Malwina - Maria Wirtemberska - E-Book

Malwina E-Book

Maria Wirtemberska

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Malwina, czyli domyślność serca”, powieść z 1813 roku, uznawana jest za pierwszą polską powieść psychologiczno-obyczajową. Opowiada o relacjach między Malwiną i Ludomirem, ukazując ich życie wewnętrze i motywacje, którymi się w życiu kierują. Autorka, polska arystokratka i księżna, pochodziła z rodu Czartoryskich. Zapisała się w historii jako literatka, ale także organizatorka salonu literackiego w Warszawie i filantropka.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Maria Wirtemberska

Malwina

Czyli Domyślność serca

Warszawa 2020

Tom pierwszy

Rozdział I

PIORUN

Teraz co burza minęła, zdaje mi się, że duszno tu w pokoju. Dobrze byłoby okno na balkon otworzyć.

– Siostro! komarów do światła naleci tysiącami.

– Rąbek w oknie komarów nie puści, a chłód do nas dojdzie i zapach rezedy, którą deszcz musiał dobrze odświeżyć. Ale, mój ty luby tchórzu – dalej z uśmiechem rzekła Malwina do siostry – nie komarów podobno, ale grzmotów raczej się boisz! Prawda, że dość mocne przez godzin kilka trwały. Lecz ponieważ zupełnie się uspokoiły, to i ty się uspokój, moja Wandulu, i dlatego żebyś jeszcze łatwiej o strachu swoim zapomnieć mogła, zagram ci owego mazurka, który, jak mówisz, najzabawniejsze bale ci przypomina.

Młoda Wanda, przekonana tymi słowy, od krosienek skoczyła otwierać okno, a Malwina zapiąwszy robotę siadła do fortepiana i ulubionego mazurka grać zaczęła. Wesoło przebiegając salę i rozmyślając o zimowych balach Wanda zupełnie zapomniała, że kiedykolwiek grzmoty na świecie bywają, lecz przypomniawszy sobie, że zaprzestać być dziecinną i za słuszną już osobę uchodzić życzyła, poważną postać przybrawszy i siadłszy przy fortepianie:

– Dość tych szaleństw – rzekła – dość tego mazurka; teraz, siostrzyczko, zaśpiewaj mi jednę z tych pieśni, które choć nie bardzo są smutne, mnie jednak zawsze rozrzewniają, kiedy ty twoim słodkim głosem je śpiewasz!

Malwina, każdemu rada dogodzić, a bardziej jeszcze siostrze, pograwszy trochę następującą pieśń śpiewać zaczęła:

Wieniec Haliny

Zielone z ozdób obrałem doliny,

Fijołkiem świeżą przeplatając różę,

By skronie mojej uwieńczyć Haliny,

Zbierałem goździk i liliję hożę.

Z poranku miękkich swych włosów pierścienie

Wieńcem ode mnie kraśnym ozdobiła,

Wonniejsze nadeń różowych ust tchnienie,

A świeżość twarzy blask jego zgasiła.

Dzień cały Halkę te kwiaty zdobiły

I każdy pasterz w tej przyznał krainie,

Że na jej skroni bardziej się pyszniły,

Niż kiedy rosły w ojczystej dolinie.

Lecz gdy wieczorem bez farby i woni

Omdlone kwiaty Halka obaczyła,

Wzrok się jej zmienił: upuściwszy z dłoni

Wieniec ku ziemi i oczy spuściła.

Wzrok wtedy lepiej wyraził niż słowa

Tę czułość, którą dały jej niebiosy,

Gdy na omdlone łza z oczu perłowa

Upadła kwiaty, jakby krople rosy!

Wówczas chcąc wiedzieć, co było przyczyną

I skąd takowa wzięła się odmiana,

– O moja – rzekłem – nadobna Halino!

Powiedz, co znaczy ta łza niespodziana?

Westchnęła, potem z uśmiechem podobnym,

Jakim cierpliwość w żalu się rozśmieje,

– Patrzaj – zawoła – w tym wianku nadobnym

Jak krótka chwila przyćmiła nadzieje!

Wiosny nadzieje, co kwitną na łące,

I ranna młodość podobne są sobie,

Pyszną obydwie pięknością błyszczące,

Równe w trwałości, równe i w ozdobie.

Snuły rozkosze dnie młodej Teony,

Wśród grona pustej szalała młodzieży,

Alić w okropne uderzono dzwony,

Czytam na grobie: „Teona tu leży”.

Co wczora losem stało się Teony,

To dzisiaj może czeka twą Halinę,

Osądźże teraz, o mój ulubiony!

Jeśli nie słuszną mam smutku przyczynę.

Nigdy jak tego wieczora głos Malwiny przyjemniej się nie rozlegał. Na prośbę siostry, gdy strofę ostatnią raz jeszcze powtarzała, szmer taki, jak gdyby ktoś na tarasie pod oknem chodził, Malwinie słyszeć się zdało, co raptownie przerwało jej śpiewanie. Malwina ucichła, Wanda podług zwyczaju bać się zaczęła; potem obie dodawając sobie męstwa odważyły się wejść na balkon, lecz noc tylko czarną tam znalazły. Grube obłoki, deszcz jeszcze i grzmoty wróżące, niebo całe zaciągnęły, cichość zupełna w powietrzu panowała (jak zwykle przed największymi bywa nawałnicami) i słowik na bliskiej topoli miłosne swe nucąc tony jedynie powszechne przerywał milczenie.

– Pewnieśmy się omyliły – rzekła Wanda – rozumiejąc, że hałas jakiś słyszemy. Tu żywej duszy nie ma, ciemno okropnie, i ponieważ nieszczęściem nie w tych czasach już żyjemy, w których sylfy koło siedlisk ziemianek czasami się błąkali, moja rada byłaby wrócić do pokoju, bo tu, prócz kataru, niczego się nic doczekamy.

Malwina, oparta na kracie balkonu i oczy mająca wlepione w ciemność, która wszystkie przedmioty okrywała, nie bardzo słuchała roztropnej mowy Wandy. Lecz błyskawica, co w ten moment czarne obłoki przeszyła, przerwała jej dumanie i Wanda korzystając z tego wypadku siostrę do pokoju wepchnęła, okiennice i firanki pozasuwała, aby, ile możności, ni widzieć, ni słyszeć grzmotów i łyskania, które z bojaźnią przewidywała.

Ledwo skończyła te wszystkie środki ostrożności i tylko co obie siostry usiadły były znów do krosienek, alić burza niesłychana miotająca z szelestem ogromnymi topolami koło domu, deszcz kroplisty bijący w okna i grzmoty po całej rozlegające się krainie strachem przejęły trwożliwe serce Wandy. Malwina nawet, która zwykle grzmotów się nie bała, okropnością jakąś przejęta wstała była dla dania rozkazu, żeby drzwi i okna wszędzie pozamykano, gdy w ten moment taki okropny trzask piorunu dał się słyszeć, iż nie można było wątpić, że w sam dom lub przynajmniej bardzo gdzieś blisko uderzył. Malwina osłupiała na chwilę, lecz postrzegłszy Wandę, z przelęknienia jak bez duszy leżącą, zaraz o swoim strachu zapomniała i skoczyła siostrę ratować; z pośpiechu wielkiego ledwo dzwonków wszystkich nie zerwała. Ludzie przybiegli z całego domu, starania ich wkrótce Wandę ocuciły, i Malwina, widząc ją mniej bladą i uśmiechającą się znowu, wtedy dopiero odzyskała zdolność słuchania długich opowiedzeń, które razem gadając czynili wszyscy o owym strasznym piorunie i o wrażeniu, jakie sprawił na każdym.

– Jak mi Bóg miły – żegnając się rzekła Frankowska, zasłużona pokojowa Malwiny – nigdym równego strachu nie doświadczyła!

– Ja właśnie kołnierzyk prasowałam dla jejmości – powiedziała na to Marysia, dziewczyna służąca – ale ze strachu żelazko upuściłam na łapkę Kory, która do tego czasu skowyczy!

– Jeszcze to wszystko nic nie jest, ale ja wam opowiem krótko moje osobliwsze zdarzenie – w tym powszechnym przerażeniu zaczął wołać Marcin, stary zasłużony kamerdyner, poczciwy i dobry, który wszystkie miał zalety, ale od urodzenia nic jeszcze nigdy krótko nie powiedział, i którego relacja Bóg wie jak długo byłaby potrwała, gdyby następującą okolicznością nie została przerwaną. Lokaj wpadł do sali oznajmując, że ów piorun, który wszystkich przeraził, padłszy we wsi na Somorkowej stodołę zapalił ją, a wiatr duży i bliskość chałup większego jeszcze każą obawiać się pożaru; nawet cała wieś spłonąć by mogła. Dobra Malwina, której najpierwsze wzruszenia zawsze ją prowadziły do litości i do pomagania cierpiącym w jakim bądź gatunku, jeszcze osobistą miała przyczynę zajęcia się Somorkową, gdyż ta wieśniaczka mlekiem ją swoim karmiła i od dzieciństwa jak własną kochała córkę. Malwina tedy, ani na noc, ani na wicher nie uważając, ani na przestrogi starego Marcina, który wiele rzeczy za te o zdrowie swoje mało dbanie jej przepowiadał, rozkaz dała jemu i kobietom swoim, aby przy słabej jeszcze Wandzie zostały, i zarzuciwszy tylko szal na siebie sama z domu wybiegła. Spiesząc, kędy ją blask łuny prowadził, wkrótce smutny nader widok ujrzała. Stodoła Somorkowej ze zbożem już spalona, chałupa jej i kilka innych w ogniu; chłopi w pierwszym śnie przebudzeni ani umieli, ani chcieli ratować myśląc, że pożaru od piorunu wszczętego gasić się nie godzi. Płacz kobiet i dzieci, noc ciemna, wicher okrutny, wszystko to razem zebrane, trwogą przejąwszy Malwinę, odjęło jej na chwilę sposobność i moc rozkazania, co by w tym razie działać trzeba, gdy jeszcze te słowa: „Ach, moja wnuczka, moja biedna Alisia w komorze uśpiona, zginie bez wątpienia!” – z najboleśniejszym jękiem przez Somorkowę wymówione, do reszty Malwiny przytomność zmieszały. Nie wiedząca już sama, co robi, słuchająca jedynie swego dobrego serca w chęci ratowania tego dziecka, leciała pomiędzy kłęby dymu blaskiem ognia zaćmiona; wtem belka wpół spalona padła przed nią i przeszkodziła zupełnie do dalszego postępowania, a siły, tylu wzruszeniami zwątlone i nie równające się mocy duszy, opuściły ją w ten moment zupełnie; jednak czas jeszcze miała postrzec, jak nieznajomy jakiś mężczyzna, przeskoczywszy krokwie wpół spalone, belki i tarcice zajęte, biegł do niej. Wyciągnąwszy ją z tego niebezpiecznego miejsca, ów nieznajomy na świeże wyprowadził powietrze. Końca tego Malwina nie widziała, gdyż wtedy zupełnie już była zemdloną na ręku nieznajomego, który, szczęśliwie uratowawszy ją spośród ognia, oddał staraniom jej kobiet i ludzi, a sam pobiegł ratować dziecko, które niewinnym sposobem mogło było stać się przyczyną śmierci dobroczynnej Malwiny.

Nieznajomy ten młodzieniec, pomimo grożących niebezpieczeństw, potrafił dojść aż do tego schronienia, gdzie mała Alisia w czasie całego tego hałasu i tak bliska śmierci spokojnie w łóżeczku swoim spała. Zawinąwszy ją w pierwszą płachtę, którą napadł, wyniósł jak najprędzej, a za jego przykładem i pomocą wkrótce i ogień został ugaszonym. Malwinę tymczasem do najbliższej chaty zaniesiono. Ocucona po chwili, nie wiedziała dobrze, gdzie się znajduje, lecz otworzywszy oczy, pierwszy przedmiot, któren ujrzała, znalazł się być tenże sam nieznajomy, który wprzódy jak cień tylko mignął się jej był przed oczy. Teraz zaś widziała go patrzącego na nią z najczulszą troskliwością i przy nim postrzegła Alisię, cel ten tkliwej ich litości.

– Żyje i zdrowa jest zupełnie – rzekł z pośpiechem nieznajomy – i szczęśliwsza od innych żyć będzie pewnie, by kiedyś mogła się odwdzięczyć dobroczynnej swojej opiekunce!

Widok dziecka, a może te słowa i sposób, którym były wymówione, pomocne stały się do ukojenia strwożonego serca Malwiny, wlawszy w to serce uczucie jakieś rozrzewniające, dotąd jeszcze jemu nie znane.

– I ja, i Alisia – rzekła Malwina do nieznajomego – obieśmy życie winne temu, którego imię rada bym już wiedzieć, by znać, komu tyle winnam wdzięczności.

– Jest to nazbyt cenić zdarzenie – odpowiedział nieznajomy – które szczęściem stało się dla mnie, ale wypełnienie którego każdy równie miałby za obowiązek. Co się zaś mnie tyczy, nie śmiałbym nikogo mną samym zatrudniać; ale rozkazowi twojemu, pani, powinienem być posłuszny. Ludomirem mnie zowią; w ciągu podróży przejeżdżając tędy dla burzy zatrzymałem się na poczcie, a korzystając z jej uciszenia się na chwilę dozwoliłem sobie błąkać się pięknymi ścieżkami prowadzącymi ku domowi, którego pani... łatwo się teraz domyślam.

– Ach, to i ja się teraz domyślam, kto... śpiewanie moje dziś przerwał – chciała dołożyć Malwina. Te słowa, z ust ulatując, wyprzedziły uwagę nad ich niepotrzebnością; zarumieniła się, nie dokończyła i Ludomir postrzegłszy jej zmięszanie uczynił się, jakby tego nie był uważał, i dalej mówić zaczął:

– Gdy nawałnica powtórnie się wszczęła, pod bliską tu schroniłem się wystawę. Słyszałem, jak piorun uderzył, i wkrótce pożar postrzegłem; przyleciałem wtedy i za najszczęśliwszą w życiu tę będę rachował godzinę, w której dobroci i niewinności stać się mogłem użytecznym.

Umilkł Ludomir. Somorkowa, która ledwo nie szalała z radości widząc i wnuczkę swoją, i Malwinę ukochaną obie zdrowe i bezpieczne, nie mogła dosyć wyrazów wynaleźć w swojej ku Ludomirowi wdzięczności. Domowi Malwiny, najczulej ku pani przywiązani, szczerze Somorkowej w tym towarzyszyli. Wanda, śmiejąca się i płacząca razem, dziękowała Bogu, dziękowała Ludomirowi, ściskała Alisię, Somorkowę i wszystkich, co napadła, i uwiesiwszy się siostrze na szyi:

– Ach – mówiła – jakże to dobrze Opatrzność zrządziła, że ty jesteś na świecie, żeś moją siostrą, że ty mnie, a ja ciebie tak z duszy kocham.

Po tym wylewie czułości wróciwszy do zwyczajnego humoru, z uśmiechem zaczęła mówić do Malwiny:

– Spodziewam się, siostrzyczko, że świadoma praw dawnego rycerstwa, które mnie szanować zalecasz, wiesz dobrze, że waleczni rycerze, którzy honor lub życie dam ratując własne ważyli, bywali potem po zamkach tychże dam przyjęci i uczczeni. My starodawnego zamku nie mamy, ale do domu swojego przynajmniej zaprosić powinnaś rycerza naszego, który jeżeli nie z inszej strony, to z odwagi i ludzkości doskonale jest nam znajomy.

Malwina, która bardziej jeszcze może od Wandy życzyła, dom swój Ludomirowi ofiarować, wahała się jednak w przyjęciu gościa zupełnie sobie nieznajomego, osobliwie w niebytności ciotki, która zwykle przy niej mieszkała, a trafem naówczas była nieprzytomną. Lecz na szczęście Ludomira, co utaić przed damami dotąd był zdołał, Wanda odkryć potrafiła, a to było, iż gdy ratował Alisię, kawał ciężkiej łaty wpół spalonej padł mu na ramię i zranił go boleśnie. Zrazu na to nie zważając spuchnienie ręki tym pomnożył; skrwawiony rękaw odkrył tę tajemnicę. Tak ważnym przyczynom ustąpić musiały skrupuły Malwiny; uradzono zatem przy wielkiej radości Wandy, że damy powinne rycerza do zamku zaprosić i o ranie jego mieć staranie.

Chłopom, którzy przez pożar wszystko byli utracili, Malwina nagrodzić wszystko obiecała.

– A Alisię – dołożyła do mamki swojej obracając się – odtąd na własną chcę wziąść opiekę.

Alisia, pyszną się czując tą obietnicą, uczepiła się wnet sukni swojej drugiej matki prosząc, aby ją zaraz z sobą zabrała, na co gdy babka chętnie zezwoliła, Ludomir, choć z chorą jedną ręką, nie dał jej nieść nikomu, lecz na drugą rękę wziąwszy ją natychmiast już nie na pocztę, ale z obydwiema siostrami do ich zamku się udał.

Rozdział II

LIST LUDOMIRA DO TELIMENY

„W Krzewinie, 15 maja 18**

Listy dwa, com pisał od wyjazdu mego, musiałaś już odebrać, Matko kochana! Oprócz wyrazów mego przywiązania, żalu po Tobie i tej jakiejś tęsknoty, która mnie z domu wypędziła i dotąd nie porzucała, nic ci nie mogłem donieść. Powtarzać nie będę nudnego ciągu smutnej dość podróży; jechałem, boś mi jechać kazała, widząc mnie zamyślonym, ponurym, ach, niemal nieszczęśliwym (jeśli przy Tobie nieszczęśliwym być można). Czuła twoja nade mną opieka wyobraziła sobie, że zmiana miejsc, zatrudnienia podróży uspokoić może potrafią tę głęboką melancholią serca i burzliwe zapędy duszy, która czując się może zdolną do wszystkiego najbardziej nad tym cierpi, że srogim losem na wieczną jest nieczynność skazana.

Ale dosyć o tym, co Ciebie aż nadto zasmucało; lepiej racz posłuchać opisania dnia wczorajszego, szczęśliwego dla mnie, ponieważ w tym dniu stać się mogłem użytecznym”.

Tu Ludomir opisuje, co czytelnik w przeszłym już czytał rozdziale i jak pierwszy raz postrzegł Malwinę. Dalej dokłada:

„Przy ćmiącym blasku pożaru, między dymem, zwalonymi belkami, wśród trwogi i niebezpieczeństw postrzegłem kobietę, a raczej anioła! Ach! Matko, nic nigdy równego nie widziałem, a raczej nic nigdy równego wrażenia na moim nie uczyniło sercu. Ujrzałem Malwinę, z okropnej ją może śmierci wyrwałem, na ręku moim zemdloną wyniosłem, na ręku moim, blisko serca Ludomira śliczna głowa Malwiny spoczywała, na ręku moim zwieszona, podobną była białej lilii, którą burza nachyliła! Twarz jej blada, czarne długie warkocze, które na szyję i śnieżną suknię spadały... Ach! Matko! lube to zjawienie ni z serca, ni z pamięci mojej nigdy się nie wymaże. Ale, Matko kochana, zdaje mi się stąd słyszeć ciebie mówiącą:

– Otóż już Ludomir znowu wpadł w swoje zachwycenia! O, ta głowa gorąca, kiedyż się ustatkuje!

Żeby tedy więcej na te nie zasługiwać zarzuty, zimno i rozsądnie resztę ci opiszę.

Z Malwiną i Wandą wróciłem do zamku. Ręka moja, która mocno jest skaleczoną, zatrzyma mnie tu jeszcze dni kilka, bo dobra i troskliwa tutejsza pani nie chce mnie puszczać, póki felczer, którego sprowadzili, nie wypuści mnie z tego miłego więzienia. Ja też, przyznam ci się, niekoniecznie się wydzieram. Nie wiem dlaczego, ale tu lżej oddycham, powietrze musi być zdrowsze w Krzewinie, łąki zdają się być zieleńsze, bujniejsze drzewa, wonniejsze kwiaty niż gdziekolwiek. Nie wiem, czy dla słowików, których tu jest tysiącami, ale noc całą spać nie mogłem; jednak dziś rano wstałem z rzeźwiejszym, pogodniejszym sercem, z takim, jakiegom dotąd nigdy w sobie nie czuł. O dziesiątej dano mi znać, że czekają na mnie ze śniadaniem, bo w Krzewinie razem go zwykle pijają. Przed oknami Malwiny, na prawdziwie szmaragowej murawie, między dwiema ogromnymi topolami, nakryte było śniadanie. Malwina, już nie blada jak wczora, ale świeża jak zorza, odziana w najbielszym, com kiedy widział, muślinie, kapelusz miała biały, różową bladą wstążką wiązany, który trochę zasłaniał twarzy i nie dozwalał obfitym włosom zewsząd się dobywać.

Już nie powiesz, Matko kochana, że na stroje kobiet nie uważam nigdy; spodziewam się, żem ci ten dość dokładnie wyszczególnił.

Wanda i Alisia biegały po murawie. Wszyscy się troskliwie o moją rękę pytali. Do śniadaniaśmy zasiedli; wszystko świeże, wszystko smaczne zdawało mi się. Przy Malwiniem siedział. Niebo tak było pogodne, słowa, spojrzenie, uśmiech Malwiny tak dobry, tak ujmujący... Ach, Matko kochana! nie powiem już nigdy, że nie ma szczęścia na tej ziemi!... Jest szczęście, może być szczęście, szczęście nad wszelkie wyrazy!... Ale Ludomir, jeszcze przed urodzeniem czarnym już wyrokiem od losu naznaczony, nie powinien ani dumać o szczęściu!

Bądź zdrowa, Matko kochana! Ponieważ czarne myśli tłoczą się znowu w moje uczucia, nie chcę nimi tyle dla mnie przyjaznego zasmucać serca. Bądź zdrowa, Matko ukochana, jedyna przyjaciółko Ludomira; póki on żyć będzie, póty Cię szanować i kochać nie przestanie”.

Rozdział III

W KTÓRYM CZYTELNIK JAŚNIEJ DOWIADUJE SIĘ, KTO BYŁA MALWINA

Malwina, z jednej z pierwszych familii w Polszcze urodzona, czternasty rok kończyła, gdy rodzice umyślili wydać ją za mąż. Ledwo z dziecinnych lat wychodząca, nigdy jeszcze się nie zastanawiała nad przyszłością. O szczęściu, o nieszczęściu stanowić nie mogła, świata bynajmniej nie znała i żadnego innego uczucia, żadnej innej myśli nie miała, prócz przywiązania do rodziców i chęci bycia im we wszystkim przyjemną i posłuszną. Idąc tedy za tym, choć daleka od tego, żeby powab albo przyjemność jakąkolwiek w przyszłym obiecywała sobie postanowieniu, wstręt nawet i odrazę czując do męża, którego jej radzono, przyjęła go jednak, bo rodzice przyjąć go kazali. Lecz nim ostatnie dała swoje zezwolenie, oświadczyła przyszłemu mężowi, że nie czując żadnego do niego przywiązania jedynie z rozkazu rodziców za niego idzie, na co jej odpowiedział, że bynajmniej to nie szkodzi, że raz będąc jego żoną do niego się przyzwyczai i że w wypełnianiu swoich obowiązków znajdzie i szczęście. Zupełny ten brak delikatności przejął trwogą serce Malwiny, nader smutnym nadal wróżąc jej losem; mimo tego jednak wkrótce potem została Malwiną S***. Rodzice jej niedługo byli świadkami ciągu dalszego jej losu (losu, którego zwrot nieszczęśliwy z posłuszeństwa ku ich woli naturalnie musiał nastąpić). W podeszłym już będąc wieku, w kilka miesięcy po ślubie córki żyć przestali – i strata ich najboleśniejszym stała się dla niej umartwieniem. Mąż, który niewyrozumiałą zazdrość do wielu innych łączył przywar, wywiózł ją zaraz od familii i znajomych do odludnego zamku w głąb najdalszej prowincji. Tam dzikością charakteru, zazdrością bez powodów i ustawicznymi popędliwymi wyrzutami, że go nie kocha, truł młode lata, dnie i godziny wszystkie łagodnej, niewinnej Malwiny, która wprawdzie kochać go nie mogła, ale żadnej mu przyczyny nie dawała, aby mógł słusznie powiedzieć, że mu w czymkolwiek uchybia.

Przez dwa lata najsmutniejsze, jakie być może, życie prowadziła; alić nareszcie mąż, u którego wszystkie namiętności żywe równie i niestatecznymi bywały, uprzykrzył sobie żonę męczyć niedzielonym kochaniem i zmieniwszy całkiem sposób życia najgwałtowniejszą pasją zabrał do polowania. Dnie cało trawił z kilką sąsiadami równie sobie grzecznymi na gonieniu, męczeniu i zabijaniu biednych sarn, lisów i zajęcy, a wieczorami, z polowania wróciwszy, z tymiż samymi sąsiadami pił okropnie do późnej nocy.

Malwina tymczasem, szesnasty dopiero rok licząc, samej sobie zostawiona, w najzupełniejszej żyła samotności. Byle z domu nigdzie nie wyjeżdżała i nie przyjmowała nikogo do siebie, mąż, który rzadko kiedy nawet ją widywał, więcej o nic się nie pytał. Zrazu to zupełne opuszczenie zasmuciło i zatrwożyło Malwinę, ale szczęściem natura była jej dała imaginacją żywą i chęć zatrudnienia się. Te dwa przymioty broniące ją od nudów (od tej trucizny, która nie tylko losy przekorne, ale i najszczęśliwsze dole obmierzłą zaprawia goryczą), te dwa, mówię, przymioty uczyniły stan Malwiny nie tylko znośnym, ale często nawet i przyjemnym. Godziny wszystkie, których dosyć miała do użycia, podzieliła sobie między rozmaite zatrudnienia, zabawy i spoczynek. Obfita, choć zarzucona biblioteka, którą Malwina odkryła, stała się jej wielką pomocą i prawdziwym szczęściem. Młoda i wielu rzeczy nieświadoma, czytając z uwagą i wiele, sama siebie, rzec można, wychowała. Rozum naturalny przyjemnymi wiadomościami ozdobiła i charakter, ledwo że nie powiem dziecinny jeszcze, w zasady pewne ustaliła. Lecz przy tych rozsądnych książkach, w których tyle dobrego czerpała, Malwina i tymi nie gardziła, które są skutkiem dowcipnej i czasem nadto wybujałej imaginacji. Jednym słowem, z wielką chciwością i trochę może nadto czytywała romansów. To małe zdarzenie wpływ miało poniekąd na całe jej życie, kierunek dając szczególny jej myślom i sposobowi widzenia rzeczy i sądzenia o ludziach.

Ale cały dzień czytać nie można; toteż kilka godzin w dniu na czytaniu strawiwszy Malwina muzyką się rozrywała. Nieraz po gotyckich gankach, po obszernopustych salach starożytnego zamku piękny głos jej się rozlegał. Lubiła śpiewy o dawnym rycerstwie śpiewać, łącząc młody głos swój z poważną organów harmonią. Żywa jej imaginacja wstecz ją zwracając stawiała jej na pamięci świetne rycerskie czasy lub mgliste bardów dumania.

Kibić jej giętka i hoża, długie czarne warkocze, twarz łagodna, na której ni lata, ni namiętności żadnej jeszcze kresy nie wyryły, ujmującym czyniły ją przedmiotem i gdy w białą szatę odziana po księżyca promieniu, który wąskimi dobywał się oknami, jak lekki cień po owych salach przechadzała się, postać jej, jak i imię, przypominały te młodociane dziewice, które niegdyś po bajecznych pałacach Fingala snuły się i które Ossjan śpiewał.

Nie mogę jednak zataić, żeby niekiedy Malwina, rozrzewniona muzyką albo rozmyślająca o dawnych dziejach, o rycerstwie, o walecznych tkliwych rycerzach, nie westchnęła czasem, widząc się samą, zawsze samą. Ale młody wiek, wiek, w którym była Malwina, ma w sobie to szczęśliwe jakieś przeczucie długiej przyszłości, które mimowolnie łagodzić umie wszelkie troski i które potrafiło jej czasową uspakajać tęsknotę.

Przy tym nie gardziła niewieścimi robotami, a ranki i wieczory poświęcała długim spacerom pomiędzy skałami, lasami i nad brzegiem potoków, które otaczały jej siedlisko. Nieraz w tych samotnych przechadzkach dobre serce Malwiny znajdowało miłe zajęcie, gdy do ubogich chat, do niskich zagród wstępując, pocieszenie, dobry byt i zdrowie, co za tym idzie, z sobą przyniosła. Błogosławieństwo starych, dzięki młodych, uśmiech dzieci odbierała w nagrodę i w wieczór do ponurego swego zamku z najpogodniejszym sercem wracała.