MS Estonia - Steffen Jacobsen - E-Book

MS Estonia E-Book

Steffen Jacobsen

0,0

Beschreibung

Katastrofa estońskiego liniowca, rosyjski spisek i tajemnica, która może kosztować ludzkie życie. Oparta na prawdziwych wydarzeniach. Godzina 00:22 czasu lokalnego, noc z 28 na 29 września 1994 r. Statek pasażerski MS Estonia, płynący z Tallina do Sztokholmu, zgłasza szybko rosnący i niewyjaśniony przechył na prawą burtę. To ostatnia wiadomość przed jego tragicznym i zagadkowym zatonięciem. 28 lat później niewyjaśnioną przyczyną wypadku postanawia zająć się rosyjski pułkownik wraz z byłym dowódcą Special Air Service - Michaelem Sanderem. Nie jest to jednak na rękę potężnym rosyjskim organizacjom, które za wszelką cenę chcą utrzymać tajemnicę Estonii na dnie morza. Czy mężczyznom uda się odkryć strzeżony przez Rosjan powód zatonięcia estońskiego promu? Pozycja bestsellerowego autora noir crime. Szósty tom serii Michael Sander & Lene Jensen, który może być czytany jako samodzielna powieść.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 373

Veröffentlichungsjahr: 2025

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Steffen Jacobsen

MS Estonia

Tłumaczenie Edyta Stępkowska

Oparte na prawdziwych wydarzeniach

Saga

MS Estonia

 

Tłumaczenie Edyta Stępkowska

 

Tytuł oryginału Estonia

 

Język oryginału duński

 

Copyright © 2024, 2025 Steffen Jacobsen i Saga Egmont

 

Wszystkie prawa zastrzeżone

 

ISBN: 9788727210957 

 

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

 

Żadna część niniejszej publikacji nie może być powielana, przechowywana w systemie wyszukiwania danych lub przekazywana w jakiejkolwiek formie lub w jakikolwiek sposób bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, ani rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie oprawy lub z okładką inną niż ta, z którą została opublikowana i bez nałożenia podobnego warunku na kolejnego nabywcę. Zabrania się eksploracji tekstu i danych (TDM) niniejszej publikacji, w tym eksploracji w celu szkolenia technologii AI, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy.

Język, postacie i poglądy zawarte w tej publikacji nie odzwierciedlają poglądów ani opinii wydawcy. Utwór ma charakter publikacji historycznej, ukazującej postawy i tendencje charakterystyczne dla czasów z których pochodzi.

 

www.sagaegmont.com

Saga jest częścią Grupy Egmont. Egmont to największa duńska grupa medialna, należąca do Fundacji Egmont, która każdego roku wspiera dzieci z trudnych środowisk kwotą prawie 55 milionów złotych.

 

Vognmagergade 11, 2, 1120 København K, Dania

Wstęp

Morze Bałtyckie

O godzinie 00:22 czasu lokalnego w nocy z 28 na 29 września 1994 roku promy MS Silja Europa i MS Mariella odebrały sygnał mayday z estońskiego promu pasażersko-samochodowego MS Estonia płynącego z Tallina do Sztokholmu. Mostek kapitański MS Estonii zgłosił silny i szybko rosnący przechył na prawą burtę.

MS Estonia był nowoczesną jednostką o długości 150 metrów, szerokości 24 metrów i wysokości dziesięciu pięter, zbudowaną w 1980 roku w niemieckiej stoczni Meyer. Wszystkie organy administracji morskiej uznały ją za jednostkę w pełni sprawną i zdolną do żeglugi. Prom kursował między Tallinem a Sztokholmem trzy razy w tygodniu, a 28 września wypłynął z Tallina, z niewielkim opóźnieniem, o 19:15 czasu lokalnego. Po opuszczeniu bezpiecznych wód Zatoki Fińskiej w prom uderzył zachodni wiatr o porywach sięgających prędkości 21 metrów na sekundę i fale wysokości od 3 do 6 metrów.

Temperatura wody wynosiła 11 stopni Celsjusza. Osoby pozbawione odzieży ochronnej mogą przeżyć w takich warunkach maksymalnie około 25 minut.

Sygnał mayday wysłany na kanale 16 przez Estonię powtórzono jeszcze wielokrotnie, po czym komunikacja ustała. MS Silja Europa i MS Mariella ruszyły z pełną mocą silników w stronę ostatniej lokalizacji, z której nadano sygnał. W ślad za nimi, zgodnie z prawem morskim, ruszyły trzy inne promy znajdujące się w Zatoce Botnickiej.

O 00:50 czasu lokalnego MS Estonia zniknęła z radarów. Gdy jako pierwsza na miejsce dotarła MS Mariella, estoński prom był już pod wodą. Nieliczne dryfujące łodzie ratunkowe w większości były puste. Wokół, na wzburzonym morzu, widać było za to mnóstwo dmuchanych tratew, które zostały automatycznie zwodowane z tonącego statku. Na nich znajdowali się wyziębieni lub martwi pasażerowie oraz członkowie załogi. Pozostałe, puste tratwy były porywane przez wiatr i bezlitośnie smagane przez fale. Między nimi na wodzie unosili się pasażerowie w kapokach – martwi albo umierający. W chwili wypłynięcia z Tallina na pokładzie znajdowało się 989 pasażerów i członków załogi. W katastrofie zginęło 852 z nich, a 137 osób ocalało. Promy, które przybyły na miejsce, podjęły z wody 33 osoby, a 104 osoby zostały uratowane przez szwedzkie, fińskie i duńskie helikoptery ratunkowe. Ostatnie ciało wyłowiono po 18 miesiącach.

Wrak statku stał się miejscem spoczynku 750 ciał. Tym samym największa katastrofa morska w Europie od czasu drugiej wojny światowej stała się faktem.

Lista pasażerów była międzynarodowa, a większość, w liczbie 501 osób, stanowili obywatele Szwecji.

 

Prom MS Estonia leży obecnie na głębokości około 80 metrów i jest stosunkowo łatwo dostępny dla nurków dysponujących nowoczesnym sprzętem.

Tylko jak to możliwe, że ten potężny, zaawansowany technologicznie statek zatonął w zaledwie 40 minut? Ta katastrofa przeczy prawom fizyki i pozostaje zagadką zarówno dla ocalałych, jak i światowych ekspertów ds. morskich. Można by się spodziewać, że 30 000 metrów sześciennych powietrza zamknięte pod pokładem samochodowym nie pozwoli jednostce zatonąć, nawet jeśli ta ustawi się rufą do góry. To właśnie to powietrze sprawiło, że prom Jan Heweliusz, który rok wcześniej zatonął u wybrzeży wyspy Rugia, utrzymywał się na powierzchni przez cały tydzień.

 

Niewyobrażalny musiał być koszmar pasażerów, którzy spali w ciepłych kajutach i nagle zostali zerwani na nogi przez wyjące syreny i coraz bardziej stromy przechył. Rozpoczęła się chaotyczna walka z czasem – wszyscy próbowali wydostać się na górny pokład labiryntem wąskich i krętych korytarzy i schodków. Ci, którym się to udało, musieli skakać w zimną, czarną toń Bałtyku. Realna perspektywa śmierci w kilka minut zdrapała z ludzi politurę cywilizacji i zastąpiła ją zwierzęcym instynktem przetrwania. Ogromną większość ocalałych stanowili bowiem silni, zdrowi mężczyźni. Niestety żadna z matek podróżujących z dziećmi nie przeżyła katastrofy.

 

MS Estonia była nie tylko lśniącym, białym flagowym okrętem estońskich linii Estline, lecz również silnym symbolem niepodległości, którą kraj ten odzyskał w 1991 roku. Ów statek na nowo połączył młody naród z cywilizacją zachodnioeuropejską.

Przejście z pozycji wasala i sowieckiej bazy marynarki wojennej do niezależnego, wolnego państwa po 61 latach okupacji niemieckiej i radzieckiej bynajmniej nie było łatwe. Wszystkie rozłamy, przewroty, rozpady i nieszczęścia, które doprowadziły do implozji sowieckiego imperium, miały wpływ na nowo odrodzone kraje bałtyckie. Mimo to Estonii w kilkanaście lat udało się zostać pełnoprawnym członkiem UE i NATO, a wszyscy niegdyś wszechmocni rosyjscy biurokraci i hołubieni oficerowie marynarki stali się pariasami. Na międzynarodowych rynkach walutowych koronę estońską powiązano z marką niemiecką, a rosyjskie wynagrodzenia, oszczędności i emerytury straciły na wartości.

W pierwszych latach niepodległości we wszystkich trzech bałtyckich republikach szerzyło się bezprawie. Liczba zabójstw w Tallinie w 1994 roku wynosiła 260 na 100 tysięcy mieszkańców, a stolicę Estonii ogłoszono najniebezpieczniejszym miastem świata. Uzbrojeni rosyjscy dowódcy, oficerowie i zwykli szeregowcy sprzedawali na czarnym rynku tajemnice wojskowe i nowoczesny sprzęt. Kupić można było wszystko: od AK-47, wozów bojowych i artylerii, aż po w pełni wyposażone łodzie podwodne, zaawansowaną elektronikę, prototypy, działa przeciwlotnicze, mapy lądowe, plany kryzysowe i współrzędne rozmieszczenia radzieckich międzykontynentalnych rakiet balistycznych.

W tamtych czasach do zachodnich służb wywiadowczych Mikołaj przychodził codziennie. Większość wojskowej kontrabandy docierała do Szwecji na pokładzie MS Estonia, o czym rosyjski wywiad wojskowy doskonale wiedział – i co coraz mniej był skłonny tolerować.

 

JAIC – komisja prowadząca dochodzenie, w której skład wchodzili szwedzcy, fińscy i estońscy eksperci, opublikowała końcowy raport trzy lata po katastrofie. Stwierdzono w nim, że do zatonięcia doszło na skutek szeregu nieprzewidzianych zdarzeń: ważąca 60 ton furta dziobowa ME Estonii na wzburzonym morzu wyłamała się z zawiasów. Jednocześnie oderwała się ustawiona w pozycji pionowej rampa samochodowa, która miała stanowić zabezpieczenie przed wlewaniem się wody do środka. W konsekwencji pokład samochodowy błyskawicznie napełnił się wodą, prom przechylił się, a następnie zatonął.

To oficjalne wyjaśnienie nie odpowiadało jednak na najważniejsze pytania. Marcus Treu i Henrik Sillaste – członkowie załogi, którzy jako ostatni wydostali się z tonącego statku, powiedzieli, że rampa do samego końca była na swoim miejscu, i że na wewnętrznym monitoringu widzieli, jak wzdłuż jej krawędzi do wnętrza przedostawały się tylko niewielkie ilości wody.

Wielu pasażerów znajdujących się w kajutach na niższych pokładach słyszało głośny, przeszywający dźwięk dochodzący z okolic prawej burty, na krótko przed tym, jak statek zaczął się przechylać – zupełnie tak, jakby prom przedzierał się przez gruby lód.

Ale jeden fakt szczególnie zaintrygował zarówno zwolenników teorii spiskowych, jak i poważanych dziennikarzy z całego świata. Otóż MS Estonią dowodziło dwóch kapitanów: Arvo Andresson, który w chwili tragedii znajdował się na mostku kapitańskim, oraz Aavo Piht, który, nie będąc na służbie, prawdopodobnie przebywał w swojej kajucie.

Obaj ukończyli szkołę morską w Leningradzie. Andresson zatonął ze swoim statkiem, a Aavo Piht przeżył. Zidentyfikowano go niedługo po tym, jak helikopter przetransportował go do szpitala w Turku. Na zdjęciach prasowych widać, jak wysiada z karetki i z pomocą ratowników wchodzi do budynku szpitala.

Kilka godzin później kapitan Piht zniknął i już nigdy go nie odnaleziono.

 

Do katastrofy doszło w czasie, gdy w Szwecji zmieniał się rząd. Odchodzącego premiera Carla Bildta zastąpił Ingvar Carlsson. Tuż po katastrofie obaj zgodnie twierdzili, że wrak należy jak najprędzej podnieść, a ofiary zidentyfikować i godnie pochować. Rząd nawiązał współpracę z brytyjską spółką ratowniczą Rockwater w celu przeprowadzenia wstępnych badań. Po licznych nurkowaniach i dokładnym rekonesansie pokładów pasażerskich, kawiarni, restauracji i mostka kapitańskiego, brytyjscy eksperci orzekli, że podniesienie statku będzie możliwe przy użyciu dwóch gigantycznych żurawi stacjonujących w Rotterdamie.

Jednak zapał polityczny dla całej akcji stopniowo malał aż w końcu zanikł całkowicie. Szwedzki rząd zmienił stanowisko o sto osiemdziesiąt stopni. Wrak MS Estonii miał pozostać na dnie morza i otrzymać status oficjalnego miejsca spoczynku wraz z wszystkimi uświęconymi przywilejami cmentarza. Następnie wydano zakaz nurkowania przez osoby prywatne w okolicach wraku. Straże graniczne Szwecji, Finlandii i Estonii od tamtego czasu ściśle ten zakaz egzekwują.

Niezależni eksperci morscy od początku twierdzą, że najbardziej prawdopodobną przyczyną gwałtownego i szybko zwiększającego się przechyłu musiało być przerwanie ciągłości kadłuba podwodnego, a konkretnie ogromna dziura lub rozdarcie, które spowodowały wypchnięcie zgromadzonego pod pokładem powietrza przez napierające masy wody.

Nie wiadomo, dlaczego we wrześniu 2019 fińska straż graniczna zezwoliła dziennikarzowi Henrikowi Evertssonowi i operatorowi należącego do ekspedycji robota podwodnego, Linusowi Anderssonowi, na zbadanie kadłuba podwodnego MS Estonii od strony prawej burty. W okolicy dziobu robot znalazł w metalowych płytach kadłuba otwór o długości 4 metrów i szerokości 1,4 metra.

To odkrycie zmusiło rządy Szwecji, Finlandii i Estonii do powołania nowej komisji dochodzeniowej.

Henrik Evertsson i Linus Andersson stanęli przed sądem oskarżeni o „naruszenie mogiły.”

 

Morze bałtyckie, 29 września 1994 

Świt w miejscu katastrofy nastał o godzinie 6:04, mniej więcej pięć godzin po zatonięciu statku. W nocy sztorm nasilił się i utrudnił akcję ratowniczą. Morze było białe od wzburzonej piany i usiane pomarańczowymi tratwami. Część z nich miała postawione dachy, inne unosiły się na wodzie dnem do góry. Niektóre były nienaruszone, inne przebite elementami wraku i w każdej chwili mogły pójść na dno. Wiele z nich było pustych, jednak w części znajdowali się ludzie w różnym stopniu roznegliżowania i wychłodzenia. Tulili się do siebie, żeby tracić jak najmniej ciepła. Nawet martwi oddawali go jeszcze przez chwilę, a potem najsilniejsi wyrzucali ciała do morza. Na powierzchni wody unosiły się liczne ciała pasażerów i członków załogi, wszyscy mieli na sobie kapoki. Ci ludzie nie przeżyli, bo albo nie zdołali wypatrzeć w ciemności najbliższej tratwy, albo nie mieli siły, żeby do niej dopłynąć, albo zostali z niej wyrzuceni przez tych, którzy już się w niej znajdowali i obawiali się, że dodatkowy ciężar spowoduje wywrócenie. Tej nocy na morzu siódme przykazanie nie obowiązywało.

 

W pewnym oddaleniu od większości tratew i pięciu promów, które odpowiedziały na wezwanie i próbowały ratować ocalałych przed szalejącym żywiołem, na tratwie leżał dwudziestojednoletni Duńczyk, Daniel Friis. Z komór tratwy powoli, ale nieuchronnie, ulatywało powietrze, a nogi i tułów Daniela raz po raz zalewała woda. Chwilami, gdy fala załamywała się nad tratwą, woda sięgała mu do szyi. Podciągnął się możliwie najdalej w głąb tratwy, do jej niewielkiego skrawka, który pozostawał nienaruszony i gdzie w komorze wciąż znajdowało się powietrze. Nylonowe linki owinął sobie wokół nadgarstków, żeby nie porwała go woda, a skrzyżowane nogi, podobnie jak ramiona, przysunął możliwie najbliżej ciała, próbując uniknąć wychłodzenia. Był wykończony, ale wiedział, że sen oznacza śmierć. Morze dało mu srogą lekcję w ciągu tych pięciu godzin od chwili zatonięcia promu. Gdy tylko przymykał oczy, wracały do niego koszmarne sceny z wnętrza statku: ludzie, którzy nie dali rady dłużej trzymać się trwałych elementów wyposażenia zjeżdżali dwadzieścia metrów w dół stojącej pionowo podłogi i roztrzaskiwali się na stalowych grodziach prawej burty. Automaty do gier, lady barowe, lodówki, szafki i dyspensery napojów zmieniły się w śmiercionośne pociski, a roztrzaskane szyby – w gilotyny. Matki, porażone własną niemocą, tuliły do siebie milczące, zszokowane dzieci. Młodzi mężczyźni przeciskali się po coraz stromiej wznoszących się schodach, tratując po drodze innych.

Daniel miał szczęście, bo zamiast spędzić bezsenną noc w kajucie dzielonej z trzema chrapiącymi Estończykami, postanowił przeczekać do rana w jednej z pokładowych kawiarni. Dzięki temu, kiedy statek zaczął się przechylać, on miał na sobie sweter, sztruksy, buty trekkingowe i kurtkę podbitą kożuchem. Wspiął się w stronę lewej burty i dotarł do okien na wysokości dziewiątego pokładu. Dalej, trzymając się poręczy i wisząc na rękach, przesuwał się wyżej aż poczuł, że opada z sił. Zawisł nad przepaścią i wtedy ktoś znajdujący się na pokładzie go zauważył, po czym wybił okno łomem i z nadludzką siłą wyciągnął na szalejącą burzę. Daniel nie miał okazji lepiej mu się przyjrzeć, bo mężczyzna, który go uratował, od razu go odepchnął i ruszył na pomoc innym.

 

Daniel póki co zawdzięczał więc życie ciepłemu ubraniu, olbrzymowi, który go wydostał na pokład, i pękniętej tratwie. Miał rozcięte czoło, ale nie wiedział, jak i kiedy to się stało.

Może sprawiała to bliskość trzech dużych statków, a może sztorm rzeczywiście się uspokajał, bo odstępy między falami przewalającymi się nad jego tratwą wyraźnie się wydłużyły. Możliwe, że kłęby płynnej piany też jakby słabiej wdzierały się do środka. Daniel wyplątał z taśmy dłoń, otarł z czoła krew i wodę morską i rozejrzał się.

Trzydzieści metrów dalej dostrzegł kolejnego rozbitka znajdującego się w podobnym położeniu. Ich spojrzenia się spotkały się. Ten przysadzisty mężczyzna z brodą ściskał pod pachą ciemnoszary worek żeglarski. Nagle na oczach Daniela z tratwy rozbitka uszła resztka powietrza i jegomość znalazł się na powierzchni wody bez żadnej ochrony. Jego szeroka twarz była biała jak otaczająca go piana morska. Po chwili ruszył w stronę tratwy Daniela, płynąc dość nieporadnie, bo w ręce nadal ściskał swój worek.

– Nie zbliżaj się!

Głos Daniela wydobył się z gardła jako chrapliwy skrzek. Mężczyzna raczej go nie usłyszał i zniknął za kolejną spienioną falą. Daniel odetchnął z ulgą, lecz po chwili tamten znów się wyłonił, tym razem nieco bliżej. I tak to się powtarzało: jeden krzyczał ostrzegawczo po angielsku, a drugi, niezrażony, parł na przód, cały czas nieznacznie się zbliżając. Może nie znał angielskiego? Daniel wyprostował plecy na rozbujanej, kruchej, plastikowej platformie. Rozpaczliwie wymachiwał ramionami, jakby próbował odpędzić ciekawską krowę.

– Cholera, tu nie ma dla ciebie miejsca, człowieku! Zrozum to! Tratwa nie utrzyma nas dwóch!

Ale mężczyzna resztką sił płynął bokiem, aż w końcu dotarł do Daniela i złapał się krawędzi tratwy. Najpierw wrzucił na pokład worek, a następnie sam się na nią wdrapał. Tratwa uniosła się pod kątem czterdziestu pięciu stopni.

– Spierdalaj! Zabijesz nas obu, idioto!

Olbrzym zawahał się przez chwilę i popatrzył na Daniela wielkimi, szarymi oczami spomiędzy długich, mokrych kosmyków. Chyba doszedł do tego samego wniosku, co Daniel, ale mimo tego nie zmienił strategii. Jego oczy mówiły: „lepiej, żebyś zginął ty niż ja.”

Daniel Friis był człowiekiem spokojnym i uprzejmym. Nigdy się nie bił i potrafił dogadać się z większością ludzi. Estonię odwiedził wraz z niewielką delegacją Związku Duńskiej Młodzieży Socjaldemokratycznej.

A jednak w tamtej chwili wychylił się najdalej jak był w stanie i pięścią uderzył obcego człowieka w twarz. Tamten tylko potrząsnął głową i wciągnął się na kolejne pół metra na pokład tratwy.

Nad ich głowami przełamywały się fale. Daniel zacisnął zęby, przyciągnął kolano do piersi i kopnął intruza w głowę. Dopiero wtedy mężczyzna bezwładnie zsunął się z tratwy i zniknął Danielowi z oczu.

 

Daniel klęczał, podpierając się rękami. Jego płuca pracowały jak miechy. W końcu wykrztusił morską wodę i podniósł głowę – mężczyzna zniknął, ale zostawił mu swój worek.

 

Po kolejnych kilku minutach ogłuszający hałas zmusił go do spojrzenia w górę. Tratwa miotała się, podrywana przez podmuchy olbrzymiego śmigła helikoptera ratunkowego, a chwilę później morze zostało zbite niemal na płasko. Jakieś dwieście metrów dalej Daniel zobaczył kolejny helikopter, ale nie był w stanie dojrzeć, czy kogoś tam znaleziono. W luku helikoptera nad jego głową ukazał się lekarz, który do niego pomachał. Daniel podniósł rękę i odmachał mu niepewnie. Lekarz uniesionym w górę kciukiem potwierdził nawiązanie kontaktu, a nurek-ratownik przecisnął się obok niego i wskoczył do wody w pobliżu tratwy.

W kilku ruchach podpłynął do Daniela, wciągnął go do wody, założył mu pod pachy uprząż ratowniczą i sam przypiął się do liny ratowniczej.

 

Trzy rzeczy wyryły się wtedy w pamięci Daniela Friisa na zawsze: krzepiący uśmiech nurka, duńska flaga na boku helikoptera i jego numer rejestracyjny – U-280.

 

Na pokładzie helikoptera owinięto uratowanego mężczyznę w wełniane koce i folię termiczną, a w jego uszy wetknięto żółte zatyczki. Ktoś wręczył mu kubek z ciepłą, słodką herbatą, po czym zaprowadzono go na tył kabiny. Resztę podróży spędził wciśnięty między czwórkę innych rozbitków. Po jakimś czasie, kiedy do nich dotarło, że już prawie byli martwi, a jednak wciąż żyją, wszystkim po policzkach popłynęły łzy.

Helikopter odstawił pięcioro ocalałych z katastrofy MS Estonia do szpitala w Turku na południowo-zachodnim wybrzeżu Finlandii.

Daniel był młody i do tego czasu odzyskał siły na tyle, że mógł samodzielnie przejść przez plac i dotrzeć do wejścia szpitala. Kiedy znalazł się w budynku, w wyczekanym, błogosławionym cieple, zorientował się, że cały czas ściska pod pachą ukryty pod warstwami koców worek żeglarski obcego mężczyzny.

 

Wyspa Djurgården, Sztokholm, 27 września 1997. Oficjalne odsłonięcie pomnika upamiętniającego ofiary katastrofy Estonii

Memoriał był trójkątną, surową i ascetyczną przestrzenią zamkniętą w wysokich, granitowych ścianach, na których wyryto imiona i nazwiska 850 osób, które zginęły w katastrofie. Na trawnikach ustawiono długie, białe pawilony. Politycy i bliscy ofiar wygłaszali przemówienia. Były chusteczki i łzy. Daniel Friis, jako jeden z dwóch młodych mężczyzn ocalałych z pięcioosobowej delegacji DSU, dostał zaproszenie do Tallina od duńskiej ambasady w Sztokholmie. Siedział więc na plastikowym krześle, a myślami był zupełnie gdzie indziej. Ostatnie trzy lata były burzliwe i wyczerpujące. Szum medialny, wywiady i występy w telewizji sprawiły, że czuł się jak ścigane zwierzę. Nie miał się komu zwierzyć, a poza tym zamordował człowieka. Zrobił to w ekstremalnych okolicznościach, które pewnie większość ludzi byłaby w stanie zrozumieć, gdyby im je opisał, ale on sam nie potrafił dać sobie rozgrzeszenia. Kopnął człowieka, zepchnął go z tratwy ratunkowej na pewną śmierć.

Daniel zaczął się izolować. Rzuciła go dziewczyna, z którą był od liceum. Nie winił jej, niczego przecież nie wnosił do jej życia. Odciął się od rodziny i rozważał samobójstwo, ale brakowało mu odwagi.

Ucieczki szukał w pracy, jako praktykant w Partii Socjaldemokratycznej, i w studiach politologicznych na Uniwersytecie Kopenhaskim. Z wszystkich egzaminów dostał najwyższe noty. Zaczął biegać długie dystanse. Zaliczał maraton za maratonem. Brał środki nasenne.

Mijały miesiące, a jemu nawet nie przyszło do głowy zaglądać do worka swojej ofiary. Aż którejś nocy obudził się z wyraźnym obrazem zakrwawionej twarzy rozbitka przed oczami. Wstał, wyjął worek z dna szafy i otworzył go, jakby odprawiał pokutę. Worek był uszyty z materiału wzmocnionego od spodu plastikiem i zamykany na wodoszczelny suwak. Dzięki temu jego zawartość pozostała sucha i nietknięta. W środku znalazł paszport i prawo jazdy wydane na nazwisko Göran Lindholm. Miał trzydzieści lat i pochodził z Kristiansstad w Skanii. Szeroka twarz o nieco słowiańskich rysach patrzyła w obiektyw pewnie, lecz bez uśmiechu. Miał ciemną brodę i długie włosy tego samego koloru.

Daniel ostrożnie wyjął zapakowane w folię i owinięte w banderole pliki banknotów 50-dolarowych i ułożył je w stos obok worka. Zrobił dziurę w jednym z nich i przybliżył go do nosa. Wciągnął ostry zapach tuszu i papieru. Pod banknotami leżał lśniący pistolet Beretta 9 mm i dwa zapasowe magazynki.

W worku znajdowały się również dwa sześciany szczelnie zapakowane w ciemnozielony plastik.

C-4 Miltec M4 US Army. Na obu sześcianach widniały symbole, które powinny być rozpoznawalne na całym świecie.

Plastyczny materiał wybuchowy.

Zerkając co jakiś czas na bloczki, Daniel podliczył gotówkę i wyszło mu pół miliona dolarów amerykańskich. Na koniec z powrotem włożył do worka banknoty, paszport, prawo jazdy, materiał wybuchowy i pistolet, a następnie zasunął zamek.

Worek z powrotem powędrował do szafy.

Tamtej nocy nawet dwie tabletki Imovane nie pomogły mu zasnąć.

W najbliższy weekend udał się do lasu w Rørvig, niedaleko domku letniskowego swoich rodziców. Tam wykopał dół głęboki na metr i włożył do niego materiał wybuchowy. Torbę z pozostałą zawartością ukrył w starej, dawno nieużywanej skrzyni na strychu domku. Ta skrzynia była jednym ze skarbów rodzinnych przywiezionych z dalekiego wschodu przez któregoś z kapitanów i sterników, w jakich obfitowało imponujące drzewo genealogiczne rodu Friisów.

 

Przyszła kolej na ostatnią podniosłą mowę. Wygłaszająca ją kobieta co rusz przykładała do oczu mokrą chusteczkę. Daniel wciąż nie zdołał wczuć się w panującą atmosferę, a słowa przemawiającej nie wywoływały w nim żadnych myśli ani emocji. A potem wszyscy się rozeszli.

Stał w siąpiącym deszczu, aż został sam pośród wieńców i wiązanek.

Podszedł do monumentu, żeby z poczucia obowiązku odszukać nazwiska trójki swoich kolegów. Przesunął palcami po starannie i głęboko wyrytych literach na północnej, granitowej ścianie, czując coś w rodzaju spokojnej żałoby. Medytację przerwał mu odgłos lekkich kroków na żwirze. Gdy się odwrócił, zobaczył młodą, szczupłą kobietę, która mogła być w jego wieku. Jej opanowanie i powaga w jakiś sposób do Daniela przemawiały. Kobieta miała na sobie trencz Burberry, niebieski plecak Fjällräven, dżinsy i zamszowe kozaki wyglądające na nowe. Mrużąc lekko oczy, patrzyła w jakieś miejsce za jego plecami, i gdy podążył za jej wzrokiem, trafił na wpis upamiętniający cztery osoby o tym samym nazwisku: Berg. Mąż, żona, syn i córka.

Daniel zwrócił się do kobiety, odruchowo przechodząc na angielski:

– …twoja rodzina?

Miała duże, skośne, ciemnobrązowe oczy i, zdaniem Daniela, była nadzwyczaj piękna. Prawdopodobnie większość by przyznała mu rację.

– Moja mama, tata, młodsza siostra i młodszy brat. Wakacyjna wycieczka do Tallina. – Jej wzrok znów powędrował w punkt za jego plecami. – Byłeś pasażerem, czy kogoś straciłeś?

– I jedno i drugie. Daniel Friis.

Podali sobie ręce.

– Carita Berg.

Spojrzała w stronę, gdzie pomnik się otwierał.

– Tak jest lepiej, prawda? Bez tych wszystkich polityków.

– Znacznie lepiej.

– Ich przecież i tak tu nie ma – dodała beznamiętnym głosem. – Zostali w tym okropnym wraku. Miałeś szczęście.

– Ale straciłem troje przyjaciół.

– Och… tak mi przykro.

Kobieta dopiero teraz przyjrzała mu się uważniej.

– Jak to się dzieje, że Duńczyk i Szwedka rozmawiają po angielsku? – spytała z lekkim uśmiechem, od którego kąciki oczu jej się uniosły, a między czarnymi brwiami pojawiła się zmarszczka.

Daniel odwzajemnił uśmiech.

– Też mnie to dziwi. Niby bratni naród i w ogóle, ale jednak szwedzki jest dość niezrozumiały.

– Za to po angielsku mówisz znakomicie – zauważyła cicho.

– I wzajemnie. Pracuję w Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Niemal cała komunikacja pisemna odbywa się po angielsku.

– A ja przez rok studiowałam w Denver, więc…

Stali teraz przez pomnikiem. Carita rozejrzała się i Daniel zrozumiał, że lada chwila się pożegna i zniknie na zawsze. Nie mógł do tego dopuścić.

Nagle wskazała na długą, białą bliznę na jego czole.

– To z promu?

– Jakiś anioł wybił okno na dolnym pokładzie i wyciągnął mnie na zewnątrz. Wtedy musiałem się jej nabawić, ale nie jestem pewien. Wygląda bardzo źle?

– Wygląda charakterystycznie – uśmiechnęła się. – Zastanawiałeś się, czy coś z nią zrobić?

– Zamierzam ją zachować.

– Dlaczego?

Daniel przesunął palcem po gładkiej, twardej bruździe na czole.

– Chyba w jakimś sensie uważam, że na nią zasłużyłem – powiedział cicho. – Co studiowałaś w Denver?

– Architekturę. Za rok będę miała pełne uprawnienia.

Zrobił stosowną minę wyrażającą podziw, a jednocześnie gorączkowo próbował powiedzieć coś, cokolwiek, co mogłoby ją jeszcze trochę zatrzymać. Niestety, okoliczności nie zachęcały do small talku. Czuł się, jakby stali przed bramą śmierci w Auschwitz.

W końcu w milczącym porozumieniu ruszyli na północ. Słońce i wiatr przegoniły deszczowe chmury i na ścieżce przed nimi tańczyły plamy światła. Liście na drzewach płonęły, zwiastując nadejście jesieni.

Carita przerwała milczenie.

– Gdzie mieszkasz?

– W Kopenhadze, w Østerbro.

– Ach, uwielbiam Kopenhagę! Macie tam tyle pięknych budynków. Kościołów. Często bywam w Muzeum Wzornictwa przy Bredgade. Byłeś tam?

– No jasne – skłamał.

Drzewa się przerzedziły i ustąpiły miejsca rozległym, zadbanym trawnikom. W końcu wyszli na zalaną słońcem otwartą przestrzeń parkową, gdzie Carita zdjęła płaszcz, złożyła go i przełożyła sobie przez ramię. Pod spodem miała oliwkowozieloną bluzkę z krótkim rękawem odsłaniającą ładnie umięśnione ramiona, co nie umknęło uwadze Daniela.

Dotarli do kawiarni Josefina, gdzie większość stolików zajęli ożywieni, rozgadani ludzie korzystający ze słońca i świeżo przetartego nieba. Carita zatrzymała się i omiotła wzrokiem ogródek.

– Napijemy się kawy? – zaproponował Daniel.

– Nie tutaj – wzdrygnęła się. – Mam ze sobą termos. Co prawda z rozpuszczalną…

Gdyby mu zaproponowała sok z cykuty, wpiłby go z radością.

Patrząc mu w oczy, dodała, jakby gwoli wyjaśnienia:

– Jestem raczej introwertyczką.

– Ja też.

Carita wypatrzyła ławkę, na której proporcje między słońcem i cieniem rozkładały się optymalnie. Otworzyła plecak i wyjęła termos. Przegadali większość popołudnia o tym, o czym zwykle rozmawiają młodzi ludzie – o planach, studiach. Po jakimś czasie Carita oznajmiła, że musi już iść.

Wymienili się numerami.

 

Kosmicznym zrządzeniem losu tamtego popołudnia oboje znaleźli osobę, z którą zapragnęli dzielić życie.

Pobrali się dwa lata później. Carita urodziła bliźniaki. Dostała pracę w uznanej kopenhaskiej pracowni architektonicznej Vandkunsten. Daniel, pięć lat po odsłonięciu pomnika, dostał się do parlamentu z ramienia socjaldemokratów. Większość komentatorów nazywała go wschodzącą gwiazdą sceny politycznej.

 

Pamięć o MS Estonii zbladła.

 

Sztokholmskie lotnisko Arlanda, wtorek, 5 kwietnia 2022, godzina 12:55 

Minęło półtora miesiąca, odkąd Rosja rozpoczęła „specjalną operację wojskową” w Ukrainie, wypędzając z domów setki tysięcy ludzi. W krajach sąsiadujących poziom zagrożenia terrorystycznego został podniesiony do najwyższego, czwartego poziomu: „Wysokie prawdopodobieństwo ataku terrorystycznego w związku z rozpoznaną możliwością, zamiarem i planami przeprowadzenia ataku.” Niespotykane w najnowszej historii.

Międzynarodowe lotnisko w Sztokholmie, podobnie jak pozostałe lotniska w kraju, zostało postawione w stan najwyższej gotowości i uruchomiono wszystkie procedury bezpieczeństwa.

 

Dwaj mężczyźni wysiedli przed chwilą z samolotu linii KLM z Pragi i znajdowali się na ruchomym chodniku terminala. Dość szybko udało im się przyciągnąć uwagę szefa bezpieczeństwa siedzącego przed pulpitem z kilkoma płaskimi ekranami, które za pośrednictwem kamer monitorowały każdy metr kwadratowy lotniska. Odstawił kubek, skrzyżował ramiona i pochylony zaczął baczniej przyglądać się parze. Po chwili wciągnął głęboko powietrze i założył słuchawki z mikrofonem.

– Dwóch „szarych ludzi”, bramka KLM D12. Lot z Pragi. Plan działania – D jak Delta.

Ten lapidarny komunikat miał uruchomić szereg rozmaitych i starannie opracowanych procedur. Plan D stosowano dotąd wyłącznie podczas ćwiczeń terrorystycznych, a plany E i F były wprost nie do pomyślenia – przewidywały wstrzymanie wszystkich przylotów i odlotów, natychmiastową ewakuację pasażerów i pracowników lotniska, i najpewniej trafiłby do CNN z podpisem „PILNE”.

Koordynator z lotniskowego komisariatu policji odpowiedział:

– Przyjąłem. Rysopisy?

Szef bezpieczeństwa stukał palcami w blat biurka, a drugą ręką zrobił zbliżenie na „dwóch szarych ludzi.”

– Kamera D12 i dalej do 13 i 14. Numer jeden jest po pięćdziesiątce. Lekko utyka na lewą nogę. Granatowa czapka z daszkiem, szara wiatrówka, szare spodnie, ciemne sportowe buty. Żadnych log. Okulary w oprawkach z jasnej stali. Numer dwa jest o dziesięć lat młodszy, szara czapka z daszkiem, dżinsy, brązowa, skórzana kurtka, koszulka bez nadruku. Nie okazują zainteresowania otoczeniem ani sobą nawzajem. Nie idą ani szybko, ani wolno.

Profil „szarego człowieka” został ukuty przez FBI po zamachach z 9 września 2001 i z 2004 roku w Madrycie, i jako opis określonego typu podejrzanego wszedł do słownika służb specjalnych na całym świecie. Oznacza niezidentyfikowaną osobę znajdującą się w obszarze wrażliwym z puntu widzenia zagrożenia terrorystycznego, jak lotnisko, stadion, dworzec kolejowy, masowa demonstracja, koncert albo festyn miejski, i której zachowanie cechuje wystudiowana dyskrecja: unikanie kontaktu wzrokowego z innymi ludźmi, utrzymywanie dystansu, również od współpodejrzanych i w miarę możliwości unikanie kamer monitoringu, co ma zmniejszyć ryzyko biometrycznego rozpoznania twarzy. Do tego ubiór, którego nie da się opisać w sposób służący identyfikacji.

Plan D z kolei zakładał, że ci dwaj „szarzy ludzie” mieli zostać dyskretnie zaprowadzeni do specjalnego, przeszklonego pokoju przy kontroli paszportowej. Pokój był wyposażony w ukryte kamery. Tam mężczyźni zostaną poproszeni o zdjęcie nakryć głowy i okularów, a ich paszporty zostaną dokładnie sprawdzone. Kontroler będzie się zachowywać w sposób uprzejmy i profesjonalny i zareaguje tylko, jeśli paszporty okażą się w oczywisty sposób sfałszowane.

– A co z kontrolą celną?

– Przepuśćcie ich razem z resztą pasażerów.

„Szarzy ludzie” nie zostaną zatem zatrzymani przez celników, zostaną za to obfotografowani z wszystkich możliwych stron przez kamery umieszczone za lustrami weneckimi. W hali przylotów już czekała na nich „obstawa” składająca się z czterech policjantów w cywilu – dwaj ruszą za podejrzanymi, a pozostali dwaj będą szli przed nimi na wypadek, gdyby mężczyźni postanowili w dalszą drogę udać się transportem zbiorowym. Dwa cywilne wozy policyjne czekały w gotowości, by ruszyć za ewentualna taksówką.

– Mamy pierwsze zdjęcia – informował koordynator z komisariatu. – Paszporty wydają się być w porządku.

– Nazwiska?

– Jiri Nemecek, pięćdziesiąt osiem lat, z Pragi. Petr Capec, czterdzieści dziewięć lat, z Brna.

W międzyczasie do szefa bezpieczeństwa dołączył ekspert od biometrycznej identyfikacji twarzy i usiadł obok.

Szwecja miała dostęp do wież chłodniczych, serwerowni i superkomputerów zajmujących powierzchnię wielkości trzech boisk piłkarskich i znajdujących się w bunkrach atomowych ukrytych w paśmie Gór Błękitnych w stanie Wirginia. Gromadzono w nich dane biometryczne milionów ludzi, którzy na przestrzeni lat wzbudzili podejrzenia zachodnich służb wywiadowczych. Zawartość bazy była aktualizowana co milisekundę i udostępniana francuskiej DGSE w Paryżu i brytyjskiemu odpowiednikowi amerykańskiej NSA, British Government Communications Headquarters w Cheltenham.

Ekspert zaczął od wprowadzania danych do komputera. W dziewięciu na dziesięć przypadków „szarzy ludzie” okazywali się niegroźni, a powody ich przyjazdu do Szwecji były całkiem niewinne. Ale ci dwaj „Czesi” wydali się szefowi bezpieczeństwa podejrzani. Miał spore doświadczenie i intuicja podpowiadała mu, że zwiastują śmierć i nieszczęście.

 

Hala przylotów, lotnisko Arlanda

Konstantin Golonin aka „Jiri Nemecek”, pułkownik rosyjskiej służby kontrwywiadowczej FSB odetchnął z ulgą, gdy zarówno jemu, jak i towarzyszącemu mu kapitanowi Arsennjiowi Sjikinowi udało się wyjść z hali przylotów. Pierwsze, co zrobił, to zapalił papierosa, rozglądając się swobodnie. Arsenij poszedł w jego ślady, ale najpierw postawił walizkę na chodniku. Pracowali we dwójkę od dwudziestu lat na polach bitwy – od Czeczenii po Syrię. Rozumieli się bez słów. Golonin był weteranem Specnazu i wirtuozem w posługiwaniu się materiałami wybuchowymi, a Sjikin był snajperem i mistrzem walki wręcz.

Do Sztokholmu przylecieli z misją wyeliminowania ukraińskiego oligarchy, Olka Kowala, który znaczną część swojej kosmicznej fortuny wydawał na zakup broni dla ukraińskiej armii, co budziło gniew Kremla.

 

Przy krawężniku zatrzymała się szara Toyota Avensis.

Ich lokalny fikser i kierowca przedstawił się jako Anakin. Według ich informacji miał trzydzieści dwa lata, ale wyglądał jak znacznie młodszy hipster – miał koczek, kilkudniowy zarost, kraciastą koszulę drwala, okulary słoneczne oraz czapkę z daszkiem i logiem NY Giants. Skejt z glockiem 17. Anakin był Skandynawem, ale jego konkretnej narodowości nie znali ani Golonin, ani Sjikin. Po rozpoczęciu inwazji z Rosji nastąpił spory odpływ młodych profesjonalistów i FSB coraz częściej było zmuszone korzystać z zagranicznych freelancerów.

Wsiedli na tylną kanapę Toyoty i kolejne pół godziny zajęła im nudna przejażdżka E4 do centrum Sztokholmu. Anakin zawiózł ich na ulicę Karlavägen w samym sercu eleganckiej dzielnicy Östermalm. Po obu stronach znajdowały się ambasady, międzynarodowe banki i inne instytucje finansowe. Wzdłuż całej ulicy biegła alejka z trawnikami i szpalerami starych drzew po obu stronach. Pąki na drzewach wyglądały, jakby miały lada chwila rozkwitnąć. Minęli imponującą prywatną posesję z kolumnadami, filarami, balustradami i balkonami przy Karlavägen 79. Budynek stał w głębi posesji, a od ulicy oddzielało czarne, trzymetrowe ogrodzenie z kutego żelaza, wyglądające tak, jakby nawet czołg nie był w stanie go sforsować. Wszystkie wejścia, dziedziniec frontowy i wjazd do podziemnego garażu były obwieszone kamerami monitoringu. Bramę przed niepożądanym wtargnięciem dodatkowo zabezpieczono rzędem hydraulicznych słupków parkingowych. Po drugiej stronie ogrodzenia znajdowała się budka wartownicza obsługiwana przez umundurowanego strażnika. W Szwecji prywatne firmy ochroniarskie nie miały pozwolenia na broń, ale trudno było sobie wyobrazić, żeby ochroniarze Kowala tego nie obeszli.

– Fort Knox – podsumował krótko Anakin.

– Czym on jeździ? – spytał Golonin.

– Czarnym, kuloodpornym maybachem z minoodpornym podwoziem. Zwykle prowadzi sam, ale zawsze towarzyszy mu dwóch ochroniarzy w Range Roverze.

– Wszystko da się wysadzić – zapewnił go Golonin. – Nawet eleganckie, niemieckie limuzyny.

Anakin się uśmiechnął.

– Oczywiście ma pan rację, pułkowniku. Gospodarstwo domowe poza nim składa się z żony numer dwa, byłej modelki Eleny, oraz drugiego miotu dzieci, ośmioletniego chłopca i dwunastoletniej córki. Do tego w domu mieszkają trzy osoby ze służby i kucharz.

 

Policjanci z komisariatu na lotnisku Fordem Mondeo dyskretnie śledzili Anakina i jego pasażerów. Jak dotąd zachowanie czeskich turystów nie wzbudzało podejrzeń.

– Jadą spokojnym tempem… oglądają zabytki. Teraz skręcają w lewo w Sibyllegatan – informował kierowca przez radio. Jego partner na miejscu pasażera odciągnął zamek służbowego pistoletu i złapał lśniący 9-milimetrowy nabój. Następnie wysunął magazynek i umieścił nabój obok pozostałych.

Sztab powołany w centrum dowodzenia na Arlandzie śledził Mondeo za pośrednictwem nadajników GPS i kamery GoPro zamontowanej na desce rozdzielczej.

– Przyśpieszają. Jadą siedemdziesiąt pięć na godzinę… osiemdziesiąt pięć…

Szara Toyota nagle ostro skręciła i wjechała na rampę prowadzącą do wielopoziomowego podziemnego parkingu.

– Stój! – krzyknął szef bezpieczeństwa.

Kierowca natychmiast wykonał polecenie i mondeo wpadło w poślizg kilka metrów przed wjazdem na parking, gdzie się zatrzymało. Karkołomny manewr wywołał kakofonię klaksonów nadjeżdżających z tyłu samochodów.

Szef bezpieczeństwa patrzył w monitor. Parking był klasyczną „śluzą” z rozlicznymi wyjazdami, gdzie podejrzani mogli spokojnie zmienić pojazd albo schodami wyjść na ulicę i wmieszać się w tłum. A śledzenie ich na parkingu tak, aby się nie zorientowali, było niemożliwe.

– Okej, wracajcie. To zawodowcy, bez dwóch zdań. Przekazujemy sprawę do NI.

– Roger – potwierdził funkcjonariusz z Mondeo.

 

Wszyscy trzej zostali w Toyocie i obserwowali otoczenie. Anakin przezornie zamontował bezprzewodową kamerę pod skrzynką pocztową pięćdziesiąt metrów od wjazdu na parking. Teraz przyglądali się uważnie, jak policyjne Mondeo odbija tuż przed wjazdem na rampę i zatrzymuje się z boku.

– Namierzyli was – zauważył Anakin.

– Prawidłowo. To ich robota – potwierdził spokojnie Golonin. – To bez znaczenia.

– Racja, pułkowniku. Tak naprawdę to kompletnie nic nie zmienia – przytaknął z tylnej kanapy zwykle małomówny Arsenij.

 

Arlanda

Szef bezpieczeństwa patrzył zrezygnowany, jak policyjne Mondeo włącza się do ruchu. Nie miał wątpliwości, że Toyota zostanie porzucona na podziemnym parkingu, gdzie wkrótce rzucą się na nią kryminalistycy z NI, Nationella Insatsstyrkan. Labrador będzie węszył za materiałami wybuchowymi. Technicy sprawdzą nagrania z parkingowych kamer, które zapewne na tym konkretnym piętrze zostały wyłączone. Postarają się zdjąć odciski palców z wnętrza samochodu i odkurzą każdy centymetr kwadratowy, licząc, że trafią na jakieś włókna czy włosy, następnie zidentyfikują tablice rejestracyjne, zapewne kradzione. I to wszystko na nic się nie zda. Bo ci trzej to profesjonaliści. On sam nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości.

W końcu wstał od biurka.

– Przekażcie cały materiał NI. Idę na obiad.

 

Hellerup, wtorek, 5 kwietnia, godzina 18.00 

Słońce muskało najwyższe gałęzie kasztana i przez łukowe okna starej willi rzucało na podłogę złociste kwadraty. To tutaj mieszkał Michael Sander z żoną, Lene Jensen, świeżo mianowaną szefową operacyjną policyjnej służby wywiadowczej PET, ich dwunastoletnią córką, Marią, i kanadyjskim retrieverem, Skipperem.

Michael był obecnie mężczyzną pięćdziesięciopięcioletnim. Choć włosy i broda mu posiwiały, nadal był w świetnej formie – dbanie o kondycję traktował jak sprawę honoru. Jego głęboko osadzone, niebieskie oczy miały niespotykany, granatowy odcień, nos miał garbaty, a usta – szerokie i zmysłowe. Ciało Michaela pokrywały blizny po rozmaitych pociskach i ostrzach różnego pochodzenia oraz po zabiegach operacyjnych, które jak dotąd pomagały mu uniknąć następstw tych ran. Fizycznie czuł się silniejszy niż kiedykolwiek, ale odkąd sam siebie wysłał na emeryturę, psychicznie dobijała go nuda i brak wyższego celu. Zrezygnował z pracy, choć jego jednoosobowa firma ochroniarska cieszyła się sporym uznaniem. W ramach swojej działalności dostarczał klientom na całym świecie pełną gamę usług w zakresie monitoringu, ochrony przed szpiegostwem przemysłowym i cyberbezpieczeństwa, a czasem dla wybranych podejmował się również poszukiwania ofiar porwań i negocjacji z porywaczami.

Zaraz po liceum zgłosił się do wojska i stał się jednym z najmłodszych poruczników w Gwardii Królewskiej. Dzięki matce Szkotce, poza duńskim miał też obywatelstwo brytyjskie i w wieku dwudziestu czterech lat wyjechał do Anglii, żeby szukać szczęścia jako aspirant w osławionym 22 Regimencie Special Air Service w Hereford. Po katorżniczym, trwającym dwa lata procesie selekcji otrzymał upragniony piaskowy beret i od tamtej pory jeździł na misje specjalne w każde miejsce, w jakie Korona Brytyjska uznała za zasadne wysłać jego i jego oddział.

Po odejściu z SAS szybko zwrócili się do niego headhunterzy renomowanej firmy ochroniarskiej Shepherd & Wilkins i przez kolejnych kilka lat pracował w ich oddziale paramilitarnym, robiąc mniej więcej to samo, co w czasach, gdy był komandosem. W wieku czterdziestu lat opuścił S &W i założył własną, bardzo ekskluzywną firmę, która nigdzie się nie ogłaszała, a mimo to nigdy nie narzekała na brak klientów.

Teraz utknął w klaustrofobicznej próżni. Dopadł go kryzys wieku średniego. Dni mijały mu na robieniu zakupów, sprzątaniu, pracach naprawczych, których nigdy nie brakowało w ich starym domu. Część czasu spędzał i na strzelnicy w Amager, na treningach brazylijskiego jiu-jitsu i Krav Magi. Do tego gotował – czego szczerze nienawidził, choć był w tym dobry – oraz zajmował się córką, kontaktował się ze szkołą i czytał posty innych rodziców i nauczycieli na platformie AULA. Rozwiązywał sudoku i wypijał pół butelki whisky, kiedy żona i córka szły spać. Lene za to pracowała jak szalona i po niedawnej nominacji znajdowała się u szczytu kariery. O stanowisko szefowej PET starała się od lat. Przed jego objęciem wchłonęła wszystkie kursy i szkolenia, jakie mogli jej zaoferować w Rigspoliti, zrobiła magisterkę ze stosunków międzynarodowych na uniwersytecie w Lozannie i ukończyła specjalny program FBI dla agentów z zagranicy.

Rok temu zdecydowali się na osobne sypialnie. On był nieuleczalnym nocnym markiem, a Lene – rannym ptaszkiem.

 

Do kuchni weszła Maria i zaczęła zakładać buty do jazdy konnej.

– Który z koni będzie miał dziś pecha? – zagaił.

– To mustang, tato – poprawiła go. – Billi Bob.

Podniósł wzrok znad gazety:

– A to nie on w zeszłym tygodniu kopnął cię pod kolanem?

Maria wstała i tupała mocno, żeby buty się uleżały.

– Tak, papulku. A potem zawieźli mnie na ostry dyżur i zrobili mi prześwietlenie, a ponieważ jestem ostatnią dwunastolatką na świecie bez smartfona, to nie mogłam zadzwonić do ciebie, ani do mamy. Nie chciałam też prosić o pomoc personelu, bo i tak mieli dość na głowie.

Michael uważnie jej się przyjrzał.

– Wiesz, że miliarderzy technologiczni z Doliny Krzemowej, Pekinu, Tokio, Singapuru i Seulu produkujący ten szajs, na którym ludzie trwonią swój wolny czas własnym dzieciom nie pozwalają tknąć nawet iPada? Ich dzieci dostają co najwyżej zestawy Lego, kredki i papier.

Maria grzeczne przytaknęła:

– Bo media społecznościowe i gry zabijają w ludziach indywidualną kreatywność i zmieniają ich w dopaminowych narkomanów. Ludzie gapią się w telefon ślepi i głusi na to, co ich otacza, bo wciąż chcą być gdzie indziej, tam gdzie inni ludzie. Stają się jak zombie, którymi łatwo manipulować i którzy kupują wszystko, co się im zareklamuje, tracąc jednocześnie zdolność do budowania prawdziwych relacji.

Michael z uznaniem poklepał ją po kasku jeździeckim.

– Poza tym uprzedziłam Billy’ego Boba, że jeśli zrobi to jeszcze raz, to ja kopnę go w jaja – dodała.

– Bardzo dobrze, skarbie.

Drzwi kuchni się za nią zamknęły. Ich rudy pies chrapał na podłodze i tylko co jakiś czas wzdrygał się i jęczał, śniąc o szalonych kocich pościgach.

– … kopnę go w jaja – z czułością powtórzył do siebie Michael. Jego córka przyswoiła sobie wszystkie barwne żołnierskie wrażenia ojca, co zresztą stanowiło powracający temat owych rozmów z nauczycielami. Dobrze wychowani i wrażliwi rodzice stanowiący większość w ich okolicy na widok ich ślicznej córeczki robili znak krzyża.

 

Michael chwilę kręcił się bez celu wokół stołu kuchennego, na którym leżał jego otwarty laptop. Po raz setny spojrzał na zegarek i po raz siedemnasty podrapał się po brodzie. Była 18.15, a Lene, odkąd dwa miesiące temu objęła nowe stanowisko, w każdy wtorek spędzała godzinę u wyznaczonego jej przez pracodawcę psychologa w centrum miasta. Na bieżąco oceniano sposób, w jaki reaguje na nowe zadania i jak sobie z nimi radzi. Był to całkiem inny zestaw wyzwań niż te, z którymi spotykała się jako inspektor policji. Lene wyjaśniła mu, że tylko najwyższe kierownictwo PET oraz sam psycholog wiedzieli, kiedy będzie mogła skończyć z tymi wizytami.

Michael usiadł na krześle i z brodą wspartą na dłoni gapił się w ekran komputera. Oczywiście wiedział aż nazbyt dobrze, że ich małżeństwo dogorywa. Ich rozmowy zostały zredukowane do obrony własnych pozycji w wiecznie bulgoczącej, a momentami kipiącej, kłótni i dotyczyły jedynie spraw praktycznych. Kiedyś mieli w zwyczaju wieczorem pić razem kawę, rozgrywać kilka rundek backgammona i rozmawiać o tym, co się wydarzyło w ciągu dnia. Lecz ich wspólne rytuały powoli wymierały, a wraz z nimi skończyły się zwierzenia, poczucie wspólnoty i bliskości. Michael co rano był atakowany gradem samoprzylepnych karteczek w różnych kolorach i o różnym stopniu natarczywości. Wisiały na lodówce, na stole w kuchni, na ekspresie do kawy, na lustrach w przedpokoju i łazience, a nawet bywały owinięte wokół obroży psa: „nie zapomnij o szczepieniu u weterynarza”, „nie zapomnij wyrzucić śmieci organicznych”, „skończyły się płatki owsiane”, „nie zapomnij o dentyście Marii o 11.00”, „nie krój sera, jakby to było ciasto” – i tak dalej, aż do obłędu. Bo przecież on zawsze o czymś zapominał. Czasem nawet by wolał, żeby tak było. Demencja jawiła mu się jako wybawienie.

 

Zeszłej nocy pojechał do centrum Kopenhagi, zneutralizował system alarmowy w budynku, w którym znajdował się gabinet psychologa – co okazało się niepokojąco łatwe – wytrychem otworzył drzwi do poczekalni i gabinetu psychoterapii, i w alarmie przeciwpożarowym zamontował kamerę oraz kilka mikroskopijnych mikrofonów. Na klatce schodowej przed drzwiami połączył się bezprzewodowo z routerem należącym do psychologa, żeby móc z domowego zacisza śledzić, kto wchodzi i wychodzi z gabinetu.

 

O godzinie 20.00 w przedpokoju rozległo się pośpieszne stukanie obcasów Lene. To też była nowość. Jej garderobę stanowiły zawsze dżinsy, adidasy, skórzana kurtka z epoki przedpotopowej i do tego najprostsze koszulki i bluzy z kapturem. Nagle przerzuciła się na drogie szpilki, eleganckie jedwabne bluzki, ciemne garnitury i pełny makijaż.

– Cześć! – zawołała. – Wskoczę szybko pod prysznic. Dasz się namówić, żeby mi zrobić herbatę? Pukka Relax.

– Jasne – odburknął ponuro Michael.

Pół godziny później stała w kuchni pachnąca kremami i szamponem, i rozglądała się. Dziś szczególnie zadbał, żeby wszystko było wysprzątane i lśniące, żeby w żadnym razie nie mogła się jak zwykle przyczepić do jakiejś pierdoły. I rzeczywiście, gdy nie znalazła nic, od czego mogłaby zacząć awanturę, jej mina wyrażała niezadowolenie i zagubienie. Miała pięćdziesiąt dwa lata, ale również była w doskonałej formie, trzymała się prosto, a ruchy miała szybkie i zdecydowane. Rude włosy zawinęła w ręcznik i zmyła makijaż. Koszulka, wypuszczona w luźne dresy, kleiła się do jej talii, ramion i piersi. W kącikach oczu i ust miała zmarszczki od uśmiechu, chociaż uśmiechała się chyba tylko do swoich kolegów z pracy, Marii i może jeszcze do kasjerki w REMIE.

Mimo to Michael nadal uwielbiał tę twarz.

– Maria jest w szkółce jeździeckiej? – spytała i podmuchała herbatę.

– Zgłosiła się na ochotnika, żeby szczotkować szkapy i wywalać gnój z boksów.

Lene usiadła, zamknęła oczy i z rozkoszą wypiła łyk aromatycznej herbaty. Kubek trzymała oburącz, jakby znajdowała się na lodowej krze.

– Głodna? – spytał. – Mogę ci coś podgrzać na szybko w mikrofali…

– Nie trzeba. Po drodze zahaczyłam o Maca.

Dopiero wtedy po raz pierwszy na niego popatrzyła. Jej nozdrza rozszerzyły się i ponownie ściągnęły.

– Znów zacząłeś palić?

– To moje życie, co nie?

– Myślałam, że nasze.

Michael nalał sobie pół szklanki Bowmore.

Lene spojrzała na wiszący na ścianie zegar, ale powstrzymała się od komentarza. Dawniej by zaprotestowała, ale widocznie już dała sobie spokój.

Pomimo udawanej beztroski Lene czuła, jak smutek i bezradność kładą się na jej ramionach niczym ciężki płaszcz. Michael nadal był najbardziej niesamowitym człowiekiem, jakiego kiedykolwiek spotkała, ale pomimo piętnastu przeżytych razem lat wciąż musiała zdawała sobie sprawę, że do końca go nie zna. I chyba nikt go nie zna. Nawet on sam.

Kryły się w jego naturze niewytłumaczalne otchłanie, wąwozy, podziemne groty i zdolność do zimnego okrucieństwa, rzeczy, do których nikt nie miał dostępu. Lene nie miała żadnych złudzeń odnośnie do tego, do czego był w stanie się posunąć. Tak naprawdę nie zawahałby się przed niczym. Potrafił na zawołanie włączać i wyłączać ten rodzaj chłodnego, taktycznego i doskonale przemyślanego szaleństwa, a potem bez większych trudności przechodzić w stan cywilizowanej uprzejmości, niemal arystokratycznych manier, a nawet być najżyczliwszym, najbardziej sympatycznym i wyrozumiałym człowiekiem, jakiego można sobie wymarzyć.

 

– Jak było u psychologa? – spytał.

– Chyba w porządku. Rozmawiamy głównie o radzeniu sobie ze stresem i o tym, jak zimnym i samotnym miejscem jest czubek piramidy.

Lene dopiła herbatę i ziewnęła.

– Bo to chyba ważne – zauważył.

– Taa…

Zaczęła sprawdzać maile w telefonie.

– Kurwa, ale jestem wyjebana – mruknęła pod nosem.

 

„Może powinienem to olać?”, pytał Michael sam siebie chyba po raz dwudziesty tego dnia. Nic dobrego z tego nie wyniknie poza… jasnością sytuacji? Ostatecznie jednak przeważyło poczucie zdrady i słuszności własnej sprawy.

– Słuchaj, mogę ci tylko coś pokazać na komputerze? Dwie sekundy.

Lene podniosła głowę, jej twarz nie wyrażała cienia entuzjazmu.

– Jestem naprawdę skonana, ale jeśli nalegasz…

 

Odwrócił ekran w jej stronę i wcisnął ENTER:

Gabinet psychologa widziany okiem kamery w alarmie przeciwpożarowym: wazony z bukietami ciętych kwiatów, kojące, pastelowe barwy, duże pudełko chusteczek na szklanym stoliku między fotelem psychologa a białą kanapą, na której młoda, dobrze ubrana brunetka zdławionym od płaczu głosem opowiada o trudnej relacji ze swoją matką. Na dole ekranu data i godzina: 05-04-22 18:23:22 UTC. Psycholog mówi niewiele, za to jest pełen profesjonalnej empatii i cały czas notuje coś w bloku A4, który trzyma na kolanach.

 

Michael popatrzył na Lene. Zmrużyła oczy i otworzyła usta. Na jej twarzy toczyła się walka między wściekłością a wstydem.

Na ekranie psycholog życzliwie podsunął kobiecie pudełko z chusteczkami, widząc, że po nie sięga.

A Michaela ogarnął bezgraniczny wstręt. Głównie do siebie samego. Nigdy jeszcze nie napotkał zielonookiej bestii zazdrości i teraz właściwie też nie czuł, żeby była blisko. Każdy dorosły człowiek ma pełną swobodę w decydowaniu o sobie i nikt nie powinien oczekiwać, że będzie miał drugiego człowieka na wyłączność. Gdy jeszcze pracował, konsekwentnie odmawiał przyjmowania spraw związanych z rozwodem czy niewiernością z obawy, że mógłby się zarazić podłością i małostkowością, jakie się nieuchronnie z nimi wiązały.

– Czy to nie ty powinnaś tam siedzieć i rozmawiać o radzeniu sobie ze stresem? – spytał.

Lene ukryła twarz w dłoniach.

– Wyłącz to!

Michael posłusznie zamknął laptop.

Wtedy wstała i schroniła się przy zlewie. Odwrócona plecami, aż trzęsła się z wściekłości.

– Nie masz prawa mnie szpiegować! Aaaach… pierdolę cię!

– Oboje wiemy, że akurat na to jakoś niespecjalnie masz ochotę. A skoro nie byłaś u psychologa, to… szereg pytań nasuwa się jakby samoczynnie, prawda?

Odwróciła się ze złością. Była blada, ale jej oczy błyszczały z przekory.

– Przecież i tak już wszystko wiesz i upajasz się swoim triumfem, cholerny dupku.

Michael poczuł, jak podpełza do niego całkowite osamotnienie. Ale wymieszane z samozadowoleniem i perwersyjną satysfakcją. Od wieków nie czuł się tak żywy.

Pokiwał głową.

– Tak się składa, że rzeczywiście wiem. W Søborgu przy Lykkesborg Allé, a więc całkiem niedaleko twojego nowego miejsca pracy. Niewielki, zadbany dom należący do rozwiedzionego komisarza PET o nazwisku… Zresztą, wiesz, jakim. Dwójka dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Trzy i pięć lat.

Lene wyglądała, jakby jakaś myśl uderzyła ją w głowę niczym cegła. W ciągu jednej sekundy stała się blada jak ściana, a jej oczy zrobiły się jeszcze większe. Ze złości zaczęła się jąkać.

– Chyba tego nie zrobiłeś, co? Powiedz, że nie! Powiedz, że nie zamontowałeś kamer w domu Henrika…

Podeszła do niego z zaciśniętymi pięściami. Szczerze mówiąc, Michael nie był pewien, jak by się to skończyło, gdyby się na niego rzuciła. Była niesamowicie silna, zwłaszcza w furii, tak jak teraz.

– Nie lubię pornografii ani podglądactwa – oznajmił urażony. – Więc nie, nie założyłem.

Jego żona wyglądała, jakby uszło z niej powietrze. W jej pięknych, zielonych oczach lśniły łzy jak perły, które po chwili zaczęły spływać po policzkach. Po omacku przytrzymała się oparcia krzesła, zdjęła ręcznik z nadal mokrych włosów, usiadła i wbiła wzrok w blat stołu.

W jednej chwili z Michaela wyparowały poczucie wyższości i słuszny gniew. Chciał już tylko zniknąć, spakować parę najpotrzebniejszych rzeczy i jakimś statkiem, autobusem, pociągiem ruszyć przed siebie bez celu. A następnie zapomnieć połowę swojego życia.

 

Lene odrywała kolejne arkusze papierowego ręcznika, wycierała oczy, wydmuchiwała nos. Zwróciła ku niemu twarz, ale nie była w stanie się zmusić, żeby na niego popatrzeć.

– On ma trzydzieści dwa lata, co oznacza, że mogłabyś być… – ciągnął niewzruszony.

– Zamknij się! Ale z ciebie dupek. – Nowa fala łez. Dała sobie spokój z papierowym ręcznikiem i wycierała je koszulką. – Już mnie nie zauważasz – wyszlochała. – Stałam się dla ciebie meblem.

W końcu popatrzyła mu w oczy i Michaelowi serce wyrywało się z piersi – ale było za późno. Co się stało, to się nie odstanie. Nie należało jej pokazywać nagrań z tej przeklętej kliniki. Po jaką cholerę to zrobił? Z urażonej dumy. Z próżności.

Lene mówiła dalej, niemal bezgłośnie:

– Wiadomo, że to nie jest jakaś wielka miłość. Nie ma szans, żeby kiedykolwiek było jak z tobą i ze mną, i Marią. To nie ma przyszłości. Dwójka małych dzieci. Ale jest miły i naprawdę mnie lubi… Twierdzi, że się zakochał. Jak się o tym dowiedziałeś?

– Czasem zapominasz, że ja naprawdę jestem kimś w rodzaju detektywa. Więc drogą dedukcji: robisz trening siłowy i fitness o szóstej rano, przed pracą. Biegasz co wieczór, jakbyś trenowała na igrzyska olimpijskie. Masz nowe perfumy. Do tego odgłos otwierania tej szuflady, w której trzymasz drogą bieliznę. No i jeszcze ten szczegół, że potrafię przeczytać wyciąg z konta. Jesteś woskowana i pilingowana w miejscach, których nie oglądałem od miesięcy, a na fryzjera wydajesz tyle co Taylor Swift. W dodatku jesteś beznadziejną tajną agentką. W każdy wtorek zaraz po wejściu do domu idziesz pod prysznic, żebym go nie wyczuł. Masz wypieki na twarzy, kiedy myślisz, że nikt nie patrzy i ktoś najwyraźniej wymienił ci olej w stawach biodrowych.

– Żeby nie było, za większość z tych rzeczy płacę ze swoich pieniędzy.

Michael tylko zmierzył ją wzrokiem, a Lene miała dość przyzwoitości, żeby się zaczerwienić. Byli razem od niemal piętnastu lat. W policji zarabiała śmieszne pieniądze, podczas gdy jego roczne dochody były liczone w milionach. Nie mieli rozdzielności majątkowej, więc Lene co do zasady była właścicielką połowy domu, inwentarza, oszczędności, akcji, kont emerytalnych i samochodów.

 

– Chcesz się rozwieść? – spytała.

Michael usiadł przy stole i popatrzył w złocistą źrenicę szklanki z whisky.

– Już raz się rozwiedliśmy. Dziesięć lat temu, gdy mieszkaliśmy na Frederiksbergu. To nie zadziałało.

– Więc co? Terapia dla par?

– Tego też próbowaliśmy, za tysiąc pięćset koron za godzinę. Z tego, co pamiętam, typ nosił hawajskie koszule, białe dżinsy i bransoletki z koralików na obu rękach. Częstował nas zieloną herbatą, a gdy nam polecił swoje rekolekcje mindfulness na Goa, miałem ochotę odstrzelić mu łeb. –Michael przerwał, żeby wziąć oddech. – A ty? Chcesz się rozwieść?

Lene załamana pociągnęła nosem.

– Tak… Nie! Sama nie wiem. – Popatrzyła mu w oczy. – Po prostu to małżeństwo to tylko fasada, którą utrzymujemy ze względu na Marię.

– Wiem, że po zamknięciu firmy zapadłem w hibernację – przyznał. – Ale czuję się tak, jakbym nie był w stanie… albo… jakbym nic nie czuł. – Zerknął na nią z boku. – I jeszcze te twoje cholerne karteczki. Nienawidzę ich!

Lene pokręciła głową, ale z lekkim uśmiechem w kącikach warg.

– To prawda. Jestem neurotyczna i nieznośnie kontrolująca. Ale… co dalej?

Michael wzruszył ramionami.

– Zabukowałem pokój w hotelu w Skovshoved. Nie martw się, będę przychodził wyprowadzać Skippera.

– Chcę, żebyś został – powiedziała cicho.

– Dlaczego?

– To twój dom.

Usłyszeli, jak Maria na zewnątrz opiera rower o ścianę. Po chwili z hukiem otworzyła drzwi i wniosła ze sobą zapach nawozu i koni.

Popatrzyła na nich z progu.

– Skarbie, idź pod prysznic – poprosiła Lene.

– Ale…

– Rób, co ci się każe! – Rozkazujący ton Michaela jeszcze z czasów wojskowych sprawił, że Maria podkuliła ogon i bez szemrania pognała na piętro.

Zadzwonił służbowy telefon Lene.

– O tej godzinie, cholera jasna… Uh, by to szlag…

Wyszła do przylegającego do kuchni salonu i zamknęła za sobą dwuskrzydłowe drzwi. Po paru minutach wróciła z całkiem odmienioną miną. Z niedowierzaniem patrzyła na telefon.

– Muszę wracać do pracy.

– Co się dzieje?

– Coś w Sztokholmie. NI poprosili nas o koordynowanie akcji. Podnieśli poziom do czwórki. Infiltracja za pośrednictwem Arlandy.

– Kto?

– Rosjanie. Trzy osoby. Właśnie ich identyfikują.

– Pewnie przylecieli wysadzić w powietrze jakieś tureckie wesele albo fanklub Galatasaray, żeby zrzucić winę na Kurdów. Albo zrobić jakąś pokazówkę z ukraińskimi uchodźcami.

Lene jęknęła.

– Dlaczego, kurwa, nie ma nikogo, kto by wysłał Putina z powrotem do piekła?

– Bo Putin jest najlepiej chronionym człowiekiem na świecie, ma trzech sobowtórów i eliminuje wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób mogliby zagrozić jego pozycji. Pomyśl o Nawalnym.

– Oraz tych, którzy nabrali niepohamowanej chęci skakania z wysokich budynków.

– Albo utopienia się w swoim basenie w Marbelli.

– Idę się przebrać.

 

Michael z uznaniem zmierzył ją wzrokiem, kiedy znów przed nim stanęła. Na moment wróciła dawna Lene: sprane Levi’sy, czarna koszulka z rozwartą paszczą żarłacza ludojada z Bondi Beach w Australii, na nogach Pumy i wierna brązowa skórzana kurtka. Właśnie wsuwała kowbojski pasek z dużą, srebrną klamrą z Nowego Meksyku w szlufki spękanej, skórzanej kabury, w której mieszkał jej osobisty Walther PDP 9-mm.

Pistolet wyjęła z małej szafki na broń, schowała go w kaburze i była gotowa do wyjścia.

– Będziesz, kiedy wrócę? – rzuciła w powietrze.

W rurach w łazience zaczęła szumieć woda. Maria jak zawsze śpiewała pod prysznicem na całe gardło – Olivię Rodrigo.

– Będę.

– Dzięki.

– Przestaniesz się z nim widywać?

– Tak.

– Dzięki.

 

Kwatera główna Nationella Insatsstyrkan NI. Rikskriminalpolisen, Kungsholmsgatan, Sztokholm, wtorek, 5 kwietnia, godzina 16:00 

Centrum dowodzenia NI przypominało salę kinową z dużymi, płaskimi ekranami pokrywającymi szczelnie wszystkie ściany. Zwołano cały dostępny personel i obstawiono wszystkie posterunki. W powietrzu unosiło się kontrolowane napięcie. Anders Bergfors – szef zespołu i zastępca komendanta głównego policji – zachował koordynację ruchów i widoczną na pierwszy rzut oka siłę z czasów, gdy był na wpół zawodowym szczypiornistą. Miał tatuaże, brodę, potężną sylwetkę i nie znosił owijania w bawełnę. Ci, którzy znali go najlepiej, wiedzieli, że pod jego surowym sposobem bycia kryje się wielkie serce, pewna nieśmiałość i wzorcowe poczucie obowiązku. Teraz, zniecierpliwiony, przemierzał korytarze audytorium o sztucznie regulowanej temperaturze i wypełnione elektronicznym szumem, w którym technicy i analitycy przeczesywali przede wszystkim sieć ATLAS zrzeszającą jednostki policji w państwach Unii Europejskiej i krajach zrzeszonych. Szukali dwóch pasażerów z Pragi.

Gdy już się pokazał swoim ludziom, Anders wycofał się na kanapę w głębi lokalu. W tej chwili niewiele miał tu do zrobienia. Zespół był starannie dobrany i wszyscy jego członkowie dokładnie wiedzieli, na czym polegało ich zadanie. On zasiadł więc obok swojej wiernej asystentki i dobrej przyjaciółki, czterdziestojednoletniej komisarz Ulli Hansson, zajadającej akurat długiego, lukrecjowego żelka. Podrapał się po brodzie i, wzdychając z frustracją, skrzyżował ramiona na obszernej piersi. Jego luźna koszula w kolorze khaki, dżinsy i wysłużone buty trekkingowe mocno kontrastowały z eleganckim, włoskim garniturem Ulli, jej białą koszulą Max Mara i czarnymi kozakami na obcasie Diora. Rozsiewała świeżą i dyskretną woń ROJA Elysium pour Femme, gdy Anders rozsiewał głównie woń jelenia wschodniego, którego dzień wcześniej ustrzelił, wypatroszył, z przyjemnością poćwiartował i powiesił na krokwi swojej spokojnej wiejskiej chaty w Nynäshamn, żeby mięso dojrzało. Trudno uwierzyć, że jeszcze tego ranka, wędrując o świcie po lesie, w błogiej nieświadomości tego, co przyniesie dzień, zbierał szczawik i pieprzniki jadalne – doskonałe do duszenia dziczyzny.

 

Oboje byli bezdzietnymi singlami.

 

– Może są tu tylko przejazdem – Anders zastanawiał się na głos. – Może już są w Danii, Norwegii, Finlandii albo Niemczech.

– Pobożne życzenia.

– Wiem.

Ulla wręczyła mu bieżącą listę najbardziej prawdopodobnych celów ataku terrorystycznego, sporządzoną kilka dni po inwazji na Ukrainę i od tamtej pory stale aktualizowaną. To mogło być cokolwiek i gdziekolwiek – na przykład ambasada Ukrainy na Lidingö. Albo pięćdziesiąt tysięcy uchodźczyń i uchodźców przebywających w kilkunastu ośrodkach recepcyjnych na całym terytorium Szwecji. Oni wszyscy mogli być celem rosyjskich zamachowców. I jeszcze garstka ukraińskich miliarderów mieszkających w Sztokholmie, posiadających firmy z sektora finansowego, transportowego, rolniczego, energetycznego i tak dalej.

– Kawy? – zaproponował.

Ulla wciągnęła końcówkę lukrecjowego kabla.

– Zabiłabym za fajkę – wyznała. – Naprawdę nie możemy sobie odpuścić zasad ten jeden raz? Przecież nie na co dzień mamy do czynienia z bezpośrednim zagrożeniem dla bezpieczeństwa kraju.

– Dobra. Niniejszym udzielam ci oficjalnego pozwolenia napalenie w moim biurze, do odwołania – oznajmił uroczyście.

Ulla wyjęła z torebki papierosy i zapalniczkę, i już miała wstać, gdy uwagę ich obojga przykuła młoda analityczka. Dziewczyna stłumiła okrzyk, gwałtownie wstała od biurka i z otwartym laptopem w ramionach pośpiesznie ruszyła schodami w ich stronę.

– Malin, chodźmy do mnie – rzucił jej Anders, nim zdążyła cokolwiek powiedzieć.

Przeszli całą trójką na drugą stronę korytarza i weszli do biura Andersa. Ulla od razu zapaliła papierosa, a Anders poprosił dziewczynę, żeby usiadła w jego fotelu. Sam stanął za jej plecami.

Kobieta była w pełni skupiona.

– Właśnie dostaliśmy to od CIA w Langley. W ogóle byli bardzo pomocni.

Wyświetliła biometryczną identyfikację starszego z mężczyzn, którzy tego dnia przed południem przylecieli z Pragi. Program analizował osiemdziesiąt punktów w twarzy en face i pięćdziesiąt pomiarów twarzy z profilu, takich jak stosunek szerokości nozdrzy i grzbietu nosa do wielkości ust, odległość między źrenicami, kształt uszu i tak dalej. Do identyfikacji wykorzystano nagrania z kontroli paszportowej w Arlandzie. Mężczyzna w średnim wieku nie uśmiechał się i miał poważny wyraz twarzy. CIA, na podstawie tego zdjęcia, przeszukało swoją ogromną bazę danych w Zachodniej Wirginii i przysłało im kilka pasujących zdjęć, starannie wybranych ze zbioru kompletowanego przez lata z najwyższą pieczołowitością. Przedstawiały pułkownika Konstantina Golonina, dawnego czynnego pracownika rosyjskich służb specjalnych Specnazu. Zdjęcia pochodziły z parad wojskowych i konferencji na temat polityki bezpieczeństwa z lat 2020 i 2021. Golonin stał na podium w zielonym, wojskowym mundurze, tyle że obecnie z tarczą i mieczem na ramieniu – symbolem FSB.

Pułkownik Konstantin Golonin był oficerem z rodowodem i synem podpułkownika w korpusie inżynierów Armii Czerwonej. Urodził się 23 maja 1965 roku w Kałudze położonej na południowy zachód od Moskwy. Potem, w czasie licznych misji ojca, włóczył się po koszarach – od Kuby po Angolę. Matka chłopaka zmarła w Mozambiku, kiedy ten miał piętnaście lat. Dwa lata później został przyjęty do szkoły oficerskiej w Moskwie. Nie miał rodzeństwa, dzieci ani żony. Dla Specnazu jeździł na misje, od Czeczenii po Syrię. Potem widniał jako pracownik kontraktowy FSB/GRU.

Tyle było wiadomo.

– Ekspert od materiałów wybuchowych – dodała Malin.

– A jego kompan? – chciał wiedzieć Anders.

– O nim jeszcze nic nie ma.

– Kierowca?

Malin pokręciła głową.