, że port taki, gdzie okręty do Polski przychodzić będą. Tatuś to był inżynier i miał w tej Gdyni budować jakieś domy czy fabryki. Ale robota szła powoli i wszyscy, co tam byli, to mówili, że Polska tego portu i tych domów, i fabryk to nigdy nie zbuduje. To by trzeba było, żeby port budowali Anglicy albo Francuzi, bo oni na rzeczach morskich się znają. A Polacy to nic nie umieją. Więc tatuś trochę się zniechęcił, a i mamusia bardzo się martwiła, że to nie ma gdzie mieszkać i życie drogie, i o robotę trudno.

Aż tu jednego dnia przyszedł do tatusia taki pan z czarną brodą, w okularach i coś bardzo długo rozmawiał. Ja nie wiedziałem co, bo mamusia zawsze mi mówiła, że podsłuchiwać to nieładnie. Ale słyszałem przez drzwi, że mówili, a ja nic prawie zrozumieć nie mogłem. Dopiero potem mamusia powiedziała, że ten pan to jest z Rosji i mówi po rosyjsku.

Więc przychodził ten pan kilka razy, a po jego wyjściu tatuś zawsze coś długo rozmawiał z mamusią. I mamusia miała potem czerwone oczy, a tatuś zły był bardzo. A ten czarny z brodą przychodził coraz częściej i miał coraz weselszą minę i raz nawet przyniósł mi cukierków, ale ja ich jeść nie chciałem, bo mu źle z oczu patrzyło.

I dopiero potem okazało się, że ten czarny to namawiał tatusia, żeby całą tę robotę w Gdyni rzucił, bo z tego nic nie będzie i tu z głodu umrze. A za to, żeby tatuś z nim pojechał do Rosji, gdzie teraz roboty dla mądrych i uczonych ludzi bardzo dużo, i płacą dobrze, i życie tanie. To tatuś długo nie chciał i mamusia też nie.

Ale w końcu się zdecydowali. Tak już tamten ich namówił. A ja, choć nie chciałem jechać i bardzo płakałem, to przecież na mnie nikt nie zważał, bo byłem jeszcze malutki. No i tatuś powiedział, że dzieci i ryby nie mają głosu.

– A ileś ty miał lat wtedy, chłopcze? – pyta przodownik.

– Pięć lat miałem, proszę pana. I sam dobrze wszystkiego nie pamiętam. Ale potem, jak były złe czasy, takie złe naprawdę, tośmy z mamusią Gdynię wspominali. I dlatego wiem.

Więc pojechaliśmy wszyscy do Rosji i tatuś dostał zaraz posadę inżyniera w takiej wielkiej fabryce, gdzie robią różne lekarstwa. Miał tam budować nowy pawilon. A w tym pawilonie to miała być fabryka gazów, takich co to na wojnie trują nimi żołnierzy. Więc tatuś się zbuntował i chciał wracać do Polski.

Dopiero tamci mówią, że nie można, że umowa jest na pięć lat. Tatuś zaczął chodzić do polskiego konsulatu, radzić się. Mamusia płakała i co kto zadzwonił, to aż drżała ze strachu. Którejś nocy przyszło ich czterech w takich płaszczach z rewolwerami. Przewrócili całe mieszkanie do góry nogami. Tatusia zabrali do więzienia, choć mamusia strasznie płakała i prosiła ich. Zabrali też wszystkie papiery.

A potem to tatuś musiał dalej budować tę fabrykę, ale już z musu. Bez żadnych pieniędzy, bo oni już nic nie płacili.

Zbudował im tatuś przez dwa lata za darmo i ten pawilon i jeszcze dwa inne, bo się bał, żeby mamusi i mnie krzywdy jakiej nie zrobili. Ale i tak bieda była wielka, bośmy na tydzień dostawali na kartki trzy bochenki chleba, dwa funty mięsa, worek ziemniaków i szczyptę herbaty. Cukru i ani soli nie dawali.

Mamusia co miała, to posprzedawała handlarzom, żeby się trochę ratować. I zaraz zachorowała bardzo ciężko. Doktor, co przyszedł, mówił, że to tyfus.

Zabrali gdzieś mamusię do szpitala i więcej jej nie widziałem.

Tatuś był wtedy bardzo mizerny i bardzo smutny.

Raz, pamiętam, przytulił mnie bardzo mocno, wycałował i rozpłakał się. A ja się zdziwiłem, że taki duży mężczyzna płacze. Przecież dotąd, jak mamusia płakała, to tatuś zawsze mówił, że jest beksa i że płakać to babska rzecz.

Więc i ja popłakałem się trochę, a tatuś powiedział: – Synku mój drogi! Mały jeszcze jesteś, ale musisz się starać być takim, jak dorosły mężczyzna. Ta budowa skończona i wysyłają mnie na nową, bardzo daleko. Mama chora w szpitalu. Musisz tu zostać i opiekować się nią, pilnować jej. Kto to zrobi, jeśli nie ty, Zdzichu? Niech ci Pan Bóg dopomoże.

Dowidzenia.

I tatuś poszedł, a ja zostałem sam.

*     *

*

Było mi trochę straszno, bo w tym domku, gdzieśmy mieszkali, to żyła tylko stara Katierina – niby to stróżka czy kucharka. Ona się mną miała zaopiekować, ale to była pijaczka i zła kobieta.

Zupełnie tak jak i ta Baba Jaga z bajki. Dokuczała mi bardzo i zaraz jak tylko tatuś odjechał, zaczęła bić.

Więc ja uciekłem i zacząłem szukać tego szpitala, gdzie mamusia. Inne dzieci, a czasem i dorośli, dali mi trochę jeść. Ale mamusi nie znalazłem, bo podobno wywieźli ją gdzieś daleko. A potem złapali mnie i powiedzieli, że jestem bradiaga, to niby włóczęga, i zabrali do takiej ich szkoły. W szkole tej było mi bardzo smutno, bo wszystko obce. Był tam jeszcze drugi chłopczyk polski – Staś Michalski – tośmy się razem trzymali.

Ale ja ciągle chciałem szukać mamusi, więc znów uciekłem. Z włóczęgami dostałem się do takiego miasta, co nazywało się Mińsk, aż już niedaleko było od granicy polskiej. To dopiero przyszło mi do głowy, że gdybym tak uciekł do Polski, to tam by mi pomogli odszukać tatusia i mamusię.

Więc zacząłem chodzić codziennie na kolej i szukać okazji. Sprzedawałem wtedy gazety, więc to było łatwo. Ale pilnowali dobrze. Raz już wlazłem pod wagon, to mnie wyciągnęli i dali takie baty, że no... – Tu Zdzich spojrzał się po obecnych pół wesoło, pół smutno i tak jakoś niechcący potarł siedzenie. – Potem byli lepsi, dawali sprzedawać gazety, karmili czasem. Latem sypiałem w towarowych wagonach na dworcu, a zimą, gdzie przytulili.

Ale wciąż pamiętałem, że muszę odszukać rodziców. Więc znów szukałem okazji. I właśnie dziś rano się trafiła. Deszcz padał, sałdaty były śpiące, konduktor nie uważał. Więc wlazłem pod wagon pociągu, co odchodzi do Polski.

Z początku było dobrze, ale jak pociąg ruszył, zrobiło mi się straszno. Chciałem już krzyczeć o ratunek, bo bałem się, że spadnę. Ale i tak by mnie nikt nie usłyszał.

Okropnie tam pod wagonem. I huczy tak strasznie, i takie iskry lecą, i te kamienie na szynach, to już nie są kamienie, tylko takie szare pasemka, od których mąci się w głowie. Już myślałem, że chyba umrę, kiedy nagle pociąg zwolnił i stanął. Wtedy poprawiłem się jako tako i przywiązałem paskiem do jakiejś sztaby.

Długo bym tak nie wytrzymał. Dobrze, że pociąg jechał wolno i często stawał. A jak stanął tutaj, to bałem się wyjść.

– Nie słyszałeś wołania, że to Stołpce – granica polska?

– Nie, proszę pana. Bom od tego huku pod wagonem zupełnie ogłuchł.

– A co ty myślisz teraz robić?

– Teraz to ja muszę zarobić trochę pieniędzy i pojechać szukać mamusi i tatusia. I postarać się ich zabrać stamtąd do Polski.

– A jak ich nie puszczą?

Zdzich na chwilę robi się smutny. Rzeczywiście. O tym wcale nie pomyślał. Jak rodziców nie puszczą? Ale wnet chłopiec podnosi oczy i hardo wstrząsa czupryną.

– Niech spróbują nie puścić! Przecież mi kto pomoże, to ich stamtąd wykradniemy i już!

– Zuch chłopak – myśli pan przodownik. Ale nie mówi tego, tylko dalej pyta surowo: – A masz ty tu jakich krewnych, rodzinę, czy co?...

– Dawniej to miałem. Ale już nie pamiętam, bo kiedy wyjechaliśmy, byłem malutki.

Była babcia, mamusia o niej często wspominała. I ciotka Krysia. I wuj...

– A gdzie mieszkają?

– Czy ja mogę wiedzieć? Mieszkali w Warszawie, tak jak my pewno. A teraz nie wiem.

Pan przodownik trochę myśli, a potem zwraca się do kolejarza i mówi półgłosem:

– Widzi mi się, że ten chłopak mówi prawdę. Nie wygląda na bolszewickiego włóczęgę. Może byś się pan nim zaopiekował, a ja tymczasem wyślę raport do Warszawy. Niech szukają krewnych Zdzisława Krzywickiego.

– Dobrze – powiada kolejarz. – Chodź, synku, ze mną. Bo pewno i głodny jesteś i bardzo zmęczony.

Zdzich teraz dopiero czuje, że nogi uginają się pod nim. Przedtem był przejęty tym, co się stało i podniecony. A teraz, kiedy jest już na polskiej ziemi, między swoimi, kiedy wie, że mu się żadna krzywda nie stanie, słabnie naraz.

Kolejarz ma wiele trudu z doprowadzeniem go do swego mieszkania, bo Zdzich słania się i omal nie zasypia w drodze.

– A co to za przybłędę prowadzisz? – pyta dość gniewnie pani Kutrzebina. – Jeszcze co ukradnie.

– Nie bój się, matko. To chłopak nasz, polski, co z Bolszewi uciekł. Ojca i matkę mu odebrali i gdziesik zesłali. Dobrze mu z oczy patrzy, to też w policji kazali mi go przytulić, póki mu rodziny nie znajdą.

– A, jeśli tak, to co innego – mówi żona. – Chodźże tu, synku, i obmyj się. Łachy te też zdejmij, bo pewnie w nich robactwo siedzi. Gdzieżeś ty się tak usmolił nieludzko?

– Pod wagonem przyjechałem, proszę pani.

– Chryste Panie! Chodźże do kuchni, obmyjesz się w gorącej wodzie. Balię nastawię.

Potem wyszukam ci jakiś przyodziewek. A tymczasem napij się herbaty krzynę. Jak będziesz czysty, dostaniesz kolację.

W godzinę potem Zdzich, już wymyty, ubrany w czystą koszulkę i majteczki (pani Kutrzebina dała mu ubranko swego syna, co był trochę starszy od Zdzicha), siedzi przy stole z rodziną kolejarza. Wprawdzie ubranko trochę za małe, bo Zdzich to wielkolud, a Bolek kolejarza, choć starszy, to mniejszy – aleć zawsze przyjemnie być czysto ubranym.

– Jak zarobię, to kupię sobie nowe ubranie – myśli chłopiec – a to oddam Bolkowi.

Ale mimo, iż cała rodzina Kutrzebów przejęta jest małym gościem, a dzieci – Bolek i młodsza o rok Stacha – są zasłuchane i zapatrzone w Zdzicha, że nic nie jedzą, to jednak bohaterowi naszemu chce się okrutnie spać. Raz i drugi płowe loki, co to je Kutrzebina umyła i własnym grzebieniem, rozczesała, zaglądają do talerza. Raz i drugi zamykają się powieki, a główka chyli to na jedno, to na drugie ramię.

– Chodź spać, chłopcze – mówi Kutrzeba. – Widzę, że ci się oczy kleją.

Za chwilę Zdzich już przeciąga się na kanapce w jadalni, gdzie mu gospodyni posłała.

Jest mu dobrze, tak dobrze, że aż nie wiedzieć czego, płakać się chce.

Już dawno tak dobrze nie było. Przecież ten kolejarz i jego żona, i te dzieci, to obcy, a jednak jacyś tacy bliscy i dobrzy, i kochani. Jak rodzony ojciec i matka.

Czy wszyscy ludzie w Polsce tacy dobrzy?

Ojciec i matka! Gdzie ich odnaleźć? Teraz właśnie, kiedy Zdzichowi dobrze, myśli tym bardziej o rodzicach. Musi ich odnaleźć, wyratować! Musi! musi!

Od tego jest chłopcem. Przecież dwa lata temu, przy rozstaniu, ojciec powiedział mu, że jest już mężczyzną.

Co dopiero teraz?

Dobrze, strasznie dobrze jest Zdzichowi, ciepło, przytulnie. Tylko tęsknota za tatusiem i mamusią właśnie dla czegoś większa, jeszcze większa! I naraz chłopiec zaczyna płakać.

Pani Kutrzebina, co właśnie sprzątała ze stołu, słysząc cichutkie łkanie, rozgląda się i widzi, że łzy jak groch płyną po Zdzichowej poduszce.

– Ejże, ty synku, czego płaczesz? – mówi. – Takiś zuch, tyleś wytrzymał, takeś się dzielnie spisał, a naraz beksa z ciebie.

– To... z ra... dości... że mi... tak do... brze – pochlipuje Zdziś. – Tak dobrze, jak już dawno... daw... no nie bywało. Chyba jak by... łem ma... leńki.

Ale też mi tęsk... no za mamą i ta... tusiem.

– Nie martw się, synku. Znajdziemy tatusia i mamusię. Znajdą się ludzie, co ci szukać pomogą. My to jesteśmy prawie biedni. Niewiele możemy. Ale tu w Polsce jest porządek i prawo takie, żeby jeden drugiemu pomagał. Więc i tobie pomogą. Bóg ci pomoże, boś chłopiec poczciwy, a ludzie też pomogą, bo taka będzie wola boska.

– A ja nawet paciorka nie zmówiłem – zrywa się nagle Zdzich. I prędko otarłszy łzy zaczyna: – Kto się w opiekę...

Ale oczy mu się kleją, więc tylko dodaje: – Dziękuję Ci, Panie Boże, żeś mnie do Polski szczęśliwie przyprowadził. I pozwól mi odszukać rodziców...

Po czym pada na poduszkę, i za chwilę śpi już jak karpacki susełek.