Opowiadania - Marek Hłasko - E-Book

Opowiadania E-Book

Marek Hlasko

0,0

Beschreibung

Opowiadania są bramą do literackiego uniwersum Marka Hłaski, przeklętego pisarza polskiej literatury XX wieku. Surowym, szczerym i głęboko ludzkim głosem Hłasko tworzy w tych opowiadaniach mozaikę istnień naznaczonych samotnością, buntem i poszukiwaniem godności w świecie, który często zdaje się jej odmawiać. Na tych stronach spotykają się bohaterowie walczący z własnymi ograniczeniami, kochający z dziką intensywnością, wspominający z bólem lub po prostu próbujący przetrwać otaczającą ich rzeczywistość. Każde opowiadanie odsłania mistrzostwo narracyjne Hłaski: jego zdolność do bezlitosnej, przenikliwej obserwacji codzienności i przekształcania jej w literaturę o niezapomnianej sile wyrazu. Sięgając po Opowiadania, czytelnik odkrywa nie tylko zbiór poruszających i mocnych historii, lecz także istotę autora, którego burzliwe życie i literacka wrażliwość uczyniły postacią wyjątkową w europejskiej literaturze.

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 164

Veröffentlichungsjahr: 2026

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



W tym zbiorze znajdują się najważniejsze dzieła literatury światowej, każde w swoim oryginalnym języku.

W serii Listy Polskie do najważniejszych wydarzeń należą: Pan Tadeusz Adama Micjiewicza; Lalka Bolesława Prusa; Quo Vadis Henryka Sienkiewicza; Kordian Juliusza Słowackiego; i Nad Niemnem Elizy Orzeszkowej, oraz inni.

Marek Hłasko

OPOWIADANIA

© Ed. Perelló, SL, 2026

Carrer de les Amèriques, 27

46420 - Sueca, Valencia, Spain

Tlf. (+34) 644 79 79 83

[email protected]

http://edperello.es

I.S.B.N.: 979-13-70194-45-1

Kserowanie tej książki lub swobodne udostępnianie jej w Internecie bez zgody wydawcy jest karalne.

Wszelkie prawa zastrzeżone. Wszelkie formy reprodukcji, dystrybucji, publicznego udostępniania lub przekształcania tego dzieła są dozwolone wyłącznie za zgodą jego właścicieli, chyba że prawo stanowi inaczej. Skontaktuj się z CEDRO (Hiszpańskie Centrum Praw Reprograficznych, www.cedro.org), jeśli chcesz skserować lub zeskanować fragment tego dzieła.

Przedmowa

Kiedy Marek Hłasko rozpoczynał swoją przygodę z literaturą w latach pięćdziesiątych, pojawił się na scenie niczym błyskawica – nagły, oślepiający, budzący zarówno zachwyt, jak i lęk. Niniejsza edycja stanowi wersję skróconą oryginalnego wydania książki, przygotowaną z myślą o czytelniku, który pragnie poznać najważniejsze teksty Hłaski w bardziej zwartej formie. Jego nazwisko zaczęło krążyć z niezwykłą szybkością: mówiono o nim w redakcjach, kawiarniach literackich i w kręgach krytyki. Debiutujący autor, wówczas bardzo młody, od razu przyciągał uwagę stylem, który nie miał nic wspólnego z obowiązującym schematem socrealizmu.

Na początku krytyka nie szczędziła mu komplementów. Kazimierz Wyka określił go na łamach Nowej Kultury mianem „objawienia” i podkreślał jego naturalny talent, świeżość spojrzenia i autentyczność. Artur Sandauer widział w nim pisarza szczerego, nieoszlifowanego, który mówi głosem zwykłych ludzi. W czasach, gdy literatura miała przede wszystkim podtrzymywać ideologiczne złudzenia, pojawienie się Hłaski było jak otwarcie okna w dusznym pokoju.

Jednak szybko okazało się, że ten nowy głos jest dla systemu niewygodny. Gdy Hłasko coraz wyraźniej dystansował się od socrealistycznych ideałów, ton krytyki zmienił się. Ryszard Matuszewski zarzucał mu pesymizm, nihilizm, brak wiary w człowieka – zarzuty niezwykle poważne w epoce, w której literatura miała krzepić i dawać nadzieję. Opowiadania Hłaski uznano za zbyt mroczne, zbyt oderwane od „społecznej rzeczywistości”.

Mimo to jego talentu nie dało się zignorować. W 1957 roku zbiór Pierwszy krok w chmurach, będący częścią kanonicznego trzonu Opowiadań, został uhonorowany Nagrodą Literacką Wydawców. Jury tworzyły najwybitniejsze postaci polskiej kultury – Maria Dąbrowska, Jarosław Iwaszkiewicz, Antoni Słonimski, Kazimierz Wyka i Tadeusz Kotarbiński. Było to jednoznaczne potwierdzenie, że twórczość młodego autora nie tylko poruszała czytelników, ale też zdobywała uznanie instytucjonalne.

Kolejny ważny moment nastąpił w 1963 roku, kiedy Opowiadania włączono do prestiżowej serii Biblioteka „Kultury”, wydawanej w Paryżu przez Instytut Literacki Jerzego Giedroycia. W serii tej ukazywały się dzieła Miłosza, Gombrowicza czy Sołżenicyna – autorów, którzy współtworzyli obraz literatury XX wieku. Fakt, że Hłasko znalazł się w tym gronie, potwierdzał jego rangę i międzynarodowy wymiar jego pisarstwa.

Twórczość Hłaski to przede wszystkim świat bohaterów, którzy pragnęli więcej, a otrzymali mniej. Jego proza to podróż przez marzenia, rozczarowania i samotność. W jednym z pierwszych opowiadań, „Brat czeka na końcu drogi”, poznajemy chłopca, którego życie na zawsze naznaczyła samobójcza śmierć brata. W „Domu mojej matki” śledzimy los kobiety, która po wojnie straciła wszystko, a jej dom staje się symbolem utraconych marzeń. Z kolei „Krzyż” opowiada o mężczyźnie zmuszonym do dramatycznego wyboru moralnego, podczas gdy „List” mówi o miłości niespełnionej, zamkniętej w listach, które nigdy nie zostały wysłane.

W „Oknie” młody bohater obserwuje świat, do którego nie potrafi się dopasować. „Ósmy dzień tygodnia”, jedno z najsłynniejszych opowiadań, ukazuje młodą parę, która pragnie chwili intymności i szczęścia, lecz zderza się z murem bezdusznej rzeczywistości. „Pamiętasz, Wanda” jest nostalgiczną opowieścią o młodzieńczej miłości i przyjaźni, które zostały na zawsze utracone. W „Pierwszym kroku w chmurach” chłopiec zakochuje się i marzy o lepszym życiu, ale marzenia te brutalnie rozpadają się pod ciężarem rzeczywistości.

Nie mniej przejmujące są „Finis Perfectus”, historia o złudzeniu idealnego końca, który okazuje się kolejnym rozczarowaniem, oraz „Kancik, czyli wszystko się zmieniło”, w którym młody chłopak gwałtownie wkracza w dorosłość, tracąc niewinność. W „Odlatujemy w niebo” bohaterowie marzą o wolności, ale ich nadzieje rozpadają się wobec twardej rzeczywistości. „Pijany o dwunastej w południe” to dramat człowieka pogrążającego się w alkoholu, a „Lombard złudzeń” ukazuje świat, w którym ludzie zastawiają swoje marzenia w zamian za możliwość przetrwania. Wreszcie „Stacja” splata losy ludzi na dworcu kolejowym, gdzie spotykają się nadzieje i rozczarowania, a „Targ niewolników” staje się alegorią społeczeństwa, w którym godność i marzenia wymienia się na korzyści materialne.

Opowiadania te układają się w panoramę życia, które nie spełnia oczekiwań, w katalog klęsk i niespełnień, a zarazem w literacki zapis buntu przeciwko zakłamaniu.

W pewnym sensie Hłasko był bliski Tadeuszowi Borowskiemu – obaj pisali o przegranych ludziach. U Borowskiego byli to ci, których zniszczyła wojna, u Hłaski – ci, których złamała codzienność Polski Ludowej. Można go zestawić także z Leopoldem Tyrmandem, który opisywał warszawski półświatek. U Tyrmanda było jednak więcej sensacyjności, u Hłaski – więcej beznadziei i egzystencjalnej pustki. Pisarz bywał też zaliczany do pokolenia „pryszczatych”, młodych autorów lat pięćdziesiątych, którzy początkowo wierzyli w socjalizm, by później rozliczać się z jego złudzeń. Ale Hłasko nie pisał przeciw ideologii – jego bunt miał wymiar głębszy, egzystencjalny.

Niektórzy krytycy porównywali go z Camusem czy Sartre’em. I rzeczywiście, w jego bohaterach można dostrzec echo europejskiego egzystencjalizmu – poczucie absurdu, samotności, braku sensu. Ale Hłasko nie potrzebował filozoficznych traktatów, by mówić o absurdzie: wystarczyło mu spojrzeć na warszawskie ulice, posłuchać rozmów w barach mlecznych czy na dworcach.

Dlatego jego Opowiadania pozostają tak żywe. Nie starzeją się, ponieważ opowiadają prawdę o człowieku – prawdę niewygodną, pełną bólu, ale też uniwersalną. Marek Hłasko nie pisał o tym, co ludzie powinni czuć. Pisał o tym, co naprawdę czują: samotność, zmęczenie, pragnienie, gniew, poczucie, że życie nie daje drugiej szansy.

W 1957 roku nagrodzono go przez najwybitniejszych krytyków. W 1963 roku jego Opowiadania znalazły się w gronie klasyków publikowanych przez Instytut Literacki w Paryżu. A dziś, gdy sięgamy po te teksty, odkrywamy na nowo, że Marek Hłasko był i pozostaje jednym z najważniejszych i najprawdziwszych głosów polskiej literatury XX wieku.

Brat czeka na końcu drogi

To było małe miasto i mała stacja. Pociągi przychodziły rzadko, nikt tu prawie nie przyjeżdżał, a ludzie przesiadujący z nudów nocami w bufecie kolejowym znali się już dobrze: pili tanie wina, piwo i ukradkiem przyniesiona wódkę; rano szli do pracy otępiali, z żelaznym bólem pod rozpalona czaszką. Kiedy pewnej letniej i dusznej nocy wszedł ten człowiek, wszyscy unieśli głowy. Wyglądał dziwnie: twarz jego była tak pomięta, że nikt nie wyczytałby z niej wieku, plecy miał kabłąkowate, a wyraz jego oczu można by określić jako szalone zdziwienie. Stał na progu i - mnąc w rękach czapkę - rozglądał się z głupkowatym uśmiechem. Przestępował przy tym z nogi na nogę jak dzieciak, który ma zamiar spłatać figla. Głowę trzymał pochyloną nisko do przodu i dopiero, kiedy obrócił się do patrzących nieco bokiem, wszyscy zobaczyli, że na karku jego wyrósł potężny, do garbu podobny guz mięśni. Tak czasem bywa z mężczyznami, którzy bardzo wcześnie - jako młodzi chłopcy - zaczęli ciężko pracować fizycznie.

Stał tak długą chwilę i rozglądał się wciąż z tym samym uśmiechem zaciekawienia. Potem pochylił się jeszcze bardziej i szybko podszedł do pierwszego z brzegu stolika, przy którym siedziało dwóch młodych mężczyzn z kobietą. Przystanął przy nich; oparłszy się dłonią o krawędź stołu, pochylił się ku kobiecie i patrzył na nią rozszerzonymi oczami. Kobieta odsunęła się gwałtownie.

- Czego pan chce? - zapytał jeden z młodych ludzi. Był to ładny chłopiec o jasnych włosach i ogorzałej cerze; niebieska, szeroko przy szyi rozpięta koszula podkreślała kontrast tych barw. Czekał chwilę, a kiedy zagadnięty nie odpowiedział, powtórzył pytanie: - Czego pan tu chce?

Zgarbiony człowiek milczał. Wciąż patrzył na kobietę i uśmiechał się radośnie.

- Czego pan chce? - pytał dalej ładny chłopiec.

- Nie jesteśmy samy, chyba pan to widzi. Idź pan stąd do diabła.

Człowiek wpatrujący się w kobietę nie drgnął nawet, patrzył prosto w jej twarz, a jego oczy z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej okrągłe. Wtedy drugi chłopak szybkim ruchem strącił jego dłoń ze stołu.

- Uciekaj - powiedział. Uciekaj stąd, bo będzie źle. Mówię ci: uciekaj stąd szybko.

Pchnął zgarbionego w plecy. Ten niechętnie, z powolnością niedźwiedzia, odszedł. Krążył chwilę po sali, rozglądając się bacznie, potem znów przystanął przy jakimś stoliku. Siedziała tam kobieta w jaskrawej sukni wraz z dwoma wojskowymi. Wszyscy troje byli trochę podpici, bawili się między sobą nie zwracając uwagi na resztę ludzi i kiedy zgarbiony podszedł do nich, nie wywołało to u nikogo zdziwienia.

- Chcesz się napić przyjacielu? zapytał jeden z wojskowych. Nalał wina w kufel po piwie i podał zgarbionemu. - Napij się – powiedział - i wspominaj nas dobrze.

Zgarbiony nie wziął kufla. Patrzył na kobietę i nie mówił nic.

Uśmiechnął się szeroko, odsłaniając bezzębne dziąsła i kobieta odwróciła głowę.

- Zalany jest - powiedziała. - Dajcie mu spokój. Sam widocznie wie, że ma dosyć.

- Nie, to nie - powiedział wojskowy. Odstawił kufel. - Siadaj, kochany - rzekł do zgarbionego. - Siadaj i opowiedz coś o sobie. Skąd jesteś?

Zgarbiony milczał, jego pomięta twarz zarumieniła się nagle jak po wypiciu dużego kielicha wódki. Kobieta zdenerwowała się nagle.

- Jakiś niemowa - powiedziała z gniewem. Zwróciła się do jednego z wojskowych: - Powiedzcie mu, żeby stąd poszedł. Czy nie można nawet parę minut posiedzieć w spokoju? Niech on sobie stąd idzie.

Milczący dotąd drugi wojskowy powiedział nagle:

- Tak, tak, niech pan sobie stąd idzie.

A kiedy zgarbiony człowiek mimo to nie odchodził, pochylił ku niemu poczerwieniałą twarz i syknął:

- Wynocha, rozumiesz?

Zgarbiony stał jeszcze przez chwilę, potem odszedł krok i z tego miejsca patrzył na kobietę. Tym, którzy obserwowali go z boku, zdawało się, że nie widzi nic poza nią, tak jakby jego oczy mogły przyswajać sobie ten tylko jedyny obraz. Było to przykre.

Towarzystwo przy stoliku siedziało przez chwilę w milczeniu, potem jeden z wojskowych powiedział bardzo głośno do swego towarzysza:

- Nie rozumie widocznie po ludzku.

- Zawołaj milicjanta - rzekła kobieta odwracając głowę. - Jeśli nie ma innej rady, zawołaj milicjanta.

- Tutaj, na tej stacji? Łatwiej zadzwonić na Boga.

- Czekaj - ożywił się drugi. - Ja go postraszę.

Sięgnął do pasa i - udając, że wyjmuje pistolet - wymierzył w zgarbionego palec i krzyknął głośno:

- Puff, paff.

Zgarbiony człowiek zasłonił oczy rękami i niezdarnie począł cofać się tyłem. W drzwiach potknął się o próg i runął. Potem zerwał się nagle i uciekł nie zamykając nawet drzwi. Wszyscy zachichotali.

- Jakiś dziwak - powiedziała kobieta.

- Nieczęsto się taki trafia w każdym razie.

- Może wariat?

- Diabli wiedzą.

- Mało wariatów chodzi po świecie? Podobno każdy jest w jakimś tam stopniu zwariowany...

- Wiecie co robi wariat, kiedy chce zobaczyć nagą kobietę?

- No?

- Żeni się.

- Świntuch. Ale tamten nie wyglądał na wariata.

- Ci, co się żenią, także nie wyglądają.

- Jeśli jeszcze raz tak powiesz, to odejdę od was.

- W tym mieście nie znajdziesz innego towarzysza. Siłą rzeczy jesteś skazana na nasze.

- O której przychodzi nasz pociąg?

- Jeszcze czas. O piątej. Boże, on znów przyszedł...

Wszyscy troje odwrócili głowy. Zgarbiony człowiek stał w drzwiach i rozglądał się bacznie, a pierwsze co zauważyli to uśmiech, który nie znikł z jego twarzy. Stał bez ruchu kilka sekund; kiedy zrozumiał, że nikt z obecnych nie ma zamiaru go wyrzucać, przeszedł wolno na środek sali. Stanął obok jakiegoś stolika, gdzie siedziało liczne towarzystwo; ilość pustych butelek stojących przed nimi świadczyła, że nie marnowali czasu od rana. Nikt nie zwrócił na niego uwagi; stał wychylony jak bocian. W pewnym momencie wyciągnął rękę i dotknął ramienia jednej z kobiet, przesunął po nim dłonią w sposób jakiś bardzo pieszczotliwy. Kobieta powoli odwróciła głowę, lecz kiedy zobaczyła przed sobą obcego człowieka, krzyknęła i przytuliła się do mężczyzny. Ten wstał purpurowy z pasji.

- Co jest, do jasnej cholery? - powiedział - Co jest, ty łobuzie? Co ty sobie myślisz?... - zaczął się nagle krztusić ze złości i nie dokończył. Z całej siły uderzył zgarbionego pięścią w usta.

Zgarbiony nie odsunął się i nie spojrzał nawet na mężczyznę. Oblizał krew z warg i w dalszym ciągu patrzył na kobietę; trzymał przy tym uniesioną rękę, tak jakby raz jeszcze chciał dotknąć jej ramienia.

Ten uśmiech i gest rozjątrzył mężczyznę. Uderzył go teraz dwa razy, o wiele silniej: raz w twarz, raz w żołądek. Zgarbiony zwinął się z bólu; wtedy mężczyzna błyskawicznie kopnął go w twarz. Teraz dopiero zgarbiony rozciągnął się jak długi.

- Masz dosyć? - zapytał mężczyzna. Zasapał się i począł ocierać spocone czoło; jego wielka, kraciasta chustka stała się momentalnie mokra.

Od stolika stojącego w rogu podniosło się dwóch kolejarzy. Podeszli do leżącego i pochylili się nad nim.

- Teraz ma dosyć - powiedział jeden z nich. Zwrócił się do stojącego wciąż mężczyzny. - Wyprowadzę go na peron. Świeże powietrze dobrze mu zrobi.

- Bydlę - mruknął mężczyzna. Usiadł.

Kolejarze wzięli leżącego pod ramiona i wyprowadzili go na peron.

Noc była duszna, brakowało im oddechu, uciskały sztywne kołnierzyki.

Pachniało czadem i liśćmi nagrzanymi za dnia. Daleko, nad zielonymi światłami semaforów, błyszczały blednące gwiazdy Wielkiego Wozu.

- Lepiej? - zapytał jeden z kolejarzy zgarbionego.

Kiwnął głową.

- Wiesz już, gdzie jest twój brat?

Nic nie odpowiedział ani nie uczynił żadnego ruchu głową. Kolejarz odpiął z rzemienia latarkę i oświetlił sobie nią twarz.

- Rozumiesz, co będę mówił do ciebie?

- Tak - powiedział zgarbiony.

- Wiesz, gdzie mieszka twój brat?

- Nie. Nie wiem.

Milczeli przez chwilę. Kolejarz uniósł nieco wyżej latarkę.

- Słuchaj - powiedział. - Widzisz ten tor?

- Tak - rzekł zgarbiony.

- Idź prosto tym torem. To kilometr, może dwa. Widziałem się dzisiaj z twoim bratem. Powiedział, że będzie na ciebie czekać. Spotkasz go.

Mówił mi, że weźmie cię do siebie. Rozumiesz?

- Tak - powiedział zgarbiony.

- To idź już, czas. Chcesz papierosa?

- Nie - powiedział zgarbiony. - Muszę iść. Jeżeli on na mnie czeka, to muszę iść. Przyjadę do was kiedyś z bratem.

Odszedł. Patrzyli za nim, jak biegnie środkiem toru potykając się na podkładach.

- Za dziesięć minut tym torem będzie szedł pociąg - powiedział milczący dotychczas kolejarz.

Drugi spojrzał na oświetlony zegar.

- Za osiem.

- Słońce już wschodzi. Możesz zgasić latarkę.

- Już za parę dni będzie wschodzić później.

- On nic nie słyszy?

- Jest głuchy jak pień. Możesz strzelać o krok za nim.

- Ogłuchł tam, w więzieniu?

- Tak. Może zresztą jeszcze wcześniej.

- Musieli pewnie z nim coś robić.

- Nie mam pojęcia. Pewnie przesłuchiwali go na swój sposób.

- Ja nie chcę nic na ten temat słyszeć, rozumiesz? Mnie toto wszystko nic nie obchodzi. Ja nie chcę o tym słyszeć.

- Nie słuchaj.

Znów milczeli chwilę. Czerwona kula słońca ukazała się na horyzoncie. Mokre tory lśniły jak dwa pasma słońca. Gdzieś daleko biegł między nimi pochylony człowiek.

- Ile siedział?

- Jedenaście lat. Miał jakieś sprawy z partyzantki. Teraz go wypuścili.

- Nie ma nikogo?

- Nikogo - powiedział kolejarz. - I trochę mu się pomieszało w głowie. Kiedy tam trafił, był jeszcze dzieckiem. Miał kiedyś brata i ciągle czeka na niego, ciągle szuka. Ten brat już dawno umarł, ale on nie chce w to uwierzyć. Jedenaście lat w więzieniu to przecież coś znaczy.

- Skąd wiesz o tym wszystkim?

- Trzy dni temu wracał z tamtymi. Wypuścili go z amnestii. Na tamtych czekały rodziny, żony i tak dalej. Na niego nikt. Wczoraj okradli go ze wszystkich pieniędzy. Jedenaście lat nie widział żadnej kobiety, dlatego im się tak przygląda. Ciągle obrywa po mordzie.

Przysiedli na ławeczce pod zegarem.

- Nie znalazłby i tak swego brata - powiedział jeden.

- Przecież nie żyje.

- Racja. Może by go wzięli do jakiegoś przytułku?

- Mury na mury? Zresztą... masz czas zająć się tym?

- Nie.

- Tak będzie najlepiej.

- Jasne. To już za dwie minuty... - Zwrócił się nagle do kolegi.

- Słuchaj - powiedział - to gdyby oni tam, w poczekalni, mówiąc do niego, patrzyli mu w oczy czy tam prosto w twarz, nie potrzebowaliby go bić?

- Oczywiście - powiedział drugi. - Oczywiście... - Z hukiem przejechał pociąg, a kiedy ustało już dudnienie, kolejarz rzekł:

- Puścili o minutę za wcześnie. - Kopnął jakiś kamyk i uśmiechnął się kwaśno. - Ba - powiedział.

- Gdyby wszyscy nam mogli patrzeć w twarz...

Dom mojej matki

Moja matka była starą i brzydką kobietą. Nie mógłbym nawet silić się na opisanie jej twarzy; zdaję sobie sprawę, że twarz ta nie zachowała nic ze swojej prawdy: tak dzieje się często z ludźmi bardzo schorowanymi i zniszczonymi przez przeżycia ponad skromne ich siły.

Patrzyłem, jak gasła moja matka. Były to jedyne chwile mego życia, kiedy czułem się zupełnie bezsilny; tak bezsilny, jak tylko może się czuć człowiek, który uprzytomni sobie, że zawsze może iść z czasem naprzód, lecz nigdy go powstrzymać. Trwało to jednak krótko; potem zrozumiałem, że człowiek, który chciałby powstrzymać czas, jest w takiej sytuacji, jakby wsadził dłoń w górski strumień i czując jej drżenie, myślał, że tamą jest jego dłoń.

Mówiłem wtedy:

- Nie martw się, mamo! Wszystko będzie dobrze i będziesz mieć swój dom. Przecież wiesz, że nikogo na świecie nie kocham bardziej od ciebie...

Wiem, że matka moja nie była nigdy kochana przez żadnego mężczyznę: małżeństwo jej z moim ojcem nie należało do szczęśliwych. Prawie już nie pamiętam ojca, lecz z opowieści wiem, że przez całe życie paliło mu się pod czaszką. Był to jednak zimny ogień inteligenta, który nie daje nic prócz blasku. W pewnym momencie swego życia ojciec mój wypalił się; potem już jego serce i myśli przypominały patyczek choinkowy, na którym zwęgliła się owa minimalna ilość substancji chemicznych dająca silny i piękny blask. Resztę życia spędził na szukaniu usprawiedliwień dla samego siebie; stał się gorzki i niesprawiedliwy wobec każdego.

Moja matka rzekła mi kiedyś:

- Nie jesteś dzieckiem urodzonym z wielkiej miłości. Z twoim ojcem pobraliśmy się dlatego, że myśleliśmy, iż będziemy sobie potrzebni.

Pamiętaj, abyś nigdy nie wierzył w takie rzeczy; nie wolno ci!

Ludzie, którzy myślą, że z czasem dopiero staną się sobie potrzebni, powinni odejść od siebie i zapomnieć kroków, które ich wiodły ku sobie.

Bardzo mnie to wtedy zabolało. Gdy się dowiedziałem, że moi rodzice nie byli złączeni miłością, bez której w wyobraźni mojej nie mogło być nic stałego, uczułem momentalnie ssącą pustkę i przez długie miesiące nie opuszczała mnie myśl, że właściwie nie jestem nikomu potrzebny. Zdawało mi się, że ludzie tacy jak ja - nie powinni żyć.

- Po co mi to mówisz, mamo? - rzekłem wtedy. - Mam osiemnaście lat i gotów byłbym zabić za każdy listek oderwany z drzewa moich marzeń...

- Uschnie szybko twoje drzewo, jeśli nie będziesz wiedział, że zdarzają się burze i grady...

Dziś nie mam już osiemnastu lat; bardziej nad burze i grady pragnąłbym drętwej ciszy południa. Wtedy jednak ciężko mi było dzień po dniu przeżywać z człowiekiem, który nie był kochany; tym ciężej, że człowiekiem tym była przecież moja matka. Goryczy dodawała mi myśl, że matka moja nie pragnie już cierpień, miłości ani walki; wielkiej goryczy dodawała mi myśl, że jedynym pragnieniem jej życia jest mały, własny, kolorowy domek na przedmieściu.

- Mamo! - mówiłem. - Przecież to straszne dla mnie, że ty marzysz tylko o własnym domku i o niczym już więcej. Jakże mam cię kochać? I dlaczego tylko tyle? Jesteś przecież dobrym człowiekiem i wiem, że potrafisz kochać; ja to wiem najlepiej! Nie mogę cię jednak wcale zrozumieć... Są kraje, w których miliony ludzi znajdują się bez dachu nad głową i bez kawałka chleba, miliony głodnych i nieszczęśliwych ludzi. Mało... Nie wiadomo, czy ci ludzie, którzy mają dziś dach nad głową, jutro nie zostaną bez niego. Jakich wymiarów wobec tych spraw nabiera twoje marzenie? To żałosne, mamo... Czy naprawdę widzisz teraz uczciwe miejsce na twoje marzenie? - Każde marzenie - odpowiadała mi matka - jest uczciwe.

Samo słowo m a r z e n i e jest uczciwe. Nieuczciwe mogą być myśli, pragnienia, dążenia, lecz marzenie pozostanie, czyste, nawet wtedy, kiedy inni wdepczą ci je w błoto... Pomyśl: będziemy mieć własny dom. Będzie ci źle, będą cię zdradzać i wyszydzać ludzie, wtedy wrócisz do naszego domu i powiesz tylko: „To jest nasz dom”. Świat wyda ci się inny, jeżeli spojrzysz nań przez okno naszego domu.

- Nie chcę mieć takiego domu - mówiłem łykając gniew - w którym musiałbym kryć się przed światem i przed ludźmi. To nie dom, to skorupa. Brzydzę się skorupą.

O, nie było doprawdy argumentu, którego bym nie użył. Mówiłem o trudzie tych, którzy budują od podstaw nowe życie, o tysiącach nowych domów; przynosiłem dziesiątki gazet, moje radio znienawidzili sąsiedzi, staruszka mieszkająca przez ścianę nie odpowiadała na moje ukłony; przestałem mówić zwykłym ludzkim głosem, tylko ryczałem, przybierałem teatralne pozy: to wszystko było przecież moją prawdą i robiłem wszystko, co mogłem, aby zrozumiała ją także moja matka.

Lecz wszystko na próżno - ten przeklęty, kolorowy domek na przedmieściu był wbity jak dziesięciocalowy gwóźdź w drzewo marzeń mojej matki. Swoje słowa czułem niby odbijające się piłeczki i w sercu moim coraz bardziej rozlewała się gorycz. Bywałem niedobry i niesprawiedliwy dla matki; potem oczywiście czyniłem wszystko, by to odrobić, dzięki czemu nasze ciche dotąd życie we dwójkę stało się łodzią żeglującą po niespokojnej wodzie. Lecz aby płynąć, musieliśmy wiosłować we dwójkę.

Chodziłem czasem na przedmieście i wałęsałem się godzinami po piaszczystych i krzywych uliczkach, gdzie przycupnęły małe domki.

Doszedłem do tego, że patrzyłem na nie z nienawiścią i z nienawiścią także myślałem o sobie, że mały ten domek w jakimś sensie przesłania mi widok na ogromny mój świat. Lecz nie mogłem go zburzyć. Ohydne były dla mnie słoneczniki i zielone sztachetki, klomby i spacerujące po nich kury, radośnie umorusane dzieci i koty leżące w słońcu.

Pogardzałem każdym z tych ludzi mieszkających w kolorowych domkach na peryferiach naszego miasta. Gdyby to zależało ode mnie, zabroniłbym budować takie domki. Myślałem wtedy o strasznej sile, jaką jest ludzkie przyzwyczajenie. Zabroniłbym budować takie domki, gdyż zdawało mi się, że ci, którzy w nich mieszkają, nie wiedząc o tym, sami pozbawiają się rzeczy o wiele większych.

„O, mamo - myślałem - łatwiej chyba zbudować sobie nieśmiertelność niż porozumieć się z drugim człowiekiem”.