Presja - Mark Billingham - E-Book

Presja E-Book

Mark Billingham

0,0

Beschreibung

Detektyw sierżant Helen Weeks jest przekonana, że ma przed sobą kolejny rutynowy dzień w pracy. Jednak zakupy w sklepiku, który odwiedzała od dawna, kończą się inaczej niż zwykle. Policjantka staje się zakładniczką zdesperowanego sklepikarza, który przeżył osobistą tragedię. Jego syn trafił za zabójstwo do więzienia i tam niedługo potem popełnił samobójstwo. Zbolały ojciec nie wierzy w taką desperację syna i za wszelką cenę pragnie dociec prawdy. Zmusza Helen, aby skontaktowała się z detektywem inspektorem Tomem Thorne'em, i daje mu ultimatum – albo przyprowadzi mu osobę, która zamordowała jego syna, albo poleje się krew i Helen Weeks oraz jeszcze jeden zakładnik, młody pracownik banku, zapłacą życiem za nieudolność policji. Thorne nie ma wyboru, musi odnaleźć mordercę. Zadanie wcale nie będzie łatwe, a czasu jest coraz mniej...

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 491

Veröffentlichungsjahr: 2022

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Presja

Presja

© Mark Billingham 2011

© Copyright to the Polish Edition: Jentas A/S 2021

Tytuł oryginału: Good as Dead

Przełożył Robert P. Lipski

ISBN: 978-87-428-6018-2

Tom Thorne

KokonMięczakOfiaryPodpalonaZapomnianiUprowadzonyMścicielNaśladowcaPułapkaPresjaPerswazjaKościCzas śmierci

–––

Dla Davida Morrisseya i Jolyon Symonds.

Za to, że tak wspaniale przenieśli Thorne’a na ekran.

DZIEŃ PIERWSZY

SZALEĆ Z ROZPACZY

1

Guma do żucia i czekolada, a może również butelka wody na wypadek słonecznych dni, jakie zdarzają się od wielkiego dzwonu. Gazeta na drogę do pracy i pół minuty nieobowiązującej pogawędki w oczekiwaniu na wydanie reszty.

Nic, o co warto by się zabijać.

Helen Weeks będzie powtarzać to sobie wielokrotnie, zanim wszystko się skończy. W ciągu tych godzin spędzonych na gapieniu się w czarną dziurę, z której śmierć mogła się wyłonić szybciej, niż nastąpiłoby kolejne uderzenie jej serca. Albo zanim przestałoby bić. W tych jakby żywcem wyjętych z horroru, zdających się toczyć w zwolnionym tempie minutach zawarte były kolejne dni i bezsenne noce. Podczas gdy mężczyzna, który mógł ją zabić w każdej chwili, pokrzykiwał sam do siebie kilka metrów od niej lub siedział w sąsiednim pomieszczeniu.

Jeszcze nie nadszedł mój czas. Jeszcze nie umrę.

To nie jest czas, aby moje dziecko straciło matkę...

Guma do żucia to był nawyk, dzięki temu miała co robić i mogła zapomnieć o fajkach, które odstawiła dwa lata temu, kiedy zaszła w ciążę. Gazeta pozwalała nie patrzeć na ludzi siedzących naprzeciw niej w pociągu, o ile tylko miałaby dość szczęścia, by znaleźć wolne miejsce, a nie stać w ścisku obok tłuściocha w tandetnym garniturze, pachnącego tanim płynem po goleniu. Czekolada była jej słabostką tak po prostu. Z czasów, kiedy po urodzeniu synka usilnie starała się zrzucić wagę i udało się jej to, choć nie do końca. Próbowała radzić sobie jakoś z tym nałogiem: parę kostek do kawy, jedna lub dwie po lunchu, a reszta wieczorem na deser. Taki miała zwykle plan, ale niemal zawsze brał w łeb, kiedy tylko siadała przy komputerze albo jeśli sprawa, nad którą pracowała, okazywała się wyjątkowo nieprzyjemna, zanim jeszcze pociąg dojeżdżał, po czternastu minutach, na dworzec Streatham.

A nieprzyjemnych spraw było sporo.

Zdjęła gazetę ze stojaka przy drzwiach i nim stanęła przy ladzie, pan Akhtar już sięgał po jej ulubioną gumę do żucia i czekoladę. Uśmiechnął się i pomachał do niej, trzymając je w dłoni, kiedy podeszła. To samo, co zwykle. Ich mały, prywatny żarcik.

– Jak tam synek? – zapytał.

Pan Akhtar był niskim, przedwcześnie łysiejącym mężczyzną, który niemal przez cały czas się uśmiechał. Rzadko nosił coś innego niż ciemne spodnie, białą koszulę i sweter, choć kamizelka mogła być brązowa lub granatowa. Helen uznała, że zapewne jest młodszy, niż na to wygląda; jej zdaniem miał pięćdziesiąt parę lat.

– Świetnie – odparła Helen.

Zorientowała się, że klient, którego widziała, jak przeglądał czasopisma, kiedy weszła, teraz stanął za nią. Mężczyzna, wysoki, czarnoskóry trzydziestolatek, zerkał na okładki czasopism dla panów, na najwyższych półkach, ale kiedy zobaczył wchodzącą do sklepiku Helen, natychmiast przeniósł wzrok na prasę hobbystyczną i motoryzacyjną.

– Taak, świetnie – powtórzyła.

Akhtar uśmiechnął się, pokiwał głową i podał jej paczkę gumy do żucia oraz czekoladę.

– Ale to ciężka harówka, prawda?

Helen wywróciła oczami i odpowiedziała:

– Czasami.

W rzeczywistości nie miała prawie żadnych problemów z Alfiem. Był wyjątkowo bystry. Uśmiechnęła się, przypominając sobie, jak jej roczny synek gaworzył wesoło, kiedy odprowadzała go do opiekunki pół godziny temu. Niemal przez cały czas okazywał radość i wesołość, a kiedy coś było nie tak, natychmiast ją o tym informował. Miał charakterek po Paulu, uznała Helen, podobnie jak oczy.

A może tylko oszukiwała samą siebie?

– Było warto, tak?

– Absolutnie – potwierdziła.

– Może mi pani wierzyć, będzie tylko gorzej.

– Och, niech pan nawet tak nie mówi. – Śmiejąc się, podała mężczyźnie dwie jednofuntowe monety i zaczekała na czterdzieści trzy pensy reszty, jak co dzień.

Kiedy Akhtar wyjmował bilon z kasy, Helen usłyszała dzwonek przy drzwiach. Zobaczyła, jak mężczyzna unosi wzrok, i usłyszała głosy, zuchwałe i buńczuczne, gdy do sklepiku weszła grupa nastolatków. Rozejrzała się dokoła. Było ich trzech: jeden czarny i dwóch białych. Wszyscy pewni siebie.

– Proszę – rzekł Akhtar.

Podał Helen resztę, ale ani na moment nie odrywał wzroku od trzech chłopaków, a jego głos brzmiał ciszej niż przed chwilą. Zanim Helen odwróciła się do niego, zobaczyła, jak chłopcy podchodzą do lodówki z napojami i śmiejąc się oraz przeklinając, otwierają drzwiczki.

Cieszą się, że mają widownię, pomyślała.

– Zapowiada się ładny dzień.

– To dobrze – mruknął Akhtar.

Wciąż stał w bezruchu, spoglądając w stronę lodówki.

– To nie potrwa długo.

Helen wrzuciła drobne do portmonetki, a złożoną gazetę do torebki. Usłyszała, jak mężczyzna za nią robi przeciągły wydech; najwyraźniej nie mógł się już doczekać, kiedy zostanie obsłużony. Otworzyła usta, by powiedzieć „Do zobaczenia jutro”, gdy pan Akhtar nachylił się do niej, po czym skinął głową w stronę trzech nastolatków i wyszeptał:

– Nie cierpię tych gnojków.

Helen znów się rozejrzała wokoło. Nastolatkowie grzebali w lodówce, wyjmując z niej puszki i wstawiając je z powrotem. Śmiali się i przepychali między sobą. Jeden z nich, który wchodząc, ściągnął ze stojaka gazetę, opierał się o stojak z pocztówkami okolicznościowymi i wertował ją ostentacyjnie.

Mężczyzna stojący za Helen wymamrotał:

– Na miłość boską.

Nie była pewna, czy był to wyraz frustracji, że kazano mu czekać, czy rozdrażnienia na zachowanie nastolatków przy lodówce.

– Hej – powiedział Akhtar.

Helen odwróciła się do kontuaru, usłyszała syk otwieranej puszki i zobaczyła, że oblicze pana Akhtara nagle spochmurniało.

– Ej!

Kolejny syk i teraz już dwóch nastolatków popijało colę z puszek, podczas gdy trzeci wyrzucił podartą gazetę i sięgnął do lodówki, aby wziąć jedną colę dla siebie.

– Musicie za nie zapłacić – zawołał Akhtar.

– Zapomniałem portfela – odparł jeden z chłopaków.

Dwaj pozostali wybuchnęli śmiechem i przybili żółwika.

Biały chłopak, który czytał gazetę, opróżnił puszkę i ją zgniótł.

– A jak nie zapłacimy, to co? – Rozłożył szeroko ręce w zuchwałym geście. – Wybuchniesz?

– Musicie zapłacić.

Helen spojrzała na Akhtara. Dostrzegła poruszające się mięśnie jego żuchwy, opuszczone wzdłuż boków ramiona, dłonie zaciśnięte w pięści. Zrobiła niewielki krok w prawo, aby ją zauważył, i pokręciła głową.

Odpuść.

– Wynocha z mojego sklepu – zawołał Akhtar.

Oczy białego chłopaka wydawały się małe i martwe, kiedy upuścił zgniecioną puszkę i ruszył wolno w stronę lady. Wsunął jedną rękę do kieszeni bluzy z kapturem.

– Zmuś nas – wycedził.

Z tyłu za nim jego kumple rzucili prawie puste puszki na podłogę, resztki napoju rozlały się po posadzce.

– Sorki – mruknął jeden z nich.

Nagle Helen zrobiło się sucho w ustach. Włożyła rękę do torebki i zacisnęła dłoń na portfeliku, gdzie znajdowała się jej służbowa odznaka. To była tylko brawura nastolatków, tak w każdym razie sądziła. Jedno błyśnięcie odznaką, parę ostrych słów i gnojki zmyłyby się stąd w okamgnieniu.

– Osama chyba się sfajdał.

W tej samej chwili włączył się zawodowy instynkt Helen, owładnęło nią znacznie silniejsze przeświadczenie. Bądź co bądź chłopak mógł mieć w kieszeni nóż. Wiedziała, że nie może zakładać niczego z góry, i zdawała sobie sprawę z tego, co może spotkać niedoszłych bohaterów. Znała jednego z funkcjonariuszy służb pomocniczych z Forest Hill, który kilka miesięcy temu upomniał czternastolatka za rzucenie puszki na ziemię. Funkcjonariusz wciąż leżał podłączony do respiratora.

Rok czy dwa lata temu też była taka.

Teraz jednak ma dziecko...

– Sklepik twój, ale kraj nie.

Mężczyzna, który czekał, by go obsłużono, przysunął się do niej. Czy próbował ochronić ją, czy siebie? Tak czy owak ciężko oddychał, a kiedy się odwróciła, zobaczyła, że lustrował wzrokiem drzwi, rozważając, czy pobiec w ich stronę.

Zastanawiał się, czy powinien coś zrobić.

Tak jak ona.

– Jeśli nie macie przy sobie plecaka wyładowanego materiałami wybuchowymi, to zachowujecie się jak cioty.

Biały chłopak postąpił jeszcze krok w stronę lady. Uśmiechnął się i otworzył usta, aby coś jeszcze powiedzieć, ale zamilkł, kiedy zobaczył, że pan Akhtar wyjął spod lady kij bejsbolowy.

Jeden z chłopaków przy lodówce zagwizdał ironicznie i mruknął z przekąsem:

– Oj, uważaj.

Sprzedawca okazał się zdumiewająco szybki.

Helen przesunęła się w stronę końca lady, jednak dalej już nie mogła się wycofać z uwagi na stojącego za nią mężczyznę, i patrzyła w osłupieniu, jak Akhtar wyskakuje zza kontuaru i wymachuje dziko kijem bejsbolowym.

– Precz stąd! Won, ale już!

Biały chłopak wycofywał się szybko, wciąż trzymając rękę w kieszeni, podczas gdy jego kumple odwrócili się i rzucili w stronę drzwi, strącając po drodze z półek puszki i pudełka z płatkami. Wykrzykiwali pogróżki i zapowiadali, że wrócą, a jeden z nich zawołał, iż w sklepiku i tak śmierdzi curry.

Kiedy ostatni z nich wybiegł na ulicę, wciąż miotając przekleństwa i groźby oraz wykonując obsceniczne gesty, Akhtar z trzaskiem zamknął drzwi. Sięgnął do kieszeni po klucze i przekręcił zamek, po czym oparł się czołem o szybę. Ciężko dyszał.

Helen postąpiła krok w jego stronę, pytając go, czy dobrze się czuje.

Na zewnątrz jeden z chłopaków kopnął w witrynę i splunął na szybę. Strużka zaczęła ściekać po szkle, obok reklam nauki ogrodnictwa, gry na gitarze i masażu, kiedy kumple odciągnęli chłopaka na bok.

– Zgłoszę to – powiedziała Helen. – Wszystko jest zarejestrowane na nagraniu z kamery przemysłowej, więc nie ma się czym przejmować. – Spojrzała na niedużą kamerę nad ladą i zorientowała się, że prawdopodobnie była to atrapa. – Mogę podać dokładne rysopisy całej trójki. Wie pan, że jestem policjantką, więc...

Wciąż odwrócony do niej plecami Akhtar pokiwał głową i ponownie zaczął gmerać przy kluczach.

– Panie Akhtar?

Kiedy sprzedawca znowu się odwrócił, trzymał w dłoni rewolwer.

– Jezu – wyszeptał mężczyzna stojący obok Helen.

Głośno przełknęła ślinę, próbując zapanować nad drżeniem nóg i głosem.

– Co pan...?

W tej samej chwili Akhtar zaczął krzyczeć i kląć na całe gardło, bezceremonialnie wyjaśniając Helen i drugiemu klientowi, co się stanie, jeżeli nie będą wykonywać jego poleceń. Jednak przekleństwa w jego ustach zabrzmiały dość niezręcznie, jak kwestia wypowiadana przez kiepskiego aktora.

Albo niegroźne kłamstewko.

– Zamknijcie się! – zawołał. – Morda w kubeł lub zaraz was tu, kurwa, pozabijam.

2

– Na miłość boską, mówi się espresso – oburzył się Tom Thorne. – Espresso.

Mężczyzna, który rzecz jasna nie mógł go usłyszeć, z entuzjazmem opowiadał o tym, że nie jest w stanie rozpocząć dnia bez właściwego zastrzyku nieodzownej kofeiny. Raz jeszcze powtórzył to bluźniercze słowo, a Thorne walnął dłonią w kierownicę.

– Nie ekspresso, ty bucu. W tym słowie nie ma cholernego ks...

Stojąc w korku w godzinach szczytu i w żółwim tempie pełznąc na północ, ku Haverstock Hill, Thorne spojrzał w prawo i zobaczył przyglądającą mu się kobietę siedzącą za kierownicą sportowego mercedesa. Uśmiechnął się i uniósł brwi. Kiedy się odwróciła, burknął:

– A idź w cholerę.

Miał nadzieję, że widząc go mówiącego do siebie, kobieta pomyśli, że rozmawiał przez komórkę z zestawem głośnomówiącym, ale ona najwyraźniej wzięła go za mamroczącego pod nosem świra.

– Zakładam, że dobre mocne ekspresso daje ekstrakopa na dobry początek ekstradnia, czyż nie?

Szukając czegoś lepszego, jakiejś muzyki, zaczął manipulować gałką przy radiu. Ostatecznie poprzestał na słodkich folkowych klimatach, łagodnym ciepłym głosie i piosence, która wydała mu się znajoma.

Pokrzykiwanie na radio było zapewne jeszcze jedną oznaką starzenia, uznał Thorne. Jedną z wielu. Znajdowało się na samym szczycie listy starczych ułomności, wraz z lekką utratą słuchu w prawym uchu i przekonaniem, że w telewizji naprawdę nie ma teraz nic ciekawego do oglądania. I z zastanawianiem się, dlaczego nastolatkom podoba się noszenie spodni z krokiem na wysokości kolan.

Piosenka się skończyła, a didżej radośnie poinformował go, jaka to stacja radiowa.

Słuchanie Programu Drugiego też plasowało się wysoko na tej liście!

Zmiana zdania w różnych kwestiach czy temperamentu również była dla niego niewykonalna. Thorne doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale też bywały takie dni, kiedy mógł nawet przyznać, że obstawianie przy swoim niekoniecznie oznacza coś złego. Mógł zaakceptować zmianę zachodzącą stopniowo, prawie niedostrzegalnie, lecz rzadko czuł się swobodnie, gdy odbywała się choćby odrobinę gwałtowniej. Nawet jeśli było to konieczne. Ostatnio w jego życiu zaszło zbyt wiele zmian, niektóre były nadal w toku, a on wciąż nie potrafił sobie z nimi poradzić.

Przystosować się do nich.

Ruszył trochę zbyt ostro spod świateł, klnąc w żywy kamień, gdy jego stopa ześlizgnęła się z mało jeszcze znajomego pedału gazu.

Choćby ten cholerny samochód.

Ostatecznie zamienił swoje ukochane BMW CSi rocznik 1975 na dwuletnie series 5, pewniejszy model, do którego łatwiej mógł dostać części w razie potrzeby. Jak dotąd auto było pierwszą i jedyną rzeczą, z którą ostatecznie się pożegnał, ale czekały go jeszcze inne, drastyczniejsze zmiany. Jego mieszkanie w Kentish Town miesiąc temu zostało wystawione na sprzedaż, lecz wciąż wymagało drobnych renowacji, a potencjalni nabywcy jakoś nie ustawiali się w kolejce do obejrzenia nieruchomości. Poza tym, mimo iż od wielu tygodni wypytywał tu i tam, szukając po cichu okazji, nie udało mu się jak dotąd załatwić przeniesienia do innego wydziału.

No i jeszcze sprawa z Louise...

Wszystkie, bynajmniej niezbyt przyjemne, zmiany w życiu Thorne’a wydawały się mało znaczące w porównaniu z tą. Samochód, mieszkanie, praca. Sporo zmian w jego życiu nastąpiło w związku z tym, co się stało z Louise.

Rozstali się ostatecznie przed kilkoma miesiącami, a ich związek trwał ponad dwa lata. Przez połowę tego czasu było lepiej, niż którekolwiek z nich tego oczekiwało, a na pewno o niebo lepiej, niż zdarza się w związkach funkcjonariuszy policji. Jednak jako para nie byli dostatecznie silni, by poradzić sobie z utratą dziecka. Żadne z nich nie potrafiło dać drugiej stronie potrzebnej pociechy, oboje cierpieli więc osobno i zapłacili za to słoną cenę. Louise była święcie oburzona, że Thorne z pozoru o wiele łatwiej radził sobie z bólem i cierpieniem obcych ludzi, a on borykał się z poczuciem winy, iż poronienie Louise nie zdruzgotało go tak bardzo, jak powinno. Zanim poczucie winy się wypaliło, a Thorne wreszcie przyznał, jak bardzo chciał zostać ojcem, dla nich obojga było już za późno.

Łączył ich sporadyczny seks, lecz nawet i to się wypaliło. Louise zebrała się w końcu na odwagę, by powiedzieć to, co było konieczne, ale Thorne już od jakiegoś czasu się tego spodziewał. Czuł, że ich rozstanie zbliża się wielkimi krokami, zanim ich uczucia staną się zbyt mroczne i destrukcyjne.

Oboje zatrzymali swoje mieszkania, co jeszcze bardziej wszystko ułatwiało. Z mieszkania Thorne’a w Kentish Town Louise zabrała kosz na bieliznę wypchany ciuchami i kosmetykami, a on opuścił jej mieszkanie z torbą podróżną, paroma puszkami piwa i pudełkiem płyt kompaktowyh. Pożegnali się uściskiem, ale równie dobrze mógłby być to uścisk dłoni. Ładując torbę i resztę rzeczy do bagażnika samochodu, Thorne stwierdził, że może to właściwy moment, aby dokonać innych zmian.

Aby zacząć od nowa...

Skręcił w stronę Finchley i niemal natychmiast znów stanął w korku. Zostało niewiele ponad osiem kilometrów, ale od Hendon i Becke House wciąż dzieliło go dobre pół godziny jazdy. Od Becke House, siedziby Sekcji Zachodniej Wydziału Zabójstw.

– Dlaczego, u licha, chcesz zmienić pracę?

Kilka tygodni temu wybrał się na piwo z Philem Hendricksem, a pochodzący z Manchesteru patolog jak zawsze nie wahał się wyrazić swojej opinii.

Thorne pokręcił głową, ale i tak go wysłuchał. Cenił zdanie Hendricksa zarówno w sprawach zawodowych, jak dotyczących jego życia prywatnego, bo patolog był poniekąd jego najlepszym przyjacielem.

Jedynym przyjacielem – jak niezmiennie powtarzał mu Hendricks.

– Dlaczego nie?

– Bo to nie jest... konieczne. Nie jest niezbędne. Zupełnie jakbym, przeprowadzając autopsję jakiegoś nieszczęśnika, któremu ktoś wpakował dwanaście kul w głowę, stwierdził, na marginesie, że facet miał zwężone arterie i lekką wadę serca i mogło to mieć coś wspólnego z jego śmiercią.

– Upiłeś się – mruknął Thorne.

– Po prostu tego już za wiele, ot i wszystko. Tylko dlatego, że się z kimś rozstałeś, nie znaczy, że powinieneś wszystko zmienić. Samochód... tak! Jak najbardziej! To cholerstwo było pieprzoną śmiertelną pułapką. Nie twierdzę też, że nie powinieneś przeprowadzić się do nowego mieszkania. Znajdziemy ci coś fajniejszego niż nora, w której teraz się kisisz, i wybiorę się z tobą, żebyś kupił jakieś naprawdę porządne meble, ale czy musisz rozglądać się za nową robotą?

– To wszystko jest ze sobą powiązane.

– Wszystko, czyli co?

– Nowy początek – odparł Thorne. – Nowy rozdział, czy jak to się mówi w takich sytuacjach.

– Jesteś bardziej pijany niż ja.

Potem przeszli na rozmowę o piłce nożnej i żałosnym życiu seksualnym Thorne’a, ale zdawał sobie sprawę, że Hendricks miał rację, i od tej pory myślał głównie o tym. Chociaż nadal wierzył, że postępuje słusznie, szukając nowych wyzwań, na samą myśl o odejściu z wydziału zabójstw czuł się nieswojo. Natura tej pracy i powszechnie stosowana polityka chronienia własnego tyłka sprawiały, że ciężko było o atmosferę wzajemnego zaufania między członkami zespołu. Thorne nauczył się cenić relacje, jakie miał z ludźmi, z którymi pracował na co dzień. Z ludźmi, których lubił i szanował. Oczywiście zdarzali się idioci, ale to detal.

Lepsze znane niebezpieczeństwo niż nieznane.

W radiu Chris Evans rozzłościł go niemal tak bardzo jak facet od „ekspresso”, więc je wyłączył. Włączył za to odtwarzacz i przejrzał zawartość dziesięciopłytowego zestawu, który miał akurat dostępny. Podkręcił dźwięk, gdy rozległy się pierwsze, znajome dźwięki gitary i szorstki głos zaczął śpiewać.

Johnny Cash, Ain’t No Grave.

– Skoro już tak się zaangażowałeś w te zmiany – powiedział Hendricks – może mógłbyś coś zrobić z tą swoją słabością do kretyńskiej kowbojskiej muzyki.

Thorne uśmiechnął się, przypominając sobie zbolały wyraz twarzy przyjaciela, i mozolnie ruszył naprzód przez zakorkowane ulice w stronę biura.

Nie zamierza korzystać z pierwszej okazji, jaka się nawinie. Istniało spore prawdopodobieństwo, że długo nie nadarzy się nic odpowiedniego, żaden stosowny wakat, a do tej pory będzie mógł przecież zmienić zdanie.

Na razie będzie robił swoje i cierpliwie czekał, co się wydarzy.

3

Cofając się przed wymierzoną w siebie bronią, Helen spostrzegła twarz w szybie wystawowej ponad ramieniem Akhtara. Jeden z chłopaków przegnanych ze sklepiku obserwował rozwój wydarzeń z rozdziawionymi ustami. Zawołał coś do jednego z kumpli, zanim biegiem pognał w stronę dworca. Nawet jeżeli Akhtar to usłyszał, nie wydawał się specjalnie przejęty. Podszedł w stronę Helen i stojącego obok niej mężczyzny.

Pan Akhtar.

Nie mogła z pełną świadomością stwierdzić, że go zna, ale od ponad roku przychodziła do jego sklepiku. Codziennie rozmawiali, a właściwie wymieniali uprzejmości, lecz mimo wszystko...

Co on kombinował, do cholery?

Celując w ich stronę, Akhtar nakazał Helen i drugiemu klientowi, aby obeszli ladę i skierowali się na zaplecze. Na poobijanym stoliku stał telewizor. Akurat leciał Daybreak z wyciszonym dźwiękiem. Stało tu jedno krzesło, szafka, a w kącie lodówka z czajnikiem, paroma kubkami i dzbankiem do kawy. Poza niedużą umywalką niemal każdy centymetr trzech z czterech ścian zajmowały kartonowe pudła i sterty plastikowych palet z zapasami różnych towarów.

Żywność w puszkach, chrupki, papierowe ręczniki kuchenne, papierosy.

Było tu dwoje drzwi. Te z zasuwkami u góry i u dołu i z masywną kłódką z całą pewnością prowadziły na zewnątrz, do zaułka na tyłach sklepu. Helen domyślała się, że za drzwiami z taniej sklejki znajduje się toaleta.

Akhtar powiedział, że jest mu przykro z powodu ciasnoty, i kazał im stanąć pod pustą ścianą. Zapytał Helen, czy ma telefon komórkowy. Odparła, że tak, w torebce. Kazał jej przesunąć torebkę po podłodze w jego stronę, a potem zażądał, aby mężczyzna oddał mu swoją komórkę. Później, kiedy już usiadł za biurkiem, rozkazał obojgu, aby usiedli na podłodze. Nie odrywając od nich wzroku, sięgnął do szuflady i rzucił Helen dwie pary metalowych kajdanek.

– Z internetu – powiedział. – Najlepsza jakość. Myślę, że używacie takich samych.

Helen podniosła kajdanki z podłogi.

– Jeszcze nie jest za późno, aby to przerwać – odezwała się. – Nie wiem, co pan robi, lecz wciąż jeszcze można to wszystko odwrócić. Nie mogę obiecać, że nie trafi pan za kratki, ale uczynię, co w mojej mocy, aby potraktowano pana łagodnie. Słucha mnie pan, panie Akhtar?

Uśmiechnął się do niej dziwnie.

– Chciałbym, abyście się przykuli do rur kaloryfera. Każde z was z jednej strony.

Helen wymieniła spojrzenie z siedzącym obok niej mężczyzną i pokiwała głową. Przykuła jego prawy przegub do cienkiej rurki wpuszczonej w podłogę. Kiedy skończyła, choć wyszło jej to dość nieporadnie i trwało dłużą chwilę, mężczyzna zrobił to samo z jej lewą ręką.

– Bez obawy – rzekł sklepikarz. – Grzejnik jest wyłączony, więc nie będzie wam za gorąco. – Popatrzył na Helen. – Jak sama pani powiedziała, mamy dziś ładną pogodę.

Zorientowała się, że próbował żartować, ale dostrzegła napięcie na jego twarzy i usłyszała drżenie w jego głosie. Widziała, że jest przerażony.

To nie wróżyło nic dobrego.

Zadowolony, że więźniowie zostali unieruchomieni, Akhtar wstał i wrócił do sklepiku. Mężczyzna siedzący obok Helen przez kilka sekund wpatrywał się w stronę przejścia, a kiedy uznał, że sklepikarz na razie nie wróci, powoli skierował swój wzrok na nią.

– Jest pani policjantką, zgadza się? – Może dlatego, że odezwał się cicho, jego głos zabrzmiał delikatnie i piskliwie. Mówił ładnym językiem, z lekkim londyńskim akcentem.

Helen popatrzyła na niego i skinęła głową.

Miał krótkie włosy, nosił granatowy garnitur i wzorzysty krawat. Uniósł wolną rękę i ściągnął krawat, po czym gwałtownie rozpiął górny guzik koszuli. Obficie się pocił.

– Co pani zamierza? – spytał.

– Słucham?

– Co zamierza pani z tym zrobić?

Helen popatrzyła na niego.

– Tak naprawdę niewiele mogę. Przynajmniej na razie.

Mężczyzna zwiesił głowę.

– Cholera.

– Po pierwsze musimy zachować spokój. Jasne?

– Nie rozumie pani, mam dziś rano spotkanie. Bardzo ważne spotkanie.

Helen omal nie wybuchnęła śmiechem, ale pohamowała się, dostrzegając wyraz determinacji na twarzy mężczyzny. Wiedziała, że tego typu reakcje nie są niczym niezwykłym. Słyszała o ofiarach zamachów z siódmego lipca błąkających się po ulicach, całych we krwi i tłumaczących policji oraz ratownikom medycznym, że nie trzeba ich zabierać do szpitala, bo bardzo się spieszą na umówione ważne spotkanie czy zebranie. Taka „odwrócona” panika była naturalną reakcją niektórych ludzi, w ten sposób wypierali świadomość powagi sytuacji.

To tylko parę kropel krwi. To tylko rewolwer...

– Myślę, że pańskie spotkanie będzie musiało zaczekać – powiedziała.

Patrzyli na siebie nawzajem przez kilka sekund, aż ujrzała grymas akceptacji na jego twarzy. Pokiwał powoli głową i oparł się o grzejnik, mówiąc:

– Jestem Stephen.

– Helen.

Oboje odwrócili się, gdy z wnętrza sklepu dobiegł ich hałas. Głośny, metaliczny zgrzyt i klekot. Stephen spojrzał na Helen, która powiedziała podniesionym głosem:

– Opuszcza żaluzje w oknach.

Nasłuchiwali w ciszy, aż zgrzyt i metaliczne pobrzękiwania ucichły, i zrozumieli, że solidne metalowe żaluzje zostały całkiem zsunięte, by zasłonić sklepową witrynę.

– Jesteśmy zamknięci – stwierdził Stephen.

Helen obserwowała wyjście.

– Chyba raczej chodzi o to, by nie wpuścić nikogo do środka.

Tak czy inaczej byli zamknięci. Opuszczenie żaluzji i wiążąca się z tym zmiana oświetlenia spotęgowały panikę u mężczyzny. Zaczął szarpać za kajdanki, które grzechotały i ze zgrzytem przesuwały się po rurze grzejnika, i choć stękał z wysiłku, Helen wiedziała, że nic mu to nie da.

– Proszę przestać – rzekła.

Stephen zaczął mocować się jeszcze bardziej. Ukląkł i klnąc oraz pokrzykując na przemian, pomagając sobie wolną ręką, próbował wyrwać kaloryfer ze ściany.

– Proszę przestać...

Kiedy Akhtar wrócił na zaplecze, zauważył, że Stephen zmienił pozycję, ale wcale się tym nie przejął. Najwyraźniej wierzył w jakość kajdanek i wytrzymałość rur kaloryfera. Przez kilka minut mocował się z ciężką metalową szafką, przesuwając ją centymetr po centymetrze od ściany pod drzwi tylnego wejścia.

Zanim skończył, ociekał potem. Usiadł za biurkiem i otarł twarz chustką, po czym wyjął rewolwer z kieszeni i położył na biurku. Odwrócił się, by spojrzeć na Helen.

– Bywała pani setki razy w moim sklepiku – odezwał się – ale wciąż nie znam pani imienia.

Pomimo sytuacji i chaosu myśli Helen poczuła nieprzyjemne poczucie winy. Powiedziała sobie, że to absurdalne. Kilka słów zamienianych każdego dnia i zachowanie odpowiedniego dystansu. Czy ten człowiek chciał czegoś więcej? Czy czuł się... zbywany? Albo odrzucony? Czy czuł do niej coś więcej?

– Helen – powiedziała. – Detektyw sierżant Helen Weeks.

Skinął głową.

– Ja jestem Javed... – Popatrzył na mężczyznę siedzącego po drugiej stronie kaloryfera. – Bardzo mi przykro, że został pan w to wciągnięty, panie...

Stephen wciąż ciężko oddychał. Nie uniósł wzroku.

– Stephen Mitchell.

– Mogę jedynie przeprosić, panie Mitchell.

– Niech pan posłucha, Javedzie...

Akhtar nie pozwolił Helen dokończyć.

– W jakim wydziale pani pracuje, pani Weeks?

To pytanie zbiło ją z tropu.

– Słucham?

– Jakie sprawy pani prowadzi? Włamania? Oszustwa? Morderstwa?

– Jestem w wydziale zajmującym się ochroną dzieci.

– A więc nie morderstwami.

– Zdarza się...

– Muszę jak najszybciej pomówić z kimś z policji.

– Niech pan więc porozmawia ze mną. – Starała się, by ton jej głosu brzmiał rzeczowo i konkretnie. – Proszę mi powiedzieć, o co chodzi, postaramy się temu zaradzić. Cokolwiek pana dręczy, to im szybciej nas pan wypuści, tym lepiej.

– Nie rozumie pani. Muszę mówić z konkretnym funkcjonariuszem policji i potrzebuję pani pomocy.

– Chciałabym panu pomóc, ale nie mogę.

Głos uwiązł Helen w gardle, gdy zauważyła, że wyraz twarzy Akhtara zmienił się i mężczyzna sięgnął po broń. Zorientowała się, że przynajmniej na jakiś czas zerwał z przepraszającą czy zdroworozsądkową postawą.

– Musi pani skorzystać ze swojej komórki – zawołał. – I niech pani powie, komu trzeba, żeby ściągnął tego gliniarza.

Mówiąc, przez cały czas wymachiwał bronią, a Helen widziała, że jego groźne gesty wywoływały u Mitchella coraz większą panikę.

– Niech pani go tu ściągnie. Ale już! Jasne? – Akhtar rzucił Helen jej torebkę i musiała unieść wolną rękę, by osłonić twarz przed uderzeniem. – Niech tu przyjedzie, a jak już się zjawi, powiem, co ma mu pani przekazać.

Na zewnątrz rozległ się przybierający na sile jęk syren. Przez kilka sekund Akhtar i Mitchell patrzyli na nią z przejęciem. Helen czuła gniew i strach emanujący od nich obu, a także z jej wnętrza. Choć kaloryfer był wyłączony, miała wrażenie, jakby grzał pełną parą.

– O kogo chodzi? – spytała.

Akhtar podał jej nazwisko.

– Znam go – powiedziała. – Nie za dobrze, ale...

– To świetnie – mruknął Akhtar. – To może pomóc nam obojgu. Helen drżącą ręką sięgnęła do torebki po komórkę.

4

Thorne zdążył akurat strzelić sobie kawę ze starego, mocno już zużytego automatu w sali odpraw i zmierzał do swojego gabinetu, kiedy w korytarzu pojawił się nadinspektor Russell Brigstocke i zastąpił mu drogę.

– Nie zdejmuj kurtki – powiedział.

– Do cholery, czy mogę przynajmniej dopić kawę? – Thorne dostrzegł wyraz twarzy przełożonego i przestał się uśmiechać. – Co jest?

– Mamy problem w południowym Londynie.

– Południowym?

Ekipa Thorne’a działała we wschodniej i północnej części miasta, rzadko, jeżeli w ogóle, zapuszczała się na południe od rzeki. Nawet kiedy nie pracował, Thorne starał się nie zbliżać do drugiego brzegu Tamizy.

– Wydział do spraw Ochrony Dzieci odebrał telefon od jednej z ich pracownic, która twierdzi, że jest przetrzymywana pod bronią w sklepiku w Tulse Hill. – Brigstocke spojrzał na świstek, który trzymał w ręku. – Sierżant Helen Weeks.

– Chyba znam to nazwisko – powiedział Thorne i zaczął szukać w pamięci.

– WOD wyszukał nas w systemie i zgłosił się z tą sprawą do mnie. Tak więc...

– Facet tej kobiety został potrącony na przystanku autobusowym ponad rok temu. – Thorne próbował przypomnieć sobie, jak wygląda ta kobieta; rozmawiał z nią w swoim gabinecie i na pogrzebie. – On też pracował w resorcie, pamiętasz?

– Nie, ale to może być ważne. – Brigstocke pokręcił głową. – Choć właściwie nie wiadomo. Istotne jest...

– Chwileczkę, co to ma wspólnego z nami?

– Nie z nami – odparł Brigstocke. – Z tobą.

Thorne poczuł nieprzyjemne świerzbienie skóry na karku i w tej chwili żałował, że nie wziął chorobowego.

– Ten sklepikarz najwyraźniej poprosił o sprowadzenie na miejsce właśnie ciebie. – Nadinspektor wciąż gapił się na świstek papieru, jakby mógł w ten sposób wydobyć coś więcej ze skąpych informacji, jakimi dysponował. – Albo raczej „zażądał”, bo przecież trzyma na muszce funkcjonariuszkę policji.

– Wiemy, jak on się nazywa?

– Akhtar.

Kolejne nazwisko, które Thorne rozpoznał, i Brigstocke wiedział, że tak właśnie będzie. Imię zapewne nic by mu nie powiedziało, ale nazwisko owszem.

– Sprawa zabójstwa z zeszłego roku – powiedział Thorne. – Zgadza się?

– To ojciec tego dzieciaka – mruknął Brigstocke.

Thorne próbował przypomnieć sobie, jak wyglądał ten mężczyzna, ale bez powodzenia. Pamiętał natomiast jego niepohamowany gniew, kiedy ogłoszono wyrok, wściekłość, jaką mężczyzna wyładował na Thornie i jego kolegach przed gmachem sądu. Choć szczerze mu współczuł, próbował go uspokoić i uświadomić, że powinien wyrazić swoje niezadowolenie wobec sędziego, a nie policji.

Thorne’owi utkwiło w pamięci to, że mężczyzna odchodził stamtąd ze łzami w oczach.

– W czym rzecz właściwie?

Wzruszenie ramion Brigstocke’a zdawało się mówić „wiesz tyle samo co ja”.

– To bez sensu – uznał Thorne. – Proces odbył się dawno temu. Osiem, dziewięć miesięcy temu.

– Powtarzam, że wiem tyle co i ty. – Brigstocke pomachał świstkiem papieru. – Postaram się dowiedzieć czegoś więcej, gdy już będziesz w drodze na miejsce.

– Mogę zabrać Hollanda?

– Po prostu jedź tam.

Thorne pospiesznie wrócił do sali odpraw, polecił detektywowi sierżantowi Dave’owi Hollandowi, aby poszedł za nim, i zbiegł po schodach na parking. Wyjął z bagażnika niebieskiego koguta na magnes i podał podwładnemu, zanim obaj wsiedli do samochodu Thorne’a. Holland odłożył koguta na podłogę i sięgnął po pasy, by je zapiąć.

– Mogę się dowiedzieć, dokąd jedziemy?

Wyjeżdżając z parkingu, Thorne podzielił się z nim informacjami, którymi dysponował, po czym skręcił w stronę obwodnicy północnej.

– Wreszcie coś innego – mruknął Holland.

Thorne musiał mu przyznać rację, ale nie był pewien, czy akurat teraz rzeczywiście pragnął czegoś innego.

Wśród coraz większych korków, gdyż na Park Lane wyjeżdżali w godzinach szczytu, Thorne przypomniał sobie, że kiedy widział ostatnio Helen Weeks, była w ciąży. I zbliżał się termin porodu.

Teraz dziecko powinno mieć około roku.

– Włącz koguta – powiedział.

Holland sięgnął po mocowaną na magnes niebieską lampę i podłączył do otworu zapalniczki na desce rozdzielczej. Thorne wyobrażał sobie Helen Weeks patrzącą na broń i myślącą o dziecku. Dodał gazu, a Holland wychylił się, by umieścić koguta na dachu BMW. Thorne przyspieszył i pomknął na południe, ku Victoria i Vauxhall Bridge.

– Coś mi tu nie gra – odezwał się Holland. – Dlaczego Akhtarowi właśnie teraz miałoby odbić i dlaczego wziął zakładnika?

O to samo Thorne zapytał Brigstocke’a pół godziny temu. Holland także uczestniczył w tym śledztwie i podobnie jak Thorne zwrócił uwagę na to, że coś było nie tak.

– To głupie – mruknął Holland.

Thorne wzruszył ramionami.

– Gdyby ludzie nie byli głupi, stracilibyśmy robotę.

– Uważasz, że on wciąż obwinia cię za ten wyrok?

Aż do chwili ogłoszenia przez sędziego wyroku sprawa Akhtara o zabójstwo wydawała się prosta i oczywista, nawet jeśli pewne jej szczegóły pozostawały niejasne i mgliste. Amin Akhtar z przyjacielem, szesnasto– i siedemnastolatek, zostali zaatakowani na ulicy w Islington przez trzyosobową grupę nastolatków, swoich rówieśników. Jeden z napastników – Lee Slater – miał nóż rzeźnicki i podczas szamotaniny, jaka się wywiązała, gdy Amin starał się chronić przyjaciela, Slater otrzymał cios tym właśnie nożem, a pchnięcie okazało się zabójcze.

Aby uniknąć odpowiedzialności karnej, dwaj pozostali przy życiu napastnicy odcięli się od swojego zmarłego przyjaciela, ale ich wersja wydarzeń diametralnie różniła się od opisu zdarzeń podanego przez Amina i jego przyjaciela. Tamtej nocy spadł śnieg i obaj chłopcy upierali się, że zwykłe, niegroźne obrzucanie się śnieżkami ni stąd, ni zowąd doprowadziło do eskalacji przemocy. Wypierając się swojego udziału w napaści, kumple Slatera przyznali mimo wszystko, że to właśnie on zaatakował dwóch nastolatków. Stwierdzili jednak, że Amin zareagował wyjątkowo gwałtownie – pochwycił upuszczony w którymś momencie przez Slatera nóż i zadźgał nim swojego przeciwnika. Rzecz jasna Amin i jego przyjaciel opowiedzieli inną wersję wydarzeń i choć została ona uznana za najbardziej prawdopodobną, sprzeczność wersji doprowadziła do wszczęcia postępowania sądowego, w trakcie którego stwierdzono, że w interesie publicznym nie może być mowy o postawieniu komukolwiek zarzutu napaści czy usiłowania zabójstwa pomimo obrażeń, jakich doznali obaj Azjaci. Ostatecznie Amina oskarżono o zabójstwo i była to jedna z najprostszych spraw, z jakimi Thorne miał do czynienia w swojej karierze.

Z uwagi na przesłanki świadczące o konieczności obrony własnej i fakt, że podsądny nie był dotychczas karany, prokurator spodziewał się wyroku czterech lat pozbawienia wolności albo nawet niższego. Nikt nie był bardziej zdziwiony niż Thorne, kiedy Amina Akhtara skazano na osiem lat. I nikt nie był bardziej rozwścieczony niż ojciec chłopaka.

Chociaż Thorne wciąż nie potrafił przypomnieć sobie tego mężczyzny, doskonale pamiętał zajadłość jego gniewu. To, jak wykrzykiwał mu prosto w twarz swoje żale na stopniach przed gmachem sądu. Wrzeszczał na całe gardło, że prawo go oszukało.

– Wygląda na to, że chodzi mu o mnie – rzekł Thorne. W oddali przed nim samochody zjeżdżały na pas dla autobusów, podczas gdy on skręcił w South Lambeth Road, w kierunku Stockwell. – Może wziął Helen Weeks jako zakładnika, żeby wymienić jednego policjanta na innego.

– Jezu – mruknął Holland.

Teraz dziecko powinno mieć około roku...

Thorne był gotów się tego podjąć, gdyby okazało się to konieczne, i przez resztę drogi na południe, starając się nie odrywać rąk od kierownicy, rozważał, jak powinien rozegrać tę sytuację.

Wyobraził sobie, że to w niego wycelowana była broń. I zastanawiał się, o kim on sam myślałby w tej sytuacji.

Ulica była zamknięta z obu stron sto metrów od sklepiku. Radiowozy blokowały też boczne uliczki i główne alejki komunikacyjne, co oznaczało nie tylko utrudnienia dla okolicznych mieszkańców, ale również dla ludzi korzystających ze stacji na Tulse Hill oraz dla dzieci i personelu tutejszej podstawówki, gdyż i kolejka, i szkoła znajdowały się na obszarze oddzielonym policyjnym kordonem. Thorne’a przepuszczono, kiedy pokazał swoją legitymację. Na chodnikach po obu stronach ulicy mundurowi funkcjonariusze próbowali usunąć tłumy gapiów. Wśród ciekawskich, których pospiesznie odprowadzono w bezpieczne miejsca, były osoby w szlafrokach i koszulach nocnych.

Thorne powoli zjeżdżał ze wzgórza do miejsca, które było jego celem.

Przed niewielkim ciągiem sklepików stało wiele samochodów i motorów. Thorne domyślał się, że większość z nich należy do osób, które udały się do pracy pociągiem, choć teraz upłynie trochę czasu, zanim będą mogły odebrać swoje pojazdy. Zatrzymał BMW po tej stronie ulicy, gdzie zaparkowały dwa pojazdy oddziału antyterrorystycznego, i wysiadł.

Spojrzał w kierunku sklepiku.

Metalowe żaluzje były opuszczone. Pokrywały je graffiti, wśród których dało się odczytać tylko słowo „ARABUS”.

Przy dwóch specjalnie wyposażonych BMW stało pięciu czy sześciu uzbrojonych funkcjonariuszy. Thorne i Holland ruszyli w ich stronę. Po postawie policjantów i luźnej pogawędce, jaką prowadzili, można było się domyślać, że nie podjęto dotąd żadnych decyzji co do konkretnych działań. Przy opuszczonych żaluzjach nie było do kogo celować. Ponadto sklepik nie łączył się z innymi placówkami w ciągu i był parterowy. Wykluczone, aby mężczyzna w środku mógł do nich celować.

Antyterroryści czekali na rozkazy.

Zanim Thorne i Holland zdążyli do nich podejść, rozdzwoniła się komórka Thorne’a.

– Chyba już wiem dlaczego – powiedział Brigstocke.

– Słucham.

– Amin Akhtar zabił się osiem tygodni temu w zakładzie karnym dla młodocianych przestępców w Barndale. Tom...

Holland patrzył wyczekująco, chcąc poznać nowiny.

Thorne tylko zaklął pod nosem i pomaszerował dalej, w stronę uzbrojonych mężczyzn, podczas gdy Brigstocke informował go o nowych przykrych szczegółach.

5

Dowódcą zbrojnej jednostki szybkiego reagowania CO19 był krępy, posępny mężczyzna nazwiskiem Chivers. Wskazał Thorne’owi i Hollandowi podstawówkę po drugiej stronie ulicy, gdzie założono punkt obserwacyjny z pospiesznie przygotowaną salą odpraw. Odchodząc, Thorne uznał, że Chiversa najwyraźniej drażniła ta sytuacja, wydawał się nią znudzony. Facet wyglądał na jednego z tych, którzy lubili kopnięciem otwierać drzwi zamkniętych pomieszczeń, strzelając przy tym gdzie popadnie.

Thorne mógł mieć tylko nadzieję, dla dobra wszystkich zaangażowanych w sprawę, że sytuacja się nie zmieni i przynajmniej dla inspektora Chiversa pozostanie nudna jak flaki z olejem.

Przy bramie szkoły kręciło się kolejne stadko policjantów. Personel i uczniów wciąż jeszcze wyprowadzano z budynku, a po lewej stronie, za kordonem, Thorne spostrzegł niewielki tłumek dopytujący się nerwowo, co się tu dzieje. Wśród tych ludzi byli zaniepokojeni rodzice. Przede wszystkim jednak gromadę tę tworzyli gapie spragnieni sensacji i dreszczyku emocji.

Niedługo zjawią się przedstawiciele mediów.

Thorne i Holland zostali poprowadzeni przez boisko i głównym wejściem do rozbrzmiewającej głośnym echem sali. Większość plastikowych krzesełek zebrano z jednej strony, a przed niewielką sceną stały rzędy drewnianych stolików. Mundurowi i cywilni funkcjonariusze rozkładali na nich swój sprzęt, pokrzykując przy tym i przeklinając, a ich buty skrzypiały na wypolerowanym drewnianym parkiecie.

W sali unosiła się typowa dla szkół woń.

– Wracają wspomnienia – rzekł Holland, biorąc głęboki wdech. – Przypomina mi się zapach kredek i smród przepoconych skarpet.

Thorne westchnął teatralnie.

– A ja pomyślałem o pracownicy stołówki, w której się podkochiwałem – powiedział. – I o gnojku nazwiskiem Dean Turner, który podkradał mi mleko. Oczywiście do czasu, kiedy Margaret Thatcher odebrała mleko nam wszystkim.

Holland najwyraźniej nie zrozumiał aluzji.

– Pijał pan mleko w szkole?

– Inspektor Thorne?

Odwrócili się, by ujrzeć podchodzącego do nich wysokiego mężczyznę w mundurze polowym. Thorne nie musiał widzieć symbolu korony na jego ramieniu, aby wiedzieć, że ma przed sobą nadkomisarza. Mężczyzna był po czterdziestce, miał jasne, krótko przycięte włosy i prawdopodobnie wielokrotnie złamany nos. Cichym głosem ze śladami północnego akcentu oficer przedstawił się jako Mike Donnelly i wyjaśnił, że jest lokalnym nadkomisarzem, który akurat od rana pełnił dyżur, i właśnie jemu przypadła rola Srebrnego Komisarza, dowódcy operacyjnego i głównego koordynatora działań w terenie. To zadanie nie wydawało mu się szczególnie kuszące. Thorne uznał, że mogło to wynikać z braku doświadczenia w tego typu akcjach albo z niewielkiej ilości informacji na temat zaistniałej sytuacji.

– To o co właściwie chodzi Akhtarowi?

– Z tego co wiem, o mnie – odparł Thorne.

Donnelly pokiwał głową. Najwyraźniej miał nawyk kiwania głową i wydawania pomruków sugerujących aprobatę, kiedy mówili inni. Thorne był doskonale obeznany z tą strategią i sam niejednokrotnie ją stosował. Dzięki temu sprawiasz wrażenie, że słuchasz i zwracasz uwagę na to, co się mówi. Z pozoru wydajesz się głęboko przejęty, skupiony, choć myślisz jedynie o tym, że dana sytuacja zdecydowanie cię przerasta.

– Sądzicie, że to może być powiązane z muzułmańskimi sprawami? – Donnelly powiódł wzrokiem od Thorne’a do Hollanda i z powrotem.

– Z muzułmańskimi sprawami?

– Dajcie spokój, przecież wiecie, o co mi chodzi.

– Nie bardzo.

– Tak się tylko głośno zastanawiam – ciągnął Donnelly. – Na tym etapie trzeba brać pod uwagę każdą ewentualność.

Holland wzruszył ramionami.

– Właściwie tak.

– Nie o to tu chodzi – mruknął Thorne.

Powiedział Donnelly’emu, co usłyszał przez telefon od Brigstocke’a. Nadkomisarz zamyślił się przez chwilę.

– To nie są dobre wieści – podsumował. – Dla nikogo. A na pewno nie dla detektyw sierżant Weeks.

Przeprosił, mówiąc, że musi sprawdzić, jak przebiega ewakuacja, po czym wręczył Thorne’owi transkrypcję telefonu od Helen Weeks sprzed godziny. Na stoliku stał niewielki odtwarzacz kompaktowy i Donnelly nacisnął przycisk „start”, zanim się odwrócił i wyszedł.

Holland spojrzał ponad ramieniem Thorne’a, by przeczytać transkrypcję, równocześnie odsłuchując rozmowę.

Telefon z numeru 07785 455787. Godz. 8.17

– Wydział do spraw Ochrony Dzieci, Gill Bellinger.

– Gill, tu Helen, zamknij się i słuchaj, jasne?

Pauza.

– Słucham...

– Musisz znaleźć detektywa inspektora Toma Thorne’a. Pracuje w Sekcji Zachodniej Wydziału Zabójstw, a przynajmniej tak było jeszcze jakiś rok temu.

Głos w tle. Niewyraźny.

– To ważne, żeby się z nim skontaktować, jasne? I to natychmiast.

– Co się dzieje?

– Jestem trzymana jako zakładniczka. Pod bronią. W sklepiku przy Norwood Road, niedaleko skrzyżowania z Christchurch Road, przy stacji.

Głos w tle. Numer 287.

– Numer dwieście osiemdziesiąt siedem.

– Jezu...

– Zadzwoń gdzie trzeba, dobra? Ale najpierw znajdź detektywa inspektora Thorne’a. Człowiek, który nas tu przetrzymuje, chce, żeby się tu zjawił.

– Kto was przetrzymuje?

Głos w tle. Niewyraźny.

– Muszę kończyć, Gill... Zadzwoń...

Koniec połączenia. Godz. 8.18.

– Akhtar nie miał oporów, aby podać adres, gdzie się znajdują – zauważył Holland.

– Chciał, żebyśmy dotarli tu możliwie jak najszybciej.

– Ona wydaje się zdenerwowana.

– Naprawdę, Dave? Już widzę, dlaczego tak łatwo dochrapałeś się rangi sierżanta.

Thorne zauważył, że Donnelly wraca, i podał mu komórkę.

– Może pan do niej zadzwoni?

Donnelly pokiwał głową, ale rozglądał się nerwowo dokoła.

– Najpierw upewnijmy się, że będą przy tym wszystkie osoby, które powinny tego wysłuchać.

Poprosił przechodzącego mundurowego funkcjonariusza, aby sprowadził dowódcę brygady antyterrorystycznej. A potem gestem dłoni przywołał do siebie kobietę z drugiego końca sali. Odwrócił się do Thorne’a.

– Zna pan Chiversa?

Thorne pokiwał głową.

– To były wojskowy?

– Mówił panu o tym?

– Strzeliłem w ciemno.

Kobieta stanęła obok Donnelly’ego. Była po trzydziestce, jak oszacował Thorne, chuda, wzrostu nieco powyżej średniego. Ciemne włosy miała obcięte krótko, na pazia i nosiła dżinsy oraz skórzaną kurtkę. Wyglądała na rozluźnioną i zrelaksowaną, a Thorne nie potrafił stwierdzić, czy nie była to tylko poza. Donnelly położył jej dłoń na ramieniu. Popatrzyła na nią, a potem odrobinę nerwowo uśmiechnęła się do Thorne’a, gdy nadkomisarz dokonał prezentacji.

– To Sue Pascoe – powiedział. – Jest naszą wykwalifikowaną negocjatorką i słyszałem o niej wiele dobrego.

Pascoe przywitała się z Thorne’em i Hollandem. Donnelly powiedział, że czekają jeszcze na Chiversa, a ona pokiwała głową.

– Często miała pani do czynienia z takimi przypadkami? – zapytał Thorne.

– Wystarczająco – odrzekła Pascoe.

Thorne nie słyszał, aby policja miejska zatrudniała na etat negocjatorów. Uznał, że „wykwalifikowany” znaczyło, iż Pascoe przeszła odpowiednie szkolenia. Sam też parę lat temu był na podobnym szkoleniu, tyle że miało ono na celu radzenie sobie w sytuacji, kiedy zostanie się wziętym za zakładnika. Odbyło się w weekend w tanim hotelu przy M25; wielu uczestników za ważniejsze uznało zakrapiane imprezki w barze. Temat szkolenia był prosty i łatwy do przewidzenia: nawiązanie więzi z porywaczem, znalezienie z nim wspólnego języka, próba przekonania, aby zaczął postrzegać cię jako istotę ludzką. Wszystko to miało pomóc utrzymać się przy życiu możliwie jak najdłużej. Thorne miał nadzieję, że Helen Weeks odbyła ten sam kurs i nie upijała się w tym czasie w barze do nieprzytomności.

Chivers wszedł do sali i zdjął hełm, po czym zbliżył się nich. Ignorując Thorne’a, Hollanda i Pascoe, skinął głową do Donnelly’ego. Jego dłoń automatycznie powędrowała na kolbę glocka 17, którego miał w kaburze przy pasie obok dwóch granatów błyskowo-hukowych 8 Bang. Nadkomisarz polecił Thorne’owi, aby zadzwonił.

– Tylko spokojnie – poinstruowała Pascoe. – Musimy zebrać jak najwięcej informacji, ale ważne jest stworzenie uspokajającej atmosfery. Na tym etapie nic nie stanowi problemu.

– Postaram się o tym pamiętać – powiedział Thorne.

Spojrzał na numer na kartce, po czym wstukał go i przełączył komórkę na tryb głośnomówiący.

– Zaczynamy – rzekł Donnelly.

Telefon odebrano niemal natychmiast.

– Helen?

– Tak.

– Mówi Tom Thorne. Nic ci nie jest? Możesz swobodnie rozmawiać?

Helen Weeks odparła, że tak. Powiedziała, że nic jej nie jest.

– Powiedz panu Akhtarowi, że wiem, co się stało z jego synem, i że mu współczuję.

Wysłuchali, jak wiadomość została przekazana dalej. Jednak odpowiedzi nie było.

– Helen? Mogę z nim mówić?

Helen zadała pytanie, po czym odparła:

– Chce, żebyś na razie rozmawiał ze mną.

– Dobrze, posłuchaj. Powiedz mu, że jestem gotowy na wymianę. Prosił, żeby mnie tu ściągnąć, więc jeśli cię wypuści, mogę zająć twoje miejsce.

Pascoe zaczęła gwałtownie gestykulować, dając do zrozumienia, że to wykluczone. Także Donnelly zaczął protestować, że nikt nie ustalał takiego obrotu wydarzeń. Thorne ponownie przeniósł wzrok na komórkę.

– Helen...

– Nie o to mu chodzi – powiedziała.

Donnelly nachylił się do Thorne’a i wyszeptał:

– Niech pan zapyta, kto jeszcze tam z nią jest. Mamy świadka, który twierdzi, że w sklepie był ktoś jeszcze.

– Czy są jacyś inni zakładnicy? – zapytał Thorne.

– Nazywa się Stephen Mitchell – odpowiedziała.

Męski głos powiedział coś w tle, a Helen podała adres w Tulse Hill. Donnelly zapisał go i przekazał świstek mundurowemu funkcjonariuszowi, który pospiesznie opuścił salę.

– W takim razie czego on chce?

Wymianę zdań, jaka nastąpiła, przedzielały kolejne pauzy i prowadzone pospiesznie niewyraźne rozmowy – Helen przekazywała pytania Thorne’owi, słuchała słów Akhtara, po czym udzielała odpowiedzi w jego imieniu.

– Mówi, że jego syn się nie zabił... Że nie mógłby się zabić. Twierdzi, że sprawę zatuszowano. To ty posłałeś jego syna do więzienia... więc to ty musisz się dowiedzieć, kto go zamordował.

Thorne uniósł wzrok. Zauważył, że wszyscy na niego patrzyli.

– Powiedz mu, że przeprowadzimy gruntowne śledztwo w sprawie śmierci jego syna, ale musimy zakończyć tę sytuację kryzysową.

Kiedy czekał na odpowiedź, Donnelly napisał na świstku papieru „Uwolnić Mitchella?” i podsunął Thorne’owi.

– Mówi, że to wszystko się skończy, kiedy się dowiesz, co się stało z jego synem.

– Proszę mu powiedzieć, że cieszymy się, iż zechciał z nami pomówić – rzekł Thorne. – Że uczynię, co w mojej mocy, ale potrzebujemy z jego strony jakiegoś dowodu dobrej woli. Powiedz mu, że powinien wypuścić pana Mitchella.

Sue Pascoe pokręciła głową.

– To się nie uda – stwierdziła.

– On odmawia – powiedziała Helen.

Usłyszeli, że sklepikarz zaczął pokrzykiwać.

– Mówi, że wierzył w prawo, ale zawiódł się na nim... więc musisz zrobić to, co on każe, albo sprawy przybiorą o wiele gorszy obrót.

Thorne uniósł wzrok, by zobaczyć, że Donnelly i Chivers wymienili znaczące spojrzenia. Donnelly zamknął oczy.

– Musi pan udowodnić, że Amin nie popełnił samobójstwa – odezwał się Akhtar. – Dowiedzieć się, kto go zabił i dlaczego. Albo...

– Już dobrze, Helen – uspokajał Thorne.

On i wszyscy inni usłyszeli Akhtara dostatecznie wyraźnie. Thorne nie chciał, aby Helen musiała wypowiedzieć te słowa.

Nie chciał usłyszeć przerażenia w jej głosie.

– Albo zabiję ich oboje.

6

Kiedy rozmowa dobiegła końca, Helen odłożyła telefon na podłogę przed sobą i spojrzała na siedzącego przy biurku Akhtara. Mężczyzna ciężko oddychał i mamrotał do siebie. Wydawał się zadowolony z przebiegu rozmowy z Tomem Thorne’em. Popatrzył na nią.

– Dziękuję – powiedział.

– I co teraz? – spytała.

Akhtar wstał. Trzymał w ręku rewolwer. Helen poczuła, że Stephen Mitchell drgnął nerwowo.

– Niech pani wyłączy telefon – nakazał Akhtar.

– A jeżeli będą chcieli z panem rozmawiać? Przekazać nowe wiadomości.

– Dopiero kiedy będę gotowy.

Wycelował w nią, a Helen wypełniła polecenie.

– Teraz musi pani jakoś się tu usadowić, możliwie jak najwygodniej, i miejmy nadzieję, że detektyw Thorne jest człowiekiem słownym i honorowym.

– Jest – zapewniła.

– I że jest dobry w tym, co robi.

Akhtar zastanawiał się przez chwilę, po czym wrócił do sklepiku.

Oboje zakładnicy milczeli przez jakiś czas, aż w końcu Mitchell odezwał się półgłosem, nie unosząc głowy.

– Dlaczego nie chce mnie puścić?

– Nie wiem.

– Chodzi tylko o panią, prawda? – Spojrzał na nią gniewnie. – Bo jest pani policjantką i on wie, że będą traktować tę sprawę poważnie. – Mówił szybko, niemal szeptem. – Dlaczego więc, do cholery, ja miałbym tu siedzieć? Jaki jest sens, żebyśmy oboje przez to przechodzili?

– Niech pan się zamknie, zachowa spokój.

Mitchell odwrócił wzrok. Helen czuła, że był skrępowany tym, co przed chwilą powiedział, ale na dodatek okropnie się bał.

– Proszę posłuchać, będzie dobrze. Nie tylko pan jest przerażony.

Mitchell wolno pokiwał głową. Usłyszeli, jak Akhtar krząta się w sklepiku.

– Czy powiadomią moją żonę? – zapytał Mitchell.

– Jasne, że tak.

– Zupełnie się załamie. – Wysilił się na uśmiech. – Odwagi ma jeszcze mniej niż ja.

– Zaopiekują się nią – zapewniła.

Mitchell zrobił długi, powolny wydech i wyprostował nogi.

– Czym się pan zajmuje?

– Pracuję w banku. Przy Tottenham Court Road. Dziś miałem ubiegać się o awans.

– Przykro mi.

– Można by się spodziewać takiej sytuacji w banku. No wie pani, jakiś świrus z bronią. Albo na poczcie. Ale nie w podrzędnym, małym sklepiku.

– Znaleźliśmy się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze – skwitowała Helen.

Wiedziała, że te słowa pasowały do większości brutalnych i krwawych przestępstw. Człowiek wchodził do niewłaściwego pubu, skręcał w niewłaściwą uliczkę albo zapuszczał się do niewłaściwej dzielnicy. To całkiem zrozumiałe bać się nastolatków z nożami albo mężczyzn z bombami, ale tak naprawdę ludzie powinni odczuwać lęk przed zwykłym pechem.

– Na zewnątrz pewnie są już uzbrojeni gliniarze, prawda? – Mitchell spojrzał w stronę tylnego wyjścia. – Snajperzy albo grupa specjalna. Widywałem takie wydarzenia w telewizyjnych widomościach.

Helen powiedziała, że pobliżu rozlokowała się już bez wątpienia jednostka szybkiego reagowania i najprawdopodobniej zabezpieczała okolicę sklepu. Zapewniła, że osoba kierująca operacją zna się na swojej robocie.

– Ale co właściwie zrobią? – Mitchell jeszcze bardziej zniżył głos. – Jakie są zwykle procedury w takich sytuacjach?

– Nie ma jednej procedury.

– Ach tak... jasne.

– Każda sytuacja jest inna, szczególna i nie ma... ustalonych reguł postępowania. Będą czekać i obserwować rozwój wypadków.

Mitchell powoli to sobie przyswoił, godząc się z myślą, że według wszelkiego prawdopodobieństwa nie może liczyć na szybkie zakończenie. Helen zauważyła, że ani trochę się nie uspokoił, i wcale mu się nie dziwiła. Dopóki Akhtar nie zdejmie im kajdanek, nie podniesie antywłamaniowych żaluzji i nie wypuści ich ze sklepiku, dopóty wszystko może się okazać śmiertelnie niebezpieczne dla wszystkich zaangażowanych w to ludzi.

Usiadła prosto i nasłuchiwała. Akhtar przestał się krzątać, ale po chwili jej uszu dobiegł szelest przewracanych kartek papieru.

– Czyta gazetę – wyszeptał Mitchell. – Czyta gazetę jak gdyby nigdy nic.

Helen wciąż się zastanawiała, jak w tej całej sytuacji radzi sobie Akhtar. Wiedziała, że to ważne. Czy ten mężczyzna trzymający rewolwer w dłoni, jakby ściskał jadowitego węża, naprawdę był tak spokojny? A może po prostu starał się sprawiać takie wrażenie?

Jakkolwiek przedstawiała się prawda i cokolwiek odkryje Tom Thorne, musieli dopilnować, aby Javed Akhtar zachował niezmącony spokój, jeżeli sami mieli pozostać bezpieczni. Ona i pracownik banku musieli uczynić wszystko, by Akhtar nadal był rozluźniony i opanowany. Znieruchomieli, gdy sklepikarz pojawił się nagle w przejściu. Uniósł rękę, jakby w przepraszającym geście, że zakłócił ich spokój. A potem spokojnie odłożył rewolwer na biurko i zapytał, czy mają ochotę na herbatę.

Thorne rozmawiał przez telefon na boisku.

Zadzwonił już do Brigstocke’a, aby poinformować go o sytuacji i zapewnić, że cała papierowa dokumentacja dotycząca samobójstwa w Barndale zostanie przesłana do jego biura w Becke House. Zażądał także, by możliwie jak najszybciej kopia raportu z autopsji została przefaksowana do Phila Hendricksa. Poprosił, aby Brigstocke skontaktował się z osobą, która prowadziła pierwotne śledztwo w sprawie śmierci Amina Akhtara; chciał, by ten funkcjonariusz niezwłocznie do niego zadzwonił.

Jakież było jego zdziwienie, kiedy dziesięć minut później odezwał się detektyw inspektor Martin Dawes.

– Nie uważał pan za stosowne powiadomić nas, co się stało z Aminem Akhtarem? – zapytał Thorne.

– To nie miało związku z waszą sprawą zabójstwa.

– Choćby z czystej kurtuazji.

Dawes najwyraźniej nie lubił odpuszczać.

– Zawsze musi pan wiedzieć, co się dzieje ze wszystkimi, których pan posłał za kratki?

Było kilku morderców budzących prawdziwą grozę, których losy Thorne uważnie starał się śledzić, ale Dawes miał rację. Poza tym Thorne uznał przepychanki słowne za stratę czasu.

– Może pan udzielić mi niezbędnych informacji?

Dawes powiedział Thorne’owi, że Amin Akhtar popełnił samobójstwo, przedawkowując narkotyki, dwa miesiące temu i że jego ciało znaleziono w skrzydle szpitalnym zakładu karnego Barndale. Ciało odkryto z samego rana, a zgon stwierdził miejscowy lekarz.

– Co Amin robił w skrzydle szpitalnym zakładu?

– Cztery dni wcześniej został zaatakowany przez innego chłopaka. Miał paskudnie poharataną gębę.

– I to miałoby być dostatecznym powodem, aby zechciał ze sobą skończyć? – mruknął Thorne. – Ile tam już siedział, siedem miesięcy?

– Został również zgwałcony – dodał Dawes.

– W skrzydle szpitalnym?

– To możliwe. Patolog nie był pewien, kiedy doszło do gwałtu, ale kamera monitoringu, która powinna zasięgiem obejmować cały pokój chłopaka, została tydzień wcześniej przeniesiona, więc wszystko jest możliwe.

– Dlaczego?

– Dlaczego został zgwałcony? Skąd mam wiedzieć, do cholery?

– Dlaczego przeniesiono kamerę? Dawes się zaśmiał.

– O ile mi wiadomo, z magazynu leków zniknęło sporo różnych medykamentów, środki przeciwbólowe i wiele innych, dlatego tam właśnie zamontowano kamerę. Akhtar przypuszczalnie wiedział, gdzie jest kamera. Wiedział, że nikt nie patrzy, kiedy zaczął łykać pigułki.

Thorne zamyślił się nad tym.

– Nie było innych kamer?

– Jedna przy wejściu do skrzydła i jedna w innym pokoju. Ale żadna nic nie zarejestrowała.

Lustrując wzrokiem boisko, Thorne zauważył, że Holland rozmawia z Sue Pascoe przy głównym wejściu do szkoły. Holland powiedział coś, a ona się zaśmiała.

– Czemu w ogóle robicie z tego taką wielką sprawę? – zapytał Dawes. – Pański przełożony był w tej kwestii bardzo powściągliwy.

Thorne uznał, że Brigstocke’owi po prostu się spieszyło, ale dalsze utrzymywanie Dawesa w niewiedzy mijało się z celem. Udzielił mu niezbędnych informacji.

– Chciałbym powiedzieć, że mnie to dziwi – mruknął Dawes.

– Słucham?

– Ojciec tego chłopaka zawsze wydawał mi się trochę postrzelony. Wie pan, o co mi chodzi?

– Może pan mi to powie?

– Cóż, na przykład jego wybuch wściekłości, kiedy zaczął wrzeszczeć na koronera po stwierdzeniu zgonu syna. Wydzierał się, na kogo tylko się dało. Bredził o tuszowaniu sprawy, twierdził, że się mylimy, że to wszystko nie tak.

– Kiedy to było?

– Parę tygodni temu. Tak, facetowi już wtedy zaczęło odbijać.

Ponieważ czas naglił, Thorne nie zamierzał odpuścić.

– I nawet wtedy nie raczył pan sięgnąć po telefon i powiadomić nas o tym?

– Ale o czym konkretnie? Że jakiś sklepikarz zaczyna świrować? Żartuje pan sobie.

– Jest pan skończonym idiotą – wycedził Thorne.

Dawes chciał zaprotestować, ale Thorne rozłączył się i ruszył ku Donnelly’emu, który maszerował przez boisko w jego stronę.

– Jest już jego żona – powiedział Donnelly. Nadkomisarz skinął głową w stronę głównej bramy, a Thorne odwrócił się i zobaczył, jak policjantka pomaga wysiąść z samochodu Hindusce w średnim wieku. – Nadira.

Thorne przypomniał ją sobie. Wyglądała na równie oszołomioną i zagubioną jak ostatnim razem, kiedy ją widział. W dniu, kiedy jej syn trafił do więzienia.

– Chciałbym z nią pomówić – rzekł Thorne. Spojrzał na zegarek. Minęło pół godziny od jego rozmowy z Helen Weeks, w której przekazała mu polecenie Akhtara. – Może mógłbym to zrobić w drodze do Barndale?

Donnelly się zamyślił.

– A jeżeli będzie tu potrzebna? Sue Pascoe uważa, że jest w stanie ją wykorzystać. Nakłonić, aby przemówiła mężowi do rozsądku.

– Wobec tego proszę posłać za nami radiowóz, który odwiezie ją z powrotem – zaproponował Thorne. – Potrzebuję tylko dziesięciu minut rozmowy.

Obaj unieśli wzrok, gdy usłyszeli w górze przelatujący helikopter. Thorne nie mógł się nadziwić rozmiarom operacji, dopóki nie zauważył na kadłubie maszyny loga Sky. Popatrzył na Donnelly’ego.

– To było tylko kwestią czasu – mruknął nadkomisarz.

Kilka sekund później przez bramę przeszedł Chivers i przemaszerował przez boisko. Gniewnym gestem wskazał na krążący w górze helikopter.

– Trzeba się ich pozbyć – powiedział.

Donnelly burknął coś o wolności prasy, ale Chivers nie chciał o tym słyszeć.

– Nie mamy pojęcia, co nasz cel kombinuje teraz za antywłamaniowymi żaluzjami, zgadza się? Ale jeżeli on ma tam telewizor, dzięki tym kretynom będzie mógł świetnie się orientować w naszych poczynaniach. Czy wyraziłem się jasno?

Donnelly pokiwał głową.

– Zobaczę, co da się zrobić.

– To co z tą żoną? – spytał Thorne.

Donnelly wyglądał na zdezorientowanego. Nie ulegało wątpliwości, że Chivers jeszcze z nim nie skończył.

– Daję ci dziesięć minut – powiedział były wojskowy.

Thorne skierował się do swojego samochodu, po drodze przywołując do siebie Hollanda i przerywając mu pogawędkę z Pascoe. Nakazał podwładnemu, aby jak najszybciej wracał do Becke House.

– Włącz do sprawy Yvonne Kitson. Kiedy ja pojadę do Barndale, wy dwoje zorientujcie się, komu mogło zależeć na śmierci Amina. Możecie zacząć od członków rodziny Lee Slatera, mieli przekonujący motyw, a potem pogadajcie z tymi dwoma nastolatkami, którzy byli ze Slaterem tego wieczoru, kiedy zaatakowali Amina. Będziemy w kontakcie telefonicznym, jasne?

Holland przeczesał włosy dłonią.

– Nie rozumiem tego.

– Czego?

– Po co to robimy. – Holland się zatrzymał. – Ten dzieciak się zabił. Owszem, to przykre, smutne i w ogóle, rozumiem, dlaczego jego stary się wściekł, ale przecież nic nie zmienimy, szukając nieistniejących morderców.

– Słyszałeś, co on powiedział. – Thorne postąpił kilka kroków w stronę Hollanda, oparł dłoń na jego plecach pomiędzy łopatkami i popchnął podwładnego w stronę zabarykadowanego sklepiku. – Wiesz, czego on chce, słyszałeś jego groźby, co zrobi, jeżeli nie spełnimy jego żądań.

– Słyszałem, ale nie możemy wykryć morderstwa tam, gdzie go nie było.

– A jeżeli on ma rację?

– Jakie są na to szanse? To świr i wie pan o tym równie dobrze jak ja.

Thorne zaczął tracić nad sobą panowanie, lecz nie podniósł głosu.

– To jak, uważasz, że nie powinniśmy tego robić?

– On wie, co robi? Może po prostu powiemy mu, że zbadaliśmy gruntownie całą sprawę, ale niczego nie udało się nam znaleźć.

– To mogłoby być nawet niegłupie, Dave... gdyby Helen Weeks nie siedziała tam z wycelowaną w nią bronią.

Holland pokręcił głową, wciąż nie do końca przekonany.

– Po prostu rób, co ci kazałem, sierżancie.

Thorne machnął ręką do policjantki, która zajmowała się Nadirą Akhtar, po czym szybko opuścił teren boiska i przeszedł wzdłuż ulicy do swojego auta. Kiedy żona sklepikarza nieco nerwowo usadowiła się na fotelu pasażera, przywitał się z nią i ruszył. Jechał powoli i nie odezwał się ani słowem, dopóki nie opuścił obszaru kordonu.

A potem dodał gazu.

– Niech mi pani opowie o swoim synu – powiedział.

7

– Niech mi pan opowie o swoim synu...

Akhtar przycupnął nerwowo na niedużym krześle. Popatrzył na Helen. Sięgnął po kubek z herbatą stojący na blacie biurka, ale zaraz go odstawił. Poukładał rozrzucone bezładnie papiery.

– Jaki on był, Javedzie.

Akhtar zaczął coś mówić, odchrząknął i zaczął raz jeszcze.

– Zawsze był grzeczny – powiedział. – Wie pani?

– Tak, pamiętam – przyznała Helen. Nie była pewna, któremu z synów Akhtara zdarzało się ją obsługiwać, lecz nie miało to większego znaczenia. – Zawsze był bardzo miły i uprzejmy. Bardzo pomocny.

– Zawsze starał się postępować właściwie – ciągnął Akhtar. – Tak jak my wszyscy. I proszę zobaczyć, dokąd nas to doprowadziło.

– Dlaczego trafił do więzienia?

Akhtar pokręcił głową, jakby to była długa historia albo taka, w którą i tak nikt by nie uwierzył.

– Próbował ochraniać przyjaciela, bronił go, to wszystko. Nie zrobili nic złego i to oni zostali zaatakowani. To wszystko zostało poprzekręcane, przekłamane...

Helen pokiwała głową, pozwalając mu mówić dalej. Mitchell siedział nieruchomy i milczący. Nie wypił herbaty, którą zaparzył dla niego Akhtar, ani nie odezwał się słowem, odkąd sklepikarz wrócił na zaplecze. Wlepiał wzrok w podłogę, z podbródkiem opartym o klatkę piersiową, i ciężko oddychał.

– Powiedziano nam, że nic mu nie będzie – rzekł Akhtar. – Obiecali nam, policjanci i cholerni prawnicy. Mówili, że nic mu się nie stanie, że potraktują go łagodnie. Kłamcy i oszuści, wszyscy co do jednego. Zakłamane łajzy. – W jego głosie pojawił się gniew, ale sklepikarz na razie nad nim panował. – Na miłość boską, to był jeszcze nastolatek, a my im zaufaliśmy, bo próbowaliśmy postępować właściwie. Rozumie pani?

– Oczywiście – odparła.

Pokiwał głową. Wydawał się zadowolony, ale uważnie się jej przyglądał.

Helen wiedziała, że ich rozmowa była dobrym znakiem. Musiała przekonać Akhtara, że go rozumie, co więcej, że mu współczuje. Musiał uwierzyć, że ona jest po jego stronie i że wspólnie jakoś to zdołają uporządkować.

A kiedy to wszystko się skończy, wyjdą ze sklepu jak przyjaciele.

– Co się stało? – zapytała.

Akhtar odchrząknął.

– Cóż, jest zasadnicza różnica między tym, co się stało, a tym, co mówią, że się stało.

– A co mówią, że się stało?

– Zaatakowano go, znowu. Został zaatakowany, a później odebrał sobie życie, ale może mi pani wierzyć, znam mojego syna, to nie było tak. To nieprawda, co oni mówią.

– Czy kiedy go pan odwiedzał, wszystko wydawało się w porządku? Był cały i zdrowy?

– Cóż, na pewno nie czuł się dobrze. Był załamany z powodu tego, co go spotkało. Nie mógł się z tym pogodzić. Rozmawialiśmy o apelacji i starałem się podtrzymać go na duchu, lecz widziałem, że jest nieszczęśliwy. Nie byłby w stanie znieść tak długiej odsiadki. – Mężczyzna uniósł dłoń, jakby chciał sprecyzować swoją wypowiedź. – Ale to nie znaczy, że był gotów targnąć się na własne życie, to wykluczone.

– Miał tam przyjaciół?