Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Rozpoczęło się poszukiwanie Ziemi. Po tym, jak Zbuntowanej Gwieździe ledwo udaje się uciec ze szponów Unii, statek wyrusza w kompletnie nieznane rejony. Wszyscy członkowie załogi są ścigani listami gończymi za ucieczkę. Żaden nie może wrócić do domu. Ale nie wszystko stracone. Dzięki Lex, dziwnej dziewczynce z niezwykłym darem, odkryta zostaje ścieżka ku Ziemi. Według pradawnego mitu, to właśnie ta planeta skrywa w sobie drogocenne skarby, zaginione technologie i niezliczoną liczbę sekretów. Jace i jego nowi przyjaciele mają szansę odkryć to wszystko pod warunkiem, że nie dopuszczą do wpadnięcia Lex w łapska Unii. Nie będzie to takie proste. Wszędzie czają się wrogowie i przeszkody, bo nic w tym wszechświecie nie przychodzi łatwo, kiedy jest się renegatem. Jeśli jesteś fanem Firefly, Battlestar Galactica czy Przebudzenia lewiatana, pokochasz ten epicki thriller z nurtu opery kosmicznej.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 191
Veröffentlichungsjahr: 2023
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
J.N. Chaney
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
Renegat. Atlas. Tom 2
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
Tytuł oryginału Renegade Atlas
Język oryginału angielski
Copyright © 2017, 2022 J.N. Chaney i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9781039460256
Wydanie I
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.podiumaudio.com
Dla Ashley,
irytującej siostry
i fantastycznej przyjaciółki
– Do diaska – mruknąłem, wypuszczając z rąk kubek z kawą. Wyglądałem właśnie przez okno placówki medycznej na planecie Paragon III. Czarny parujący płyn opryskał mi spodnie i szybko odskoczyłem. – Cholera! Cholera!
Zirytowała mnie własna niezdarność. Po krótkiej chwili raz jeszcze zerknąłem na rozgrywające się na szpitalnym dziedzińcu widowisko. Z dwóch statków transportowych – sarkonijskich, sądząc po złotych i czerwonych barwach – wysypało się dwudziestu uzbrojonych żołnierzy w egzoszkieletach.
Niewiele czasu spędzałem tak blisko przestrzeni sarkonijskiej, więc tylko kilka razy miałem okazję widzieć ich uzbrojenie, ale za każdym razem potwierdzało to moją dotychczasową wiedzę: należy unikać tych sukinsynów za wszelką cenę.
– Czy mam się przygotować do odlotu? – zapytał mnie głos w uchu. To był Sigmond, sztuczna inteligencja mojego statku. – Wygląda na to, że będzie pan miał niechciane towarzystwo.
– Możliwe, że to dobry pomysł – odparłem.
– Doskonale, proszę pana.
Odwróciwszy się, puściłem się biegiem przez korytarz, sprzątnięcie kałuży kawy zostawiając dla kogoś innego.
W mijanych przeze mnie salach pacjenci i pielęgniarki tłoczyli się przy oknach, przyglądając się małej armii, która zaraz miała szturmować budynek. Zastanawiałem się, czy taki widok to dla nich coś normalnego. Zapuściliśmy się daleko na Martwoziemie, więc niewykluczone.
Skręciwszy, w trzecich drzwiach dostrzegłem Freddiego. Gdy nasze spojrzenia się spotkały, już wiedziałem, co zamierza powiedzieć.
– Kapitanie, co się dzieje?
– Wygląda mi to na sarkonijskie wojsko – odparłem, podchodząc do drzwi.
Na szpitalnym łóżku siedziała Octavia. Przebywała tu od niemal dwóch dni i dzięki zespołowi chirurgów i komorze inkubacyjnej czuła się już znacznie lepiej. Kiedy ją tu przywiozłem, lekarze wątpili, czy wydobrzeje, udowodniła jednak, że nie mieli racji.
– Kapitanie, musimy opuścić szpital? – zapytała.
– Jeszcze nie wiem.
Obok niej siedział Hitchens i trzymał małe wiaderko z lodem.
– Święci pańscy! Nie możemy jej stąd jeszcze zabrać. Musi odpoczywać!
Wciągnąłem Freddiego do środka i zamknąłem drzwi, a następnie podszedłem do okna, aby zaciągnąć zasłony.
– Odpoczynek to luksus, na który nas nie stać, doktorku.
– Wiemy, dlaczego się tu zjawili? – zapytała Octavia.
Nim zdążyłem udzielić odpowiedzi, ze szpitalnych głośników dobiegł dudniący głos:
– Uwaga, unijni zbiedzy! Wiemy, że tu jesteście! Poddajcie się, w przeciwnym razie zaatakujemy z pełną siłą!
Spojrzałem na Octavię.
– Masz już odpowiedź na swoje pytanie?
– Jasna cholera – mruknęła, próbując się wyprostować. – Czyli to by było na tyle, jeśli chodzi o wakacje.
Spomiędzy szafy i drzwi prowadzących do łazienki wyciągnąłem wózek inwalidzki, po czym jednym ruchem ręki go rozłożyłem.
– Ze mną nie ma czasu na wakacje – rzuciłem i pchnąłem go w stronę łóżka.
Podałem jej rękę. Przytrzymując się jej, Octavia dźwignęła się z łóżka.
– Masz rację. Po co odpoczywać, skoro znowu mogę zostać postrzelona? – Z głuchym odgłosem wylądowała na wózku.
– I o to chodzi – uśmiechnąłem się krzywo.
Szybko wyszliśmy na korytarz. Ja prowadziłem, pchając wózek.
– Dokąd idziemy? – zapytał Hitchens.
– Na statek – rzuciłem przez ramię. – A gdzieżby indziej?
Na końcu korytarza pojawiło się dwóch sarkonijskich żołnierzy.
– Jak pan zamierza obejść strażników? – zainteresował się Hitchens.
Opancerzeni mężczyźni na nasz widok unieśli broń.
– Ruchy! – warknąłem, wbiegając do najbliższego pomieszczenia.
Na korytarzu rozległy się strzały. Wyciągnąłem pistolet i z plecami przyklejonymi do ściany odpowiedziałem na ogień trzema seriami. Kule chybiły i Sarkonianie ponownie wystrzelili, zmuszając mnie do wycofania się.
– Siggy, powiedz Abigail, że trochę nam zejdzie.
– Poinformuję ją o opóźnieniu, proszę pana – odparła AI.
– Uwaga, uciekinierzy! – zawołał jeden z żołnierzy. – Poddajcie się! Nie uda wam się uciec!
Nachyliłem się i zerknąłem przez szparę w drzwiach. Dostrzegłem jednego z nich. Przypuszczałem, że w szparze zmieści się kula.
Przyłożyłem do niej pistolet, wycelowałem, a potem…
Framuga drewnianych drzwi eksplodowała, kiedy z mojej broni wystrzeliła seria. Trafiła żołnierza, odrywając mu żuchwę od czaszki. Obrócił się w miejscu, po czym padł na ziemię.
Natychmiast wychynąłem na korytarz i zobaczyłem drugiego mężczyznę, który odwrócił się właśnie, aby spojrzeć na nieżywego kolegę.
Szybko pociągnąłem za spust i oddałem dwa strzały. Jeden w głowę, drugi w klatkę piersiową.
Biedak zginął, nim zdążył zareagować.
Olivia wyjechała wózkiem na korytarz.
– Ale bałagan – stwierdziła, kiedy znowu zaczęliśmy iść.
– Następnym razem wolałabyś łagodniejsze podejście? – zapytałem, zaciskając dłonie na uchwytach wózka.
– Zatrzymaj się! – rzuciła, gdy zbliżyliśmy się do zwłok.
– Co się stało? – zapytałem.
Octavia wskazała na jeden z karabinów.
– Daj go tutaj, Jace.
Podniosłem go i rzuciłem w jej stronę.
Chwyciła broń obiema dłońmi.
– Tak sobie myślę, że skoro pchasz, to nie możesz celować, więc równie dobrze mogę wziąć sprawy w swoje ręce.
– Dobrze myślisz – pochwaliłem i podałem drugi karabin Freddiemu, który wziął go ode mnie z pewnym wahaniem.
Gdy ruszyliśmy, na końcu korytarza pojawili się kolejni Sarkonianie. Octavia wystrzeliła serię – jeden żołnierz dostał w szyję.
Puściłem wózek, dobyłem swojej broni i oddałem kilka strzałów. Gdy trafiłem drugiego w głowę, kula przeleciała mi koło ucha.
– Ja pierdolę! – warknąłem. Buzowała we mnie adrenalina.
– Mówiłam? – uśmiechnęła się Octavia.
Wyszczerzyłem się.
– Nieźle jak na kalekę.
Spojrzała na mnie z ukosa.
– Ostrożnie, kapitanie, inaczej będziesz następny.
Biegliśmy na tyle szybko, na ile pozwalał nam wózek, zatrzymaliśmy się jednak, kiedy zbliżyliśmy się do podwójnych drzwi prowadzących do zewnętrznego holu. Oba skrzydła były przeszklone.
Gestem pokazałem pozostałym, aby się nie ruszali. Zerknąłem szybko przez szybę i dostrzegłem trzy pary żołnierzy.
– Wygląda na to, że jest tam połowa ich oddziału.
– Co robimy? – zapytał Freddie z lekkim drżeniem w głosie.
– A jak myślisz? – Obejrzałem się na niego. – Nie będziemy tu siedzieć jak jacyś inwalidzi. – Spojrzałem na Octavię. – Bez urazy.
Posłała mi krzywe spojrzenie.
– Wyznacz mi cel i zejdź z drogi.
– Ktoś się pali do zabijania. Okej, Hitchens, ty pilnujesz wózka. Kiedy stąd wyjdę…
– Czyli zamierza pan wbiec do tamtego pomieszczenia? – zapytał Freddie.
– Aha, a wy zostaniecie tutaj.
– Nie uda się to panu w pojedynkę, kapitanie – rzucił ostrzegawczo.
– Owszem. Jeśli nie będziesz mi przerywał, to wszystkiego się dowiesz.
Przełknął ślinę, po czym kiwnął głową.
– Róbcie, co mówię, a wydostaniemy się stąd. No dobra, Hitchens, masz pchnąć wózek na tyle, aby drzwi się uchyliły, a Olivia miała dobry widok. Tylko nie za daleko. Rozumie mnie pan?
– Czy… to jest bezpieczne?
Octavia ujęła jego dłoń.
– W porządku, doktorze. Proszę zrobić to, co on mówi.
Hitchens wziął głęboki oddech.
– Dobrze, skoro uważasz, że to dobry pomysł, Octavio.
– A ty, Freddie – kontynuowałem – będziesz strzegł tyłu. Nie pozwól, aby ktoś strzelił nam w dupsko. Słyszysz?
– Nie idę z panem? – zapytał.
– Ktoś musi pilnować tyłów. Tym kimś będziesz ty, chłopcze. I niech bogowie mnie mają w swojej opiece, ale nie zamierzam zginąć od kuli w tyłek, jasne?
Przytaknął.
– Nie zawiodę pana, kapitanie.
Odwróciłem się i uniosłem pistolet.
– To dobrze, Freddie, bo moja historia w żadnym razie nie dobiega końca.
– Zatrzymaj…
Moja kula trafiła sarkonijskiego żołnierza w szyję, nim ten zdążył dokończyć zdanie.
Jego partner odwrócił się w moją stronę, kiedy już biegłem na drugi koniec pomieszczenia, lawirując między pozostałą piątką żołnierzy. W panice odbezpieczył karabin. W ślad za mną pomknęły jego pociski, trafiając w ścianę i, ku mojej radości, w jednego z jego kolegów.
Biedaczysko nie wiedział nawet, co go trafiło.
Dotarłem do kolejnych drzwi i dałem w nie nura. Otworzyły się i walnęły o ściany, po czym powróciły do tyłu.
Obróciłem się na plecy, wycelowałem w drzwi wahadłowe i oddawałem strzał za każdym razem, kiedy się otwierały.
W czasie, kiedy uwaga Sarkonian skupiła się na mnie, uzbrojona w karabin Octavia wjechała do pomieszczenia i otworzyła ogień.
Pierwszego trafiła w sam środek pleców. Klatka piersiowa eksplodowała mu, kiedy przeszyła ją kula, wyrzucając w powietrze odłamki kości. Padł martwy na twarz.
Jeden z żołnierzy dobiegł do drzwi, przytrzymał je otwarte, po czym wymierzył prosto w moją głowę. Ja zrobiłem to samo w stosunku do niego, lecz zanim jeden z nas zdążył załadować serię w czaszkę tego drugiego, Sarkonianina załatwiła kobieta na wózku.
Krew opryskała mi spodnie i szybko się cofnąłem.
Pozostali żołnierze skupili się na Octavii, tyle że Hitchens zdążył już ją wycofać na korytarz. Skorzystałem z okazji, aby podnieść się z ziemi.
Według moich wyliczeń zostało jeszcze dwóch.
– Odejdźcie, a was nie zabijemy! – wrzasnąłem i przykleiłem się plecami do ściany tuż za drzwiami.
– J-już tu idą posiłki! Poddajcie się, a nie zostaniecie…
Nim zdążył dokończyć, rozległy się dwa głośne strzały, a po nich dźwięk brzmiący jak ciała padające na ziemię. Spojrzałem w stronę korytarza, ale reszta pozostawała w ukryciu.
– Co to, u licha, było? – zapytałem.
– Możecie już wyjść! – zawołał znajomy głos.
– Abigail? – Pchnąłem drzwi i wszedłem do pomieszczenia.
Za dwoma świeżymi trupami stała Abigail z dużym karabinem w ręce.
– Pomyślałam, że przyda wam się pomoc.
Z korytarza przybiegł Freddie.
– Siostro Abigail!
Tuż za nimi pojawili się Hitchens i Octavia.
– Święci pańscy! – wykrzyknął doktor, omiatając spojrzeniem wszystkie ciała i gromadzącą się wokół nich krew. – To wygląda jak strefa działań wojennych!
– Bo tym jest – zapewniłem go, po czym spojrzałem na Abigail. – Dlaczego nie jesteś na statku? Gdzie Lex?
– Ze mną, proszę pana – odezwał się Sigmond. – Proszę się nie obawiać, zamknąłem Gwiazdę do czasu, aż wrócicie.
– Miałem wszystko pod kontrolą – rzuciłem do byłej mniszki, gdy do niej podszedłem.
– Z pewnością – odparła. – Ale gonił nas czas, bo zmierza tu cała armia.
– Armia? – zapytał Hitchens.
Kiwnąłem głową.
– Ona ma rację. Na pewno przyślą więcej statków. Musimy się zmywać, i to szybko.
– Rozumiemy – zapewniła Octavia.
Popędziliśmy na koniec budynku, w stronę piątej platformy, gdzie czekała Gwiazda.
Śluza była zapieczętowana, lecz Siggy otworzył ją, gdy tylko statek ukazał się naszym oczom.
– Czekam na rozkazy – powiedział, kiedy znaleźliśmy się na pokładzie.
– Zabierz nas na orbitę i aktywuj pelerynę – oświadczyłem, biegnąc do kokpitu.
W saloniku dostrzegłem Lex. Grała w jakąś grę. Coś edukacyjnego z cyferkami.
– Dzień dobry, panie Hughes!
– Hej, mała – rzuciłem, mijając ją szybko.
Chwilę później siedziałem już na swoim fotelu i patrzyłem przez przednie okienko statku, a w tym czasie silniki buczały. Zbuntowana Gwiazda oderwała się od platformy, na chwilę zawisła nieruchomo, po czym ruszyła przed siebie.
Wznieśliśmy się i przez ogromny otwór w zatoce poszybowaliśmy w stronę okolicznych chmur.
– Wychwytuję ruch w okolicy Punktu Wylotu Slipspace – powiedział Sigmond.
– Kolejne sarkonijskie statki? – zapytałem.
– Wprost przeciwnie, proszę pana, wygląda mi to na…
– Uwaga, statku renegacki – przerwał mi chrapliwy głos dochodzący z głośników. – Z tej strony generał Marcus Brigham z unijnego statku Galaktyczny Świt. Wzywam statek identyfikujący się jako Zbuntowana Gwiazda. Proszę o odpowiedź, w przeciwnym razie będziecie mieć do czynienia ze zmasowanym atakiem.
– Pierdol się – warknąłem. – Siggy, odetnij głośniki i zabierz nas stąd.
– Już się robi, proszę pana.
Gdy przedarliśmy się przez atmosferę planety, Sigmond aktywował tunel Slipspace. Galaktyczny Świt co prawda zmierzał w naszą stronę, nim tu jednak dotrze, my już będziemy daleko stąd.
– Wchodzimy do Slipspace – oznajmił Sigmond, tym razem przez system głośników zainstalowany na statku. – Proszę o nieopuszczanie swoich miejsc.
Czarna otchłań zwykłej przestrzeni szybko ustąpiła miejsca szmaragdowemu wirowi. Wzdłuż ścian tunelu połyskiwały żółte iskry, gdy szczelina zamknęła się za nami, oddzielając nas od pościgu.
– Ten Brigham już po raz drugi nas namierzył – rzekłem. – Sarkonianie musieli wysłać wiadomość przed naszą ucieczką.
– To mało prawdopodobne – stwierdził Sigmond.
– Och? Masz inną teorię?
– Galaktyczny Świt opuścił Slipspace wtedy, kiedy my dokonaliśmy ucieczki, krótko po tym, jak statki Sarkonian wylądowały pod szpitalem.
– No i?
– Między czasem, kiedy Sarkonianie wylądowali, a tym, kiedy unijny statek opuścił tunel, minęło tylko czternaście minut. Najbliższy Punkt Wylotu, z którego skorzystano, znajduje się jakieś trzydzieści minut dalej.
– Co chcesz powiedzieć, Siggy?
– Że matematyka sugeruje, że byli już w trasie, kiedy sarkonijski statek wylądował na planecie.
– Myślisz, że dali im znać, kiedy znajdowali się na orbicie?
– Możliwe, ale czujniki Gwiazdy wychwyciły Sarkonian dopiero niedawno, dosłownie kilka chwil przez ich przylotem.
– Czyli Unia wiedziała, że tu jesteśmy, zanim jeszcze pojawili się Sarkonianie?
– Na to wygląda, proszę pana, ale pewności mieć nie mogę. Nie bez dodatkowych danych.
Zerknąłem na przytwierdzoną do deski rozdzielczej figurkę Foxy Stardust. Głowa jeszcze jej się kołysała od startu.
– Cóż, spróbuj uzyskać te dane. Zajrzę teraz do reszty załogi.
Odpiąłem pasy i wstałem. Jeszcze zanim otworzyłem drzwi, dobiegły mnie głosy.
– … trzeba zawieźć Octavię do innego szpitala. – To Freddie.
– Najpierw musimy mieć pewność, że jesteśmy bezpieczni – odezwała się Abigail.
– A co, jeśli potrzebne jej dalsze leczenie? – zapytał Hitchens, stojący obok wózka swojej asystentki.
Lex też tam była i przysłuchiwała się pozostałym. Na mój widok uśmiechnęła się, po czym podbiegła do mnie.
– Pani Hughes!
– Hej, mała.
– Możemy lecieć w jakieś fajne miejsce? Mam dość bycia na statku.
– Chciałbym – odparłem i poklepałem ją po głowie. – Przy odrobinie szczęścia niedługo znowu wylądujemy.
Ściągnęła brwi.
– Coś ci jednak powiem – dodałem. – Daj mi dziesięć minut, a przyniosę ci trochę suszonego mięsa i sera.
Na myśl o jedzeniu rozbłysły jej oczy.
– Mogę, eee, mogę dostać trochę zupy pomidorowej?
– Pewnie, mała.
Minąłem ją i podszedłem do pozostałych.
– Po prostu nie… – Freddie urwał, kiedy mnie zobaczył. – Kapitanie Hughes, wszystko już dobrze? Statek nie ucierpiał?
– Wiedzielibyście, gdyby tak się stało – odparłem.
– Co z tamtym statkiem Unii? – chciała wiedzieć Abigail.
– To znaczy? – zapytałem.
– Ściga nas? Jesteśmy bezpieczni?
– Dowiemy się tego dopiero po dotarciu do kolejnego Punktu Wylotu. – Spojrzałem na Octavię. – A ty?
– Ja?
– Trzymasz się jakoś?
– Nie mam czucia w nogach. Jak ci się wydaje?
– Skoro stać cię na sarkazm, to nie może być aż tak źle.
– Punkt dla ciebie – stwierdziła.
– Jeśli chodzi o plan, to będziemy się trzymać mapy – kontynuowałem. – Według atlasu znalezionego w jaskini mamy zmierzać właśnie w tę stronę. Pozostaniemy na kursie i będziemy myśleć o nagrodzie.
– Zachowujesz się tak, jakby to była łatwizna – powiedziała Abigail. – Jakbyśmy próbowali wygrać coś z automatu z zabawkami.
– A od kiedy jest to proste? – zapytałem.
– Nie wiem, ale przypuszczam, że w porównaniu z ratowaniem własnej skóry nie jest aż takie trudne.
– Pamiętaj, że mam statek wyposażony w pelerynę.
– Myślisz, że to wystarczy?
– Zaufaj mi. Kiedy wylecimy z tego tunelu, ukryjemy się i poczekamy na właściwy moment. Nikt nie będzie wiedział, dokąd polecieliśmy, a nawet jeśli komuś uda się to rozgryźć, my się dosłownie rozpłyniemy.
Trzymając nogi na biurku, odchyliłem się na krześle, bawiąc się złotym zegarkiem od Abigail. Wygrawerowano na nim planetę, którą mniszka nazywała Ziemią. Nie wiedziałem czy wierzę w ten mit, ale zegarek i tak mi się podobał. Podarowała mi go, żywiąc przekonanie, że więcej się nie zobaczymy.
To było, zanim zaczęliśmy razem uciekać. Teraz wszyscy byliśmy członkami załogi, a czekająca nas droga była pełna nieznanych możliwości.
Terytorium przed nami należało w większości do Sarkonian, lecz jego granice pozostawały płynne. Z tego, co mi było wiadomo, zdążyliśmy już je przekroczyć. Ci dranie uwielbiali przywłaszczać sobie układy, które leżały w sporej odległości od ich przestrzeni.
Ale wszechświat to ogromny twór, a oni mogli dokonywać ekspansji w najprzeróżniejszych kierunkach. Jeśli pozostaniemy na tym kursie, w ciągu kilku dni przetniemy ich przestrzeń. Z aktywowaną peleryną byłoby nam łatwiej.
Z myśli wyrwało mnie ciche pukanie do drzwi. Opuściłem nogi i schowałem zegarek.
– Kto tam? – zapytałem.
– Fred. Ma pan chwilę?
– Nie – odparłem. – Jestem zajęty oglądaniem holo. Słyszałeś o Lubieżnych grzechach sarkonijskiej żony?
Cisza.
– Och, ja, eee, nie…
Wcisnąłem guzik otwierający drzwi i rozsunęły się. Za nimi stał zmieszany Freddie.
– O co chodzi?
– P-pan rzeczywiście to ogląda?
– Będę, jeśli tylko się pospieszysz – burknąłem.
– Ja… – Zawahał się i zaczerpnął powietrza. – Mam do pana małą prośbę.
– A konkretnie? Musisz z kimś pogadać? Sugeruję, abyś poszedł z tym do Hitchensa. We mnie raczej nie znajdziesz nic ojcowskiego.
– Chcę, aby nauczył mnie pan strzelać.
Słowa te zawisły na chwilę w powietrzu, zaskakując mnie.
– Co ty powiedziałeś?
Chłopak odchrząknął.
– Proszę posłuchać, kapitanie, nie jestem głupi. Wiem, że kazał mi pan trzymać się z tyłu, bo podczas walki jestem bezużyteczny.
Nie mylił się. Biedak nie miał w tej dziedzinie praktycznie żadnego doświadczenia. Gotów byłem pójść o zakład, że gdybym dał mu karabin i wyznaczył cel, nie trafiłby nawet w ścianę Gwiazdy.
– Nie wiem, czy mam czas na tego rodzaju rzeczy.
– Proszę, kapitanie. – Spojrzał na mnie błagalnie. – Nie chcę stać z boku, podczas gdy pozostali walczą za mnie.
Nazwijcie mnie frajerem, ale żal mi się zrobiło chłopaka. Nie został wychowany tak, jak ja. Nie dorastał na ulicy i jako dziewięciolatek nie wdawał się w bójki z nożem w ręce.
– Czy zanim dołączyłeś do tamtej sekty, musiałeś kiedyś użyć broni, Freddie?
– Raz czy dwa – odparł z wahaniem.
– Musiałeś kogoś zabić?
Pokręcił głową.
– To może być problem. Chyba nie mam czasu, aby pozbawić cię tej części ciebie.
– Jakiej części? – zapytał.
Dźgnąłem go w klatkę piersiową.
– Tej. No wiesz, tego czegoś w środku, co każe ci bać się zamordować jakiegoś dupka, nim ten zamorduje ciebie.
– Morderstwo? Ale to przecież samoobrona, prawda?
– Czasami obowiązek. Czasami czyn wyprzedzający – wyjaśniłem. – Robi się to, co trzeba, Freddie. Tak to działa.
Otworzył szeroko oczy.
– Kapitanie, w taki właśnie sposób pan żyje?
– To jedyny możliwy sposób. Dzięki temu pozostaje się przy życiu. To nie Unia, Fred, ani wasz Kościół. To jest pierdolona otchłań. Nie obowiązują tu żadne zasady. Nie ma cywilizacji, która mówi, jak żyć. Robi się, co trzeba, zabija, kogo musi, i stara się wyjść z tego w jednym kawałku.
Chciałem, aby dotarł do niego sens moich słów. Chciałem, aby zrozumiał. Zabijanie nie jest czymś łatwym, ale chwila wahania może sprawić, że sam staniesz się trupem.
– Ale… to konieczne – mruknął. – W taki sposób chroni się pozostałych. Zgadza się?
Kiwnąłem głową.
– W taki sposób załoga pozostaje przy życiu. Robimy to razem. Wspieramy się nawzajem. Ale trzeba chcieć pociągnąć za spust.
Stał przez chwilę i widziałem obracające się w jego głowie trybiki. Przekonywał samego siebie, że tak być powinno, usprawiedliwiał to, co trzeba zrobić.
– Okej – powiedział w końcu. – Rozumiem, kapitanie.
– To dobrze, bo jeśli zginę przez ciebie, Freddie, przysięgam na bogów, że wstanę z grobu i po ciebie wrócę. Mamy jasność?
Popołudnie poświęciłem na naukę. Kiedy już miałem pewność, że siła odrzutu nie złamie Freddiemu nosa, przeszedłem do wyjaśniania niuansów celowania.
– Oddech musi być miarowy. To banał i wszyscy o tym wiedzą, ale hej, taka jest prawda.
– Co pan ma na myśli? – zapytał.
Położyłem sobie dłoń na klatce piersiowej.
– Oddychaj, ale równo – powiedziałem i zrobiłem wydech. – Chodzi o utrzymanie równowagi. Potrzebny ci spokój.
– Spokój?
– Każdy zaprawiony w boju żołnierz w końcu to zyskuje. To stan umysłu. Lepiej ci tego nie wytłumaczę.
– Ale czego?
Nigdy dotąd nie wyjaśniałem tego typu kwestii, więc chwilę trwało, nim udało mi się znaleźć odpowiednie słowa.
– Kojarzysz, jak kiedy biegniesz, mocno ci wali serce?
– Jasne, wyrzut adrenaliny – odpowiedział, kiwając głową.
– Otóż to. Tak samo jest tutaj, tyle że sto razy gorzej. Całe ciało ci się spina. Synapsy w mózgu szaleją. Język staje się suchy. Robi ci się niedobrze, jakbyś miał zaraz puścić pawia. Identycznie się dzieje przed pierwszym bzykaniem. Robisz się niezdarny i niemądry i szybko możesz w ten sposób stracić życie.
– Jak się to kontroluje? – zapytał.
– Praktyką – odparłem krótko. – I oddechem. Ćwiczysz oddech w każdej chwili z możliwych. Bierzesz głębokie oddechy, kiedy leżysz na pryczy, zatrzymujesz się na korytarzu, kiedy nikt cię nie widzi. Po prostu to robisz.
– I to wszystko?
Zaśmiałem się.
– Nie, mały. Będziesz potrzebował stoczyć z kimś walkę. Może nawet odnieść rany. Nie wiem. Potrzeba czasu na zyskanie spokoju.
– Rozumiem. – Spojrzał na trzymany w rękach karabin.
Byłem dla niego surowy, ale musiał to wszystko usłyszeć. Z jakiegoś powodu lubiłem Freddiego i nie chciałem, aby w najbliższym czasie zginął. Jeśli ci unijni i sarkonijscy dranie nadal będą nas nachodzić, będzie musiał umieć zachować zimną krew. Będzie musiał być skłonny zabić.
– Gdzie się dziś podziewa mniszka? – zapytałem po chwili.
– Ma pan na myśli siostrę Abigail?
– Na statku nie ma innych mniszek.
– Z tego, co mi wiadomo, uczy Lex matematyki.
Zastukałem w komunikator w uchu.
– Siggy, połącz mnie z pokojem Abigail.
– Już się robi, proszę pana – odparła AI.
Chwilę później rozległ się jej głos.
– O co chodzi, Jace? – zapytała z wyraźną irytacją. – Zajęta jestem.
– Zbyt zajęta, aby pomóc swojemu kumplowi Fredowi? – zripostowałem.
– Co się stało? Nic mu nie jest?
– Nic się nie stało. Chcę, abyś zeszła do ładowni.
– Już idę – odparła.
Wyłączyłem komunikator i wziąłem od Freddiego broń, po czym schowałem ją do pobliskiej szafki.
– Abby zaraz ci pomoże.
– Pomoże mi? – zapytał.
– Nie mogę się wszystkim zajmować i naprawdę nie mam czasu. Przykro mi to mówić, Fred, ale jesteś jak dopiero co narodzone szczenię. Potrzebna ci mama.
Drzwi ładowni się rozsunęły. Abigail zeszła po schodkach i z rękami splecionymi za głową dołączyła do nas.
– O co chodzi? – zapytała, unosząc brew.
– Chcę, żebyś sprała Freddiego na kwaśne jabłko – oświadczyłem, wskazując na niego kciukiem. – Poradzisz z tym sobie?
Pięść Abigail wylądowała na żuchwie Freddiego z taką siłą, że usłyszałem trzask. Z ust pofrunęła mu ślina, a policzki zafalowały od ciosu. Chłopak krzyknął i się zachwiał.
– Mówiłam, żebyś mnie zablokował! – wrzasnęła mniszka.
Upadł na tyłek i zasłonił szybko siniejącą twarz.
– N-nie byłem gotowy!
– Podczas walki nie zawsze jest się gotowym. – Pokręciłem głową z udawanym rozczarowaniem. – Co za żenada.
– Stało ci się coś? – zapytała Abigail.
Podała Freddiemu rękę, a ten wstał, obmacał żuchwę i odparł:
– Nic mi nie będzie.
– Gotowy na powtórkę? – rzuciłem.
– Powtórkę? Nie widziałeś, co się stało? – zapytała Abigail.
– Jestem gotowy – przerwał nam Freddie.
Oboje spojrzeliśmy na niego.
– Słyszałaś? – rzuciłem do Abigail, unosząc brew. – Jest gotowy.
– Słyszałam. – Spiorunowała mnie wzrokiem. – Ale jeśli nie będzie uważał, to może odnieść poważne obrażenia, a nie możemy do tego dopuścić, jeśli Unia znowu nas znajdzie.
– Dam sobie radę – upierał się Freddie. Uniósł pięści jak bokser.
Próbowałem się nie roześmiać.
Abigail zignorowała go.
– Mogę cię prosić na słówko, kapitanie?
– Jasne. – Udałem się za nią w stronę drzwi na końcu ładowni, gdzie Freddie nas nie widział. – Coś mi to przypomina.
– Słucham?
Przypomniało mi się, jak byłem tu już raz z Abigail i prowadziłem rozmowę na temat pasażera, tyle że wtedy nie chodziło o Freddiego, a o Lex. Powiedziała mi, że jej sytuacja jest skomplikowana… że ma pewne kłopoty, a ja dałem wiarę jej słowom, bo tak to tutaj działało. Trudno uwierzyć, jak daleko zaszliśmy od tamtej pory.
– Nic takiego – odparłem, nie chcąc się w to zagłębiać. – Co chcesz mi powiedzieć? Zakładam, że chodzi o Freddiego.
Skrzyżowała ręce na piersi.
– Musisz traktować go łagodnie.
– Łagodnie? – zdziwiłem się. – To on poprosił o pomoc.
– Robi to tylko dlatego, że uważa, że to jego obowiązek. Musisz mu powiedzieć, że walka to nie jego działka.
– A co w takim razie nią jest? Hitchens i Octavia są archeologami. Ty szaloną mniszką lubiącą pociągać za spust. Lex to dziwaczny dzieciak z magicznymi mocami. Ja jestem właścicielem tego statku. Co konkretnie robi Freddie?
– Jest ekspertem od Kościoła i wczesnych dzieł Dariusa Clare’a.
– Czyli tego staruszka, który założył Kościół?
– Zgadza się – przytaknęła. – Całą bibliografię doktora Clare’a zna praktycznie na pamięć.
Uniosłem ręce.
– Na pewno przyda mu się to w walce.
Zmrużyła oczy.
– Wiesz, że to nie fair. On ma inne wartości.
– Nie fair? – powtórzyłem. – Nie bierzemy udziału w pielgrzymce. Na ogonie siedzi nam gigastatek, który próbuje nas namierzyć i pozabijać. A przynajmniej większość z nas. Na pewno zabiorą Lex, a resztę zostawią na…
– Rozumiem – przerwała mi.
– Naprawdę? Bo jeśli mamy przeżyć tę samobójczą misję w kosmosie, to każdy na tym statku musi być przeszkolony i gotowy do walki. Freddie musi wiedzieć, jak zabić bez mrugnięcia okiem. Chcesz, aby się zawahał, kiedy stawką będzie twoje życie?
– W porządku. – Jęknęła. – Przysięgam na bogów, Jace. – Odwróciła się i wróciła do środka. – Frederick, przygotuj się.
– Z-znowu mnie uderzysz?
Wszedłem do ładowni i oparłem się o balustradę nad schodkami.
– Skopie ci tyłek na całego, Fred – rzuciłem do niego.
– O rety. – Chłopak wziął głęboki oddech.
Abigail przybrała waleczną pozę.
– Ignoruj go i staraj się za mną nadążać.
Zostawiłem Abigail i Freddiego, aby mogli trenować, a raczej aby mniszka mogła mu skopać tyłek, i wróciłem do saloniku.
Na kanapie siedzieli Hitchens i Lex. Naukowiec trzymał w rękach pudełko – jeden z pradawnych reliktów, które zabrał z pasa asteroid. Wręczył je uśmiechniętej dziewczynce. Urządzenie od razu się rozjaśniło, oświetlając jej twarz.
– Macie nową zabawkę? – zapytałem. Skrzyżowawszy ręce na piersi, oparłem się o ścianę kilka metrów od kanapy.
– Ach, Kapitanie! Jeśli tylko znajdzie pan dla mnie chwilę, chciałbym o czymś porozmawiać.
– Wygląda na to, że teraz jest pan zajęty. – Wskazałem brodą na jarzący się kwadrat w rękach Lex. – Co to, kolejna pozytywka?
Podszedłem do baru z przekąskami i moje spojrzenie zatrzymało się na miejscu, gdzie wcześniej stał ekspres do kawy, zanim Fratley i jego zbiry nie zrobili nalotu na mój statek i nie zniszczyli połowy wyposażenia. Cholernie brakowało mi tego aromatycznego napoju.
– Niezupełnie – odparł doktor. – To bardziej…
Pudełko nagle otworzyło się. Towarzyszący temu dźwięk przestraszył Lex, szybko się jednak zaśmiała.
– Skrytka – dokończył Hitchens. Zachichotał. – Pora sprawdzić, co się w niej kryje.
Lex zajrzała do środka.
– Co to takiego?
Hitchens wyjął z pudełka jakiś przedmiot. Był płaski jak tablet, tyle że bez wyświetlacza.
– Dziwne – mruknął archeolog. – Czegoś takiego jeszcze nie widziałem.
– Czy to zabawka? – zapytała dziewczynka.
– Możliwe – odparł i posłał jej szeroki uśmiech. – Co powiesz na to, abyśmy się dowiedzieli?
– Okej!
Hitchens wziął od niej pudełko i światło w jego wnętrzu natychmiast się ściemniło, a po kilku sekundach zupełnie zgasło. Podał jej drugi, znacznie mniejszy przedmiot, który wzięła od niego z ciekawością.
Przyglądaliśmy się temu, czekając, aż coś się stanie.
– No i co? – zapytałem po długiej chwili.
Hitchens postukał się w brodę.
– Możliwe, że się zepsuło. Być może będę musiał wymienić kilka części, nie wiem jednak, czy dysponuję nimi w tej chwili. Lex, moja droga, czy możesz schować to urządzenie z powrotem do…
Z rąk dziewczynki eksplodował nagły snop światła i trafił w ścianę obok drzwi prowadzących do kokpitu.
Odruchowo padłem na ziemię.
– Ja pierdolę!
Lex krzyknęła i puściła przedmiot. Odskoczyła i opadła z powrotem na kanapę. Hitchens objął ją, chroniąc przed tym, co się, u licha, działo.
Światło zgasło krótko po tym, jak się pojawiło, nie powstrzymało to jednak dziewczynki i Hitchensa przed panikowaniem. Podniosłem się z ziemi i kopnąłem to małe urządzenie na drugi koniec pomieszczenia – przeleciało pod stołem, na którym wcześniej stał ekspres do kawy.
Hitchens puścił Lex.
– O-och, święci pańscy! Nic ci się nie stało?
– Moja… moja ręka – wyjąkała.
Ze łzami płynącymi po policzkach wpatrywała się w swoje palce. Były czerwone i zakrwawione.
– O rety. – Hitchens ostrożnie je ujął. – Kapitanie! Kapitanie, Lex potrzebna jest medyczna pomoc!
Stuknąłem się w ucho.
– Siggy, powiedz Octavii, aby natychmiast się tu zjawiła. Abigail też niech przyjdzie.
– Tak jest – odpowiedział Sigmond.
– Możesz zginać palce? – zapytał Hitchens. Choć wyglądał na zaniepokojonego, próbował to ukryć. – Spróbuj zacisnąć dłoń w pięść, dobrze?
– O-okej.
Tak zrobiła. Zacisnęła palce, lekko się przy tym wzdrygając. A mnie się przypomniało, jak twarde z niej dziecko.
Nie minęło kilka sekund, a do salonu wjechała Octavia.
– Co się dzieje?
Zatrzymała się przed kanapą.
– Lex usmażyła sobie dłonie – wyjaśniłem. – To wina Hitchensa. Dał jej jeden z tych głupich reliktów.
Nachyliła się w stronę Lex i ujęła jej nadgarstek, aby przyjrzeć się obrażeniom.
– Wygląda to na oparzenie – stwierdziła. – Doktorze, kapitan ma rację? Pan to zrobił?
Hitchens ściągnął brwi.
– Och, tak bardzo mi przykro. Tak, to prawda, Octavio. W ogóle nie pomyślałem. Przepraszam cię, Lex.
– Nic się nie stało, panie Hitchens – odparła Lex, wycierając oczy ramieniem. – Już tak nie boli.
– Nie? – zapytał naukowiec.
– Nie tak jak wcześniej. – Ale kiedy Octavia ją dotknęła, to aż podskoczyła.
– Wygląda na to, że masz uwrażliwione palce. Musimy posmarować ci skórę żelem – orzekła Octavia. – Doktorze, może ją pan zaprowadzić do mojego pokoju? Przywiozę apteczkę.
