B jak Bauhaus - Deyan Sudjic - E-Book

B jak Bauhaus E-Book

Deyan Sudjic

0,0
9,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Tytuł przewrotny, bo autor, wybitny brytyjski krytyk dizajnu, nie tylko o Bauhausie pisze: A jak autentyk, B jak Bauhaus, C jak cztery kółka – i tak aż do końca alfabetu. To subiektywny, wycinkowy, ale jednocześnie fascynujący portret przedmiotów z których powstał (i nadal powstaje!) nowoczesny świat. Deyan Sudjic, dyrektor Design Museum w Londynie, w kilkudziesięciu niedługich rozdziałach z równą swadą pisze o architekturze, jak i o grach komputerowych na przykładzie serii Grand Theft Auto; zajmuje się tematami bardzo rozległymi (film, moda, funkcjonalizm), ale skupia się również na drobiazgach, które wszyscy dobrze znamy z codziennego życia. Nie przestaje zadawać pytań i dociekać natury otaczających nas wytworów współczesności: czym jest autentyczność, a czym podróbka? Dlaczego niedoskonały przedmiot może być bardziej wartościowy niż jego perfekcyjnie dopracowany odpowiednik? Czemu ornament jest sprawą śmiertelnie poważną? Dociekliwość, iście angielskie poczucie humoru i autoironia to cechy charakterystyczne twórczości Sudjica, B jak Bauhaus zaś to książka, której nie sposób odłożyć na półkę.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2014

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



a jak au­ten­tyk

Mam zie­lo­ną kurt­kę typu fi­sh­ta­il par­ka, któ­rą ku­pi­łem so­bie w skle­pie przy jed­nej z uli­czek wzdłuż ka­na­łu w Me­dio­la­nie. Wi­sia­ła na wie­sza­ku obok paru pod­sta­rza­łych kom­bi­ne­zo­nów lot­ni­czych, rzę­du no­wiut­kich ka­mi­ze­lek kha­ki i uży­wa­nych bo­jó­wek. Kurt­kę tę cza­sem na­zy­wa się „faj­ką do nur­ko­wa­nia”, gdyż po za­pię­ciu kap­tu­ra wy­ście­ła­ne­go fu­trem zo­sta­je tyl­ko mała dziur­ka, przez któ­rą moż­na od­dy­chać. Wy­my­ślo­no ją na uży­tek żoł­nie­rzy ame­ry­kań­skiej ar­mii w cza­sie woj­ny ko­re­ań­skiej. Za­pra­gną­łem jej, bo ma man­kie­ty przy­trzy­my­wa­ne przez par­cia­ne pa­ski i lek­ko ob­tłu­czo­ne gu­zi­ki, i pi­ko­wa­ną ny­lo­no­wą pod­pin­kę w ko­lo­rze rdzy, a za­miast na­zwy mar­ki na met­ce wid­nie­je skom­pli­ko­wa­ny nu­mer se­ryj­ny z nar­ra­cyj­nym opi­sem ar­ty­ku­łu i jego funk­cji.

To, że mia­ła już wcze­śniej co naj­mniej jed­ne­go wła­ści­cie­la, a za­pew­ne kil­ku, nie uj­mo­wa­ło jej uro­ku. Ma gru­by mo­sięż­ny za­mek bły­ska­wicz­ny i za­trza­ski – wy­koń­cze­nia tak kosz­tow­ne, że mógł je za­mó­wić wy­łącz­nie użyt­kow­nik woj­sko­wy, wol­ny od zwy­kłych ogra­ni­czeń bu­dże­to­wych han­dlu de­ta­licz­ne­go.

Do­ra­sta­łem na tym sa­mym za­chod­nim przed­mie­ściu Lon­dy­nu, skąd wy­wo­dzą się The Who, ale nie by­łem mod­sem. No­szę dziś swo­ją par­kę nie dla­te­go, że tę­sk­nię za na­sto­let­ni­mi wspo­mnie­nia­mi przy­ozdo­bio­nej lu­ster­ka­mi ve­spy, któ­rej ni­g­dy nie mia­łem, lecz dla­te­go, że za każ­dym ra­zem, kie­dy po­cią­gam za su­wak z pięt­na­sto­cen­ty­me­tro­wym zie­lo­nym ple­cio­nym sznu­recz­kiem za­pro­jek­to­wa­nym do użyt­ku w wa­run­kach, w któ­rych trud­no by­ło­by wy­trzy­mać bez rę­ka­wi­czek, przy­po­mi­nam so­bie, z ja­kim na­my­słem po­trak­to­wa­no każ­dy szcze­gół. Kurt­ka spra­wia wra­że­nie ubio­ru bę­dą­ce­go poza modą, a jed­nak sta­no­wi ka­te­go­rię, któ­ra bez wąt­pie­nia za­ję­ła po­cze­sne miej­sce w ję­zy­ku mody. Par­ka od­da­li­ła się znacz­nie od swo­ich inu­ic­kich ko­rze­ni oraz póź­niej­szej woj­sko­wej wer­sji, i to do tego stop­nia, że nie­sie obec­nie zwie­lo­krot­nio­ne, sprzecz­ne zna­cze­nia. Jest za­ra­zem au­ten­tycz­na i sa­mo­świa­do­ma – ozna­ka mło­dzień­cze­go hip­ste­ra i sta­rze­ją­ce­go się dy­rek­to­ra mu­zeum.

No­szę ją ku za­że­no­wa­niu mo­jej ro­dzi­ny, któ­ra uwa­ża ją za nie­co nie­sto­sow­ną. No­szę ją, po­nie­waż w pe­wien spo­sób wy­da­je się „praw­dzi­wa”. Ale ta au­ten­tycz­ność, któ­ra za­in­try­go­wa­ła mnie od sa­me­go po­cząt­ku, mo­gła być rów­nie do­brze czu­le i po­my­sło­wo za­fał­szo­wa­na.

„Au­ten­tycz­ność” to sło­wo, któ­re nie obie­cu­je funk­cjo­nal­no­ści. Nie musi wca­le mieć nic wspól­ne­go z pięk­nem, nie­mniej su­ge­ru­je nie­od­par­te po­łą­cze­nie szcze­ro­ści z au­to­ry­te­tem, a to wy­so­ce po­żą­da­ne ce­chy w świe­cie przed­mio­tów wy­twa­rza­nych ma­so­wo. Na­wet je­śli wy­da­ją się nie­ja­sne i trud­ne do zde­fi­nio­wa­nia, uchwy­ce­nie ich jest ab­so­lut­nie ko­niecz­ne do zro­zu­mie­nia na­tu­ry di­zaj­nu.

Au­ten­tycz­ność to gwa­ran­cja, że przed­miot rze­czy­wi­ście jest tym, za co się po­da­je. Im bar­dziej jest au­ten­tycz­ny, tym spo­koj­niej­si je­ste­śmy o jego cenę, choć nie­ko­niecz­nie war­tość. Sko­ro jed­nak fa­bry­ki wy­twa­rza­ją duże ilo­ści jed­na­ko­wych przed­mio­tów w dłu­gich cy­klach pro­duk­cyj­nych, po­wsta­je roz­bież­ność mię­dzy nimi a tym, co moż­na na­zwać ory­gi­nal­nym i au­ten­tycz­nym. Cza­sem au­ten­tycz­ność bywa ro­zu­mia­na jako sto­pień, w ja­kim rze­czy uda­je się od­two­rzyć urok do­sko­na­ło­ści wprost z ta­śmy pro­duk­cyj­nej, któ­rym od­zna­cza się ma­so­wo pro­du­ko­wa­ny przed­miot, gdy jest nowy, a któ­ry szyb­ko tra­ci w użyt­ko­wa­niu. W in­nych kon­tek­stach au­ten­tycz­ność mie­rzy się stop­niem, w ja­kim za­cho­wa­ły się fi­zycz­ne po­zo­sta­ło­ści obiek­tu, bez wzglę­du na to, jak da­le­ko po­su­nął się ich roz­kład. Oprócz pa­ty­ny, re­li­kwie zy­sku­ją z cza­sem aurę świę­to­ści. Zbu­twia­łe po­zo­sta­ło­ści an­tycz­ne­go krze­sła są uzna­wa­ne za bar­dziej au­ten­tycz­ne niż wy­po­le­ro­wa­na, lecz fał­szy­wa ca­łość. Au­ten­tycz­ność de­fi­niu­je się na wie­le sprzecz­nych spo­so­bów. Moż­na ją od­na­leźć w two­rze­niu wier­nej re­pli­ki tego, czym był nie­gdyś dany przed­miot, albo w sta­ran­nym utrzy­my­wa­niu tego, czym stał się w wy­ni­ku upły­wu cza­su.

Pro­duk­ty fa­bry­ki sa­mo­cho­dów Bu­gat­ti w Al­za­cji w la­tach 1909–1940 albo – nie­co póź­niej – warsz­ta­tów me­blo­wych Je­ana Pro­uvégo w Nan­cy są ce­nio­ne rów­nie wy­so­ko jak dzie­ła sztu­ki. Przez co w ta­kim sa­mym stop­niu pa­da­ją ofia­rą oszu­stów i fał­sze­rzy.

Et­to­re Bu­gat­ti pro­wa­dził ści­słą ewi­den­cję wy­pro­du­ko­wa­nych sa­mo­cho­dów, mie­siąc po mie­sią­cu. Mimo to cena, ja­kiej żąda się obec­nie za au­ten­tyk, gwa­ran­tu­je, że nie tyl­ko wra­ki i eg­zem­pla­rze do ka­sa­cji mar­ki Bu­gat­ti są „au­ten­tycz­nie” re­stau­ro­wa­ne. Po­wsta­ją zu­peł­nie nowe sa­mo­cho­dy, z któ­rych wie­le ucho­dzi za ory­gi­nal­ne. Nie­kie­dy po­sia­da­ją one frag­men­ty au­ten­tycz­nych mo­de­li, na przy­kład z wy­bi­tym ory­gi­nal­nym nu­me­rem pod­wo­zia. Jed­nak ka­ro­se­ria, fo­te­le i więk­szość czę­ści me­cha­nicz­nych są albo nowe, albo po­zy­ska­ne z in­ne­go sa­mo­cho­du. Tak czy ina­czej, wy­glą­da­ją zu­peł­nie jak sa­mo­cho­dy pro­du­ko­wa­ne w cza­sach świet­no­ści Bu­gat­ti i zo­sta­ły od­re­stau­ro­wa­ne z wy­ko­rzy­sta­niem tych sa­mych tech­nik oraz umie­jęt­no­ści. Pod­rób­ka­mi w oczach spe­cja­li­stów czy­ni je nie to, że są ze swo­jej isto­ty nowe, lecz to, że nie mają tego ar­cy­istot­ne­go nu­me­ru pod­wo­zia, albo że nu­mer ten był już nie­gdyś wy­ko­rzy­sta­ny w eg­zem­pla­rzu o lep­szym po­cho­dze­niu.

Spór o na­tu­rę au­ten­tycz­no­ści do­ty­czy rów­nież bu­dyn­ków, choć tu spra­wą de­cy­du­ją­cą jest bar­dziej to, w ja­kim stop­niu bu­dy­nek od­zwier­cie­dla war­to­ści kul­tu­ro­we, niż jego cena. W Ja­po­nii kom­pleks świą­tyn­ny Ise Jin­gū jest re­kon­stru­owa­ny de­ska po de­sce co dwa­dzie­ścia lat, a mimo to uwa­ża się, że za­cho­wu­je swe­go pier­wot­ne­go du­cha, na­wet je­śli każ­dy wy­ko­rzy­sta­ny ka­wa­łek drew­na jest nowy. W Eu­ro­pie Za­chod­niej au­ten­tycz­na re­no­wa­cja ma inne zna­cze­nie. Za­miast spra­wiać, że sta­re bu­dyn­ki będą wy­glą­da­ły jak nowe, i tym sa­mym po­mniej­szać zna­cze­nie tego, co au­ten­tycz­nie sta­re, Wil­liam Mor­ris i jego So­cie­ty for the Pro­tec­tion of An­cient Bu­il­dings (Sto­wa­rzy­sze­nie Ochro­ny Za­byt­ków) pro­wa­dzi­li kam­pa­nię na rzecz mniej dra­stycz­nych form re­no­wa­cji. Chcie­li, żeby nowe dzie­ła wy­glą­da­ły na to, czym były, a nie uda­wa­ły cze­goś, czym nie były, czy­li sta­rych bu­dyn­ków.

Gi­les Gil­bert Scott roz­po­czął kam­pa­nię na rzecz od­bu­do­wy bry­tyj­skich ka­tedr w kształ­cie, któ­ry jego zda­niem po­win­ny były przy­jąć, a nie na­pra­wy tego, czym sta­ły się z bie­giem lat. Prze­ciw­sta­wiał jed­ną wer­sję au­ten­tycz­no­ści jej lu­strza­ne­mu od­bi­ciu. Był go­tów znisz­czyć ory­gi­nal­ne do­dat­ki z okre­su go­ty­ku strze­li­ste­go, o ja­kie wzbo­ga­co­no bu­dow­le z okre­su wcze­sno­go­tyc­kie­go, i za­stą­pić je wła­sną wer­sją tego, co we­dług nie­go zo­sta­ło­by zbu­do­wa­ne, gdy­by ar­chi­tek­ci z XI wie­ku zdo­ła­li ukoń­czyć to, co za­czę­li.

Kie­dy Scott do­tarł do Che­ster, jego eks­tre­mal­ne wy­obra­że­nie o au­ten­tycz­no­ści w koń­cu spro­wo­ko­wa­ło opo­nen­tów do za­ło­że­nia SPAB, by po­wstrzy­mać jego za­pę­dy. Me­to­da, któ­rą za­pro­po­no­wa­li, przy­go­to­wa­ła grunt pod ak­tu­al­ne do dzi­siaj, in­te­lek­tu­al­nie za­an­ga­żo­wa­ne po­dej­ście do re­no­wa­cji. Choć nie­któ­rzy wciąż nie są do nie­go prze­ko­na­ni. Kie­dy De­sign Mu­seum spro­wa­dzi­ło do Lon­dy­nu je­den ze skła­da­nych Ma­isons Tro­pi­ca­les Je­ana Pro­uvégo, prze­ko­na­li­śmy się, że zo­stał on od­re­stau­ro­wa­ny tak bez­li­to­śnie, iż je­dy­nym wi­docz­nym do­wo­dem na to, że nie jest to zu­peł­nie nowa kon­struk­cja, był otwór po kuli w jed­nych z drzwi. Dom zo­stał za­ku­pio­ny przez pew­ne­go ame­ry­kań­skie­go ko­lek­cjo­ne­ra od fran­cu­skie­go han­dla­rza an­ty­ka­mi, któ­ry wy­tro­pił go w Braz­za­vil­le. W jaki spo­sób han­dlarz prze­ko­nał pier­wot­ne­go wła­ści­cie­la do sprze­da­ży, po­zo­sta­je ta­jem­ni­cą. Jed­nak to, co ku­pił, zo­sta­ło wy­czysz­czo­ne z ta­kim za­pa­łem, że gdy­by nie śla­dy upły­wu cza­su w po­sta­ci szkód spo­wo­do­wa­nych ostrza­łem z ka­ra­bi­nu, nie­wie­le świad­czy­ło­by o tym, iż nie jest to cał­ko­wi­cie nowy bu­dy­nek. Ta­kie samo po­dej­ście pre­zen­tu­ją licz­ni ko­lek­cjo­ne­rzy aut, któ­rzy trak­tu­ją re­no­wa­cję jak coś w ro­dza­ju chi­rur­gicz­ne­go li­ftin­gu, przed­kła­da­jąc luk­su­so­wy blask do­sko­na­ło­ści nad ja­kie­kol­wiek śla­dy sta­ro­ści. Apli­ku­ją ka­ro­se­rii od­po­wied­nik za­strzy­ku z bo­tok­su.

Jesz­cze trud­niej jest zde­fi­nio­wać au­ten­tycz­ność w przy­pad­ku me­bli za­pro­jek­to­wa­nych przez pio­nie­rów mo­der­ni­zmu. Mies van der Rohe, Le Cor­bu­sier i Mar­cel Breu­er twier­dzi­li zgod­nie, że mo­ty­wu­je ich de­mo­kra­tycz­ny po­ten­cjał pro­duk­cji ma­so­wej oraz odej­ście od pra­cy ręcz­nej. Jesz­cze za ich ży­cia ich pro­jek­ty wy­twa­rza­no w róż­nych fa­bry­kach – w każ­dej po­wsta­wa­ły przed­mio­ty róż­nią­ce się nie­co od po­przed­nich wer­sji. Pra­wa do pro­duk­cji „au­ten­tycz­nych” wer­sji tych pro­jek­tów były kil­ka­krot­nie ku­po­wa­ne i sprze­da­wa­ne, a w nie­któ­rych przy­pad­kach wy­mknę­ły się spod kon­tro­li. W sy­tu­acji gdy ist­nie­je tak wie­le wer­sji ory­gi­nal­ne­go pro­jek­tu, trud­no od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, któ­ra z nich jest naj­bar­dziej au­ten­tycz­na, zwłasz­cza je­śli nie­któ­re były pro­du­ko­wa­ne w dzie­siąt­kach, a na­wet set­kach eg­zem­pla­rzy.

W przy­pad­ku szez­lon­gów przy­pi­sy­wa­nych Le Cor­bu­sie­ro­wi, Char­lot­te Per­riand i Pier­re’owi Je­an­ne­re­to­wi za au­ten­tycz­ne uzna­wa­no tyl­ko te wy­pro­du­ko­wa­ne za ich ży­cia, pod ich bez­po­śred­nim nad­zo­rem. Ewen­tu­al­nie mógł­by to być je­den z pro­du­ko­wa­nych obec­nie na li­cen­cji Fon­da­tion Le Cor­bu­sier, ofi­cjal­nej straż­nicz­ki ar­chi­wum ar­chi­tek­ta oraz wła­ści­ciel­ki czę­ści jego praw au­tor­skich. Ist­nie­ją jed­nak rów­nież nie­au­to­ry­zo­wa­ne wer­sje jego fo­te­li, za któ­re nikt nie pła­ci tan­tiem wła­ści­cie­lom li­cen­cji, a któ­re wier­niej od­zwier­cie­dla­ją wy­gląd ory­gi­na­łów niż współ­cze­sne ofi­cjal­ne wer­sje. Róż­ni­ce mię­dzy nimi by­wa­ją zna­czą­ce. Po­dusz­ki są wy­pcha­ne nie pie­rzem, jak kie­dyś, lecz pian­ką. Stan­dar­do­wa śred­ni­ca sta­lo­wych ru­rek w ra­mie zmie­ni­ła się od lat dwu­dzie­stych XX wie­ku. W re­zul­ta­cie pro­du­cen­ci, któ­rzy wy­twa­rza­ją wer­sję z nową sta­lo­wą ramą, po­dusz­ka­mi wy­pcha­ny­mi pian­ką oraz nóż­ka­mi ozdo­bio­ny­mi de­ta­lem in­nym niż ten, któ­ry wy­ko­rzy­sty­wa­no w la­tach dwu­dzie­stych po­przed­nie­go stu­le­cia, mogą po­dać do sądu tych, któ­rzy uży­wa­ją au­ten­tycz­nych ma­te­ria­łów, ale nie mają ofi­cjal­nych praw do pro­jek­tu. Au­ten­tycz­ność w tym kon­tek­ście to gwa­ran­cja zgod­no­ści z pra­wem oraz ceny, nie zaś po­dą­ża­nia w ślad za pier­wot­nym za­my­słem pro­jek­tan­ta.

A gdy­by pro­jek­tan­ci wciąż żyli i zgo­dzi­li się zmo­dy­fi­ko­wać pro­jekt z my­ślą o współ­cze­snych me­to­dach pro­duk­cji? Czy bar­dziej au­ten­tycz­na by­ła­by pierw­sza czy dru­ga kon­cep­cja? Przed ta­kim wła­śnie dy­le­ma­tem sta­je pew­na licz­ba ar­chi­tek­tów – jak choć­by Nor­man Fo­ster czy Ri­chard Ro­gers – któ­rzy do­wia­du­ją się, że ich wcze­sne dzie­ła są te­raz ofi­cjal­nie chro­nio­ne przed nie­upraw­nio­ny­mi zmia­na­mi wpi­sem na li­stę dzie­dzic­twa kul­tu­ro­we­go. Je­śli ze­chcą wpro­wa­dzić zmia­ny we wła­snych pro­jek­tach, mu­szą zło­żyć wnio­sek o po­zwo­le­nie do ko­mi­sji En­glish He­ri­ta­ge.

Nie mniej skom­pli­ko­wa­ne py­ta­nia o na­tu­rę au­ten­tycz­no­ści za­da­je sztu­ka – do tego stop­nia, że sama au­ten­tycz­ność sta­ła się dla niej klu­czo­wym te­ma­tem. Ar­ty­ści nie­ustan­nie ba­wią się, za­po­ży­cza­jąc ob­ra­zy z kul­tu­ry ma­so­wej i z dzieł swo­ich ko­le­gów po fa­chu, tak­że opar­tych na owych za­po­ży­czo­nych ob­ra­zach. The War­hol Fo­un­da­tion, usta­no­wio­na przez wy­ko­naw­ców te­sta­men­tu po śmier­ci ar­ty­sty, dzia­ła­ła przez wie­le lat ni­czym współ­cze­sna wer­sja hisz­pań­skiej in­kwi­zy­cji. Za­ło­ży­ła Za­rząd Po­twier­dza­nia Au­ten­tycz­no­ści. Ten de­ba­to­wał, któ­re dzie­ła przy­pi­sy­wa­ne War­ho­lo­wi mogą być uzna­wa­ne za au­ten­tycz­ne, a któ­re nie speł­nia­ją kry­te­riów. Te oce­nio­ne jako mo­gą­ce ucho­dzić za pra­wo­wier­ne były włą­cza­ne do ka­no­nu. Te, któ­re nie zda­ły eg­za­mi­nu, były zwra­ca­ne su­pli­kan­tom-wła­ści­cie­lom, opie­czę­to­wa­ne fe­ral­nym sło­wem OD­MO­WA. Prak­ty­ka ta wy­wo­ła­ła nie­je­den po­zew są­do­wy – oskar­ża­no fun­da­cję, że pod­trzy­mu­je war­tość na­le­żą­cych do niej prac War­ho­la po­przez ogra­ni­cza­nie do­staw z in­nych źró­deł. W koń­cu obro­na przed tymi za­rzu­ta­mi oka­za­ła się tak kosz­tow­na, że fun­da­cja zre­zy­gno­wa­ła z funk­cji we­ry­fi­ka­to­ra au­ten­tycz­no­ści. Kry­tyk sztu­ki Ri­chard Do­rment opu­bli­ko­wał na ła­mach „New York Re­view of Bo­oks” dru­zgo­cą­cy atak na fun­da­cję, do­wo­dząc, że rada po­twier­dzi­ła au­ten­tycz­ność prac wcze­śniej przez sie­bie od­rzu­co­nych, aby stwo­rzyć moż­li­wość ich sprze­da­ży jako ory­gi­na­łów.

Dla ar­ty­sty au­ten­tycz­ność to py­ta­nie o samą na­tu­rę rze­czy. W sztok­holm­skim Mo­der­na Mu­se­et mie­ści się sala ze zwie­lo­krot­nio­nym wi­ze­run­kiem Ma­ri­lyn na jed­nej ścia­nie i ster­tą pu­de­łek po myj­kach Bril­lo w prze­ciw­le­głym rogu. Nikt nie wąt­pi w to, że po­wie­lo­ne Ma­ri­lyn są dzie­łem War­ho­la. Au­ten­tycz­ność pu­de­łek nie jest taka pew­na. Opis dzie­ła mówi w dwóch ję­zy­kach, że są to pra­ce War­ho­la ofia­ro­wa­ne przez Pon­tu­sa Hul­téna, za­ło­ży­cie­la i dy­rek­to­ra mu­zeum – już sam ten fakt na­su­wa py­ta­nia.

Hul­tén był jed­nym z naj­bar­dziej wpły­wo­wych ku­sto­szy dru­giej po­ło­wy XX wie­ku, od­po­wie­dzial­nym nie tyl­ko za za­ło­że­nie Mo­der­na Mu­se­et, ale też Cen­trum Pom­pi­dou w Pa­ry­żu oraz Mu­seum of Con­tem­po­ra­ry Art w Los An­ge­les. W 1968 roku zor­ga­ni­zo­wał War­ho­lo­wi pierw­szą więk­szą wy­sta­wę w Eu­ro­pie, a pu­deł­ka Bril­lo na­le­żą do jej naj­czę­ściej kwe­stio­no­wa­nych owo­ców. Zo­sta­ły za­pre­zen­to­wa­ne po raz pierw­szy na wy­sta­wie w Szwe­cji, któ­rej Hul­tén był ku­ra­to­rem, ale nie były to te same pu­deł­ka, któ­re War­hol zro­bił dla Sta­ble Gal­le­ry w No­wym Jor­ku w 1964 roku, kie­dy to sko­pio­wał pu­deł­ka Bril­lo, by zwró­cić uwa­gę na zja­wi­sko po­wta­rzal­no­ści. Prze­sła­nie ich z Ame­ry­ki wy­szło­by za dro­go. Dla­te­go na wy­sta­wie w roku 1968 zna­la­zły się szwedz­kiej pro­duk­cji ko­pie wy­ko­na­nych przez War­ho­la no­wo­jor­skich ko­pii praw­dzi­wych pu­de­łek Bril­lo, do któ­rych za­mó­wie­nia na re­tro­spek­ty­wę War­hol upo­waż­nił Hul­téna. Gdy jed­nak wy­sta­wa po­dró­żo­wa­ła do in­nych miejsc, Hul­tén wy­ko­nał ko­lej­ne pu­deł­ka, nie mó­wiąc o tym War­ho­lo­wi. To wła­śnie przy­kła­dy tam­tych wer­sji po­ja­wi­ły się na ryn­ku po śmier­ci Hul­téna, wy­wo­łu­jąc spo­ry skan­dal. Czy były to au­ten­tycz­ne pod­rób­ki au­ten­tycz­nej pod­rób­ki au­ten­tycz­nych pod­ró­bek, czy może pod­rób­ki au­ten­tycz­nych pod­ró­bek au­ten­tycz­nych pod­ró­bek? Szcze­gól­nie kło­po­tli­wa dla wiel­bi­cie­li Hul­téna była moż­li­wość, że jego w naj­lep­szym ra­zie wąt­pli­wy mo­ral­nie czyn osła­bił siłę ory­gi­nal­ne­go po­my­słu War­ho­la, ar­ty­sty, w któ­re­go pro­mo­wa­niu Hul­tén miał nie­ba­ga­tel­ny udział.

Po dru­giej stro­nie ko­ry­ta­rza, na­prze­ciw­ko sali z pu­deł­ka­mi Bril­lo, mie­ści się inna eks­po­zy­cja, z wi­szą­cy­mi na ścia­nach czte­re­ma dzie­ła­mi, któ­re nie tyl­ko wy­glą­da­ją jak pra­ce War­ho­la, ale też zo­sta­ły wy­ko­na­ne przy uży­ciu sit wy­ko­rzy­sty­wa­nych nie­gdyś przez jego asy­sten­tów, tych sa­mych tu­szów oraz tych sa­mych tech­nik, a mimo to są uzna­wa­ne za do­ro­bek Ela­ine Stur­te­vant, ame­ry­kań­skiej ar­tyst­ki, któ­ra zdo­by­ła sła­wę wy­łącz­nie za spra­wą przy­własz­cza­nia so­bie dzieł in­nych ar­ty­stów.

De­kla­ru­jąc, że pra­ce te nie są au­tor­stwa War­ho­la, Stur­te­vant daje do zro­zu­mie­nia, że jej twór­czość nie jest ani pod­rób­ką, ani hoł­dem, lecz ata­kiem na całą qu­asi-mo­ra­li­stycz­ną kon­cep­cję au­ten­tycz­no­ści z jej ko­no­ta­cja­mi „po­cho­dze­nia z pra­we­go łoża”. Tym sa­mym jej dzie­ła to naj­bar­dziej au­ten­tycz­ne ze wszyst­kich War­ho­lów w Sztok­hol­mie. Sam War­hol nie­kie­dy kie­ro­wał py­ta­nia o wła­sne tech­ni­ki do Stur­te­vant, su­ge­ru­jąc, że wie ona o nich tyle samo co on.

W do­bie pro­duk­cji ma­so­wej cho­dzi z re­gu­ły nie o ory­gi­nal­ność, lecz o to, co jest pod­rób­ką, a co nie. W Szan­gha­ju czy Shen­zhen jest mnó­stwo stra­ga­nów, gdzie moż­na zna­leźć rze­ko­me ze­gar­ki mar­ki Ro­lex – wraz z ro­bią­cy­mi wra­że­nie ho­lo­gra­ma­mi po­twier­dza­ją­cy­mi au­ten­tycz­ność – któ­re roz­pa­da­ją się przy pierw­szej pró­bie na­krę­ce­nia. Ist­nie­ją ga­dże­ty wy­glą­da­ją­ce jak iPo­dy fir­my Ap­ple, któ­re nie po­wsta­ją jed­nak w fa­bry­ce w Shen­zhen, gdzie skła­da­ne są te sprze­da­wa­ne przez fir­mę za­ło­żo­ną w 1976 roku przez Ste­ve’a Job­sa i Ste­ve’a Wo­znia­ka. Bar­dziej nie­po­ko­ją­ce dla Ap­ple’a jed­nak było to, że Sam­sun­go­wi uda­ło się re­pli­ko­wać nie tyl­ko iPho­ne’a, ale też iPa­da. Ap­ple utrzy­mu­je, że są to przy­pad­ki na­ru­sze­nia praw au­tor­skich, a nie pod­rób­ki.

Dla pro­jek­tan­ta au­ten­tycz­ność na­bra­ła pa­ra­dok­sal­ne­go aspek­tu. Au­ten­tycz­ny pro­jekt moż­na ro­zu­mieć jako taki, któ­ry jest czymś wię­cej niż tyl­ko nie­pod­rób­ką. Jest to rów­nież przed­miot, któ­ry spra­wia wra­że­nie po­wsta­łe­go spon­ta­nicz­nie, nie z po­trze­by za­spo­ko­je­nia pra­gnień albo uwie­dze­nia od­bior­cy. Ce­cha ta za­sa­dza się na szcze­ro­ści, z jaką re­agu­je się na za­da­wa­ne py­ta­nia na­tu­ry prak­tycz­nej przez do­star­cze­nie na­da­ją­ce­go się do użyt­ku roz­wią­za­nia pro­ble­mu tech­nicz­ne­go. Di­zajn to jed­nak swo­iste prze­ci­wień­stwo spon­ta­nicz­no­ści, któ­re nie ucie­ka od prób ma­ni­pu­lo­wa­nia emo­cja­mi. Samo za­an­ga­żo­wa­nie pro­jek­tan­ta w two­rze­nie obiek­tu prze­ma­wia prze­ciw­ko au­ten­tycz­no­ści tego ro­dza­ju. Di­zajn z ko­niecz­no­ści musi oglą­dać świat w spo­sób bar­dzo świa­do­my. Już samo stwier­dze­nie, że pro­jek­tant dąży do osią­gnię­cia ja­ko­ści i au­ten­tycz­no­ści, pod­wa­ża ten cel. Usil­ne dą­że­nie do au­ten­tycz­no­ści wska­zu­je na jej an­ty­te­zę.

Na­zwa Bu­gat­ti znaj­du­je się w rę­kach Volks­wa­ge­na, fir­my, któ­ra uży­wa tej mar­ki dla wy­jąt­ko­wo dro­gich dwu­miej­sco­wych sa­mo­cho­dów spor­to­wych, pro­du­ko­wa­nych w bar­dzo ogra­ni­czo­nej licz­bie, w wy­raź­nym kon­tra­ście do za­sad­ni­cze­go pro­fi­lu fir­my, opar­te­go na idą­cej w mi­lio­ny pro­duk­cji sa­mo­cho­dów dla od­bior­ców ma­so­wych. Sko­ja­rze­nia z ele­ganc­ko skon­stru­owa­ny­mi sa­mo­cho­da­mi z prze­szło­ści, a więc cha­rak­te­ry­stycz­na dla mar­ki Bu­gat­ti osło­na chłod­ni­cy w kształ­cie pod­ko­wy oraz czer­wo­no-bia­ła ema­lio­wa­na pla­kiet­ka, do­da­ją Volks­wa­ge­no­wi pre­sti­żu. Przy­da­ją świet­no­ści jego asor­ty­men­to­wi, ale są to nie bar­dziej au­ten­tycz­ne „bu­gat­ti” niż ben­tleye, rów­nież wy­twa­rza­ne w fa­bry­ce na­le­żą­cej do kon­cer­nu Volks­wa­gen. Oczy­wi­ście mowa o „au­ten­tycz­nych” ben­tley­ach w ta­kim sen­sie, w ja­kim ro­zu­mia­ła je ory­gi­nal­na fir­ma w la­tach dwu­dzie­stych XX wie­ku.

W cza­sie nie­po­ko­jów po­li­tycz­nych w Wiel­kiej Bry­ta­nii w la­tach osiem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku lon­dyń­ska po­li­cja do tego stop­nia za­czę­ła oba­wiać się o to, jak jest po­strze­ga­na przez opi­nię pu­blicz­ną, że zwró­ci­ła się do pro­jek­tan­tów o po­moc w stwo­rze­niu bar­dziej przy­ja­zne­go wi­ze­run­ku tej in­sty­tu­cji. Mi­ni­ster spraw we­wnętrz­nych na­ka­zał po­li­cji zre­wi­do­wa­nie sto­so­wa­nych przez nią me­tod ty­po­wa­nia prze­stęp­ców na pod­sta­wie przy­na­leż­no­ści do rasy, na­to­miast je­den z od­waż­niej­szych wyż­szych ran­gą człon­ków Sco­tland Yar­du udał się po po­moc do Wolff Olins, tej sa­mej agen­cji bran­din­go­wej, któ­rej fir­ma de­we­lo­per­ska o na­zwie Bo­vis za­wdzię­cza swo­je logo z ko­li­brem i któ­ra za­pro­jek­to­wa­ła wi­ze­ru­nek sta­cji ben­zy­no­wych oraz ta­nich li­nii lot­ni­czych. W tam­tym cza­sie po­mysł ten wy­da­wał się dużo bar­dziej kon­tro­wer­syj­ny niż obec­nie, gdy je­ste­śmy ra­czej „klien­ta­mi” niż „pa­sa­że­ra­mi”.

Naj­bar­dziej wi­docz­nym re­zul­ta­tem ich pra­cy była zmia­na kro­ju pi­sma uży­wa­ne­go w na­zwie in­sty­tu­cji na przy­po­mi­na­ją­cy pi­smo od­ręcz­ne. Re­zy­gna­cja z ostrych kan­tów Ti­mes Ro­man, kro­ju sze­ry­fo­we­go, któ­re­go ko­rze­nie się­ga­ją warsz­ta­tów ka­mie­niar­skich, gdzie rzeź­bio­no dłu­tem w tra­wer­ty­nie, na rzecz de­li­kat­nych po­cią­gnięć pędz­lem z całą pew­no­ścią po­mo­gła zła­go­dzić efekt, jaki wy­wo­łu­je sło­wo „Po­li­cja” wy­ma­lo­wa­ne na drzwiach fur­go­ne­tek od­dzia­łów pre­wen­cyj­nych. Sama w so­bie zmia­na mia­ła ni­kłe szan­se spra­wić, że ofi­ce­ro­wie będą wy­ka­zy­wać więk­szą wraż­li­wość pod­czas pa­tro­lo­wa­nia ulic Bri­xton. W oczach kry­ty­ków była to cy­nicz­na pró­ba ka­mu­fla­żu, naj­bar­dziej ra­żą­ca nie­au­ten­tycz­ność, jaką moż­na so­bie wy­obra­zić. Prze­ma­lo­wa­nie ra­dio­wo­zów na ró­żo­wo przy­nio­sło­by lep­sze efek­ty, je­śli cho­dzi o zmia­nę wi­ze­run­ku or­ga­ni­za­cji oraz spo­łecz­ne­go po­strze­ga­nia jeż­dżą­cych nimi funk­cjo­na­riu­szy. Znacz­nie więk­szy prze­łom w re­la­cjach po­li­cji ze świa­tem niż pró­by zmia­ny iden­ty­fi­ka­cji wi­zu­al­nej przy­nio­sło prze­sa­dze­nie po­li­cjan­tów na ro­we­ry.

Pro­jek­tan­ci nie mogą nic na to po­ra­dzić: im usil­niej dążą do au­ten­tycz­no­ści, tym sku­tecz­niej się jej wy­zby­wa­ją. Po­zo­sta­ją jed­nak nią za­fa­scy­no­wa­ni. Po­szu­ku­ją jej wszę­dzie – od gro­ma­dzo­nych w trak­cie wo­ja­ży po świe­cie ko­lek­cji rze­ko­mo nie­pro­jek­to­wa­nych lo­kal­nych przed­mio­tów, aż po jak­że po­żą­da­ny przez nich sprzęt spor­to­wy wy­so­kiej kla­sy. Do­pa­tru­ją się jej w for­mie ga­łek i po­krę­teł wy­my­ślo­nych przez fir­mę Le­ica do swo­ich apa­ra­tów fo­to­gra­ficz­nych albo w kształ­cie rę­ko­je­ści ka­ra­bin­ka AK. Póź­niej wy­ko­rzy­stu­ją te ce­chy jako in­spi­ra­cję we wła­snej twór­czo­ści. Z ob­se­syj­no­ścią fe­ty­szy­stów drą­żą naj­bar­dziej skom­pli­ko­wa­ne de­ta­le bro­ni, kla­mer i za­pięć na rze­py mun­du­rów woj­sko­wych. Są to przy­kła­dy di­zaj­nu po­zba­wio­ne­go czyn­ni­ka sprze­da­żo­we­go, jak się to nie­kie­dy opi­su­je. Kie­dy cena nie gra roli, a wy­bo­rów do­ko­nu­ją nie kon­su­men­ci, lecz fa­chow­cy, pro­duk­ty na­bie­ra­ją in­ne­go cha­rak­te­ru. Sprzęt wy­ko­rzy­sty­wa­ny przez hi­ma­la­istów do wspi­na­czek na Eve­rest, ma­te­ria­ły opra­co­wa­ne spe­cjal­nie do użyt­ku w sa­mo­lo­tach woj­sko­wych oraz sprzęt me­dycz­ny – wszyst­ko to do­star­cza go­to­we­go ban­ku ob­ra­zów dla pro­jek­tan­tów wszel­kiej ma­ści. Są to obiek­ty bo­ga­te w tego ro­dza­ju ko­mu­ni­ka­ty wi­zu­al­ne, któ­re kształ­tu­ją wy­obraź­nię pro­jek­tan­tów. Kie­dy w la­tach osiem­dzie­sią­tych mi­nio­ne­go wie­ku kon­cern Sony chciał nadać swo­jej elek­tro­ni­ce użyt­ko­wej aurę sprzę­tu wy­so­kiej kla­sy, po­słu­żył się sze­re­giem bodź­ców wi­zu­al­nych. For­mo­wa­ny wtry­sko­wo pla­stik w ko­lo­rze kha­ki ze zin­te­gro­wa­ny­mi uchwy­ta­mi oraz prze­łącz­ni­ki dwu­sta­bil­ne ro­bi­ły, co mo­gły, by za­su­ge­ro­wać kon­kret­ną, rze­czo­wą ja­kość sprzę­tu woj­sko­we­go. Była rów­nież nie­co bar­dziej wy­twor­na wer­sja z ma­to­wo wy­koń­czo­nej bla­chy alu­mi­nio­wej.

Kie­dy pro­jek­tan­ci sa­mo­cho­dów chcie­li two­rzyć mo­de­le spra­wia­ją­ce wra­że­nie so­lid­nych i su­ro­wych, eks­plo­ro­wa­li zna­ki wi­zu­al­ne ko­ja­rzo­ne z dżi­pa­mi i wcze­sny­mi land ro­ve­ra­mi. Sty­li­zo­wa­li po­jaz­dy tak, aby wy­glą­da­ły jak nie­wy­sty­li­zo­wa­ne. Uczy­ni­li z funk­cjo­nal­nych ele­men­tów for­mę ozdo­by. Prze­mia­na hu­mvee – zna­ne­go nie­gdyś jako wie­lo­za­da­nio­wy po­jazd ko­ło­wy o wy­so­kiej mo­bil­no­ści – w hum­me­ra była jesz­cze jed­nym do­wo­dem na nie­ga­sną­cy urok au­ten­tycz­no­ści.

Dla pro­jek­tan­ta au­ten­tycz­ność to ja­kość, któ­ra po­wsta­je po­przez pró­bę zro­zu­mie­nia, jak pro­jekt ko­mu­ni­ku­je wra­że­nie szcze­ro­ści, a na­stęp­nie sfał­szo­wa­nie go. Naj­do­sko­na­lej wi­dać to w dzie­dzi­nie pro­jek­to­wa­nia gra­ficz­ne­go. Go­tham to krój pi­sma za­pro­jek­to­wa­ny przez ame­ry­kań­skie­go ty­po­gra­fa To­bia­sa Fre­re-Jo­ne­sa, pier­wot­nie na zle­ce­nie ame­ry­kań­skiej edy­cji „GQ”, luk­su­so­we­go ma­ga­zy­nu o mo­dzie dla męż­czyzn, któ­ry za­mó­wił u nie­go krój ma­ją­cy nadać cza­so­pi­smu nowy, wy­ra­zi­sty look.

Fir­ma Fre­re-Jo­ne­sa, Ho­efler & Fre­re-Jo­nes, opi­su­je po­cząt­ki Go­tham w swo­im ka­ta­lo­gu sprze­da­ży z peł­ną czu­ło­ści tro­ską o szcze­gó­ły, któ­ra zdra­dza kry­ją­cą się za nią sztucz­ność.

Każ­dy pro­jek­tant da­rzy po­dzi­wem wer­na­ku­lar­ne li­ter­nic­two ame­ry­kań­skich miast – owe li­te­ry z far­by, gip­su, neo­no­we, szkla­ne i ze sta­li, któ­re zaj­mu­ją tak wi­docz­ne miej­sce w prze­strze­ni. Go­tham to hołd dla atrak­cyj­ne­go i bez­pre­ten­sjo­nal­ne­go li­ter­nic­twa miej­skie­go. Prze­strzeń pu­blicz­na roi się od wy­ko­na­nych ręcz­nie czcio­nek bez­sze­ry­fo­wych, u któ­rych pod­staw le­gły te same za­sa­dy – in­ży­nier­ska kon­cep­cja „pod­sta­wo­we­go li­ter­nic­twa”, wy­kra­cza­ją­ce­go za­rów­no poza wła­ści­wo­ści uży­tych ma­te­ria­łów, jak i moż­li­wo­ści ich twór­ców. Są to od­la­ne z brą­zu cy­fry przed biu­row­ca­mi, któ­re wład­czo prze­ma­wia­ją do od­bior­cy, a tak­że gra­we­run­ki na ka­mie­niach wę­giel­nych, któ­rych neu­tral­ny, zrów­no­wa­żo­ny styl sku­tecz­nie opie­ra się upły­wo­wi cza­su. Są to te prak­tycz­ne neo­ny, któ­re ozna­cza­ją skle­py mo­no­po­lo­we i ap­te­ki, a tak­że na­zwi­ska wła­ści­cie­li wy­ma­lo­wa­ne ma­je­sta­tycz­nie na bo­kach cię­ża­ró­wek. Te li­te­ry są nie­udziw­nio­ne i nie­pod­le­ga­ją­ce dys­ku­sji, a jed­no­cze­śnie mają cha­rak­ter i są za­wsze zro­bio­ne fa­cho­wo. Go­tham to ten naj­rzad­szy z pro­jek­tów, nowy krój, któ­ry w pe­wien spo­sób wy­da­je się zna­jo­my. Go­tham odzie­dzi­czył szcze­ry ton, któ­ry jest aser­tyw­ny, ale nie na­chal­ny, przy­ja­zny, ale nie na­zbyt po­ufa­ły, pew­ny sie­bie, ale nie wy­nio­sły.

Do­kład­nie tych war­to­ści po­szu­ki­wa­ła eki­pa szta­bu wy­bor­cze­go Ba­rac­ka Oba­my w 2008 roku, kie­dy ubie­gał się on o pierw­szą ka­den­cję. Krój Go­tham był wi­docz­ny na jego ban­ne­rach pod­czas kon­wen­cji Par­tii De­mo­kra­tycz­nej, z dru­ko­wa­ny­mi bol­dem obiet­ni­ca­mi „Zmia­ny, w któ­rą moż­na uwie­rzyć”, i świa­do­mie sta­rał się ko­mu­ni­ko­wać wła­śnie te ce­chy.

Oba­ma chciał od­wo­łać się do war­to­ści sta­rej Ame­ry­ki. Go­tham to krój, któ­re­go uży­wa­no za cza­sów New Deal, kie­dy bu­do­wa­no Za­po­rę Ho­ove­ra. Jest to krój no­wo­jor­skie­go sys­te­mu alei, są­dów oraz bu­dyn­ków fe­de­ral­nych z lat trzy­dzie­stych XX wie­ku. Sy­gna­li­zu­je Ame­ry­kę, któ­ra an­ga­żo­wa­ła się w spra­wy świa­ta i wie­rzy­ła, że może uczy­nić go lep­szym. Kie­dy krój, któ­ry za­in­spi­ro­wał Go­tham, był jesz­cze mło­dy, Ame­ry­ka w do­słow­nym sen­sie bu­do­wa­ła za­po­ry i szko­ły śred­nie, two­rzy­ła par­ki na­ro­do­we. Pro­gram Oba­my nie mógł być aż tak da­le­ko­sięż­ny, lecz jego ty­po­gra­fia prze­ka­zy­wa­ła Ame­ry­ce pod­pro­go­wy ko­mu­ni­kat o niej sa­mej. Ko­mu­ni­kat, w któ­rym moż­na było do­strzec nie­zręcz­ny roz­ziew mię­dzy tre­ścią a spo­so­bem pre­zen­ta­cji. Przy­naj­mniej jed­nak Oba­ma wy­ko­rzy­stał Go­tham w wy­raź­nych ce­lach po­li­tycz­nych. Chciał, aby to, co obie­cy­wał, było praw­dzi­we, na­wet je­śli nie po­tra­fił spra­wić, że się zi­ści. Ide­alizm nie jest w tak wy­raź­ny spo­sób czę­ścią wi­ze­run­ku Star­buck­sa czy pa­sty do zę­bów Crest – obie te fir­my za­przę­gły Go­tham do ro­bo­ty po pierw­szym zwy­cię­stwie wy­bor­czym Oba­my.

Kie­dy Go­tham wy­ko­rzy­stu­je in­spi­ru­ją­cy po­li­tyk ob­da­rzo­ny ta­len­tem ora­tor­skim, war­to­ści, któ­re ja­ko­by od­zwier­cie­dla ten krój, zo­sta­ją pod­trzy­ma­ne i wzmoc­nio­ne. Gdy na­to­miast przyj­mu­ją go sie­cio­we ka­wiar­nie, ule­ga­ją one roz­my­ciu i osła­bie­niu, po­nie­waż ko­niec koń­ców ce­chy ja­kie­go­kol­wiek kro­ju pi­sma są po­chod­ną uru­cha­mia­nych przez nie sko­ja­rzeń, a nie tkwią­ce­go w nim zna­cze­nia.

Sam Fre­re-Jo­nes, mó­wiąc o kro­jach pi­sma, uży­wa me­ta­fo­ry ubio­ru. Może to praw­da, że ubra­nia po­win­ny być do­pa­so­wa­ne do oso­bo­wo­ści no­szą­ce­go, ale mogą one słu­żyć rów­nież jako prze­bra­nie. In­nym spo­so­bem pa­trze­nia na kro­je by­ło­by po­trak­to­wa­nie ich w ten sam spo­sób, w jaki ro­zu­mie­my ak­cent. Nie­któ­re kro­je pi­sma i nie­któ­re ak­cen­ty bu­dzą sko­ja­rze­nia z au­to­ry­te­tem, inne nie.

Krój Go­tham wy­ra­żał więc po­cząt­ko­wo roz­ta­cza­ną przez Oba­mę wi­zję na­dziei, a póź­niej stał się cy­nicz­nym wy­ra­zem ko­mer­cyj­ne­go in­te­re­su wła­sne­go.

Nie po raz pierw­szy ty­po­gra­fia ule­gła tego ro­dza­ju prze­mia­nie. W ostat­nich la­tach Związ­ku So­wiec­kie­go, kie­dy za­chod­nie go­rzel­nie od wie­lu de­kad pro­du­ko­wa­ły ele­ganc­ko opa­ko­wa­ną wód­kę z błysz­czą­cy­mi ety­kie­ta­mi, po­ja­wi­ło się na­głe za­in­te­re­so­wa­nie ko­mer­cyj­nym wy­ko­rzy­sta­niem au­ten­tycz­no­ści. Za­miast dwu­gło­wych or­łów, któ­re zdo­bi­ły ety­kie­ty Smir­nof­fa, za­pa­no­wa­ła moda na przy­da­wa­nie wód­ce pro­du­ko­wa­nej w War­ring­ton i New Jer­sey wy­glą­du su­ge­ru­ją­ce­go bar­dziej au­ten­tycz­ne współ­cze­sne ro­syj­skie po­cho­dze­nie. A to ozna­cza­ło coś zgrzeb­ne­go, a nie ele­ganc­kie­go. Ko­lo­ro­wy roz­ma­za­ny druk za­czął być po­strze­ga­ny jako ozna­ka au­ten­tycz­no­ści, a co za tym idzie – ja­ko­ści, nie zaś jej prze­ci­wień­stwa.

Pro­le­ta­riac­kie ko­rze­nie Sto­licz­nej, nie­gdyś bę­dą­cej wła­sno­ścią pań­stwa so­wiec­kie­go, su­ge­ro­wa­ła ety­kie­ta – zde­cy­do­wa­nie nie­błysz­czą­ca, nie­wy­tła­cza­na w zło­tej fo­lii i nie­ozdo­bio­na ni­czym bar­dziej uwo­dzi­ciel­skim niż ob­raz fa­bry­ki, w któ­rej po­wsta­ła. Dość szyb­ko sta­ła się mo­de­lem każ­dej mar­ki sie­ci su­per­mar­ke­tów, któ­re na­der chy­trze za­bra­ły się do re­pli­ko­wa­nia pro­sto­dusz­nej au­ten­tycz­no­ści ety­kie­ty nie­tknię­tej ręką mar­ke­tin­gow­ca i odro­bi­nę nie­do­sko­na­łej.

Ten fe­no­men nie ogra­ni­cza się wy­łącz­nie do dwu­wy­mia­ro­wej ty­po­gra­fii. Sta­ran­nie ob­my­ślo­na wer­sja au­ten­tycz­no­ści ujaw­nia się przede wszyst­kim w wy­stro­ju wnętrz. Więk­szość ży­cia spę­dza­my w zmie­nia­ją­cych się de­ko­ra­cjach te­atral­nych, wzo­ro­wa­nych bar­dziej na wi­zjach wy­ma­rzo­ne­go świa­ta, w któ­rym chcie­li­by­śmy żyć, niż na re­aliach świa­ta, w któ­rym ży­je­my.

Sie­dzę we względ­nie no­wej re­stau­ra­cji nie­da­le­ko lon­dyń­skie­go Stran­du. Lo­kal zo­stał na­zwa­ny na cześć nie­gdyś sław­nej, obec­nie mało zna­nej i od daw­na nie­ist­nie­ją­cej mar­ki sa­mo­cho­dów, De­lau­nay-Bel­le­vil­le. Sko­ja­rze­nia mo­to­ry­za­cyj­ne są pew­ną ob­se­sją wła­ści­cie­li, któ­rzy otwo­rzy­li wcze­śniej do­brze pro­spe­ru­ją­cą re­stau­ra­cję na Pic­ca­dil­ly, na­zwa­ną tak jak sa­lon sa­mo­cho­do­wy Wol­se­ley, nie­gdyś miesz­czą­cy się w tym sa­mym wnę­trzu, a póź­niej jesz­cze jed­ną, ochrzczo­ną – chy­ba wy­łącz­nie dla ka­pry­su – Ze­del, na cześć jed­ne­go z nie­wie­lu sa­mo­cho­dów pro­du­ko­wa­nych w Szwaj­ca­rii.

Re­stau­ra­cja De­lau­nay wy­glą­da, jak­by po raz pierw­szy otwo­rzy­ła po­dwo­je sto lat temu. Ze sta­reń­kim ze­ga­rem, pod­ło­gą w bia­ło-czar­ny de­seń oraz fil­co­wy­mi ko­ta­ra­mi za drzwia­mi wej­ścio­wy­mi, jak­by dla ochro­ny przed sza­le­ją­cym środ­ko­wo­eu­ro­pej­skim wi­chrem, sta­no­wi nie­sły­cha­nie wier­ną re­kon­struk­cję cze­goś, co tak na­praw­dę ni­g­dy nie ist­nia­ło. Przez mo­ment ule­ga­my złu­dze­niu, że oto zna­leź­li­śmy się w wie­deń­skiej ka­wiar­ni, kil­ka kro­ków od pla­cu świę­te­go Ste­fa­na. Do­zna­je­my tej sub­tel­nej przy­jem­no­ści, jaką daje wy­obra­ża­nie so­bie, że we­szli­śmy tu­taj z prze­ni­kli­wie zim­ne­go Wied­nia cza­sów Har­ry’ego Lime’a, pod oku­pa­cją czte­rech mo­carstw albo na­wet Wied­nia bły­sko­tli­wych ka­wiar­nia­nych kon­wer­sa­cji Adol­fa Lo­osa i Ro­ber­ta Mu­si­la. A prze­cież je­ste­śmy w Lon­dy­nie, gdzie przy sto­le roz­ma­wia się o wszyst­kim, byle nie o fi­lo­zo­fii. De­lau­nay stwa­rza moż­li­wość gry. To te­atr, w któ­rym mo­że­my po­ba­wić się my­ślą, że ry­tu­ały dnia co­dzien­ne­go mają więk­szy sens, niż by się nam wy­da­wa­ło. To nie­po­rów­ny­wal­nie skrom­niej­sza wer­sja eska­pi­stycz­ne­go po­cie­sze­nia tego ro­dza­ju, ja­kie in­dyj­skie ko­pu­ły Pa­wi­lo­nu w Bri­gh­ton da­wa­ły księ­ciu re­gen­to­wi bez tro­nu i im­pe­rium.

Poza tym De­lau­nay jest szcze­gól­nie wy­ra­zi­stym ob­ra­zem tego, czym sta­ło się je­dze­nie na mie­ście: do­świad­cza­niem na­sze­go wy­obra­że­nia o tym, jak po­win­no wy­glą­dać ży­cie in­nych lu­dzi. Kie­dyś, w za­mierz­chłym roku 1973, to za­jaz­dy dla kie­row­ców cię­ża­ró­wek na Środ­ko­wym Za­cho­dzie i ta­nie re­stau­ra­cyj­ki na pre­riach za­ra­zi­ły cały świat en­tu­zja­zmem do au­ten­tycz­nych ham­bur­ge­rów, piwa Rol­ling Rock i do­mo­wych fry­tek. Nie­śmia­łe wnę­trza re­stau­ra­cji były nie­gdyś sy­gna­łem po­cho­dze­nia et­nicz­ne­go; pa­pie­ro­we lam­pio­ny su­ge­ro­wa­ły kuch­nię azja­tyc­ką, cyn­ko­wa­ne sto­ły ko­ja­rzy­ły się ze ste­kiem z fryt­ka­mi. Te­raz cały sze­reg pre­cy­zyj­nych pod wzglę­dem ar­che­olo­gicz­nym re­kon­struk­cji okre­ślo­nych cza­sów i miejsc od­dzie­lił się od aspek­tów ku­li­nar­nych. Za­rów­no w No­wym Jor­ku, jak i w Lon­dy­nie moż­na zna­leźć ta­kie eks­tre­mal­ne przy­kła­dy jak Bal­tha­zar – roz­czu­la­ją­co au­ten­tycz­ną re­kon­struk­cję pa­ry­skiej knajp­ki z mniej wię­cej 1924 roku, ze sztucz­nie po­sta­rzo­ny­mi lu­stra­mi, mi­ster­nym, po­zła­ca­nym li­ter­nic­twem, kon­tu­ara­mi o mar­mu­ro­wych bla­tach. Tyle tyl­ko, że nie uświad­czy­my si­nej mgieł­ki dymu z pa­pie­ro­sów Di­sque Bleu, a w menu znaj­dzie­my to samo, co w więk­szo­ści stan­dar­do­wych pół­noc­no­ame­ry­kań­skich re­stau­ra­cji.

Nie może się to jed­nak rów­nać z ba­śnio­wą an­giel­sko­ścią skle­pu Ral­pha Lau­re­na w Rhi­ne­lan­der Man­sion przy Ma­di­son Ave­nue, do któ­re­go zwie­zio­no kon­te­ne­row­cem przez Atlan­tyk drew­nia­ne za­baw­ki, kije do kry­kie­ta, ka­ja­ki i ramy ob­ra­zów, żeby ozdo­bić nimi każ­dy cen­ty­metr kwa­dra­to­wy wnę­trza. Lau­ren stwo­rzył na­stęp­ną ba­śnio­wą kra­inę, w któ­rej nie tyle no­wo­bo­gac­ki styl uda­wał sta­re bo­gac­two, ile – pod po­sta­cią mar­ki Do­uble RL – no­wo­bo­gac­ki styl uda­wał sta­rą bie­do­tę. Jest to mar­ka za­pro­jek­to­wa­na po to, aby dać swo­im klien­tom po­czu­cie, że są ni­czym sól tej zie­mi, ro­bot­ni­cy na ran­czu, po­nie­waż no­szą ubra­nia za­pi­na­ne na za­trza­ski, z po­dwój­nie wzmoc­nio­nym każ­dym szwem. Sprze­da­wa­ne są w sta­ran­nie za­aran­żo­wa­nych miej­skich punk­tach sprze­da­ży, któ­re z czu­ło­ścią wy­po­sa­żo­no w przed­mio­ty od­ra­to­wa­ne z po­dwó­rek Ame­ry­ki w sty­lu vin­ta­ge.

Tej sa­mej ha­lu­cy­na­cyj­nej aury moż­na do­świad­czyć w Café De­lau­nay, gdzie ilu­zji au­ten­tycz­no­ści ule­ga wię­cej niż je­den ze zmy­słów; nie tyl­ko wzrok, ale też smak. Kęs sznyc­la po wie­deń­sku albo sma­żo­nej kieł­ba­sy wy­star­cza, żeby prze­ko­nać tych, któ­rzy byli w Wied­niu, jed­nak złu­dze­nie pry­ska, gdy wy­cho­dzi na jaw, że kel­ner – jak­kol­wiek pe­łen za­pa­łu – ni­g­dy nie po­sta­wił sto­py w Au­strii i nie ma bla­de­go po­ję­cia o tym, że oto­cze­nie za­chę­ca go do od­gry­wa­nia roli.

Wspo­mnie­nie tego, czym była nie­gdyś sto­łecz­na kul­tu­ra Wied­nia, żyje w ma­rze­niach lon­dyń­skich re­stau­ra­to­rów. Za­pro­jek­to­wa­ny przez Adol­fa Lo­osa ame­ry­kań­ski bar w Wied­niu, ukoń­czo­ny w 1908 roku, ze swo­ją sa­do­ma­so­chi­stycz­ną pre­cy­zją i po­wścią­gli­wo­ścią, stwa­rza wra­że­nie re­al­no­ści, w od­róż­nie­niu od świa­do­mej au­ten­tycz­no­ści De­lau­nay. Loos jed­nak tak­że ma­rzył o in­nych miej­scach: czym­że mógł być ame­ry­kań­ski bar w sa­mym ser­cu ce­sar­stwa au­stro-wę­gier­skie­go, je­śli nie mi­ra­żem? Był au­ten­tycz­ny, ale nie­ko­niecz­nie re­al­ny. Po­zo­sta­je au­ten­tycz­ny w swo­jej ar­ty­stycz­nej szcze­ro­ści. Loos za­pro­jek­to­wał ory­gi­nal­ną wi­zję, w któ­rą wie­rzył, nie zaś pa­ra­fra­zę dzieł in­nych twór­ców, i wła­śnie to może być je­dy­ną mia­rą praw­dzi­wej au­ten­tycz­no­ści.

b jak bau­haus

Przez więk­szą część XX wie­ku ist­nia­ła eks­tra­kla­sa mo­der­ni­stycz­nych ar­chi­tek­tów. Na­le­ża­ły do niej tyl­ko czte­ry oso­by: uro­dzo­ny w Szwaj­ca­rii Fran­cuz Le Cor­bu­sier oraz trzech Ame­ry­ka­nów (dwóch z nich o nie­miec­kim po­cho­dze­niu): Frank Lloyd Wri­ght, Wal­ter Gro­pius i Mies van der Rohe. Li­sta ta od­zwier­cie­dla­ła hie­rar­chię stwo­rzo­ną w la­tach dwu­dzie­stych ubie­głe­go wie­ku przez sa­mo­zwań­cze gro­no hi­sto­ry­ków, pro­pa­gan­dzi­stów oraz kry­ty­ków. Człon­ko­wie tego czte­ro­oso­bo­we­go gan­gu mie­li z sobą nie­wie­le wspól­ne­go. Le Cor­bu­sier, nie­mal­że Pi­cas­so wśród ar­chi­tek­tów, prze­szedł dłu­gą dro­gę: od bu­do­wy wła­snej in­ter­pre­ta­cji ru­chu Arts and Cra­fts w ro­dzin­nym szwaj­car­skim mie­ście sły­ną­cym z pro­duk­cji ze­gar­ków do żel­be­to­wej for­my ka­pli­cy w Ron­champ na wscho­dzie Fran­cji. Mies van der Rohe dą­żył w swo­ich mi­ni­ma­li­stycz­nych wie­żach do stwo­rze­nia sta­lo­wo-szkla­nej wer­sji kla­sy­cy­zmu. Frank Lloyd Wri­ght, w cha­rak­te­ry­stycz­nym płasz­czu i be­re­cie, jesz­cze po dzie­więć­dzie­siąt­ce pró­bu­ją­cy ukoń­czyć Mu­zeum Gug­gen­he­ima, był – jak zja­dli­wie za­uwa­żył Phi­lip John­son, pierw­szy ku­stosz ar­chi­tek­to­nicz­ny no­wo­jor­skie­go Mu­seum of Mo­dern Art (MoMA), a póź­niej nie­zwy­kle płod­ny twór­czo post­mo­der­ni­sta – „naj­wspa­nial­szym ame­ry­kań­skim ar­chi­tek­tem XIX wie­ku”. Jak moż­na się spo­dzie­wać, „czte­rech jeźdź­ców mo­der­ni­zmu” ni­g­dy nie pa­ła­ło do sie­bie szcze­gól­ną sym­pa­tią. Ich orę­dow­ni­cy twier­dzi­li jed­nak, że zde­cy­do­wa­nie wy­prze­dza­ją resz­tę staw­ki. Da­le­ko za nimi, w pierw­szej li­dze, pla­so­wa­li się cho­ciaż­by Alvar Aal­to i J.J.P. Oud – po­cho­dzą­cy, od­po­wied­nio, z fiń­skich i ho­len­der­skich obrze­ży. Kil­ko­ro Au­stria­ków, Wło­chów i Ro­sjan, zwłasz­cza Adolf Loos, Otto Wa­gner, Gu­isep­pe Ter­ra­gni i Kon­stan­tin Mel­ni­kov, po­zo­sta­wa­ło jesz­cze nie­co z tyłu. Ale i tak byli bar­dziej wi­docz­ni niż Pier­re Cha­re­au – od­po­wie­dzial­ny za nie­zwy­kły Ma­ison de Ver­re (Szkla­ny Dom) w Pa­ry­żu, ukoń­czo­ny w 1932 roku, ale na tyle ra­dy­kal­ny, że za­in­spi­ro­wał Cen­trum Pom­pi­dou, stwo­rzo­ne czte­ry de­ka­dy póź­niej przez Ri­char­da Ro­ger­sa i Ren­zo Pia­no – albo Eile­en Gray. Cha­re­au i Gray byli uwa­ża­ni przez głów­ny nurt za co naj­wy­żej de­ko­ra­to­rów albo ama­to­rów, lub jed­no i dru­gie. Ta­kie po­sta­wie­nie spra­wy nie mia­ło więk­sze­go sen­su, ale po­ma­ga­ło za­kre­ślić ramy dys­ku­sji o ar­chi­tek­tu­rze współ­cze­snej do cza­su, gdy mo­der­nizm za­czął tra­cić swój po­wab.

Wbrew twier­dze­niom kry­ty­ków, Le Cor­bu­sier, Wri­ght i Mies stwo­rzy­li ar­chi­tek­tu­rę, któ­ra pół wie­ku póź­niej nie utra­ci­ła nic ze swej mocy. Miej­sce Wal­te­ra Gro­piu­sa w tej hie­rar­chii jest bar­dziej dys­ku­syj­ne. Jego ka­rie­ra roz­wi­ja­ła się dzię­ki se­rii łu­tów szczę­ścia, czę­sto przy­bie­ra­ją­cych po­stać lu­dzi, z któ­ry­mi miał oka­zję pra­co­wać. Po­znał Adol­fa Mey­era, gdy obaj byli asy­sten­ta­mi w pra­cow­ni Pe­te­ra Beh­ren­sa w Ber­li­nie i przy­glą­da­li się, jak moż­na zmo­der­ni­zo­wać kla­sy­cyzm, aby ra­dził so­bie z wy­zwa­nia­mi go­spo­dar­ki prze­my­sło­wej. Ob­ser­wo­wa­li upo­wszech­nia­nie iden­ty­fi­ka­cji wi­zu­al­nej, współ­cze­snej wer­sji cza­ro­dziej­stwa. Beh­rens pro­jek­to­wał dla AEG wszyst­ko – od czaj­ni­ków, przez zna­ki fir­mo­we, po całe fa­bry­ki. Pra­co­wał dla nie­go nie tyl­ko Gro­pius, ale też Mies van der Rohe i Le Cor­bu­sier. Spójrz­my na nie­miec­ką am­ba­sa­dę w Sankt Pe­ters­bur­gu, któ­rej Beh­rens uży­czył swo­je­go na­zwi­ska, a któ­rą wy­bu­do­wał Mies van der Rohe, a prze­ko­na­my się, że Mies zma­gał się tam z pro­ble­mem fa­sad z ko­lum­na­mi na na­roż­ni­kach, do któ­re­go po­wró­cił póź­niej ze sta­lo­wy­mi bel­ka­mi dwu­te­owy­mi.

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!