Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
W Londynie ma miejsce seria samobójstw wśród starszych osób. Policja nie widzi w tym nic podejrzanego, zamyka jedną sprawę po drugiej. Tylko jeden człowiek podejrzewa, że w grę wchodzi coś bardziej złowieszczego. Inspektor Tom Thorne, przeniesiony niedawno karnie do służby mundurowej, ma przeczucie, że w tych zgonach ktoś maczał palce. Krok po kroku, narażając swą i tak już mocno nadszarpniętą reputację, podupadającą karierę i ledwie rozpoczęty nowy związek oraz przyjaźń i dalsze kariery swych nielicznych przyjaciół, rusza tropem mordercy. Natrafia na sławną sprawę sprzed lat i zatwardziałego londyńskiego gangstera, który nie zawaha się przed niczym, aby dopełnić krwawej zemsty. To człowiek niemający nic do stracenia i sporą listę ofiar do zlikwidowania. Co więcej, zna sposób, aby zmusić tych ludzi, aby sami odebrali sobie życie… W tej rozgrywce prócz zimnej krwi Thorne'owi potrzebna będzie zwłaszcza siła perswazji.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 456
Veröffentlichungsjahr: 2022
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
Perswazja
Perswazja
© Mark Billingham 2013
© Copyright to the Polish Edition: Jentas A/S 2021
Tytuł oryginału: The Dying Hours
Przełożył Robert P. Lipski
ISBN: 978-87-428-6020-5
Tom Thorne
KokonMięczakOfiaryPodpalonaZapomnianiUprowadzonyMścicielNaśladowcaPułapkaPresjaPerswazjaKościCzas śmierci–––
Dla Katie. Nie mógłbym być bardziej dumny.
–––
Zemsta to rodzaj łaski...
Tim Lott, Under the Same Stars
Prolog
Jak wiele krwi?
Kiedy w końcu znalazł właściwą stronę w internecie, przebrnął przez ten cały durny szajs, że trzeba mieć coś, dla czego warto żyć, i próbować zasięgnąć pomocy u specjalistów; kiedy w końcu odnalazł stronę, która naprawdę powiedziała mu to, co chciał wiedzieć, na to jedno jedyne pytanie nie znalazł odpowiedzi. Były tam wszystkie inne informacje: jak i gdzie ciąć, o tym że woda w wannie pomaga podnieść temperaturę ciała i rozszerza żyły czy coś w ten deseń. I pozwala zapewnić nieprzerwany upływ...
To było irytujące, bo kiedy już postanowił, co chce zrobić, musiał wiedzieć, jak tego dokonać we właściwy sposób. Miał wszystkie informacje, dzieliło go od nich tylko parę naciśnięć klawisza. A więc... jak wiele krwi musi wypłynąć z ciała, zanim... nadejdzie koniec? Przypuszczalnie parę litrów. Z całą pewnością sporo już wypłynęło. Patrzy na wirujące w wodzie chmury szkarłatu, widzi, jak wznoszą się i opadają, aż w końcu cała woda w wannie zabarwia się na czerwono. I już nie widzi leżącego na dnie wanny noża.
To szok, ile tego wypływa.
Zastanawia się nad tym jeszcze przez kilka minut, ale stwierdza, że ostatecznie to nie ma znaczenia. Może nie wiedzieć, ile konkretnie krwi musi stracić ciało, ile pint czy litrów, ale odpowiedź jest oczywista, jedyna i w zupełności mu wystarczy.
Dostatecznie dużo.
Nie jest to też w sumie takie bolesne, a w każdym razie po tych pierwszych cięciach, które z pewnością musiały trochę zapiec. Czytał, że to jeden z łagodniejszych sposobów na pożegnanie się ze światem, w porównaniu z niektórymi, ale tamte i tak nie wchodziły w rachubę. Ten był doskonały. Owszem, bałagan przy tym był nieunikniony, ale sposób – doskonały. Odkąd podjął ostateczną decyzję, borykał się z jeszcze jednym pytaniem, ale nie udało mu się znaleźć żadnej strony internetowej, która podsunęłaby mu na nie jakąś odpowiedź.
Co jest potem?
Nigdy nie był specjalnie wierzący, nigdy nie zaprzątał sobie głowy kwestią Boga, lecz teraz nie mógł przestać się zastanawiać. Teraz, w tym miejscu, w którym się obecnie znajdował. Rany boskie, czy poziom wody faktycznie się PODNIÓSŁ? Czy krwi naprawdę było AŻ TYLE?
A więc... co potem, co jest po tamtej stronie?
Pewnie nic. Zawsze tak właśnie myślał, tylko ciemność, jak wtedy gdy zasypiasz i nic ci się nie przyśni. W sumie nieźle, konstatuje, zważywszy na szajs, z jakim ludzie w większości muszą walczyć przez całe życie, ale mimo wszystko byłoby miło, gdyby jednak miało być coś więcej. Nie chmury, harfy, chóry anielskie i cały ten cyrk, ale, no wiecie... wieczny spokój czy coś.
Tak, spokój byłby mile widziany. Cisza i spokój.
Unosi wzrok, kiedy mężczyzna w wannie, ten, z którego ciała wypływa właśnie cała krew, znów zaczyna pojękiwać.
– Ciii. Przecież mówiłem, że masz być cicho, tak?
Mężczyzna porusza się, jego blade ciało osuwa się na dno wanny. Zaczyna się miotać i krzyczy, z ust dobywa się bulgot, z nosa lecą mu smarki. Krew rozpryskuje się po kafelkach i rozlewa fale jasnoczerwonej wody na matę łazienkową.
Mężczyzna, który go obserwuje, siedząc na sedesie z opuszczoną klapą, zmienia nieznacznie pozycję i unosi nogi, aby woda nie zachlapała mu stóp.
– Spokojnie – mówi. Delikatnie odkłada na bok czasopismo i nachyla się w stronę mężczyzny w wannie. – Może się uspokoisz, stary, i golniesz sobie jeszcze łyczek szkockiej? – Ruchem głowy wskazuje okrwawioną butelkę, stojącą obok wanny. – To pomaga, czytałem o tym. Napij się jeszcze, zamknij oczy i pozwól sobie odpłynąć, co nie? – Sięga po czasopismo.
– Niedługo będzie po wszystkim, słowo daję...
CZĘŚĆ PIERWSZA
POKONUJĄC MOSTY
1
Tom Thorne schylił się i delikatnie podniósł niedużą szklaną buteleczkę stojącą na nocnym stoliku. Była już otwarta, biały kapturek leżał obok strzykawki, kilka kropel mlecznego płynu rozlało się wokół czubka igły. Powąchał buteleczkę. Nieznany słaby zapach kojarzył mu się z zaprawą gipsową albo środkiem odkażającym. Podsunął buteleczkę w stronę kobiety, która czekała obok niego, i uniósł ją na wysokość jej twarzy.
– Co o tym sądzisz?
Przez ostatnie pół godziny rozglądał się po całym domu. W łazience znalazł sporo leków, ale zważywszy na wiek osób, których to dotyczyło, nie był zaskoczony. Wszystko wydawało się w należytym porządku, żadnych śladów wtargnięcia do domu z użyciem siły. Szybę w tylnych drzwiach wybiła kobieta, która teraz mocno powąchała buteleczkę, młoda policjantka nazwiskiem Nina Woodley. Ona i jej partner byli pierwszymi funkcjonariuszami, jacy dotarli na miejsce po przyjęciu zgłoszenia.
– To insulina – powiedziała w końcu Woodley. – Mój brat jest diabetykiem, więc...
Thorne odstawił buteleczkę. Zdjął cienkie, plastikowe rękawiczki i wcisnął je z powrotem do kieszonki policyjnej kamizelki.
– Sęk w tym – dodała Woodley – że to środek na receptę.
– I co z tego?
– Na buteleczce nie ma etykiety.
Drzwi do pokoju otworzyły się i wyjrzał zza nich jeden z mundurowych funkcjonariuszy, których rozstawiono na dole. Zanim zdążył się odezwać, minął go wezwany do przypadku lekarz, młody, rumiany na twarzy i energiczny. Poświęcił zaledwie kilka minut oględzinom ciał, podczas gdy Thorne przyglądał mu się z rogu pokoju. Na dole Woodley przybiła gwoździami kawałek grubej plastikowej folii w miejscu wybitej szyby, a inny funkcjonariusz zaparzył dla wszystkich herbatę.
– No i już – powiedział doktor. Zamknął torbę i spojrzał na zegarek, aby ustalić dokładny czas do oświadczenia. – Stwierdzono zgon. – Wydawał się dziwnie wesoły jak na kogoś, kto musiał zerwać się z łóżka za kwadrans czwarta w słotny, październikowy poranek.
Thorne pokiwał głową, formalnościom stało się zadość.
– Sprawa jest prosta i oczywista. Zero kłopotów jak dla was.
– Jak dawno temu? – spytał Thorne.
Doktor popatrzył na ciała, jakby to ostatnie spojrzenie mogło coś zmienić.
– Przynajmniej dwadzieścia cztery godziny, może trochę więcej.
– To by się zgadzało – rzekł Thorne. Telefon alarmowy odebrano tuż po pierwszej w nocy. Jedno z dzieci – syn, obecnie mieszkający w Edynburgu – martwił się, że nie może skontaktować się z rodzicami od ubiegłego popołudnia. Co prawda rodzice rzadko korzystali ze swoich komórek, jak wyjaśnił operatorowi mężczyzna, ale kiedy przez dłuższy czas nie odbierali również telefonu stacjonarnego, zaczął się niepokoić.
Przeszukując dom godzinę wcześniej, Thorne odnalazł obie komórki leżące jedna przy drugiej w salonie. Każdy z telefonów zarejestrował od sześciu do siedmiu nieodebranych połączeń.
– Zakładając, że położyli się między dziewiątą a dziesiątą – rzekł doktor – musieli umrzeć niedługo potem, a przynajmniej takie jest moje zdanie. Oczywiście to zależy od tego, co robili, jak długo czekali... no wie pan, ale insulina to dobry sposób na pożegnanie się z tym światem. Właściwa dawka i w ciągu godziny jest po wszystkim.
– Jasne.
– Prawdę mówiąc, ten sposób jest bardzo popularny wśród lekarzy. Sposób na odejście na tamten świat, znaczy się. Jeżeli komuś naprawdę na tym zależy.
Thorne pokiwał głową, uważając, że gliniarze mieli więcej powodów, aby „mogło im na tym zależeć”, niż ktokolwiek inny, kto przychodziłby mu na myśl. Zastanawiał się, ilu gliniarzy faktycznie wybierze takie rozwiązanie.
I jakie wybrałby on sam.
Drzwi znów się otworzyły i pojawiła się w nich Woodley.
– Są już kryminalni.
– Zaczyna się – mruknął Thorne. – Gry i zabawy towarzyskie.
– To ja już pójdę – skwitował lekarz.
Thorne powiedział:
– Jasne, dzięki.
Patrzył, jak doktor zabiera swój płaszcz leżący w rogu łóżka, a potem wychodzi, nie zamykając za sobą drzwi. Najprawdopodobniej łyknąłbym pigułki, pomyślał Thorne, choć gdybym był naprawdę mocno zdesperowany, mógłbym wziąć też pod uwagę inne opcje.
Jaka szkoda, że te najszybsze rozwiązania powodowały też największy bałagan.
Odwrócił się, by spojrzeć na ciała na łóżku.
Wyglądają na zmęczonych, pomyślał Thorne. Jakby już mieli dość. Skóra na twarzy kobiety wydawała się cienka jak papier. Na policzkach mężczyzny odznaczały się pajączki popękanych żyłek.
Już słyszał głosy z korytarza poniżej, znudzony ton i pseudocockneyowski akcent: Tam na górze, taa? Ciężkie kroki na schodach, a po chwili mężczyzna stanął w drzwiach i rozejrzał się pobieżnie po pokoju.
Detektyw inspektor Paul Binns pracował na posterunku policji w Lewisham, podobnie jak Thorne, choć kryminalni mieli swoją siedzibę na innym piętrze, toteż ich ścieżki w ciągu ostatnich trzech miesięcy, odkąd Thorne został tam przeniesiony, przecięły się zaledwie kilka razy. Binns był o parę lat młodszy od Thorne’a, tuż po czterdziestce i zdecydowanie szczuplejszy. Ostrzyżony „na zapałkę”, niemal do gołej skóry, kompensował swój wygląd i zachowanie komiksowego przedsiębiorcy pogrzebowego szarym garniturem i krawatem, który mógł służyć jako test dla daltonistów. Skinął głową do Thorne’a i podszedł do łóżka, jakby zwiedzał dział meblowy w hipermarkecie.
– No więc? – spytał po minucie. – Co ja tu robię?
Zanim Thorne zdążył odpowiedzieć, z jednego z radiowozów z jego zespołu nadeszło zgłoszenie. Na imprezie w Kidbourne zaczęło się robić gorąco i obecność Thorne’a mogła być pożądana. Powiedział, że wciąż jest uwiązany tutaj, wezwał kolejne dwie jednostki do zgłoszenia, a potem wyciszył krótkofalówkę.
– Kazałem jednemu z moich konstablów wezwać tu pana – stwierdził.
– Tak, wiem, dlatego tu jestem. – Skinienie głową od drzwi było w miarę uprzejme, na więcej Thorne nie mógł raczej liczyć. Wskazał na ciała, poprawił mankiety. – Sprawa wydaje się jasna i oczywista, czyż nie?
To samo powiedział lekarz.
Thorne podszedł do Binnsa i stanął przy łóżku.
– Coś tu nie gra.
Binns skrzyżował ramiona i z trudem stłumił znużone westchnienie.
– No to śmiało, dowiedzmy się, o co niby chodzi.
– Ta staruszka wyjęła sztuczną szczękę – powiedział Thorne.
– Co?
– Sztuczną szczękę. Górną. Jest w łazience, w plastikowym pudełku, zapewne tam, gdzie zostawiała ją co wieczór.
– No i?
– Wyjmuje się sztuczną szczękę, kiedy kładzie się do łóżka, kładzie się spać, tak? To właśnie robi się każdego wieczoru. Każdego normalnego wieczoru, mam rację? Ale nie robi się tego, decydując się na... coś takiego. Nie wtedy, kiedy razem z mężem zamierza się wziąć zabójczą dawkę insuliny i odpłynąć w wieczny sen w uścisku ramion ukochanej osoby. Nie robi się tego, mając świadomość, że już się więcej nie obudzi.
Binns spojrzał na niego.
– Ona na pewno nie chciałaby, żeby TAK ją odnaleziono – ciągnął Thorne.
– Znałeś ją, prawda? – Binns pokręcił głową, pociągnął nosem, pstryknął palcami. – Dalej!
Thorne wziął głęboki oddech, starając się zachować niewzruszony, spokojny ton głosu.
– Skąd wzięli insulinę? Na buteleczce nie ma etykiety, więc na pewno nie przepisano jej na receptę. Nic w całym domu nie wskazuje, że którekolwiek z nich chorowało na cukrzycę.
– Mogli ją zdobyć gdziekolwiek.
– Podobnie jak osoba trzecia.
– Jakoś mnie to nie przekonuje.
– Wobec tego skąd wzięła się tu ta insulina?
– Skąd mam wiedzieć? – spytał Binns. – Załatwili przez internet? Widziałem na dole komputer.
– Nie wydaje mi się.
– Daj spokój, przez internet można załatwić wszystko, trzeba tylko dobrze poszukać.
– Może.
– Jak już postanawiasz, że ze sobą skończysz, prędzej czy później znajdziesz sposób, zgadza się?
Thorne nie odpowiedział.
– I to wszystko? – spytał Binns. – Sztuczna szczęka i insulina? Serio?
Thorne ponownie spojrzał na ciała Johna i Margaret Cooperów, lat siedemdziesiąt pięć i siedemdziesiąt trzy. Kołdrę podciągnięto wysoko, ale widać było wyraźnie, że Margaret Cooper jedną ręką obejmowała męża przez pierś, a twarz miała wtuloną w jego ramię. Na łyżeczkę, pomyślał. Pary sypiały „na łyżeczkę” w starych piosenkach, które lubiła jego matka, w tych smętnych pościelówach miłosnych czy jak to kiedyś nazywano; być może tych samych, których w młodości słuchało z wypiekami na twarzach tych dwoje. Usta kobiety zwiotczały, lekko rozchylone. Policzki miała zapadnięte. Górna warga cofnęła się w szczelinę, gdzie powinna znajdować się sztuczna szczęka. Spoza rozchylonych warg jej męża widać było pożółkłe zęby i koniuszek poszarzałego języka. Oczy miał mocno zamknięte.
Umarli przytuleni do siebie, ale Thorne nie wątpił, że ich śmierć nie była spokojna i łagodna.
– Cóż jeszcze? – spytał Binns. – Mam papierkową robotę, z którą muszę się uporać.
Było coś jeszcze. Thorne to wiedział.
Jego oczy wypatrzyły coś w ciągu kilku pierwszych sekund, kiedy wszedł do tego pokoju: fragment informacji wizualnej, może nie do końca sensownej, której jego umysł nie był w stanie odpowiednio przetworzyć. Kształt lub cień, COŚ co było nie tak. Ale uporczywie nie potrafił tego wychwycić, jak piosenka, którą rozpoznajesz, ale jej tytuł ci umyka.
Starając się, by nie wypadło to zbyt ostentacyjnie, znów rozejrzał się po pokoju.
Szafa zamknięta. Zasłony zaciągnięte. Kosmetyki i inne drobiazgi na toaletce: szczotka do włosów, portfel, płatki kosmetyczne. Garść monet w małej, porcelanowej miseczce. Damski szlafrok przerzucony przez oparcie jednego krzesła, męskie ubranie starannie złożone na drugim. Buty i kapcie wsunięte równo pod krzesło. Tani długopis, książka i futerał na okulary na nocnej szafce żony, książka z krzyżówkami przy łóżku na podłodze, duża czarna torebka zawieszona u wezgłowia łóżka. Butelka i strzykawka po stronie mężczyzny. Na wpół opróżniona szklaneczka z wodą. Tubka z maścią, puszka deep heat...
Co było nie tak na tym obrazku?
– Nie ma listu pożegnalnego – powiedział Thorne.
Binns odwrócił się i oparł o wezgłowie.
– Wiesz, że to o niczym nie świadczy – zauważył.
Thorne wiedział doskonale, ale to było najlepsze, co mu przyszło do głowy, gdy gorączkowo – i jak dotąd na próżno – starał się zidentyfikować coś, co nie dawało mu spokoju i nie pasowało mu w tym wszystkim.
Jego przyjaciel Phil Hendricks sporo mu opowiedział o samobójstwach podczas ostatniego dochodzenia, przy którym wspólnie pracowali... ostatniej sprawie, którą Thorne prowadził jako detektyw. Patolog uczestniczył niedawno w seminarium na ten temat i z przyjemnością dzielił się z Thorne’em nabytą wiedzą. Prawda była taka, że w większości przypadków ludzie popełniający samobójstwo nie zostawiali listów pożegnalnych. To jeden z wielu mitów.
– Nawiasem mówiąc, wiem, co robisz – burknął Binns.
– Och, doprawdy? – Thorne zignorował serię trzasków i wizgów ze swego radia. Zgłoszenie domniemanego włamania w Brockley. Na imprezie w Kidbourne dochodziło do eskalacji przemocy.
– Zamieniam się w słuch.
Binns uśmiechnął się.
– Tak. Zważywszy na to, gdzie byłeś wcześniej i gdzie jesteś teraz... wydaje się całkiem zrozumiałe, że trochę ci odbija, prawda? Jest rzeczą normalną, że próbujesz doszukiwać się w czymś tak oczywistym... czegoś całkiem innego. – Mimochodem spojrzał na komórkę, którą trzymał w lewym ręku. – Rozumiem to, stary. Szczerze ci współczuję.
Protekcjonalność, pomyślał Thorne.
– Nie wiem, jak bym się zachował, będąc na twoim miejscu.
– Wkurzałbyś się na przemądrzałych detektywów, którym się wydaje, że wszystko wiedzą najlepiej.
– Naprawdę? – Binns udał zaskoczenie. – A jaki ty kiedyś byłeś, co?
Thorne zacisnął palce na staroświeckim, metalowym wezgłowiu łóżka.
– Chcę tu ściągnąć ekipę kryminalną – powiedział.
Zadaniem ekipy było gruntowne zbadanie potencjalnego miejsca zbrodni i zebranie istotnych materiałów dowodowych jeszcze przed przekazaniem sprawy konkretnej jednostce śledczej. To oni decydowali, czy dany przypadek był klasyfikowany jako „nagła śmierć”, czy też nie. I czy w grę wchodziła śmierć podejrzana.
– No cóż, sam wiesz, jak to działa. – Binns oparł się o ścianę przy staroświeckiej toaletce. – Obecnie system działa inaczej. Mam na myśli twoją i moją formację. A w każdym razie inaczej niż za twoich czasów, jak mi się wydaje.
– Dobrze ci się wydaje – odrzekł Thorne.
Za twoich czasów. Minęło prawie dwadzieścia pięć lat, odkąd Tom Thorne, idąc do pracy, musiał wkładać służbowy mundur. Odkąd był funkcjonariuszem służby mundurowej.
Śnieżnobiała koszula z dwiema lśniącymi gwiazdkami inspektora na epoletach.
Czarny, przypinany krawat.
Ta pieprzona czapka...
– Wszystko zależy ode mnie – stwierdził Binns. – To ja decyduję, czy należy tu sprowadzić ekipę kryminalnych.
– Znam procedury – odparł Thorne.
Ale Binns wolał mu przypomnieć.
– Tylko detektyw inspektor może zawezwać ekipę.
– Rozumiem – powiedział Thorne. – To do dzieła. – Binns miał rację, że procedura trochę się różniła od tej sprzed dwóch dekad. Teraz była nieco bardziej elastyczna. Nie przestrzegano zbyt przesadnie ścisłego łańcucha dowodzenia. Może nie wszyscy byli w ten sposób odpowiednio kryci, ale przynajmniej zyskiwano na czasie.
– Szczerze mówiąc, nie rozumiem, po co miałbym to zrobić.
– Naprawdę? – spytał Thorne.
– Argument ze sztuczną szczęką jest śmiechu wart i wątpię, by kogokolwiek obchodziło, skąd tych dwoje wzięło insulinę. – Binns rozejrzał się po pokoju i wzruszył ramionami. – Ściągnę tu kryminalnych, a oni powiedzą to samo, mam rację? I koniec końców wyjdziemy na idiotów.
– Mimo wszystko – mruknął Thorne – byłbym rad, gdybyś ich tu ściągnął.
Binns pokręcił głową.
– Nic z tego.
– Jasne – wycedził Thorne. Poczuł, że krew napływa mu do twarzy. – To przez to, gdzie jesteś ty, a gdzie ja. Palant...
Binns też trochę poczerwieniał, lecz poza tym wydawał się nieporuszony tą obelgą.
– Myśl sobie, co chcesz, kolego, ale nie zamierzam marnować czyjegokolwiek czasu tylko dlatego, że dostrzegasz morderstwo tam, gdzie go nie ma. – Podszedł do drzwi i odwrócił się. – Może po tym, co się stało, powinieneś był wziąć dłuższy urlop albo w ogóle rzucić tę robotę. Bo ostatnią sprawę spieprzyłeś po prostu koncertowo.
Thorne nie mógł zaprzeczyć, więc zmilczał.
– Jeżeli chcesz, zgłoś to chłopakom z MIT – rzekł Binns, wskazując w stronę łóżka. – Mamy zespół techników kryminalnych w Lewisham, zgadza się? Całkiem spora ekipa.
Taka jak ta, do której należał kiedyś Thorne.
– Tak, jasne. Może to zrobię.
– Co prawda decyzja należy wyłącznie do ciebie, ale jeżeli chcesz wkurzyć jeszcze więcej ludzi, to proszę bardzo.
Thorne nagle, wyraźniej niż kiedykolwiek dotąd, uświadomił sobie, jaki konkretnie sprzęt służbowy miał w kieszonkach policyjnej kamizelki.
Kajdanki, pałkę teleskopową, gaz łzawiący...
– To ja już będę się zbierał – powiedział Binns, ostatni raz poprawiając mankiety. – Chcesz w to brnąć, to sobie brnij, ale beze mnie. – Detektyw odwrócił się i wychodząc z sypialni, znów zerknął na ekran blackberry.
Thorne odczekał minutę, aby oddech wrócił mu do normy, a potem zawołał Woodley. Polecił jej, aby skontaktowała się z policją Lothian and Borders i zleciła komuś przekazanie synowi Cooperów, mieszkającemu w Edynburgu, wiadomości o śmierci rodziców. Poprosił, aby zorientowała się, czy zmarła para miała jeszcze jakieś inne dzieci, a jeżeli tak, żeby powiadomiono ich również o tym, co się stało. Na żądanie Thorne’a miała pozostać na miejscu aż do przybycia pracownika z biura koronera, który odebrał wezwanie.
– Postaraj się nie naruszyć niczego w tym pokoju – powiedział. – A przynajmniej na razie.
Woodley uniosła brew.
– Ależ, szefie...
Thorne jeszcze raz się rozejrzał, zabrał swój płaszcz i czapkę, szybko zbiegł na dół, wyszedł na zewnątrz i wsiadł do samochodu. Dotarcie do Kidbourne, z włączoną syreną i kogutem, nie powinno mu zająć więcej niż kilka minut, a jeśli sytuacja na miejscu wciąż była tak napięta, postara się uczynić wszystko, aby zażegnać konflikt. Oczywiście istniała spora szansa, że przy tej okazji sam też może oberwać, ale zważywszy na to, w jakim był obecnie nastroju, nie zamierzał zbytnio się tym przejmować.
2
Była prawie ósma rano, zanim Thorne wrócił do mieszkania w Tulse Hill i jak zwykle – o ile zupełnie się z nią nie mijał – Helen właśnie szykowała się do wyjścia. Była w kuchni, skąd przechodziło się do dalszych pomieszczeń, usytuowanych na bazie litery L; kanapa, fotel, stereo i telewizor, na podłodze jak zawsze zabawki i książeczki dla dzieci. Skończyła zapinać synkowi płaszczyk i wyjęła z ust niedojedzony kawałek tosta.
– Boże, nic ci nie jest?
Thorne rzucił płaszcz przeciwdeszczowy na krzesło w kuchni, zdarł odpinany krawat i rozpiął guziki koszuli. Koniuszkiem palca dotknął bulwy pod prawym okiem i skrzywił się nieznacznie.
– Przeżyję.
– Znowu wnerwiłeś tę dziarską lewacką sierżant? – spytała Helen. – Mówiłam, że któregoś dnia ci przyłoży.
Thorne uśmiechnął się i podszedł, żeby wstawić wodę.
– Jakiś debil urządził imprezkę i uznał, że to dobry pomysł, aby podać adres na Facebooku. Trzysta osób próbowało wedrzeć się do jednego mieszkania w Kidbourne.
– Musiała być nielicha zabawa.
– Dopiero kiedy poszczuliśmy uczestników psami. – Thorne sięgnął po kubek. – Oczyściły to miejsce szybciej niż singiel Phila Collinsa.
Helen zaśmiała się i odgryzła kawałek tosta.
– Zgarnąłem ze sześciu za udział w burdzie. – Znów dotknął twarzy, nalewając wrzątku do kubka. – I kolesia, który tak mnie urządził.
– Miło. – Helen przeżuwała powoli. – Co poza tym?
Thorne wzruszył ramionami.
– Parę włamań. – Przyciskał saszetkę z herbatą do ścianki kubka, przypominając sobie raporty, które zdał na koniec swojej zmiany. – Pod White Lion doszło do bójki na noże. Dwójka dzieciaków próbowała zdemolować KFC z użyciem kijów bejsbolowych, bo najwyraźniej poprosili o sałatkę coleslaw, a dostali z fasolą...
– No w sumie to mieli rację – powiedziała Helen, wychodząc do holu.
– Kierowca autobusu został zaatakowany maczetą, kiedy upomniał kobietę, żeby nie odlewała się w pojeździe...
– Co takiego? Kobieta miała maczetę? – Helen pojawiła się w drzwiach, wsuwając jedną rękę do rękawa długiego płaszcza.
– Najwyraźniej – odparł Thorne. – Błyszczące, nowiutkie volvo wjechało od frontu w dom przy High Road, kiedy ktoś próbował zwędzić tę brykę. A poza tym to samo co zwykle, nawaleni awanturnicy, rozróby domowe. Ach, no i kilka przypadków seksu pod chmurką na parkingu za Comet.
– Cóż, nie ma to jak trochę sobie ulżyć po długim wieczorze, czyż nie?
Wrzucił zużytą saszetkę herbaty do kosza.
– Ja tylko patrzyłem, słowo daję!
– A więc w sumie miła, spokojna zmiana?
Thorne odwrócił się. Z kubkiem w ręku patrzył, jak Helen sprawdza, czy ma w torebce wszystko, co było niezbędne do pracy, a potem zawiesza torbę z rzeczami, których mógł potrzebować Alfie, na jednej z rączek wózka.
– A, no i były też zwłoki – dodał. – Para staruszków, których znaleziono martwych w łóżku.
Helen uniosła wzrok.
– Para? Ale jak to, popełnili samobójstwo?
Alfie podszedł do kredensu obok Thorne’a i zaczął otwierać i zamykać szafki, ciesząc się z powstałego hałasu.
– Przypuszczalnie – odparł Thorne.
– Przypuszczalnie?
Thorne nie był w stanie odgadnąć jej wyrazu twarzy. Troska? Podejrzliwość? Wciąż jeszcze nie znali się na tyle dobrze, by umieć to rozszyfrować.
– Nic takiego – powiedział.
– Na pewno?
– Miałem w związku z tym drobną scysję z detektywem inspektorem, to wszystko.
– To do ciebie niepodobne.
Thorne uśmiechnął się. Wiedział, kiedy bywała naprawdę sarkastyczna.
– Ten dupek nie chciał autoryzować zaleconych przeze mnie działań. – Napił się herbaty, aby przepłukać gorzki smak porażki, usunąć wspomnienie ostrej wymiany zdań z Binnsem.
– Posłuchaj, muszę już iść... – Helen podeszła po synka. Podniosła go, wsadziła do wózka i zaczęła zapinać paski.
– Może ja z nim pójdę? – spytał Thorne. Wziął od Helen niedużą, wełnianą czapeczkę i nałożył chłopcu na głowę. Raz czy dwa, kiedy Helen była bardzo spóźniona, Thorne odprowadził jej półtorarocznego synka do opiekunki. Cieszył się, gdy mógł pobyć z Alfiem, ale z uwagi na pracę zmianową miał na to naprawdę niewiele czasu. I równie mało czasu spędzał z matką chłopca, co przyznawał z prawdziwym żalem.
Byli jak statki mijające się nocą na morzu, zwłaszcza kiedy Thorne robił na nocnej zmianie.
– Nie trzeba – odparła Helen. Pocałowała go i poprawiła synkowi czapeczkę. – Połóż się.
– Naprawdę mogę to zrobić.
– Nana! – zawołał Alfie.
– Zadzwonię do ciebie – Helen popchnęła wózek z synkiem w stronę frontowych drzwi – ...jak dotrzemy do Janine.
– Baw się dobrze – powiedział Thorne.
Pojawiła się ponownie w kilka sekund później, zapinając płaszcz, podczas gdy w korytarzu Alfie domagał się drugiego śniadania.
– Możemy pomówić o tym później, jeżeli zechcesz – dodała. – Dobra?
– Nie ma o czym mówić – rzekł Thorne. Odwrócił się, wytarł ślad po kubku na blacie, po czym odstawił mleko do lodówki i za chwilę usłyszał trzask zamykanych frontowych drzwi.
Zabrał herbatę i usiadł przy kuchennym stole. Przez minutę czy dwie wertował egzemplarz wczorajszego „Evening Standard”, potem włączył telewizor. Obejrzał wiadomości, ale niewiele do niego dotarło.
Od trzech miesięcy on i Helen Weeks w zasadzie mieszkali razem. „W zasadzie”, bo tak naprawdę nigdy nie rozmawiali o bardziej formalnym związku. Wychodzili raczej z założenia, że dopóki pracował na posterunku w Lewisham, było mu wygodniej zostawać w Tulse Hill niż codziennie przyjeżdżać tu ze swojego mieszkania w Kentish Town. Raz czy dwa rozmawiali nawet o tym, żeby je wynająć, ale Thorne się wahał, choć z pewnością dodatkowy zastrzyk gotówki bardzo by mu się przydał. Nie chciał, by obcy ludzie kręcili mu się po domu, i nie zamierzał zaprzątać sobie głowy regulacjami prawnymi związanymi z podnajmem lokalu oraz przyjęciem na siebie funkcji gospodarza czynszówki. Ale gdyby miał być wobec siebie całkiem uczciwy, wstrzymywała go raczej nadzieja rychłego powrotu do północnego Londynu niż cokolwiek innego.
Prawda wyglądała tak, że Thorne był z krwi i kości północnym londyńczykiem i wszystko na południe od South Bank wciąż wydawało mu się obce. Rozwłóczone, bezduszne, w kolorze piasku. Powietrze też było tutaj inne, ciężej mu się oddychało. Agenci od nieruchomości i artystowskie typy z południowego wschodu używali chwytliwych określeń „prawdziwe” i „naturalny sznyt”, aby zachęcić do zakupu mieszkań właśnie w tej części Londynu. Ci bardziej zadziorni mówili o kortach tenisowych, boiskach do rugby albo o jeleniach w Richmond Park, ale wszyscy bez wyjątku popatrywali z zazdrością przez rzekę w stronę Camden, Islington i Hackney. Fatalna komunikacja i jeszcze gorsze drużyny piłkarskie...
Thorne wiedział doskonale, że mnóstwo południowych londyńczyków patrzyło na północną część miasta z równie nieskrywaną zgrozą, ale nie dbał o to. Północny Londyn był miastem, które znał i kochał.
Oczywiście nie powiedział o tym Helen.
Przekraczał rzekę tak często, jak tylko mógł. Przyjeżdżał, aby spotkać się z Philem Hendricksem w Grafton Arms albo Bengal Lancerze i od czasu do czasu także z Dave’em Hollandem, detektywem sierżantem z wydziału zabójstw z Becke House, w Colindale. Ze starej jednostki Thorne’a...
– No i jak ci się to podoba? – zapytał go ostatnim razem Holland. Wystarczył mu jeden rzut oka na twarz Thorne’a i zaraz wlepił wzrok w dno swojej szklaneczki z piwem, mając świadomość, że nie byłby w stanie wymyślić głupszego pytania, nawet gdyby usilnie próbował.
Trzy miesiące minęły od sprawy, która połączyła Thorne’a i Helen, sprawy, po której został zdegradowany do służby mundurowej.
– Oczywiście nie mówimy tu o utracie stopnia służbowego – zapewnił go komisarz. – Nadal pozostaniesz policjantem w stopniu inspektora. – Mężczyzna z trudem ukrywał zadowolenie, że w końcu udało mu się utrącić Thorne’a, któremu wcześniej tyle razy wszystko uchodziło na sucho. – Kto wie? Może okaże się, że to było najwłaściwsze posunięcie.
Thorne czuł się zdegradowany i upokorzony, choć miał świadomość, że poniekąd sobie na to zasłużył. Ale ostatecznie potraktowano go naprawdę ulgowo. Wiedział, że to, co zrobił – co musiał zrobić – aby młoda matka wyszła z życiem z zabarykadowanego sklepiku, gdzie przetrzymywał ją uzbrojony desperat – nie zostanie przyjęte z aprobatą przez jego przełożonych. Na szczęście, jak często sobie powtarzał, wkładając nieskazitelnie białą koszulę z epoletami i czapkę, udało mu się ocalić detektyw sierżant Helen Weeks i – co było pewnym zaskoczeniem dla nich obojga – wylądował z nią w łóżku.
– Jeszcze jedna? – zapytał Hendricks, kiedy Thorne mu o tym opowiedział. – Po tym, jak wyszło z tą ostatnią?
Poprzednia dziewczyna Thorne’a, również policjantka. Rozstali się kilka miesięcy wcześniej, nim zaczął spotykać się z Helen.
– Powinieneś raz na zawsze wybić sobie z głowy te baby, stary. Przejdź na ciemną stronę.
– Raczej nie.
– Wiesz, to zawsze jest tylko kwestią czasu.
– W sumie to nie tyle seks mnie odrzuca – skwitował Thorne – ile zamiłowanie do musicali i tych małych, kanapowych piesków. – To był jeden z docinków, który mógł ujść Thorne’owi płazem, bo Hendricks był najmniej stereotypowym gejem, jakiego można sobie wyobrazić. Z mnóstwem tatuaży i kolczyków, zadziorny, gotów złamać rękę każdemu, kto by choć słowem wspomniał o Judy Garland.
– Daję wam trzy miesiące – stwierdził Hendricks. – Góra.
Thorne zabrał herbatę i poszedł do niedużej łazienki. Postawił kubek na rezerwuarze i odlał się.
Detektyw Helen Weeks.
Thorne spuścił wodę, zastanawiając się, jak w ogóle mógł pomyśleć, że Helen należała do osób, które angażowały się w tego typu gierki. Nigdy w życiu! Wyjął z apteczki nad umywalką pudełko ze środkami przeciwbólowymi i mocno, zdecydowanie zamknął małe drzwiczki z lustrem po zewnętrznej stronie.
– Palant – powiedział.
Spojrzał na swoje odbicie. Było bardziej otępiałe, bardziej martwe niż ostatnim razem, kiedy się sobie przyglądał. Pasemka siwizny, wciąż wyraźniej widoczne po jednej stronie, teraz pojawiły się już niemal wszędzie. Mała prosta blizna widniała na tym, co jeszcze do niedawna było jego jedynym podbródkiem.
Z kuchni dobiegł sygnał komórki i Thorne czym prędzej pobiegł ją odebrać. Helen wydawała się zdyszana. Właśnie odstawiła Alfiego do opiekunki i była w drodze na posterunek.
– Pogadamy, jak wrócę. O ubiegłej nocy, znaczy się.
– Mówiłem już, że nie ma o czym – zapewnił Thorne.
– Nie wydaje mi się.
– Jestem po prostu zmęczony. I użalam się nad sobą.
– To nie rób tego – powiedziała Helen. – A teraz połóż się wreszcie i prześpij, na miłość boską...
Przeszedł wolno do sypialni, która wciąż pachniała snem i mleczkiem kosmetycznym o zapachu mango. Helen nie rozsunęła zasłon. Usiadł na brzegu łóżka i zaczął się rozbierać; niczego tak bardzo nie pragnął, jak wślizgnąć się pod kołdrę do łóżka; wiedział, że wciąż będzie ciepłe.
Jedna z nielicznych zalet pracy na różne zmiany.
Gdyby Helen wróciła, zanim będzie musiał wyjść, zamierzał pominąć w rozmowie z nią sprawę Cooperów. Uznał, że Helen miała dość własnych problemów, aby jeszcze obarczał ją swoimi kłopotami. Jej praca była dostatecznie stresująca. A poza tym i tak nic nie mógł teraz na to poradzić, i prawie na pewno by go wyśmiała, a jego podejrzenia uznała za absurdalne.
Łyknął trzy tabletki przeciwbólowe i popił resztką herbaty.
Zamierzał zataić przed nią sprawę Cooperów, choć nie dlatego, że obawiał się, iż Helen mogłaby zgodzić się z Paulem Binnsem.
3
Jada w kawiarenkach niemal codziennie. Zawsze śniadanie i lunch, a potem na kolację coś z kuchni indyjskiej albo od chińczyka. Już od dawna nie przejmuje się swoją wagą czy stanem arterii i zbyt długo jadał posiłki przygotowywane przez innych, aby zacząć robić to samemu.
Nie żeby miał szczególny talent do gotowania.
Ani do czegokolwiek innego, jeżeli chodzi o ścisłość.
Odkłada nóż i widelec. Nieomal słyszy ją, mówiącą te słowa...
Składa wyświechtany egzemplarz „The Sun”, który leżał na stole, kiedy tu wszedł, i ruchem ręki daje znak nastolatce za ladą – może Rosjance? – że chce jeszcze jedną herbatę.
– Półtora funta – mówi dziewczyna.
– Tylko tym razem mocniejszą – zaznacza.
To istne zdzierstwo, trzy posiłki dziennie sporo go kosztują, na pewno jest drożej, niż było, ale o forsę nie musi się martwić, zawsze coś się trafi tu czy tam. Poza tym teraz, kiedy ma taką możliwość, dobrze jest wyjść i trochę pospacerować, a domaganie się od ludzi, którzy zdecydowali się go przenocować, aby prócz dachu nad głową zapewnili mu też codzienne posiłki, byłoby lekką przesadą. Łóżko na kilka nocy to wszystko, o co poprosił, i to w zupełności wystarczy.
Oczywiście oni chętnie spełniliby każdą jego prośbę. Cokolwiek jeszcze się by wydarzyło, zawsze mógł liczyć na przyjaciół. Albo na ludzi, którzy choć nie uważali się za jego przyjaciół, byli mu winni parę przysług. Takie rzeczy się nie przedawniają, a on nie musi im przypominać, żeby zachowali dla siebie pobyt gościa w swoim domu.
– Zostań, jak długo chcesz – mówi większość z nich. Stare czasy i takie tam. Starają się, by to zabrzmiało przekonująco, ale on, nawet jeśli nie do końca im wierzy, nie przejmuje się tym. Z oczywistych powodów nie chce zatrzymywać się gdziekolwiek dłużej niż przez dzień, dwa. Codziennie ma sporo spraw do załatwienia, jeśli chce, żeby wszystko zostało przeprowadzone jak należy.
Wykańcza swoją listę.
To zabawne, myśli, jak ludzie się przemieszczają i rozpraszają. Rodziny i przyjaciele. Przypuszczalnie idą za pracą albo uciekają przed tymi kretyńskimi zwyżkami cen. Choć w przypadku niektórych jest to zapewne wymuszone działanie.
Londyn sprawia wrażenie konglomeratu dziesięciu różnych miast.
Dziewczyna przynosi mu herbatę i bez słowa stawia ją na stoliku. Stary, który przygotowuje posiłki w kuchni, woła coś do niej, po rosyjsku, a może po polsku, cholera wie, na co ona mu odkrzykuje i zaczyna zbierać puste talerze z sąsiedniego stolika. Herbata wciąż nie jest dostatecznie mocna, ale on nie zadaje sobie trudu, by o tym wspomnieć.
To coś, czego się nauczył przez lata. Gdy zaczynasz robić dym, zawsze cię zapamiętają.
Patrzy na to, co pozostało z obscenicznie dużego, pełnego angielskiego śniadania (12,99 £ albo za darmo, jeżeli zdołasz zjeść wszystko do końca). Przesuwa koniuszkiem palca przez rozmazaną smugę keczupu i myśli o mężczyźnie w wannie. To dziwne, myśli, jak coś takiego stale do ciebie wraca, ale zapewne tylko dlatego, że widział to na własne oczy. Widział, jak życie powoli wysącza się z ciała. Zastanawiał się nad tą kwestią, nie mogąc przestać się dziwić, że siedząc tam i patrząc na to, co się przed nim rozgrywało, w głowie miał tylko kłębiące się wizje bram raju, aniołów i tak dalej. To naprawdę jakiś absurd, bo przecież zważywszy na okoliczności... biorąc pod uwagę wszystko, co się wydarzyło... powinien raczej myśleć o tym drugim miejscu. O gorejących ogniach, kotłach ze smołą i tego typu rzeczach.
To wszystko bzdury, kto jak kto, ale on wie o tym doskonale... jednak to dziwne, że kiedy myślał o tym, co może być potem, kiedy zastanawiał się, czy po drugiej stronie w ogóle coś jest, w głowie kołatało mu się nieodparcie – niebo! Nie jest idiotą. Wie, że nigdy nie był „dobry”. Ani trochę. Nawet jego najbliżsi, jego najdrożsi, wtedy kiedy jeszcze ich miał, nie określiliby go tym mianem.
Wstaje i odwraca się, by dziewczyna za ladą wiedziała, że skończył.
Sięga po kurtkę, a potem po portfel.
Patrzy przez zaparowaną szybę na rozmazany sznur aut przesuwający się po jezdni i myśli: No dobra, ale jeśli to, że w coś nie wierzysz, wcale cię nie wyklucza przed trafieniem tam? Jeżeli zwyczajnie okaże się, że się myliłeś i że obowiązuje tam polityka otwartych drzwi, zakrojona na szerszą skalę, niż przypuszczałeś? W rodzaju – wybacz i zapomnij. A skoro tak, to wszystko, o czym tak uporczywie myślał, nie jest wcale takie głupie. Ani dziwne. Bo może gdzieś tam, w głębi, ma nadzieję, że kiedy nadejdzie czas, to wszystko... mu się upiecze.
Wyjmuje z portfela dwudziestofuntowy banknot.
Przypomina sobie o liście, którą ma w tej samej kieszeni, i stwierdza, że nie będzie mu łatwo się z tego wywinąć. Uzyskanie przebaczenia po tym, co zrobił i co jeszcze miał w planach, nie będzie proste.
Macha banknotem do dziewczyny, pokazuje jej, że zostawia pieniądze na stoliku, i mówi, że reszty nie trzeba.
Ona w odpowiedzi mamrocze coś, co nie brzmi jak „dziękuję”.
Spokojnie bierze do ręki kubek, wciąż wypełniony do połowy słabą jak szczyny herbatą, i upuszcza na podłogę. Inni klienci odwracają się, gdy kubek roztrzaskuje się z brzękiem na posadzce, a on tymczasem maszeruje już w stronę drzwi, myśląc o tym, że jeżeli istnieje niebo i piekło i jeżeli coś może zadecydować, czy ostatecznie trafisz na górę czy na dół, jedną z takich rzeczy byłaby z pewnością odrobina zwyczajnej, pieprzonej uprzejmości.
4
W sali odpraw na briefing o dziesiątej wieczorem zebrało się prawie trzydziestu funkcjonariuszy. Rozmowy ucichły szybko, kiedy pojawili się i zajęli miejsca starsi rangą oficerowie. Początek ostatniej nocnej zmiany przed czterodniową przerwą, która jak dla Thorne’a nadchodziła zdecydowanie zbyt późno.
Piątkowe wieczory były zwykle najgorsze.
Konstablowie siedzieli na plastikowych krzesłach z wbudowanymi niewielkimi stolikami, na których leżały przygotowane notesy do sporządzania zapisków. Sierżanci usadowili się nieco z boku, z wyjątkiem tego, który miał poprowadzić odprawę, a teraz pracował przy komputerze w rogu, szykując prezentację. Obraz miał być wyświetlony na dużym ekranie na drugim końcu sali. Ken „Dwa Koty” Pearson; łysiejący, z fatalną cerą i twardszy, niż się wydawał, zawdzięczał swój przydomek incydentowi sprzed kilku miesięcy, kiedy to prowadząc radiowóz, przypadkiem przejechał kota. Posłusznie zawrócił, by upewnić się, czy zwierzątko nie żyje, a gdy stwierdził, że kot leżący przy drodze nadal oddycha, miłosiernie dobił go służbową pałką. Na nieszczęście okazało się, że pechowy kot przejechany przez Pearsona już nie żył, a ten drugi był całkiem innym dachowcem, który po prostu przysnął sobie, wygrzewając się niewinnie na słońcu.
Wszyscy mieli ksywki, wszyscy z wyjątkiem Thorne’a, o ile mu było wiadomo, ale ten przydomek wywoływał szersze uśmiechy aniżeli większość innych.
Thorne skinął do niego głową, na znak, że może zacząć odprawę i w ciągu paru sekund na ekranie pojawiły się zdjęcia sześciu osób. Jak zwykle, kiedy tylko Pearson otworzył usta, aby zacząć mówić, z sali dobiegło miauknięcie.
– Zabawne – powiedział.
– Jedyny przypadek, kiedy zaliczył dwa razy w ciągu jednego dnia – zawołał ktoś.
Thorne odczekał, aż śmiech trochę przycichł, i uniósł rękę, prosząc o spokój.
– Dobra – rzekł Pearson – skończyliście?
Sierżant przedstawił rysopisy kilku osób, których miały poszukiwać uliczne patrole. Odczytano daty urodzin i numery rejestracyjne pojazdów oraz kilka adresów, gdzie dochodziło ostatnio do awantur lub, jak podejrzewano, handlowano narkotykami.
Niektórzy funkcjonariusze skwapliwie zapisywali wszystkie informacje, inni po prostu bazgrali na kartkach. Paru wlepiło wzrok w fotografie. Kiedy Pearson skończył, nadeszła kolej Thorne’a, ale niewiele miał w sumie do dodania. Polecił swojemu zespołowi szczególną ostrożność w okolicy centrum miasta i głównego skupiska najpopularniejszych sklepów. Wiedział, że powinni być wyjątkowo czujni zwłaszcza w piątkowe wieczory, kiedy w pubach robiło się tłoczniej niż zwykle, a klienci bez namysłu przepijali swoje wypłaty, ale jego kolega z poprzedniej zmiany ostrzegł, że kroi się jakaś rozróba pomiędzy Tamilami działającymi na tym terenie a jednym z miejscowych gangów z okolic Kidbourne. To właśnie chłopaka z tego właśnie gangu, bandy ASDP, Thorne oskarżył ubiegłej nocy o napaść, po tym jak dostał od niego w gębę.
Gdyby gang prowadził działalność w bardziej lukratywnej części miasta, gdzie bluzy z kapturem pochodziły od Johna Lewisa, a dilerzy mieli w autach radia nastawione na Czwórkę, akronim ten mógł być tłumaczony jako Ale Super Dziś Pogoda. W Lewisham jednak odczytywano go zupełnie inaczej. Ani Słowa Do Psiarni.
– To tyle – rzekł Thorne. – Miejmy nadzieję, że dziś będzie s...
Nie powiedział: spokojnie. Nikt tego nigdy nie mówił, żeby nie kusić losu. Ten kultywowany od dawna przesąd mógł przysporzyć kłopotów policjantowi, który zostałby uznany przez kolegów za „Jonasza”. Na koniec Thorne skinął głową do sierżant Christine Treasure, a ta poprosiła o spokój, zanim ogłosiła dobór par na tę zmianę i godziny, w których funkcjonariusze mogli zrobić sobie chwilę wolnego. Przeniosła wzrok na Thorne’a.
– Chciałbyś pojechać w miasto ze mną moim krążownikiem szos?
Rozległy się jęki, kilku policjantów zagwizdało przeciągle. Na dziedzińcu był tylko jeden odszykowany samochód: bmw, używane do szybkich pościgów. Treasure i Thorne najprawdopodobniej wylądują razem w wysłużonym fordzie focusie, ale sierżant była tak dumna i pewna siebie, że niezłomnie wierzyła, iż każde prowadzone przez nią auto to krążownik szos.
– Daj mi pół godziny, dobra? Mam tu jeszcze coś do załatwienia – powiedział Thorne do Treasure, gdy odprawa dobiegła końca.
Thorne zamknął drzwi swego gabinetu i wyjął komórkę.
O wpół do jedenastej w piątkowy wieczór nie martwił się zbytnio, że mógłby wyrwać Phila Hendricksa z łóżka. W najlepszym razie wieczór jego kumpla nawet jeszcze nie zaczął się rozkręcać. Najpierw wizyta w jednym czy dwóch pubach, potem klub; tak aby można się było napić, potańczyć i coś wyrwać. Uwolnić się od umarłych na kilka godzin, celebrując życie najlepiej jak się da. Szukając następnego seksualnego partnera, którego zdobycie upamiętni kolejnym tatuażem. Potajemnie licząc – o czym Thorne wiedział – że każdy kolejny tatuaż będzie ostatnim, jaki sobie sprawi. W tle słychać było hałas, kiedy Hendricks odebrał telefon. Podniesione głosy, piosenka, którą Thorne rozpoznał.
Przekrzykując zgiełk, Hendricks poinformował Thorne’a, że był w pubie Duke of Wellington w Hackney, a później będzie się kierował na West End.
– To miły pub – mówił – ale muzykę mają tu fatalną. Dlaczego wszystkim się wydaje, że każdy gej musi uwielbiać cholerną Lady Gagę?
Thorne nie odpowiedział. Jeżeli chodziło o gusty muzyczne, też za nią nie przepadał, ale nie wyrzuciłby jej z łóżka, by zaprosić tam Waylona Jenningsa.
– Musisz mi wyświadczyć przysługę – powiedział.
Hendricks poprosił go, aby chwilę zaczekał, i poszedł poszukać jakiegoś cichszego miejsca. Muzyka na moment przybrała na sile, a Thorne usłyszał, jak Hendricks zwrócił się do kogoś, aby przyniósł mu następne piwo. Browarek na rozkręcenie imprezy, potem parę kielichów w Heaven albo G-A-Y i może jedna lub dwie inne używki, o których Thorne wolał nie wiedzieć.
– Dobra – rzekł w końcu Hendricks. – Mów...
– Jak już wspomniałem, musisz mi wyświadczyć przysługę.
– Dalej, pospiesz się. Sutki mi odmarzają na tym chłodzie.
– Chodzi o autopsję pary staruszków – powiedział Thorne. – W kostnicy szpitala Lewisham, jak sądzę. Przypuszczalnie przeprowadzono ją dzisiaj po południu albo zaplanowano na jutro, jeżeli mieli dziś zbyt wiele roboty. Byłoby świetnie, gdybyś mógł rzucić okiem na wszystkie raporty i przekazać mi ogólne wyniki.
– To było zabójstwo, tak?
– Możesz to zrobić czy nie?
– Nie chcę się wymądrzać stary, ale nie mógłbyś zrobić tego sam? – spytał Hendricks. – Przecież nie zabrali ci jak na razie legitymacji, chyba że o czymś nie wiem?
– To tylko kwestia czasu – odparł Thorne. Z łatwością mógł poprosić o kopię raportu z wyników autopsji Johna i Margaret Cooperów, ale takie żądanie ze strony inspektora spoza biura kryminalnego – zwłaszcza że detektyw, którego ściągnięto na zgłoszenie, już zaklasyfikował ten przypadek jako samobójstwo – musiałoby wywołać spore zamieszanie. Ludzie... zaczęliby gadać. A w przypadku Thorne’a, im mniej osób o nim mówiło, tym lepiej. – Posłuchaj, proszę cię o to.
Hendricks westchnął teatralnie.
– No dobrze. Zobaczę, co da się zrobić.
Thorne podał mu nazwisko. I życzył udanego wieczoru.
– Będziesz miał u mnie dług – zauważył Hendricks. – Kolejny.
Rozległo się pukanie do drzwi i weszła Christine Treasure, nie czekając na zaproszenie. Thorne patrzył, jak usiadła na krześle naprzeciw niego, rzuciła czapkę na biurko i zaczęła przeglądać leżące na blacie papiery. Uniosła wzrok i pokiwała głową, jakby dawała Thorne’owi przyzwolenie na dokończenie rozmowy.
Thorne odpowiedział skinieniem i bezgłośnie wycedził sarkastycznie:
– Dzięki.
– Posłuchaj, dziękuję, stary. – Thorne mówił teraz trochę ciszej niż przed pojawieniem się pani sierżant. – Daj mi znać, kiedy będziesz miał okazję zapoznać się... no, sam wiesz z czym. – Zauważył, że Treasure z pozoru nie zwracała uwagi na to, co mówił. – Z papierkową robotą.
Thorne zakończył rozmowę, wstał i podszedł do minilodówki stojącej w rogu pokoju. Wyjął karton mleka, powąchał i sprawdził, czy w czajniku jest woda.
– Też chcesz?
Treasure pokręciła głową.
– Wszystko w porządku?
Z czajnikiem w dłoni Thorne odwrócił się i spojrzał na nią. Treasure była dziarską lewacką sierżant, o której wspomniała tego ranka Helen. Thorne wiedział, że jej słynny paskudny charakterek objawiał się w stosunku do tych, którzy faktycznie sobie na to zasłużyli, i podejrzewał, że w rzeczywistości ta kobieta była o wiele delikatniejsza, niż się wydawało. Po prostu chciała, aby tak ją postrzegano. Doskonale ukrywała swoją „wrażliwą naturę”, posługując się językiem, który mógłby zawstydzić nawet Malcolma Tuckera, nie miała zahamowań, jeżeli chodziło o psucie powietrza, i z entuzjazmem obnosiła się ze swoimi – jak by to nazwał Hendricks – skrajnie lesbijskimi skłonnościami: nie kryła swych upodobań i skwapliwie informowała wszystkich, włącznie z jej kolegami po fachu, z kim chętnie by się przespała i co zrobiłaby z tymi szczęściarami, gdyby tylko miała po temu okazję. Choć Thorne bał się jej bardziej niż tylko trochę, w głębi duszy podobała mu się postawa Treasure. W wieku dwudziestu siedmiu lat była lepszą policjantką niż wielu innych gliniarzy, jakich miał okazję poznać podczas swej blisko trzydziestoletniej służby, i pomijając fakt, że w radiowozie po godzinie czy dwóch powietrze mogło być ciut nieświeże, zawsze myślał przede wszystkim o niej, kiedy chodziło o przydzielanie partnerów do służby.
– Jasne, że w porządku – odparł. – Bo co?
Tlenione włosy Treasure były po bokach przycięte bardzo krótko. Przeciągnęła palcami po dłuższych włosach na czubku głowy i trochę je najeżyła.
– Słyszałam, że miałeś wczoraj małą scysję z paroma garniturkami.
– Nie ma o czym gadać – rzekł półgłosem Thorne. Woodley albo ktoś inny musiał się wygadać. W sumie nie miał im tego za złe. Domyślał się, że w szatni aż wrzało od plotek. Włączył czajnik. – Takie tam typowe przepychanki.
– Dla nich to normalka – zauważyła Treasure. – Powinieneś o tym wiedzieć lepiej niż ktokolwiek inny.
– Niby czemu?
– Daj spokój, chcesz powiedzieć, że byłeś inny, będąc jednym z nich?
– Owszem, tak – odparł Thorne. To pytanie zadawał sobie wielokrotnie od czasu swego przeniesienia. Teraz, kiedy cały jego świat stanął na głowie, chciał, aby jego odpowiedź zabrzmiała jak najbardziej przekonująco. – Byłem inny.
Treasure wzruszyła ramionami. Czy mu wierzyła, czy nie, najwyraźniej to nie miało znaczenia.
– Musisz odpuścić, bo to się będzie powtarzać. Takie rzeczy są na porządku dziennym.
Thorne odwrócił się w stronę lodówki i sięgnął po poplamioną łyżeczkę do herbaty.
– Daj spokój, czy tak nie jest lepiej?
– Lepiej? – Thorne nasypał kawy rozpuszczalnej do kubka. Stał nad czajnikiem, który zaczął właśnie bulgotać.
– Czy naprawdę wcześniej byłeś szczęśliwy? – spytała Treasure. – Siedząc i godzinami oglądając nagrania z kamer przemysłowych? Rozmawiając z palantami z telekomunikacji? Przecież tym właśnie zajmują się na co dzień garniturowcy, prawda? – Podniosła czapkę i zakręciła nią na palcu. – My co dziesięć minut mamy coś innego. Tyle się dzieje. Bóg raczy wiedzieć, z czym przyjdzie się nam zetknąć tej nocy, to może być cokolwiek i właśnie dlatego jest ekscytujące. W drodze do pracy jestem piekielnie nakręcona, wiedziałeś o tym? Naprawdę, nie mogę się wprost doczekać kolejnej zmiany. Strasznie mnie to rajcuje.
Thorne nalał wrzątku do kubka, a potem odwrócił się, by na nią spojrzeć.
– Naprawdę tęsknisz za garniturkiem? Za niekończącą się papierkową robotą i gnojeniem przez buców z inspektoratu?
– Nie zawsze tak jest – odrzekł Thorne.
Przesuwająca mu się przed oczami galeria zabójców i ich ofiar.
Dziewczyna w śpiączce, mężczyzna biegnący w kierunku mostu, brat i siostra ze śmiechem wyjmujący coś z torby.
Twarze, które nadal widuje czasami po przebudzeniu.
– Chcesz się puszyć, być taki jak te dwa fajfusy wczorajszej nocy? – Po milczeniu Thorne’a i jego wyrazie twarzy domyśliła się, że nie ma chęci o tym rozmawiać, więc wzruszyła ramionami i zmieniła temat. Wskazała na swoje, a potem na jego oko. – Nieźle to wygląda – powiedziała.
Thorne mrugnął.
– No, w sumie to tak. – Dotknął palcem opuchlizny pod okiem, która w nocy nabrzmiała i przybrała fioletowy odcień. Miała kształt idealnego półksiężyca.
– To nawet dość seksowne.
– Zmieniasz orientację, Christine?
– Chciałbyś – odrzekła. Poderwała się i włożyła czapkę. – Chodź. Pora wziąć się do roboty. Thorne uniósł kubek.
– Zaczekaj...
– Zostaw to – ucięła. – Zajedziemy na stację benzynową i kupimy sobie porządną kawę.
Stacja BP była stałą przystanią dla funkcjonariuszy nocnej zmiany, a co więcej, oferowano tam darmową kawę Wild Bean dla wszystkich policjantów. W ten sposób dzięki minimalnej redukcji zysków dla koncernu British Petroleum, stacja benzynowa mogła liczyć w zamian na obecność mundurowych funkcjonariuszy, którzy pojawiali się tu regularnie niemal co pół godziny przez całą noc.
– No dobra. – Thorne odstawił kubek i sięgnął po swoją czapkę oraz płaszcz przeciwdeszczowy. Komunikaty płynące ze służbowego radia brzmiały coraz ciekawiej. Grupa młodych Tamilów zbierała się w pobliżu kościoła St. Saviour. – Tylko powiedz, że nie jadłaś dzisiaj kiełków.
– Możesz czuć się w pełni bezpieczny – odparła Treasure. Zaczekała na Thorne’a w drzwiach, a kiedy ją mijał, dotknęła dłonią jego przedramienia. – To samobójstwo z ubiegłej nocy, tych dwóch fajfusów grających w „który ma większego?”. Naprawdę powinieneś dać sobie z tym spokój.
5
Jak zwykle pod koniec zmiany trzeba było poświęcić jeszcze pół godziny na robotę papierkową. Thorne musiał przygotować protokół i dodać linijkę lub dwie przed sporządzeniem raportu na temat kilku poważniejszych incydentów. Na szczęście było ich mniej, niż można by się spodziewać. Ktoś oberwał nożem pod klubem, ktoś obrobił spożywczak, grożąc nożem właścicielowi, w Jolly Farmers doszło do bójki pomiędzy robotnikami z pobliskiej budowy, a jak się okazało, kilku z nich zabrało ze sobą do pubu, w charakterze mocniejszych argumentów, poręczne kawałki prętów zbrojeniowych. Wskutek pojawienia się w centrum miasta zmasowanych sił policji, Tamilowie i chłopaki z ASDP musieli ograniczyć swoje poczynania do robienia groźnych min i wymiany inwektyw. Szykowała się poważniejsza konfrontacja, ale na szczęście nie zdarzyła się na nocnej zmianie Thorne’a.
Po skończonej służbie Thorne zdjął mundur i wrzucił to, co chciał zabrać do domu, do plastikowej reklamówki. Wyjął z szafki skórzaną kurtkę i włożył ją. Na dziedzińcu umieścił reklamówkę w bagażniku swego auta i zamienił parę słów z kilkoma chłopakami. Zgodnie stwierdzili, że nie mogą się już doczekać regulaminowych czterech dni wolnych.
Thorne pożegnał się z nimi, zanim odjechali, ale jeszcze nie wybierał się do domu.
Wrócił do środka, minął swój gabinet i pomaszerował dalej, aż dotarł do schodów za dyżurką. Zawiesił sobie na szyi legitymację i pokonał dwie kondygnacje schodów na drugie piętro. Minął biura wydziału kryminalnego, pokoje przesłuchań, pomieszczenie ekspertów medycyny sądowej i w końcu znalazł się u wejścia na mostek.
Posterunek w Lewisham, mający opinię największego w Europie, był utworzony z dwóch stojących osobno czteropiętrowych bloków połączonych krytą kładką długości dziesięciu metrów i z przeszklonymi ścianami. Blok, w którym pracował Thorne, mieścił wydziały: kryminalny i służb mundurowych, jednostki konnej oraz ekipy z psami. W drugim miały swą siedzibę bardziej specjalistyczne zespoły: broni palnej, przestępczości zorganizowanej i przestępstw szczególnych oraz wydział zabójstw, skądinąd największy w całym południowo-wschodnim Londynie.
W ciągu trzech miesięcy, odkąd Thorne pracował jako inspektor mundurowy na posterunku Lewisham, ani razu nie przeszedł przez most.
Zawahał się przez sekundę lub dwie, po czym zrobił krok naprzód. Szedł z nisko spuszczoną głową, podczas gdy ludzie mijali go, idąc w tę samą co on lub przeciwną stronę. Był zły na siebie, że tak się denerwował, niczym uczniak wezwany na dywanik do dyrektora szkoły. Poczuł się trochę lepiej, gdy dotarł na drugą stronę i kiedy przypomniał sobie, że Treasure nazywała ten pomost „kładką fajfusów”.
W tym budynku pachniało inaczej. A może raczej brakowało woni, do których przywykł przez ostatnie miesiące: zapachu szatni i aresztu. Na podłogach były wykładziny, a nie malowany beton czy odłażące płytki, nie brakowało też polakierowanego jasnego drewna. Ani przestrzeni.
Thorne pchnął drzwi do sali odpraw wydziału zabójstw, ale się nie otworzyły. Cofnął się i zauważył klawiaturę przy drzwiach, dziesięć lśniących klawiszy z cyframi. Zaklął pod nosem. W jego budynku nie było pomieszczeń, do których nie mógłby się dostać za pomocą karty magnetycznej, jednak wstęp na terytorium tego wydziału mieli jedynie ci nieliczni wybrańcy, którzy znali kod do klawiatury numerycznej.
Ale nieliczni wybrańcy niekoniecznie musieli być tytanami intelektu. Thorne nacisnął 1-2-3-4 i ponownie pchnął drzwi. Tym razem zaklął na tyle głośno, że dwie kobiety plotkujące w najlepsze w głębi korytarza spojrzały w jego stronę.
Zapukał.
Przez maleńkie okienko w drzwiach zobaczył, jak mężczyzna przy biurku nieopodal uniósł głowę, popatrzył na niego tępym wzrokiem przez kilka sekund, a potem ponownie powrócił do ekranu komputera. Kobieta rozmawiająca przez telefon przy sąsiednim biurku obdarzyła go tylko zdawkowym spojrzeniem.
Zapukał raz jeszcze, znacznie głośniej, i nachylił się do szyby, żeby każdy, kto pokwapi się na niego spojrzeć, mógł go dobrze zobaczyć. W końcu facet przy komputerze łaskawie zwlókł cztery litery z fotela. Podszedł do drzwi, wyraźnie wkurzony, że na wydziale nie było kamerdynera, który mógłby go wyręczyć.
– Chcę rozmawiać z komisarzem – powiedział Thorne. Uniósł legitymację, żeby można było ją zobaczyć.
Funkcjonariusz przyglądał się jej dłużej, niż to było konieczne.
– W jakiej sprawie? – spytał.
Czy w jego głosie pobrzmiewała nutka ironii?
– Jak pańska godność? – rzucił Thorne.
Tamten podał mu nazwisko i choć Thorne usunął je z pamięci, ledwie je usłyszał, zdobył wszystkie potrzebne mu informacje. Znał jego stopień służbowy. Odczekał sekundę, a potem podszedł tak, że pomiędzy jego twarzą a twarzą detektywa sierżanta było zaledwie piętnaście centymetrów wolnej przestrzeni. Uśmiechnął się i wyszeptał:
– W jakiej sprawie... panie inspektorze?
– Słucham?
– Słyszeliście – powiedział Thorne. – Mam gdzieś wasz szykowny garniturek, bo choć sam już w takim nie chodzę, nadal mam na sobie śnieżnobiałą koszulę z dwoma błyszczącymi gwiazdkami na epoletach. Jeżeli nic się nie zmieniło, inspektor jest nadal wyższym stopniem służbowym od sierżanta. Nie mówcie mi, że to też się zmieniło przez te wszystkie lata.
– Nie – odparł sierżant, zmieszany.
Thorne czekał.
– Nie, panie inspektorze.
Mężczyzna najwyraźniej nie dał się zastraszyć, wypowiedział dwa ostatnie słowa niemal beznamiętnie, z takim samym szacunkiem, jaki mógłby okazać byle alfonsowi czy pedofilowi. Thorne rozpoznał ten ton. Często sam go używał – wezwany na dywanik przez jakiegoś nadętego nadinspektora czy próbując przekonać do swoich racji wyjątkowo zachowawczego komisarza. Ale nie zamierzał pozwolić sobie na takie traktowanie ze strony byle chłystka. Nie teraz; nie dlatego, że jakiś palant dorobił się stopnia detektywa, a Thorne musiał pełnić codzienną służbę w mundurze.
Mundurowiec.
– Cieszę się, że to sobie wyjaśniliśmy, sierżancie – wycedził Thorne. – To znacznie ułatwi nam sytuację. A teraz pofatygujcie się po swojego przełożonego, jeśli łaska.
Dochodziła ósma rano, ale na wydziale praca szła już pełną parą. Piętnastu, a może nawet dwudziestu policjantów krzątało się między biurkami, rozmawiając przez telefon, konferując z kolegami albo pracując samotnie przy komputerze. Thorne patrzył i słuchał – te dźwięki, to skupienie – wszystko wydało mu się aż nadto znajome. Odwrócił się i spojrzał na białą tablicę zajmującą całą długość jednej ze ścian: zdjęcia podejrzanych, świadków, ofiar. Najistotniejsze nazwiska i dane wypisane mazakiem; sprawy zamknięte obwiedzione czerwoną ramką, otwarte – zieloną. Thorne spędził wiele lat w sali odpraw takiej jak ta, podłączając się do tego samego rodzaju energii, karmiąc się nią. Stał, czując tę energię wypełniającą powietrze wokół niego, i nagle zrobiło mu się sucho w ustach i zakręciło mu się w głowie, jakby na chwilę stracił orientację.
Poczuł się jak szalejący imprezowicz zgarnięty do suki, z piwem w dłoni.
W kilka minut później na drugim końcu sali pojawił się mężczyzna i przywołał Thorne’a do siebie ruchem ręki. Powitał go, zwracając się do niego po imieniu i przedstawił się jako komisarz Neil Hackett. Thorne wszedł za nim do dużego, schludnego gabinetu, usiadł na wskazanym krześle, a jego oczom ukazał się widok na Lewisham High Street.
Widok, jaki miał ponad blatem biurka komisarza, też nie przedstawiał się atrakcyjniej. Hackett mierzył co najmniej metr dziewięćdziesiąt wzrostu, ale to nie wystarczało, by zamaskować sporą nadwagę, i kiedy rozpiął marynarkę, uwolniony spod niej kałdun omal nie porozrywał guzików jego drogiej koszuli.
– Niech zgadnę, Tom. – Hackett westchnął, siadając, a jego fotel zrobił to samo. – Chodzi o to podwójne samobójstwo, w czwartkowy wieczór.
Thorne odczekał kilka sekund.
– Zgadł pan – powiedział.
Najwyraźniej tam-tamy były tu głośniejsze, albo może bardziej zajadłe, niż przypuszczał. Teraz był już pewien, że postąpił słusznie, prosząc Phila Hendricksa, aby rzucił okiem na raporty z autopsji Cooperów.
Hackett uśmiechnął się, jakby tok rozumowania Thorne’a wydał mu się przeraźliwie oczywisty, i pospieszył z wyjaśnieniem.
– Paul Binns to mój kumpel.
– To miło – rzekł Thorne.
– Jest dobrym policjantem.
– Nie twierdzę, że nie jest.
– Świetnie. Poza tym Paul nie jest jednym z moich ludzi, więc przychodzenie na skargę i wypłakiwanie mi się w mankiet mija się z celem.
– Nikt się na nikogo nie skarży.
– Tym lepiej – powiedział Hackett.
– Po prostu pomyślałem, że ktoś mógłby chcieć jeszcze raz się temu przyjrzeć – wyjaśnił Thorne. – To wszystko.
– Ktoś taki jak ja?
– Nie zaszkodziłoby, prawda?
Hackett usiadł wygodniej i uniósł rękę by odgarnąć niesforny kosmyk włosów opadający mu na czoło. Choć miał nalaną twarz, jego głowa wciąż wydawała się maleńka w porównaniu z resztą ciała.
– Może coś mi umknęło, ale czy nie uznałeś tej sprawy za zamkniętą?
– Nie miałem wyboru – odparł Thorne.
– Ale to cię nie zadowala.
Thorne starał się odpowiednio dobierać słowa:
– Odniosłem wrażenie, że sprawy nie potraktowano poważnie. Że mnie nie potraktowano poważnie.
– Buteleczka insuliny bez etykiety, tak? – rzucił Hackett. – I to, że staruszka wyjęła sztuczną szczękę?
– Panie komisarzu, jest coś jeszcze. – Fragment obrazka, który wydawał się pozbawiony sensu, ale uporczywie nie dawał Thorne’owi spokoju. – Proszę posłuchać, wiem, że to nie brzmi... zbyt przekonująco.
– Delikatnie powiedziane. Moim zdaniem to żenada. – Hackett pokręcił głową. – Wiesz, że ten staruszek był emerytowanym lekarzem, prawda? Oto rozwiązanie tej twojej zagadkowej insuliny.
– Nie – odrzekł Thorne. – Nie wiedziałem.
Hackett wychylił się do przodu.
– Posłuchaj, gdybym tam był, zrobiłbym dokładnie to samo co detektyw inspektor Binns i z takim samym przekonaniem. Mamy na tapecie dostatecznie dużo prawdziwych morderstw.
