Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
To jest książka #1 w nowej serii romansów paranormalnych autorstwa bestsellerowej pisarki Belli Lore. "Nie mogłam przestać czytać." --Recenzja czytelniczki (Mój Prawdziwy Partner) Gdy jej ojciec nagle umiera, Winter Grace, lat 17, jest zmuszona przelecieć przez cały kraj i uczęszczać do tajemniczej szkoły przygotowawczej, starożytnego zamku na pokrytej mgłą wyspie u wybrzeży Maine. Nic tutaj nie jest tym, czym się wydaje, i nie mija dużo czasu, zanim Winter, czując po raz pierwszy narastającą moc, uświadamia sobie, że nie jest tym, kim—lub czym—myśli, że jest. Ale gdy Winter odczuwa niewytłumaczalne zauroczenie nieuchwytnym i niebezpiecznym chłopcem w szkole, uświadamia sobie, że w grę wchodzi większe przeznaczenie. Wie, że ten związek może ich oboje zniszczyć—a jednocześnie wie, że nigdy nie mogą być rozdzieleni. Czy Winter poświęci wszystko, by być z tym, którego kocha? Tworząc niezapomniany świat wampirów, wilkołaków, zmiennokształtnych i wszelkiego rodzaju magii, świat fantazji, miłości i poświęcenia, ta książka zabierze cię w inne miejsce, pełne szokujących zwrotów akcji. Fani książek takich jak Akademia Wampirów, Zmierzch i Crush na pewno się zakochają! Kolejne książki z serii są również dostępne. "Historia była bardzo dobrze napisana i była wyjątkowa w porównaniu z innymi opowieściami o zmiennokształtnych." --Recenzja czytelniczki (Partnerka Alfy) ⭐⭐⭐⭐⭐ "Doskonała od początku do końca i sprawia, że chcesz więcej." --Recenzja czytelniczki (Mój Prawdziwy Partner) ⭐⭐⭐⭐⭐
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 227
Veröffentlichungsjahr: 2025
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
MORTAL: ŚMIERTELNA
(TOM PIERWSZY)
Bella Lore
Bella Lore jest autorką powieści paranormalnych z gatunku romance, twórczynią serii "MY TRUE MATE", składającej się z pięciu książek; serii "THE ALPHA'S MATE", składającej się z czterech książek; serii "REJECTED BY THE BETA", składającej się z czterech książek; zbioru "9 NOWEL BELLI LORE", zawierającego dziewięć opowieści; oraz serii "MORTAL", składającej się z pięciu książek.
Bella uwielbia kontakt z czytelnikami, dlatego zachęcamy do odwiedzenia strony bellaloreauthor.com, gdzie możesz dowiedzieć się więcej i pozostać w kontakcie z autorką.
Copyright © 2023 Bella Lore. Wszelkie prawa zastrzeżone. Z wyjątkiem przypadków dozwolonych przez amerykańską Ustawę o prawie autorskim z 1976 roku, żadna część tej publikacji nie może być powielana, rozpowszechniana ani przekazywana w jakiejkolwiek formie lub jakimikolwiek środkami, ani przechowywana w bazie danych lub systemie wyszukiwania bez uprzedniej zgody autorki. Ta książka elektroniczna jest przeznaczona wyłącznie do osobistego użytku. Nie wolno jej odsprzedawać ani przekazywać innym osobom. Jeśli chcesz podzielić się tą książką z inną osobą, kup dodatkowy egzemplarz dla każdego odbiorcy. Jeśli czytasz tę książkę, a jej nie kupiłeś, lub nie została ona zakupiona wyłącznie do Twojego użytku, prosimy o jej zwrot i zakup własnego egzemplarza. Dziękujemy za uszanowanie ciężkiej pracy autorki. Niniejsze dzieło jest fikcją literacką. Imiona, postaci, firmy, organizacje, miejsca, wydarzenia i incydenty są albo wytworem wyobraźni autorki, albo zostały użyte fikcyjnie. Wszelkie podobieństwo do rzeczywistych osób, żyjących lub zmarłych, jest całkowicie przypadkowe. Obraz na okładce: Copyright tomertu, wykorzystany na podstawie licencji z Shutterstock.com.
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ PIERWSZY
ROZDZIAŁ DRUGI
ROZDZIAŁ TRZECI
ROZDZIAŁ CZWARTY
ROZDZIAŁ PIĄTY
ROZDZIAŁ SZÓSTY
ROZDZIAŁ SIÓDMY
ROZDZIAŁ ÓSMY
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
ROZDZIAŁ JEDENASTY
ROZDZIAŁ DWUNASTY
ROZDZIAŁ TRZYNASTY
ROZDZIAŁ CZTERNASTY
ROZDZIAŁ PIĘTNASTY
ROZDZIAŁ SZESNASTY
ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY
ROZDZIAŁ OSIEMNASTY
ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY
ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY
– Jak długo jeszcze? – Odwracam się do pilota, nie będąc pewna, czy mój zestaw słuchawkowy w ogóle działa. Nie zamieniliśmy ani słowa od startu godzinę temu.
– Jesteśmy na miejscu.
Mrugam ze zdziwienia. Patrzę przez okno samolotu śmigłowego. Mrugam jeszcze raz.
Musi żartować.
Pode mną rozpościerają się hektary sosnowego lasu, zielony koc sięgający po horyzont.
– Gdzie? – Nie widzę żadnych budynków.
Wskazuje przed siebie, tam gdzie drzewa ustępują miejsca polanie z wąskim pasem startowym. Pochylam się, szukając jakiegoś budynku, ale nadal nic nie widać.
To tutaj mam chodzić do szkoły? Na odludziu w stanie Maine, bez śladu cywilizacji w zasięgu wzroku?
Chyba sobie żartujesz, tato.
Jak zawsze, myśl o nim wywołuje falę bólu, która przechodzi przeze mnie. Zamykam oczy i próbuję powstrzymać łzy, ale one palą powieki, gorące i oślepiające.
Zgodnie z wolą mojego ojca, ostatnie osiem miesięcy szkoły średniej miałam spędzić w internacie w stanie, w którym nigdy wcześniej nie byłam, otoczona ludźmi, których nigdy nie poznałam.
Powiedzieć, że byłam w szoku, to za mało. Tata nigdy nie wspominał o przeniesieniu mnie z publicznej szkoły do prywatnej. Dlaczego umieścił to w testamencie?
Tygodnie później nadal próbuję zrozumieć jego motywację. Im więcej o tym myślę, tym mniej to ma sensu. Z drugiej strony, w tych dniach cały świat wydaje się pozbawiony sensu.
Pilot kieruje samolot w dół, a mój żołądek podchodzi do gardła. Zaciskając dłonie na podłokietnikach, trzymam oczy zamknięte i czekam, aż to się skończy.
Uderzenie o pas startowy wyrzuca mój żołądek do gardła i prawie wymiotuję. Ale lot się skończył. Dzięki Bogu.
Chyba.
Szczerze mówiąc, z tego co wiem, sprawy mogą się teraz znacznie, znacznie pogorszyć.
Gdy silnik cichnie, otwieram drzwi i schodzę na ziemię. Pilot już zbiera moją walizkę i plecak – wszystko, co mi zostało, oprócz rzeczy w magazynach w Wisconsin.
– Dzięki. – Odbieram od niego bagaże, ale zaniepokojony wyraz jego twarzy sprawia, że się waham.
– Nie wyglądasz jak inne dzieciaki.
Co to ma znaczyć?
– Inni uczniowie? – Przysuwam walizkę bliżej siebie. – Często ich pan tutaj przywozi?
– Czasami. – Patrzy ponad moim ramieniem i wyczuwam jego niepokój, choć nie potrafię go zrozumieć. – Powodzenia, Winter.
– Dziękuję. – Użyłabym również jego imienia, ale nie przedstawił mi się, gdy się witaliśmy tuż przed startem.
Na ziemi jest szaro, mgła wydobywa się z lasu i rozlewa po trawie. Sam las byłby wystarczająco tajemniczy, ale mgła dodaje mu dodatkowego wymiaru.
Dreszcz przebiega mi po kręgosłupie, a w ustach robi się sucho. Tęsknota za Wisconsin – tak silna, że niemal zwala mnie z nóg – przeszywa mnie na wskroś. Powinnam teraz szykować się na rozpoczęcie roku szkolnego, układać włosy z Lerissą i rozmawiać o jakiejś głupiej plotce krążącej po szkole. Powinnam ekscytować się przyszłotygodniowymi zawodami pływackimi, czekać na dziesiątki innych normalnych, nastoletnich rzeczy.
Zaciskam powieki. To było moje dawne życie, a teraz jest równie nierzeczywiste jak sen. Czas się z tym pogodzić.
Otwieram oczy i biorę głęboki oddech. Zaczynam dziękować pilotowi za podróż, ale on już jest w samolocie i zamyka za sobą drzwi.
– Och. – Moja szczęka opada.
Samolot startuje – chyba szybciej niż przyleciał, a może to tylko moja wyobraźnia – a ja obracam się, by ogarnąć otoczenie. Mgła gęstnieje, a bez widocznej drogi czy ludzi, nie ma co robić. Zostałam porzucona na pustkowiu, mając tylko walizkę ubrań i wypchanego słonia, z którym czasem wciąż śpię.
Jeśli chodzi o rodzinę, jej też już nie mam. Podobno mam gdzieś ciocię, przyrodnią siostrę taty. Nigdy jej jednak nie spotkałam. Być może wcale nie chce mieć ze mną nic wspólnego.
Znowu zbierają się łzy. Nie chcę się nad sobą użalać, ale ostatnie trzy tygodnie były tak intensywne, tak szybkie, tak przytłaczające, że czasami po prostu chcę się położyć i zasnąć. Zasnąć, a potem obudzić się w swoim domu, czując zapach gofrów i słysząc ulubione jazzowe płyty taty na gramofonie.
Nagle światła reflektorów przecinają mgłę. Z drogi, której wcześniej nie zauważyłam, wyłania się czarny samochód. Świeże powietrze wypełnia moje płuca. Choć bywa mi smutno, czasem potrzebuję tylko małego przypomnienia, że nie jestem sama na świecie.
Ruszam szybkim krokiem (bo bieg wyglądałby zbyt desperacko) i macham ręką w stronę samochodu. – Hej! Tutaj!
Samochód zatrzymuje się przede mną, jego szyby są tak ciemne, że nie widzę, kto siedzi za kierownicą. Wzdycham z ulgą i czekam, aż kierowca wysiądzie. Zamiast tego, tylna szyba opuszcza się.
– Panna Grace? – mówi męski głos z wnętrza samochodu.
– Eee... Tak?
Szyba podjeżdża z powrotem. To wszystko?
Przygryzając wargę, decyduję się zaryzykować, otwieram drzwi i wrzucam do środka walizkę i plecak. Ledwo zdążyłam usiąść, a samochód już rusza z piskiem opon.
Między tylnym a przednim siedzeniem jest przegroda, więc nie widzę, kto prowadzi. W zasadzie mogłam właśnie zostać porwana.
– Czy Hawthorn jest daleko? – pytam w stronę przegrody.
Brak odpowiedzi.
Opadam na skórzane siedzenie i przesuwam palcami po koralikach bransoletki na nadgarstku. Nie ma dnia, żebym nie pamiętała taty noszącego tę bransoletkę – z wyjątkiem poranka, kiedy zginął w wypadku samochodowym. Tamtego ranka wyszedł w pośpiechu i zapomniał ją założyć.
Od czasu tamtego telefonu nie zdejmuję jej ani na chwilę.
Samochód gwałtownie hamuje, a ja lecę do przodu, uderzając policzkiem o przegrodę.
– Au. – Pocieram twarz. Można by pomyśleć, że po tym, jak oboje rodzice zginęli w wypadkach samochodowych, nauczyłabym się zapinać pasy. Cóż za ironia.
– Czy to tutaj wysiadam? – Opuszczam szybę i przyglądam się rozwidleniu drogi, do którego dotarliśmy.
Więcej lasu. Więcej upiornej mgły. Więcej pustki.
Kierowca nie odpowiada, ale nie musi. Odgłos końskich kopyt już przykuł moją uwagę. Czarny koń ciągnący powóz, podobny do tego, którym jechaliśmy z tatą podczas wycieczki do Nowego Jorku, zmierza prosto w stronę samochodu.
Ten powóz jednak w niczym nie przypomina tych z Central Parku. Rozpada się, a koń wygląda, jakby właśnie zrzucił jednego z czterech jeźdźców apokalipsy po długiej zmianie. Jego oczy są jak stalowe obsydiany, a nozdrza rozdęte.
Mgła jest tak gęsta, że całkowicie zasłania woźnicę, ale drzwi powozu otwierają się i pojawia się twarz.
Dziewczyna w moim wieku, z dwoma długimi blond warkoczami, uśmiecha się do mnie.
– Cześć!
To jak zobaczenie słońca po tygodniach ciemności. Zanim się zorientuję, już wsiadam do powozu. Pomaga mi z bagażami, a ja siadam naprzeciwko niej, tyłem do kierunku jazdy.
– Też jedziesz do Hawthorn? – Jej brązowe oczy są szeroko otwarte.
– Chyba tak. – Powóz rusza, podskakujemy na wyboistej drodze.
– Jestem Brynn.
– Winter. – Macham lekko ręką.
– To wszystko jest takie dziwaczne. – Brynn ciągnie za jeden ze swoich warkoczy, jej wzrok błądzi po wszystkim dookoła. – Prawda? To znaczy, co wiesz o tej szkole?
– Niewiele. – Wyciągam telefon, żeby pokazać jej moje ostatnie wyszukiwanie w Google, ale przeglądarka nie ładuje się.
Świetnie. Dodaj "brak zasięgu" do zalet tego miejsca.
– Prawie nic nie znalazłam – mówię. – Tylko jedno zdjęcie. Wygląda na bardzo stare.
Brynn kiwa głową tak energicznie, że to cud, że jej głowa nie odpada.
– I znajduje się na środku rzeki, na wyspie. Mnóstwo ludzi stamtąd zniknęło.
Przeszywa mnie dreszcz.
– Co? Kiedy?
– Na przestrzeni dekad. – Przygryza dolną wargę. – I podobno jest tam nawiedzony.
Mój wzrok pada na moje wsuwane tenisówki. Po raz milionowy zastanawiam się, dlaczego tata wybrał to miejsce dla mnie.
Czesne jest już opłacone, reszta pieniędzy taty została przekazana do funduszu powierniczego, z którego co miesiąc będę otrzymywać niewielką kwotę. Dodatkowo jego testament nakazywał sprzedaż domu, w którym dorastałam.
Jakby chciał wymazać każdy ślad życia, które mi dał. Co nie ma sensu. Kochał nasz dom w Wisconsin; zawsze mówił, że jego ulubionym miejscem na świecie jest nasz dom, ze mną.
Zbierając wszystkie siły, wymuszam uśmiech.
– Nie może być aż tak źle, prawda? Najgorsze będzie pewnie to, że zaczynamy dwa miesiące po rozpoczęciu roku. Zawsze jest ciężko być nowym dzieciakiem.
Brynn wpatruje się we mnie, a jej milczenie jest jedyną odpowiedzią, jakiej potrzebuję.
– To znaczy, nawet jeśli niektórzy ludzie znikają... – Śmieję się cicho. – Większość przecież przeżywa Hawthorn, nie? Nie martw się. Damy sobie radę.
Jej oczy są nadal szeroko otwarte. Może zawsze tak ma.
– Spójrz. – Jej głos drży, wskazuje za mnie.
Odwracam się i wyciągam szyję, żeby spojrzeć ponad koniem. Las nagle się skończył, jakby ktoś narysował linię między drzewami a tym, co jest dalej.
Przez mgłę wyłania się drewniany most zwodzony, pod którym płynie ciemna woda. Wstrzymuję oddech. Czuję to okropne, złowieszcze przeczucie w żołądku, takie samo jak wtedy, gdy zadzwonił telefon cztery godziny po tym, jak tata miał wrócić z uniwersytetu. Wszystko znowu się zmieni.
Powóz dociera do krawędzi wody, a most powoli opada, skrzypiąc jak stary okręt. Przecina mgłę, rozpraszając opar. I oto jest, w połowie rzeki, na wyspie, dokładnie jak mówiła Brynn: stara kamienna rezydencja, ledwo widoczna we mgle. Za nią wyłaniają się z mgły inne budynki, ale wyglądają jak niewiele więcej niż ciemne bryły.
Za mną Brynn cichutko kwili.
Przełykam ślinę, starając się opanować niepokój. Nie mam pojęcia, co mnie teraz czeka, i czuję się jak zwierzę w pułapce.
Czy tego chciałeś, tato? Dobrze. Zrobię to. Ale tylko dlatego, że ty mnie o to prosisz.
– Wszystko będzie dobrze – odwracam się do Brynn z najlepszym uśmiechem, jak z konkursu piękności. – W końcu co najgorszego może się wydarzyć, prawda?
Most jęczy, gdy koń wstępuje na niego, i podobnie jak w małym samolocie śmigłowym, sztywnieję.
– Twoi rodzice powiedzieli ci, dlaczego cię tu wysłali? – pyta Brynn.
– Eee... Nie. Mój tata napisał w testamencie, że powinnam tu przyjechać.
Ponad ramieniem Brynn coś porusza się w lesie. Nadchodząca noc w połączeniu z mgłą utrudnia widoczność, ale dostrzegam jakiś blask i... Czy to oczy?
Świecące oczy?
Nagle przejście przez ten wątpliwej jakości most wydaje się świetnym pomysłem, biorąc pod uwagę alternatywę. Dziękuję bardzo, ale nie mam ochoty spać w lesie i zostać rozszarpaną przez dzikie zwierzęta.
– Nie żyje? – twarz Brynn marszczy się. – Przykro mi.
– Dzięki.
– Nie wiem, dlaczego tu jestem. – Obejmuje się ramionami. – To miejsce wcale nie jest bezpieczne.
– Dlaczego tak mówisz? – Powóz kołysze się, gdy przejeżdżamy przez most, a jedno spojrzenie w dół na spieniającą się wodę sprawia, że żałuję, że w ogóle tam spojrzałam.
– Wszyscy tak mówią. – Ściska się mocniej. – Ilekroć słyszę cokolwiek o Hawthorn, zawsze jest mowa o tym, jak niebezpieczne jest to miejsce. Twój tata nic ci nie powiedział? A co z twoją mamą?
– Zmarła, gdy byłam niemowlęciem. Nie pamiętam jej. – Jesteśmy już prawie na końcu mostu zwodzonego, a moje serce wali jak młotem w oczekiwaniu na to, co nieznane. Cokolwiek czeka po drugiej stronie tego mostu, na pewno nie będzie to przypominać małego miasteczka w Wisconsin.
– Przynajmniej jesteśmy blisko innych ludzi. – Brynn przyspiesza, mówiąc na milę na minutę. – Kilka mil stąd jest miasteczko, a także jezioro. Leży tuż obok morza, a między nimi jest mielizna. Ma około pięćdziesięciu stóp, gdy przypływ jest niski, i można po niej chodzić jak po zwykłej plaży. Jest taki okres w roku, kiedy mielizna znika i jezioro łączy się z oceanem.
Kiwam głową. Brzmi, jakby wkleiła fragment Wikipedii prosto do swoich ust. Tak, zdecydowanie to niepokój napędza ją w tej chwili.
Czy wszystko, co mówi, jest prawdą? Jeśli te plotki są znane, dlaczego mój tata wysłałby mnie w tak niebezpieczne miejsce?
Powóz podskakuje, opuszczając most, a Brynn wydaje z siebie cichy pisk, który prawdopodobnie ma więcej wspólnego z tym, co nas czeka, niż z niespodziewanym wstrząsem. Mgła jest tu nawet gęstsza niż w lesie, jeśli to w ogóle możliwe, ale koń zdaje się dokładnie wiedzieć, dokąd zmierza.
Jej kopyta uderzają o bruk, gdy przedziera się przez mgłę i zatrzymuje przed szkołą. Z tego, co mogę dostrzec, brązowe pnącza wspinają się po szarych kamieniach, a witraże zdobią okna. Wyciągam szyję, by spojrzeć na szczyt budynku, ale ginie on we mgle. Liczba pięter w tej szkole pozostaje tajemnicą.
Koń rży, co jest więcej niż dał nam jego woźnica, a my z Brynn patrzymy na siebie.
– No cóż. – Przybierając odważną minę, chwytam swoje torby. – Zróbmy to.
Wygląda, jakby miała zemdleć, i zastanawiam się, czy powinnam chwycić ją za rękę, ale wtedy ona już wysiada z powozu – choć na drżących nogach. Z bagażami w ręku wchodzimy po frontowych schodach. Witają nas dwoje drewnianych drzwi z kołatkami, jak wyjęte prosto z klasztoru.
Koń i powóz odjeżdżają stukając kopytami, a ja muszę walczyć z chęcią, by krzyknąć, żeby mnie zabrali. Pozwólcie mi spać w stajni na kupce siana, a jutro pójdę do miasta i złapię okazję, by wydostać się z tego koszmaru.
Ale nie zrobię tego. Mój tata nigdy nie prosił mnie o coś bez dobrego powodu, i chociaż nie rozumiem, jaki jest ten powód, nadal będę się tego trzymać.
Mimo że tęsknię za moim domem – moimi przyjaciółmi, drzewem na podwórku, na którym siadałam, by czytać – za tatą – tak bardzo, że to jak ciągłe wykręcanie moich wnętrzności jak mokrego ręcznika.
– Myślę, że powinnyśmy... zapukać? – Brynn prawie dławi się ostatnim słowem.
Zanim zdążę się zastanowić, sięgam, chwytam ciężką metalową kołatkę z wężem owijającym się wokół uchwytu i opuszczam ją. Huk wstrząsa moimi kośćmi.
Wiatr uderza w nasze plecy, niosąc chłód znad wody, a ja obejmuję się ramionami. Jesień w Maine nie jest wcale zimniejsza niż w Wisconsin, ale jest coś w byciu tuż obok wody, co mrozi mnie do szpiku kości.
Brynn wciąga powietrze. – Słyszę kroki.
Jedne z ciężkich drewnianych drzwi otwierają się z jękiem i pojawia się wysoka, szczupła kobieta. Z siwymi włosami zaczesanymi w ciasny kok i w czarnym swetrze wygląda jak bibliotekarka. Marszczy nawet brwi jak bibliotekarka, która właśnie przyłapała kogoś na jedzeniu w dziale czasopism.
Odchrząkuję. – Cześć.
Kobieta pociąga nosem. – Witamy w Hawthorn.
Odsuwa się, a my wciągamy bagaże do budynku. Na widok holu wstrzymuję oddech.
Pomieszczenie jest całe z marmuru i ciemnego drewna, i jest ogromne. Z łatwością pomieściłoby cały mój dom w Wisconsin.
Kinkiety na ścianach emitują łagodny blask, a płomienie tańczą w kominku tak wysokim, że mogłabym w nim stanąć. Ściany zdobią obrazy olejne przedstawiające sztywnych starców, a kręte schody prowadzą na piętro. Korytarze rozchodzą się w lewo i w prawo, z jednego z nich dochodzą przytłumione głosy.
– Nazywam się Madame Aldine. Ufam, że podróż minęła bez incydentów. – Składa dłonie przed sobą, a złota broszka błyszczy u podstawy jej szyi. – Konieczne jest, abyście dzisiaj porządnie odpoczęły, ponieważ jutro czeka was Selekcja.
Zerkam na Brynn, która przygryza dolną wargę, jakby była jej kolacją.
– Czym jest Selekcja? – pytam.
Madame Aldine spogląda na mnie. – Selekcja określa wasze miejsce w Hawthorn. Przejdziecie przez nią razem z innymi uczniami, którzy dołączyli do nas w trakcie semestru. Czekaliśmy na was dwie, by mogła się rozpocząć.
Czuję chłód rozlewający się po moim wnętrzu. Chwileczkę. Selekcja określa moje miejsce tutaj? Czesne za szkołę zostało już opłacone. Czy nadal mogą mnie odrzucić?
Gdyby tak się stało, dokąd miałabym pójść? Mam ciocię, ale nawet nie przyszła na pogrzeb mojego taty. Nie będę pełnoletnia jeszcze przez dziesięć miesięcy, a w tej chwili jacyś obcy ludzie prawdopodobnie wnoszą swoje kartony do jedynego domu, jaki kiedykolwiek znałam.
Może mogłabym wystąpić o usamodzielnienie, ale to nie było to, co mój tata dla mnie planował. Chciał, żebym była tutaj, w Hawthorn.
Madame Aldine odwraca się i kieruje w stronę schodów. – Tędy do waszych pokojów.
Wraz z Brynn podążamy za nią po krętych schodach z bordowym dywanem i kolejnymi obrazami olejnymi na ścianie. W połowie drogi wąskie witrażowe okno wychodzi na rzekę. W oddali, przez mgłę przebija się inna wyspa. Obok okna niektóre kamienie są poorane, jakby ktoś do nich strzelał.
Dotykam jednego z kamieni. Jak stary jest ten budynek?
– Skąd te uszkodzenia? – pytam.
Madame Aldine wygląda na skrępowaną. – Nie martw się tym.
Wymieniam spojrzenia z Brynn, która marszczy brwi.
Madame Aldine idzie dalej, ale ja zatrzymuję się na chwilę, wciąż dotykając kamienia. Czy doszło tu do jakiejś walki?
– Otrzymacie plan zajęć jeszcze dziś wieczorem – mówi Madame Aldine. Ona i Brynn są już na drugim podeście, więc muszę się pospieszyć, żeby je dogonić.
– A co z Selekcją? – pyta Brynn.
– Odbędzie się pod koniec dnia.
Czyli najpierw czeka nas cały dzień zajęć, w jakim celu?
Mogłabym zadać to i wiele innych pytań, ale coś mi mówi, że Madame Aldine i tak by na nie nie odpowiedziała. Wygląda na wystarczająco zirytowaną tym, że musi witać nowych uczniów.
Drugie piętro rozgałęzia się na kilka korytarzy, wszystkie wyłożone tym samym ciemnoczerwonym dywanem. Na końcu jednego z nich dwóch chłopców opiera się o ścianę i śmieje. Na widok Madame Aldine jeden z nich chowa się za ogromnym wazonem. Drugi jednak lustruje mnie spojrzeniem od stóp do głów i choć dzieli nas dobre piętnaście metrów, jego wzrok czuję niemal fizycznie.
Czuję, jak na policzki wstępuje mi rumieniec, i szybko odwracam wzrok.
– Cisza nocna obowiązuje punktualnie o dziesiątej wieczorem. – Blada dłoń Madame Aldine ślizga się po poręczy, gdy wspinamy się po kolejnych schodach. – Każdy uczeń przyłapany poza swoim pokojem po tej godzinie musi liczyć się z poważnymi konsekwencjami.
– Co, gilotyna? – uśmiecham się.
– Studnia Życzeń jest niedostępna dla wszystkich uczniów, ponieważ jest zniszczona i niebezpieczna – mówi, ignorując mój żart. – Trzymajcie się też z dala od rzeki. Nawet jeśli umiecie pływać, jej prądy są nieprzewidywalne i silne.
Zatrzymuje się na podeście trzeciego piętra, a ja prawie na nią wpadam.
– Panno Davies. Twój pokój znajduje się w tym korytarzu. Pierwszy po prawej. – Wskazuje na niego.
Madame Aldine nawet nie zapytała nas o imiona, co rodzi kolejne pytanie: skąd wie o nas tak wiele – na przykład jak będziemy wyglądać – podczas gdy my musiałyśmy polować na najmniejsze nawet strzępki informacji o tej szkole?
– Ja i Winter nie będziemy mieszkać razem? – Brynn pociera kark.
Posyłam jej zachęcający uśmiech. – Jestem pewna, że mój pokój nie jest daleko od twojego.
W odpowiedzi Madame Aldine znów rusza przed siebie. – Tędy.
Posyłam Brynn jeszcze jedno pokrzepiające spojrzenie i podążam za Madame Aldine korytarzem po drugiej stronie podestu. Gobelin rozciąga się na dobrej połowie ściany, a jego żywe kolory opowiadają historię bitwy z udziałem smoków, wilkołaków i... podchodzę bliżej.
Mężczyzna trzyma w ramionach kobietę w sukni, jej oczy są zamknięte, a dłoń przyciśnięta do czoła w geście rozpaczy. On pochyla się blisko, a jego zęby są ostre jak brzytwy.
Wampir?
Wyciągam rękę, ogarnięta niewytłumaczalnym pragnieniem dotknięcia fragmentu gobelinu. Tuż przed tym, jak moje palce dotykają tkaniny, Madame Aldine głośno odchrząkuje.
Opuszczam dłoń, czując ukłucie winy, i dołączam do niej na końcu korytarza.
Jedna z lamp jest przepalona, co powoduje, że cienie gromadzą się wokół drzwi, przed którymi stoi Madame Aldine. Najwyraźniej mam szczęście dostać najstraszniejszy pokój w całym budynku.
– Kolacja była o piątej. Ponieważ ją przegapiłaś, zostanie dostarczona do twojego pokoju. Śniadanie o siódmej rano, a zajęcia zaczynają się o ósmej.
Obraca się na pięcie i odchodzi, nawet nie rzucając "do widzenia".
Biorąc głęboki oddech, przekręcam klamkę drzwi do miejsca, które będzie moim domem przez następne osiem miesięcy. Drewno skrzypi, gdy drzwi się otwierają, a moim oczom ukazuje się pokój o bladoniebieskich ścianach.
Pomieszczenie to idealna symetria. Dwa biurka. Dwa łóżka z kolumienkami i granatowymi zasłonami. Skórzany kufer z dużymi klamrami u stóp każdego łóżka. Para francuskich drzwi pośrodku pokoju, prowadzących na to, co mam nadzieję, jest sporym balkonem.
Jest o wiele lepiej, niż się spodziewałam. Właściwie, to wcale nie przypomina zwykłego akademika. To miejsce jest niezwykle luksusowe.
Powietrze, które wstrzymywałam, uchodzi z moich płuc i po raz pierwszy od tego, co wydaje się wiecznością, sprawy naprawdę zaczynają wyglądać lepiej.
– Mogę ci w czymś pomóc? – warczy dziewczęcy głos.
Wychodzi zza drzwi, jej ciemne oczy błyszczą, a pełne usta są wykrzywione.
– Och, przepraszam. – Robię krok w tył. – Madame Aldine powiedziała, że to mój pokój. Może się pomyliła?
Dziewczyna wzdycha i odrzuca kruczoczarne włosy przez ramię. Są jedwabiste i niemożliwie proste, przypominając mi konia, który ciągnął powóz.
– Serio? – kieruje swoje pytanie do sufitu. – Przydzielili mi nową?
Czuję, jak policzki mnie palą. – Najwyraźniej tak. Przepraszam.
Piętnaście minut w tej szkole i jak dotąd każdy, kogo spotkałam, zachowuje się, jakbym była trędowata. A nawet mnie nie znają!
– Boże – warczy. – Jakby próbowali mnie ukarać.
Przechodzi ciężkim krokiem przez pokój, jej ciężkie czarne glany sprawiają, że deski podłogowe drżą, chwyta czasopismo i rzuca się na łóżko.
Złość narasta w mojej piersi. Mam ochotę odwarknąć, zapytać, kim ona myśli, że jest. Słowa są na końcu mojego języka, ale przełykam je z powrotem.
Mój tata chciał, żebym była tutaj, w Hawthorn, więc najmniej, co mogę zrobić, to spróbować. Dla niego.
– Jestem naprawdę dobrą współlokatorką, przysięgam. Będę super cicho. – Podjeżdżam walizką do łóżka, które musi być moje.
Znad czasopisma przygląda mi się zmrużonymi oczami. – To nie ma znaczenia.
I to by było na tyle.
Obracam się, by stanąć z nią twarzą w twarz. – Słuchaj. Nie prosiłam o to, żeby być tutaj z tobą, dobra? Nie musisz być taka cholernie niemiła.
Uśmiecha się. Wie, że mnie prowokuje, i to ją bawi.
Moje ręce drżą. Surowa energia przepływa przeze mnie i żałuję, że nie mam gdzie jej skierować. Jestem wściekła. Smutna. Sfrustrowana. Ostatnie kilka tygodni było piekłem, a nastawienie mojej nowej współlokatorki może być tą ostatnią kroplą, która przepełni czarę.
– Nie masz pojęcia, o co tu chodzi, prawda? – pyta.
To pytanie sprawia, że sztywnieję – trafiła w czuły punkt. Nienawidzę czuć się nie na swoim miejscu, jakbym nie wiedziała, co dana sytuacja za sobą niesie.
Co ma na myśli mówiąc "o co tu chodzi"?
– A ty będziesz moją przewodniczką i wszystko mi wyjaśnisz?
– Chyba jak piekło zamarznie – mruczy, zanim wraca do swojego czasopisma. – Tak przy okazji, komody są pełne. Możesz po prostu żyć z walizki. I tak nie zostaniesz tu długo.
O nie. Nie ma mowy.
Otwieram komodę obok mojego łóżka. – O, patrz. Ta jest pusta.
Patrzy na mnie spode łba, kiedy układam swoje ubrania w trzech górnych szufladach, ale ignoruję ją.
Z ciężkim sercem siadam na brzegu mojego nowego łóżka – a raczej padam na nie. Trudno mi trzymać głowę prosto i gdybym była teraz sama, byłabym już bliska załamania.
Ale nie jestem sama. Muszę być silna. Albo przynajmniej udawać, że jestem.
Może jeszcze nie wiem, jak wszystko działa w tej szkole, ale już teraz mogę stwierdzić, że to miejsce, które przeżuje cię i wypluje.
Chyba że to ty pierwsza ugryziesz.
Błagam, niech nie będzie tak źle.
Stojąc przed drzwiami klasy, otwieram oczy i zbieram całą odwagę. Trudno powiedzieć, czy ktokolwiek usłyszał moją modlitwę, ale przynajmniej próbowałam.
Ktoś trąca mnie ramieniem i nawet nie muszę patrzeć, by wiedzieć, że to moja współlokatorka. Wchodzi do klasy z dwiema dziewczynami u boku, a za nimi ciągnie się echo złośliwych chichotów.
No tak. Już jest źle.
– Przepraszam? Wchodzisz? – Nauczyciel, mężczyzna o srebrno-blond włosach, stoi w drzwiach.
– Tak. – Głos mi się łamie. – Przepraszam.
Z wnętrza klasy dobiega więcej śmiechu.
Nauczyciel uśmiecha się. – Ty musisz być Winter. Jestem profesor Vassily. Witaj w Hawthorn. Jest dla ciebie miejsce tam w środku.
– Dz-dziękuję. – Idę do ławki, świadoma, że obserwuje mnie około dwadzieścia par oczu.
Gdy siadam, pozwalam sobie na szybki rzut oka po klasie. Brynn nigdzie nie widać.
Czy ona jest w innej klasie, przechodząc przez to samo piekło co ja?
Profesor Vassily zajmuje swoje miejsce na przodzie sali. – Dobrze, wszyscy. Ufam, że skończyliście czytać „Samotność na pustyni" i nie będę zawstydzony, kiedy przeczytam wyniki waszego testu.
Zaczyna rozdawać kartki, ale zatrzymuje się przy mnie. – Winter, możesz po prostu zacząć od następnego zadania. Na dzisiaj, co powiesz na napisanie eseju o tym, czego chciałabyś się nauczyć w tym roku?
– Przeczytałam tę książkę. – Siadam nieco prościej. Właściwie, przeczytałam ją dwa razy.
To jedna z moich ulubionych, ale nigdy nie była lekturą w mojej starej szkole. Czy powinno mnie naprawdę dziwić, że Hawthorn robi wszystko po swojemu?
Profesor Vassily wygląda na pod wrażeniem. – W porządku. Powodzenia. – Kładzie test na mojej ławce i idzie dalej.
Wyjmuję ołówek z plecaka i pochylam się nad kartką, zadowolona, że mam co robić.
– Hej – ktoś szepcze za mną.
Odwracam się i widzę wysokiego chłopaka o ciemnobrązowych włosach, wyrazistej szczęce i pewnym uśmiechu. Moje serce natychmiast wykonuje fikołka.
Zerkam na profesora Vassily'ego, który jest zajęty tłumaczeniem uczniowi, dlaczego test nie może być rozwiązywany żółtym zakreślaczem. – Eeee, cześć.
– Skąd jesteś? – Jego uśmiech staje się bardziej zadziorny.
– Z Wisconsin.
– Jestem Gregory. Miło cię poznać.
– Ciebie też – mamroczę.
– Anna From Albany. – Kiwa głową z uznaniem, patrząc na przypinkę zespołu na moim plecaku.
Wzdycham z zachwytu. – Znasz ich?
– Tak. Widziałem ich koncert w Jersey w zeszłym roku.
Uśmiech ciśnie mi się na usta. Jestem pod ogromnym wrażeniem, mówiąc najdelikatniej. Anna From Albany to dość niszowy zespół rockowy, co jest smutne, bo moim zdaniem to również jeden z najlepszych zespołów na świecie.
Gregory uśmiecha się do mnie, a moja klatka piersiowa napełnia się powietrzem.
Puszcza do mnie oko. – Nie chcę, żebyś miała przeze mnie kłopoty – szepcze. – Pogadamy później?
Kiwam głową. Biorąc głęboki oddech, rzucam się w wir testu. Dwadzieścia minut później kończę i zanoszę swoją kartkę na biurko profesora Vassily'ego.
– Już? – Bierze kartkę ode mnie.
– Tak. Uwielbiam tę książkę.
Chichocze. – Chyba idziesz w ślady ojca.
Gapię się na niego.
Profesor Vassily pociera skroń. – Przeczytałem twoje akta. Zobaczyłem, że był profesorem. Przykro mi z powodu twojej straty.
Dławiące uczucie, z którym zawsze tak ciężko walczę, naciska na moją klatkę piersiową. Znów jestem tam, stojąc w salonie z telefonem przy uchu, słysząc te okropne słowa: „straszny wypadek"... „nie żyje"...
Zmuszam swoją twarz do ułożenia się w coś, co miejmy nadzieję przypomina wdzięczny uśmiech. – Dziękuję.
