Złoty trójkąt - Maurice Leblanc - E-Book

Złoty trójkąt E-Book

Maurice LeBlanc

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Złoty trójkąt” to dwuczęściowa powieść autorstwa Maurice’a Leblanca opowiadająca o przygodach Arsène’a Lupin. Akcja powieści rozgrywa się w czasie I wojny światowej w Paryżu. Oficer armii francuskiej, weteran wojenny, kapitan Patrycjusz Belval leczy swoje rany w paryskim lazarecie. Poznaje tam Koralię – młodą i piękną pielęgniarkę, w której się od razu zakochuje. Jest ona żoną nieuczciwego bankiera Essaresa, który chce wywieść nielegalnie z Francji ogromny majątek w złocie. Koralia nienawidzi swego męża, który poślubił ją wbrew jej woli. Wkrótce policja znajduje na wpół spalone zwłoki bankiera. Ukrytych przez niego kilkuset worków ze złotem, pomimo dokładnego przeszukiwania jego posiadłości, nie udaje się jednak odnaleźć. Śledztwo policji i tajnych służb staje w martwym punkcie. W tym momencie do akcji wkracza Arsène Lupin...

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Maurice Leblanc

Złoty trójkąt

Warszawa 2021

Część pierwsza

Deszcz złotych iskier

Rozdział I

Mateczka Koralia

Koło godziny szóstej po południu, kiedy miasto zaczynało się pogrążać w mroku wieczornym, dwóch żołnierzy dążyło szybkimi krokami ku czworokątnemu skwerowi na zbiegu ulicy Chaillota i ulicy Piotra Charrona.

Jeden z tych żołnierzy miał na sobie błękitną jak niebo bluzę, drugi, Senegalczyk, ubrany był w mundur żuawa... Pierwszy nie miał prawej nogi, drugiemu brakło lewej ręki. Zatrzymali się oni przy grupie marmurowych sylenów. Błękitny rzucił na ziemię płonącego papierosa. Senegalczyk podjął szybko niedopałek, pociągnął kilka razy i zgasiwszy, schował do kieszeni.

Wszystko to odbywało się bez słowa w zupełnym milczeniu.

W tym samym prawie czasie z mroków ulicy Galliera wyłoniły się dwie inne żołnierskie postacie w umundurowaniu tak posztukowanym różnymi cywilnymi dodatkami, że trudno było określić gatunek broni, do jakiej ci dwaj ludzie należeć mogli.

W każdym razie jeden z nich miał na głowie fez żuawa, a drugi kepi artylerzysty.

Pierwszy szedł na szczudłach, drugi o lasce.

Zatrzymali się przy kiosku, który wznosił się tuż przy chodniku.

Z innych przecznic wysunęły się pojedynczo jeszcze trzy postacie: strzelec bez nogi, kulejący saper i kawalerzysta o skrzywionym biodrze. Każdy z nich obrał sobie jedno drzewo skweru i wsparłszy się o nie, trwał bez ruchu.

Nie rozmawiali ze sobą wcale. Zdawało się, że żaden z tych siedmiu inwalidów nie zna swych towarzyszów i nawet nie dostrzega ich obecności.

Wybiła godzina szósta.

W tejże samej chwili z bramy jednego z domów wyszedł oficer w mundurze khaki. Bandaż owijał pod czapką jego głowę, zakrywając jego czoło. Był to mężczyzna wysoki i bardzo szczupły i tak samo jak tamci żołnierze inwalida. Albowiem prawa jego noga poniżej kolana wspierała się na drewnianym szczudle. Oficer skierował się przez ulicę Piotra Charrona ku Polom Elizejskim, gdzie zatrzymał się w pobliżu wielkiego gmachu, zamienionego, jak opiewał napis nad bramą, na szpital wojskowy.

Oficer zajął stanowisko umożliwiające mu kontrolę wychodzących stamtąd osób, z tym jednak, aby on sam nie był przez nie widziany...

Zegar na wieży wydzwonił trzy kwadranse na siódmą, potem siódmą godzinę.

Pięć osób wyszło z bramy szpitala, potem jeszcze dwie, wreszcie ukazała się pielęgniarka w luźnym błękitnym płaszczu z opaską Czerwonego Krzyża na rękawie.

– Oto ona – szepnął oficer. Pielęgniarka skierowała swe kroki ku ulicy Piotra Charrona i szła prosto w stronę placu Chaillota. Szła szybko – krokiem lekkim i rytmicznym. Pod luźnym nazbyt szerokim płaszczem odgadywało się toczone kształty młodego ciała.

Oficer postępował za nią w pewnej odległości, rysując z niedbałą miną jakieś zygzaki swoją laską – tak jak to czynią spacerowicze, którym się nie spieszy.

W tej chwili nie widać było na całej tej przestrzeni nikogo prócz niej i niego.

Kiedy jednak pielęgniarka mijała avenue Marceau, automobil, który tam stał, jakby oczekując na kogoś, puścił motor w ruch i zwrócił się w tym samym kierunku, co młoda kobieta Było to taxi – auto, w którym oprócz szofera znajdowało się dwóch mężczyzn.

Automobil, który z początku jechał bardzo powoli, zwiększał szybkość w miarę tego, jak pielęgniarka zbliżała się do skweru. Młoda kobieta szła naprzód, nie oglądając się poza siebie, widocznie łoskot motoru nie zaniepokoił jej.

W chwili kiedy znalazła się tuż przy drzewach okalających plac, auto zatrzymało się nagle. Dwaj mężczyźni wyskoczyli – jeden przez jedne – drugi przez drugie drzwiczki.

Krzyk przerażenia, jaki wydarł się z piersi kobiety, zlał się w jedno z przeraźliwym dźwiękiem gwizdawki, którą przyłożył do ust oficer-inwalida.

Wówczas siedmiu żołnierzy ukrytych za drzewami wypadło znienacka. Rzucili się oni na napastników wprowadzających swą zdobycz do automobilu.

Walka była krótka, a właściwie nie było jej wcale. Szofer, widząc co się dzieje, puścił maszynę w ruch i zmykał z największą możliwą szybkością. Tamci zaś dwaj, zrozumiawszy, że zamiar ich udaremniono, puścili młodą kobietę a następnie rzucili się w mroki ulicy Brugnoles.

– Galop!... Ya-Bon – zakomenderował oficer, zwracając się do Senegalczyka – przyprowadź mi tu koniecznie jednego za kark!...

Sam zaś podtrzymywał kobietę drżącą całą i bliską omdlenia.

– Niech się pani nie lęka, mateczko Koralio!... To ja, kapitan Belval... Patrycjusz Belval...

Wówczas ona wyjąkała:

– Ach! to pan, kapitanie...

– Tak, zebraliśmy się tutaj, przyjaciele pani, dawni pacjenci ze szpitala, którymi się mateczka tak troskliwie opiekowała...

– Dziękuję... dziękuję...

I drżącym głosem zapytała:

– A tamci dwaj?...

– Uciekli. Ya-Bon ich ściga!

– Ale czego oni chcieli ode mnie? I jakim cudem znaleźliście się tutaj wszyscy, aby mi tak w porę przybyć na pomoc?

– Pomówimy o tym później, mateczko Koralio. Teraz jest pani zbyt wyczerpana i musi pani wypocząć trochę...

Delikatnie ująwszy ją pod ramię, poprowadził w stronę domu, z którego sam wyszedł przed godziną. Młoda kobieta nie stawiała żadnego oporu.

Cała gromadka weszła do mieszkania na parterze, gdzie zainstalowano się w wielkim salonie oświetlonym żyrandolem elektrycznym. Na kominku płonął jasno ogień.

– Niech pani spocznie, mateczko Koralio...

Kobieta opadła na fotel – bez słowa.

– Poular – wydał rozporządzenie kapitan – biegnij do jadalni po kieliszek... Ty, Ribrac, przynieś karafkę świeżej wody z kuchni... Chatalani, w kredensie stoi butelka rumu... Nie!... nie!... mateczka Koralia nie lubi rumu... zatem...

– Zatem... – uśmiechnęła się lekko – proszę tylko o szklankę czystej wody...

Policzki młodej kobiety odzyskiwały powoli zwykłą swoją barwę... Do pobladłych warg napływała krew.

Twarz młodej kobiety pełna wdzięku i słodyczy, miała szlachetny, czysty owal i rysy niezwykłej delikatności. Duże jasne oczy patrzyły na świat spojrzeniem dziecka... A jednak w tej twarzy łagodnej i delikatnej było coś, co wskazywało, że subtelna ta istota ma duży zasób energii i silną wolę.

– Cóż, lepiej pani? – zapytał kapitan, kiedy „mateczka” Koralia wychyliła szklankę zimnej wody.

– O wiele lepiej.

– No, to cudownie!... Aleśmy przeżyli gorącą chwilę!... Co za niezwykła historia!... Trzeba to będzie wszystko wyjaśnić – prawda? Oho!... Ya-Bon powraca!... Ciekawym, czy...

Kobieta zerwała się na równe nogi.

– Sądzi pan, kapitanie, że dogonił jednego z tych ludzi?

– Ależ pewny tego jestem... Powiedziałem przecież, żeby mi sprowadził jednego z tych hultajów za kark, a Ya-Bon zwykł wykonywać moje rozkazy...

Wszyscy zwrócili się w stronę westybulu. Senegalczyk szedł już po schodach w górę. Prawą swoją żylastą dłonią trzymał za kark jakiegoś mężczyznę, niosąc go tak, jakby to nie był żywy człowiek, ale pajac z drewna lub gutaperki.

Kapitan rzekł krótko:

– Puść go...

Ya-Bon rozsunął palce. Jeniec upadł bezwładnie jak kloc na kamienną posadzkę westybulu.

– Oto czego się lękałem – mruknął kapitan Belval – Ya-Bon ma tylko jedną rękę, ale jeżeli tą swoją jedyną ręką chwyci kogoś za gardło, to cudem chyba nie udusi... Niemcy mogliby coś o tym powiedzieć...

Oficer nachylił się nad zemdlonym, a potem zwracając się do pielęgniarki zapytał:

– Pani zna tego człowieka?

– Nie...

– Na pewno? Nie widziała pani nigdy tej twarzy?

Była to wielka tłusta twarz o niskim czole pod czarnymi, wypomadowanymi włosami... Nad grubymi zmysłowymi wargami – siwiejące wąsy. Granatowe ubranie było nowe, modne i dobrze skrojone.

– Nigdy... nigdy wżyciu...

Kapitan przetrząsnął kieszenie Nie znalazł w nich najmniejszego papieru.

– No, to poczekamy, aż przyjdzie do siebie i wtedy zaczniemy indagację.

– Ya-Bon, zwiąż mu ręce i nogi i pozostań tutaj przy nim na straży... A wy chłopcy, możecie już odejść... Czas, byście powrócili już do Domu Rekonwalescentów... Pożegnajcie mateczkę Koralię i zmykajcie.

– Dobranoc, mateczko!... – zawołali żołnierze chórem.

– Do widzenia... Dziękuję wam... dziękuję serdecznie...

Kiedy tamci odeszli, Patrycjusz Belval siadł na niskim taboretku – prawie u nóg młodej kobiety – i zaczął:

– A teraz porozmawiamy, mateczko Koralio. Więc przede wszystkim parę słów wyjaśnienia. Będę się streszczał.

Zamilkł na chwilę, jakby zbierając myśli, po czym ciągnął dalej:

– Jak pani wie, mateczko Koralio, osiem dni temu wypuszczono mnie ze szpitala, pozwalając mieszkać prywatnie... Przez cały ten czas spaceruję sobie, jadam, o ile mogę, najczęściej i odwiedzam dawnych przyjaciół... Właśnie dzisiaj przed południem czekałem w kawiarni na jednego z moich dobrych znajomych... Paliłem sobie papierosy i rozmyślałem o różnych rzeczach, kiedy nagle o uszy moje obiły mi się słowa, które zwróciły moją uwagę... Trzeba pani przy tym wiedzieć, że sala ta jest przedzielona drewnianą ścianką na dwie połowy... Jedna połowa przeznaczona jest dla gości kawiarnianych – druga stanowi bar... Tamci dwaj widocznie sądzili, że są sami i mówili tak głośno, że mogłem pochwycić kilka zdań, które sobie nawet zanotowałem...

Belval wyjął z kieszeni notatnik:

– Te kilka zdań, które mnie z łatwo zrozumiałych powodów zainteresowały, poprzedziły słowa o jakimś deszczu złotych iskier. Czy to pani nie naprowadza na jaki domysł?

– Bynajmniej...

– Więc niech pani słucha dalej. Aha! zapomniałem dodać, że ci ludzie rozmawiali po angielsku. Zupełnie wprawdzie poprawnie, ale z akcentem zdradzającym, że ani jeden, ani drugi nie są Anglikami... Oto ich słowa – wiernie przetłumaczone:

– A więc – rzekł jeden z nich – wszystko gotowe... Pan i on będziecie dzisiaj wieczorem przed godziną siódmą na umówionym miejscu...

– Będziemy, pułkowniku. Nasz automobil gotów.

– Dobrze, proszę pamiętać, że ta mała wychodzi ze szpitala o siódmej...

– Proszę być bez obawy. Pomyłka jest wykluczona, ponieważ ona zawsze idzie tą samą drogą w ulicę Piotra Charrona...

– A plan cały wypracowany?

– Jak najbardziej szczegółowo. Stanie się to na rogu ulicy Chaillota... Gdyby nawet tam było kilku przechodniów, to nie zdążą pospieszyć na pomoc, ponieważ działać będziemy z błyskawiczną szybkością!...

– Czyś pan pewny swego szofera?

– Pewny jestem, że za taką zapłatę zrobi wszystko!... To wystarczy!...

– Doskonale!... Oczekuję pana – wie pan gdzie – w automobilu... Pan mi poda tę małą i od tej chwili jesteśmy panami sytuacji...

– A ty, pułkowniku, panem tej małej... Rzecz nie do pogardzenia, bo ona jest diabelnie ładna!...

– Diabelnie!... Znam ją od dawna z widzenia, ale nigdy nie miałem sposobności, aby się przedstawić!... Zamierzam też skorzystać z tej okazji i załatwić te sprawy po żołniersku!...

Pułkownik dorzucił:

– Będzie może trochę płaczu, trochę fochów i krzyku, ale to nie szkodzi!... Lubię nawet opór, wtedy... gdy jestem silniejszy!...

– Zaczął śmiać się brutalnie – kończył relację Patrycjusz – a towarzysz zawtórował mu. Ponieważ regulowali już rachunek – więc ja także wstałem. Tamci nie wyszli razem – jeden przez, drzwi frontowe skierował się na bulwar, a drugi wyszedł przez boczne drzwi i zniknął w przecznicy. Teraz rozumie pani wszystko?...

– Kapitan zamilkł. Młoda kobieta pochyliła głowę w zamyśleniu i dopiero po chwili rzekła:

– Dlaczego mnie pan nie uprzedził?

– Uprzedzić panią!... A gdyby jednak pomimo wszelkich pozorów nie chodziło o panią... Po cóż niepokoić zbytecznie?... Przy tym jeśliby ten plan spełzł od razu na niczym, to nieprzyjaciele pani zastawiliby nową pułapkę, a nie znając niebezpieczeństwa, jakże moglibyśmy mu zapobiec. Nie, najlepiej było podjąć walkę. Stworzyłem sobie mały oddział z dawnych pani pacjentów, którzy wszyscy gotowi byli wskoczyć za panią w ogień, no i udało się nam pokrzyżować plany tym łotrom. Oto jak się rzecz ma cała, mateczko Koralio. A teraz kiedy już pani wie wszystko, co pani o tym sądzi?

Koralia wyciągnęła rękę do młodego oficera.

– Ocalił mnie pan z niebezpieczeństwa, o którym nie wiedziałam zupełnie. Dziękuję panu za to.

– Nie przyjmuję podziękowań, bo było to dla mnie taką rozkoszą, że mogłem pani służyć. Ale chciałbym wiedzieć, co pani o tej całej sprawie sądzi.

– Właściwie nie wiem, co sądzić. Nie mogę panu udzielić żadnych informacji, które by na tę tajemniczą sprawę jakiekolwiek światło rzucić mogły.

– Pani nie zna swoich nieprzyjaciół?

– Osobiście nie.

– A tego człowieka, któremu tamci dwaj mieli panią wydać i który mówi, że zna partią z widzenia?

Koralia zaczerwieniła się i odrzekła:

– Każda kobieta spotyka w życiu mężczyzn, którzy ją prześladują pożądliwymi spojrzeniami. Jedni to robią jawnie, drudzy bardziej skrycie. Nie mam pojęcia, o kogo tu chodzi.

– A zatem? Chyba tylko nasz jeniec może nam dać jakieś wyjaśnienie. Jeżeli będzie milczał, tym gorzej da niego. Oddam go w ręce policji, a ta już potrafi wydostać z niego potrzebne informacje.

Kobieta zadrżała.

– W ręce policji?

– Oczywiście. A cóż mam począć z takim hultajem?

– Nigdy, nigdy – zawołała. – Za żadną cenę. Ależ wtedy wdarliby się w moje życie prywatne. Moje nazwisko wmieszano by w tę całą historię.

– Ależ, mateczko Koralio, nie mogę przecież...

– Proszę, błagam pana, mój przyjacielu. Niech pan wynajdzie jakiś inny sposób, żeby tylko o mnie nie mówiono. Ja nie chcę, żeby o mnie mówiono.

Kapitan spoglądał na nią zdziwiony, nie mogąc zrozumieć powodu tego nagłego wzruszenia i wzburzenia.

– Nie będą o pani mówili, obiecuję to pani solennie.

– Więc cóż pan zrobi z tym człowiekiem?

– No, mój Boże – uśmiechnął się – naprzód zapytam go grzecznie, czy zechce odpowiedzieć na moje pytania, następnie podziękuję mu za to, że się tak bardzo interesował pani osobą, a potem powiem mu, że może sobie iść do stu diabłów!...

Belval wstał:

– Pani chce go widzieć?

– O! nie... Czuję się tak bardzo zmęczona!... Jeżeli nie jestem panu koniecznie potrzebna, to wołałabym uniknąć tej niemiłej rozmowy... Opowie mi pan później...

Kapitan nie nalegał i wyszedł z salonu. Po chwili Koralia usłyszała jak mówił:

– No, Ya-Bon, pilnowałeś dobrze naszego jeńca? Aha! Otóż i on... No, jakże się pan czuje?... Trochę słabo?... No tak, tak – Ya-Bon ma rękę trochę twardą... Cóż to? Pan nie odpowiada?... Ya-Bon! ależ ten człowiek nie oddycha, nie rusza się?!... Sapristi!...

Belval wydał okrzyk przerażenia, Koralia zerwała się, aby biec do westybulu, ale powracający kapitan zagrodził jej drogę.

– Niech pani tam nie idzie!

– Ależ pan ranny?

– Ja?...

– Pan ma krew na mankiecie!...

– To krew tego człowieka!...

– Czy on ranny?

– Tak jest, a właściwie miał krwotok ustami!... Złamanie podstawy czaszki...

– Jak to?... Czyż Ya-Bon?...

– To nie Ya-Bon!

– Więc kto?

– To jego wspólnicy!

– Powrócili!!...

– Tak jest i udusili go...

– Udusili!... Ależ to nie do wiary!...

Usunęła, zagradzającego jej drogę Belvala i biegła do jeńca. Leżał nieruchomy. Twarz jego nacechowana była bladością śmierci. Szyję jego owijała jedwabna czerwona taśma...

Rozdział II

Tajemnica ametystowego różańca

– O jednego łajdaka mniej, mateczko Koralio – rzekł Belval, uprowadziwszy młodą kobietę z powrotem do salonu. – Znamy już jego nazwisko, było wyryte na kopercie zegarka... Nazwisko to brzmi: Mustafa Rowalow... Coś z turecka po rosyjsku...

– Co zrobicie z ciałem?

– Niech się pani nie troszczy o nic... Ya-Bon już to wszystko załatwi w ten sposób, aby pani osoba nie była wplątana w tę całą historię... Tak! nie będą o pani mówili... Za to należy mi się podziękowanie... I tym razem upomnę się o nie...

– Dziękuję panu serdecznie...

– O! ja o innym podziękowaniu myślałem... Proszę mnie posłuchać mateczko Koralio...

Utkwiła weń pytający wzrok. Belval po chwili zaczął:

– Nie wiem nic o pani; w szpitalu wojskowym wszyscy pacjenci, sanitariusze i lekarze nazywali panią po prostu mateczką Koralią... A jak się pani właściwie nazywa?... Czy jesteś panną, mężatką, czy wdową? Gdzie pani mieszka? Nikt tego nie wie. Codziennie o tej samej godzinie przybywa pani i odchodzi o tej samej porze w tym samym zawsze kierunku. Czasem towarzyszy pani stary służący z długimi siwymi włosami i z żółtymi okularami na nosie... Przychodził on nieraz po panią i czekał w westybulu... Próbowano go wypytać, ale milczał uparcie. A zatem wiem tylko tyle o pani, że jesteś anielsko łagodna i dobra oraz czarująco piękna... I mam przeczucie, że pani egzystencja owiana mgłą tajemnicy kryje w sobie coś bolesnego... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że panią dręczy jakaś ciężka troska i ustawiczny niepokój... że pani żyje samotnie... że nikt nie myśli o pani szczęściu i bezpieczeństwie... I dlatego pomyślałem sobie... O! ja już nieraz o tym myślałem i jedynie czekałem na sposobność, aby pani to wyznać... Przypuszczam, że pani trzeba przyjaciela-brata, który by pani podał pomocne ramię... Czyżbym się mylił, mateczko Koralio?...

W miarę jak Belval z coraz większym zapałem rozsnuwał swoje myśli, twarz młodej kobiety oblekła się wyrazem jakiejś surowości...

Koralia odsunęła się nawet nieco od kapitana. Wreszcie poważnie i z pewnym chłodem wyrzekła:

– Tak, omylił się pan. Moje życie jest zupełnie proste, nie potrzebuję żadnych obrońców...

– Nie trzeba pani obrońców?! – wykrzyknął. – A cóż znaczył ten napad?! Ten spisek przeciwko pani?! Ta tajemnica, której odkrycia wrogowie pani do tego stopnia się obawiają, że zamordowali swego wspólnika, aby jej tylko nie zdradził... Więc to wszystko – to nic, to moje urojenie?! Nie!... nie!... ja widzę, że na panią czyhają nieprzyjaciele i choćby pani nie przyjęła mojej pomocy i opieki, to... to ja...

Uderzył pięścią w marmurowy kominek i zawołał:

– To ja i tak będę pani bronił!... będę czuwał nad panią!... To mój obowiązek i moje prawo!...

– O! nie...

– Mam prawo stawać w pani obronie – absolutnie mam!...

– Skąd to prawo?

– Prawo daje mi moja miłość!... bo ja panią kocham, mateczko Koralio!... I chociaż jestem inwalidą, choć straciłem nogę do kolana w walce za ojczyznę – rezygnować nie myślę!... Mateczko Koralio, czekam na odpowiedź...

– Pan nie powtórzy mi już nigdy tych słów – wyrzekła wreszcie, nie patrząc mu w oczy.

– Pani zabrania?

– Tak! zabraniam!...

– A więc będę milczał aż do następnego naszego spotkania!

– My się już więcej nie spotkamy!...

– Dlaczego?

– Bo ja nie chcę widywać pana po tym wyznaniu...

– Z powodu...

Podniosła na niego oczy smutne i zamyślone:

– Jestem kobietą zamężną...

Wbrew jej oczekiwaniom oświadczenie to nie zmieszało kapitana ani trochę... Najspokojniej w świecie rzekł:

– No, to pani wyjdzie za mąż drugi raz... Niewątpliwie mąż pani jest stary i pani go nie kocha... On przecież także rozumie, że pani jest młoda i potrzebuje miłości...

– Żart niestosowny, kapitanie.

Belval pochwycił w swoje dłonie drobną rękę Koralii, która wstała już z fotelu, gotując się do odejścia:

– Pani ma słuszność, mateczko Koralio! Proszę mi wybaczyć, że tak lekkim tonem mówię o rzeczach tak poważnych... A tu chodzi o moje życie i o pani życie!... Mam głębokie przeczucie, że jesteśmy wzajemnie swoim przeznaczeniem... A przeciw przeznaczeniu – walczyć daremnie!... Będę czekał cierpliwie... Los nas połączy...

– Nie połączy...

– Połączy – oświadczył stanowczo – zobaczy pani...

– Nie, panie kapitanie – to stać się nie może!... Pan mi da słowo honoru, że nie będziesz usiłował ani widzieć się ze mną, ani poznać mego nazwiska... Wyznanie, które mi pan uczynił, wykopało między nami przepaść nie do przebycia... Nie chcę, aby ktokolwiek wglądał w moje życie!...

Mówiła z pewną gwałtownością, starając się jednocześnie uwolnić swą rękę z uścisku kapitana.

Belval nie ustępował:

– Mateczko Koralio, nie ma pani racji, postępując w ten sposób... Nie wolno pani... Niech się pani zastanowi – błagam panią!...

Odsunęła go – prawie odepchnęła od siebie. Gwałtowny ten ruch spowodował, iż torebka ręczna Koralii upadła na ziemię. Nieszczelnie snadź zamknięta otwarła się... Wypadło z niej kilka przedmiotów... Belval schylił się szybko, aby je podnieść.

– O! proszę – jeszcze to...

Był to mały futerał wysłany atłasem, z którego wysuwały się ziarnka różańca. Belval uważnie obejrzał różaniec i szepnął:

– Ciekawa rzecz... te ziarnka ametystowe, ta staroświecka złota oprawa, filigranowa robota... To jednak osobliwe... Ta sama robota i ten sam materiał...

Wzruszenie tak silnie odmalowało się na jego wyrazistej twarzy, że Koralia zdziwiona zapytała:

– Co się panu stało?...

Patrycjusz Belval obracał w palcach jedno z ziarn różańca – nieco większe od innych. Ziarnko to było przełamane w środku...

– Skonstatowałem coś tak osobliwego – rzekł wreszcie kapitan – że zaledwie śmiem przypuszczać... Trzeba to zbadać od razu... Ale przede wszystkim jedno słowo: kto pani dał ten różaniec ametystowy?

– Nikt mi go nie dał... posiadałam go zawsze...

– Musiał przecież należeć do kogoś, zanim stał się pani własnością...

– Należał do mojej matki.

– Ach!... do matki pani.

– Cóż w tym nadzwyczajnego?

– Na pozór nic... Matka pani nie żyje?

– Umarła, kiedy miałam lat cztery... Zaledwie sobie ją przypominam. Ale dlaczego pyta mnie pan o to i co za związek ma to z tym różańcem?

– Owszem, ma związek. Zaraz pani udowodnię. Proszę popatrzeć.

Rozpiął bluzę i z kieszeni kamizelki wydobył zegarek, przy którym widniało kilka breloków przymocowanych na małej dewizce ze skóry i srebra. Jeden z tych breloków była to połówka kulki ametystu, ujętej z jednej strony w złoto filigranowej roboty. Wielkość i grubość obu odłamków ametystu była identyczna, jak również ich barwa. Oprawa również nie różniła się niczym.

Koralia i Patrycjusz spojrzeli sobie w oczy. Młoda kobieta wyszeptała zmieszana:

– Ależ to przypadek. Nic innego, tylko przypadek.

– Być może, ale przypuśćmy, że te dwie połówki tworzą istotnie jedną całość.

– To niemożliwe – zawołała Koralia.

Kapitan, nic nie odpowiadając, przymierzył obie połówki ametystu do siebie i okazało się, że załomy jednego kawałka wchodzą dokładnie w załomy drugiego; rzeczą oczywistą było, że te dwie połówki są połówkami jednego i tego samego ametystu. Zapanowała chwila długiego milczenia. Wreszcie kapitan Belval rzekł cichym głosem:

– I ja właściwie nie wiem, skąd pochodzi ten brelok. Od dzieciństwa widywałem ten kawałek ametystu wśród rozmaitych przedmiotów bez większej wartości, które przechowywałem w moim kuferku. Leżał sobie pośród kluczy do zegarów, staroświeckich pierścionków, starodawnych pieczątek. Skąd się tam wziął, nie wiem. Jedno tylko wiem obecnie z pewnością – obejrzał raz jeszcze dokładnie oba odłamki i z obserwacji tej wyciągnął następujący wniosek:

– Bez wątpienia, największe ziarno z tego różańca złamało się niegdyś na dwoje. I te dwie połówki są w naszym posiadaniu. Moim i pani.

Przysunął się bliżej do Koralii i mówił dalej głosem przyciszonym.

– Kwestionowała pani przed chwilą moją wiarę w siłę przeznaczenia. Moja pewność, że wypadki prowadzą nas ku sobie, wydała się pani może śmieszną, a teraz co pani powie! Chodzi tutaj bowiem albo o wypadek tak niezwykły, że po prostu trudno bez należytej podstawy twierdzić, że to tylko wypadek. Albo też o fakt realny, wskazujący, że nasze egzystencje już się gdzieś zetknęły w przeszłości na jakimś punkcie tajemniczym. I teraz tym mocniej wierzę, że odnajdą się w przyszłości, aby się już więcej nie rozłączać. I po raz drugi ofiaruję pani pomocną dłoń przyjaciela, bo wiem, że grozi ci niebezpieczeństwo. Podkreślam, że mówię tylko o przyjaźni, nie zaś o miłości. Czy pani przyjmuje!

Na razie nie mieli sobie nic więcej do powiedzenia. Belval nie usiłował dłużej zatrzymać Koralii.

Odeszła. Kiedy drzwi wejściowe zamknęły się za nią, Belval podszedł do okna i tęsknym wzrokiem ścigał sylwetkę młodej kobiety, która za chwilę miała mu zniknąć sprzed oczu zatopiona w morzu mroków wieczornych.

Serce ścisnęło mu się: czy zobaczy ją jeszcze kiedykolwiek?...

Ale Patrycjusz Belval nie należał do ludzi łatwo poddających się zwątpieniu.

– Czy ją zobaczę?! Może już jutro nawet... Los mi dopomoże!...

Wieczorem Belval po spożyciu obiadu w restauracji przybył do Neuilly, gdzie znajdował się dom dla żołnierzy-rekonwalescentów. Ponieważ regulamin w tym sanatorium dla uzdrowieńców nie był zbyt surowy, więc kapitan z łatwością mógł uzyskać widzenie z Ya-Bonem.

– Czy Ya-Bon jest tutaj?...

– Tak jest, kapitanie – odparła dyżurna. – Gra w karty ze swoją dziewczyną...

– To jego dobre prawo, kochać i być kochanym. Czy są jakie listy do mnie?

– Nie ma żadnych. Przyniesiono tylko jakiś pakunek...

– Od kogo?...

– Przyniósł go posłaniec i powiedział tylko tyle: Dla kapitana Belvala. Złożyłam ten pakiet w pańskim pokoju.

Kapitan pospieszył do swego pokoju, gdzie ujrzał na stole pakiet owinięty w biały papier i obwiązany sznurkiem.

Rozdarł papier. Zobaczył małą szkatułkę, a w niej mieścił się klucz, wielki klucz pokryty rdzą.

– Co by to mogło znaczyć?... Na pakunku nie było żadnego adresu nadawcy, ani żadnej pieczątki.

– Chyba to jakaś pomyłka!... pomyślał Belval i schował klucz do kieszeni.

– Dosyć zagadek na dzisiaj – powiedział głośno sam do siebie – teraz kładźmy się spać.

Ale w chwili gdy zasuwał story u okna, wzrok jego uderzony został snopem iskier wytryskających ponad drzewami lasku Bulońskiego. Złoty deszcz iskier rozdarł nieprzeniknione mroki nocy.

W tejże chwili kapitan przypomniał sobie podsłuchaną w restauracji rozmowę. Wszak to o deszczu złotych iskier rozmawiali ci sami ludzie, którzy planowali uprowadzenie mateczki Koralii.