Erhalten Sie Zugang zu diesem und mehr als 300000 Büchern ab EUR 5,99 monatlich.
Zagubiony statek. Nieznana cywilizacja. Zbuntowana Gwiazda jest pozostawiona własnemu losowi, jej silniki nie działają, a otoczenie jest nieznane. Podczas dryfowania w przestrzeni załoga otrzymuje dziwny przekaz z pobliskiej planety – ktoś ostrzega ich, że mają trzymać się na dystans, w przeciwnym razie będą musieli się zmierzyć z konsekwencjami. Kiedy w przekazie pojawia się wzmianka o tym, że ten świat należy do Ziemi, zaginionej kolebki ludzkości, kapitan Jace Hughes wie, że musi to zbadać. Ta misja nie będzie prosta, a to za sprawą niekończących się śnieżyc, czyhających za rogiem spragnionych krwi zwierząt i nieobecności kolonii i ludzi. Dobrze, że wysłano tam renegata. Jeśli jesteś fanem Firefly, Battlestar Galactica czy Przebudzenia Lewiatana, zachwycisz się tym epickim thrillerem i operą kosmiczną w jednym.
Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:
Seitenzahl: 165
Veröffentlichungsjahr: 2023
Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:
J.N. Chaney
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
Renegat. Zagubieni. Tom 4
Tłumaczenie Monika Wiśniewska
Tytuł oryginału Renegade Lost
Język oryginału angielski
Zdjęcie na okładce: Podium
Copyright © 2018, 2022 J.N. Chaney i SAGA Egmont
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9781039460904
1. Wydanie w formie e-booka
Format: EPUB 3.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.
www.podiumaudio.com
Zagubiony statek. Nieznana cywilizacja.
Zbuntowana Gwiazda jest pozostawiona własnemu losowi, silniki nie działają, otoczenie pozostaje nieznane. Dryfująca w przestrzeni załoga otrzymuje dziwny przekaz z pobliskiej planety – ktoś ich ostrzega, że mają się trzymać na dystans, w przeciwnym razie będą się musieli zmierzyć z konsekwencjami.
Kiedy w przekazie pojawia się wzmianka o tym, że ten świat należy do Ziemi, zaginionej kolebki ludzkości, kapitan Jace Hughes wie, że musi to zbadać. Niemające końca śnieżyce, spragnione krwi zwierzęta czyhające za każdym rogiem i nieobecność kolonii czy ludzi sprawią, że ta misja nie okaże się prosta.
Dobrze, że wysłano tam Renegata.
Jeśli jesteś fanem Firefly, Battlestar Galactica czy Przebudzenia Lewiatana, zachwycisz się tym epickim thrillerem i operą kosmiczną w jednym.
Dla mojego ojca,
który nauczył mnie, jak się pracuje.
– Wchodzimy w atmosferę – poinformował Sigmond. – Proszę się przygotować na niewielkie turbulencje.
Siedziałem w kokpicie i obserwowałem, jak Zbuntowana Gwiazda wchodzi w górną część stratosfery nieznanej planety gdzieś na totalnym pustkowiu. W innych okolicznościach możliwe, że w ogóle bym ją ominął. Pokrywała ją warstwa śniegu i lodu, a na powierzchni nie dało się dostrzec niczego wartościowego.
Ale dopiero co dotarł do mnie stamtąd przekaz z ostrzeżeniem, abym się trzymał z daleka, dlatego że ten świat należy do Ziemi, zaginionej ojczyzny ludzkości, miejsca, które, jak wierzyłem, należy do świata bajek. Tak było, zanim nie poznałem Abigail, Lex, Freddiego i Atheny… zanim nie odkryłem przenośnego Księżyca, będącego także superbronią. W ostatnich dniach zobaczyłem kolejne dowody na istnienie Ziemi, które sprawiły, że powinno się napisać podręczniki do historii od nowa. Co nie znaczyło, że się do czegoś takiego paliłem. Nie byłem uczonym ani historykiem. Mało interesowała mnie zmiana stanu galaktyki albo to, w co ktoś wierzy. Ja byłem tylko Renegatem, próbującym przetrwać, próbującym utrzymać swoją załogę przy życiu.
W czasie kiedy mój statek schodził coraz niżej, usłyszałem, jak drzwi do kokpitu się otwierają. Do środka wparowała Abigail.
– Dlaczego lądujemy na tej planecie? – rzuciła.
Musiała dostrzec atmosferę przez okno i się zaniepokoiła. Wcale jej się nie dziwiłem. Na szybko podjąłem decyzję o zbadaniu przekazu, w ogóle z nią tego nie konsultując.
– Usiądź. – Wskazałem na sąsiedni fotel. – Mamy problem.
Tak zrobiła i wbiła spojrzenie w widniejący na desce rozdzielczej holograficzny obraz prezentujący układ całego kontynentu.
– Posłuchaj – powiedziałem, stukając w konsolę. Odchylając się na fotelu, odtworzyłem przekaz. – „Uwaga, ten świat pozostaje własnością Ziemi. Zgodnie z umową kolonizacyjną wszystkie statki Przelotnych powinny unikać orbity i nie ryzykować znalezienia się w zasięgu sieci obronnej”.
Oczy Abigail zrobiły się wielkie jak spodki.
– To jest prawdziwe? – zapytała.
– Na to wygląda – odparłem, wyłączając przekaz. – Wkrótce się przekonamy.
– Albo i nie – zripostowała. – Tamta kobieta przypuszczalnie nie żyje, nie sądzisz? Możliwe, że lecimy tam po nic.
– Mam zawrócić? – zapytałem, znając już odpowiedź.
Przez chwilę milczała, aż w końcu pokręciła głową.
– Nie. Zobaczmy, co to takiego.
Kiwnąłem z zadowoleniem głową. Abby nie była głupia. Wszystko mające związek z Ziemią warte było zbadania i oboje to rozumieliśmy. Jeśli Tytan po nas nie wróci, a oczywiście istniała taka możliwość, sami będziemy musieli się stąd wydostać. Może ta planeta kryła w sobie odpowiedzi. Może uda nam się znaleźć jakieś części przydatne do naprawienia silnika. Tak czy inaczej, siedzenie w kosmosie i czekanie na ratunek nie wchodziło w grę. Nie dla nas. Coś takiego nie leżało w naszej naturze.
Gdy przebiliśmy się przez chmury, zbliżając się do powierzchni planety, śnieżyca przybrała na sile. Okna zaczynały obrastać szronem tak szybko, że pomyślałem, że może się zakopiemy, kiedy dotkniemy ziemi.
Zanim wylądowaliśmy, wiatr znacznie przyspieszył i zrozumiałem, że musimy to przeczekać.
Westchnąłem ciężko.
– No to czekamy – mruknąłem. Pchnąłem kciukiem głowę Foxy Stardust i obserwowałem, jak się kołysze. – Najlepiej trochę się prześpijmy. Potrzebuję tego jak nie wiem co.
Zapach wydobywający się z ekspresu do kawy wypełnił salonik intensywną wonią, która sprawiła, że miałem się ochotę uśmiechnąć.
Nalałem sobie kubek i powąchałem pyszną parę. Gdyby tylko smak był równie dobry jak zapach, ale ekspres pochodził ze statku Unii. Od kilku dni planowałem zastąpić to przeklęte urządzenie innym, tyle że przez te wszystkie walki i ucieczki jakoś nie miałem okazji.
Poza tym Tytan miał własne dyspensery z jedzeniem, a na stołówce można było dostać całkiem porządną sztuczną kawę. Przyzwyczaiłem się do niej i odsunąłem od siebie zakup nowego ekspresu. Że też musiałem być taki leniwy.
„Wszystko w swoim czasie”, pomyślałem, wpatrując się w kubek z napojem. „Najpierw zbadamy przekaz, potem znajdziemy sposób na wydostanie się z tego układu i zdobycie nowego ekspresu”.
– Jace, co ty robisz? – zapytała Abigail, która najwidoczniej mi się przyglądała.
– Kawę – fuknąłem. – A niby na co to wygląda?
– Na to, że marnujesz czas – odparła.
– Tylko głupiec uważa kofeinę za marnotrawstwo. – Odwróciłem się tyłem do niej.
W tym momencie do saloniku wszedł Freddie.
– Ktoś robi kawę? – zapytał.
– Proszę bardzo. – Odsunąłem się od ekspresu. – Ja już mam.
Oczy mu rozbłysły.
– No to robię!
Tuż po nim weszła Dressler. Przyglądałem się, jak idzie bez słowa. Formalnie rzecz biorąc, pozostawała moją więźniarką… a może zakładniczką? Albo gościnią? Nie nadążałem za nazewnictwem.
W każdym razie przebywała na pokładzie i niedługo będę musiał wykombinować, co z nią zrobić.
– Doktorko – rzekłem i skinąłem głową.
– Renegacie – odparła mniej wrogo, niż się spodziewałem. – Może mi pan powiedzieć, dlaczego na zewnątrz zamiast mrocznej przestrzeni mamy szalejącą śnieżycę?
– Och, to. – Wziąłem łyk kawy. – Odebraliśmy przekaz i postanowiliśmy to zbadać.
– Co z pańskimi przyjaciółmi? Nie powinniśmy czekać, aż nas znajdą? – zapytała Dressler.
– Mam siedzieć i czekać z założonymi rękami? W taki właśnie sposób rozwiązujecie swoje problemy?
Spiorunowała mnie wzrokiem.
– Nie powiedziałam, że nic pan nie powinien robić, ale wylądowanie na jakiejś planecie bez planu działania nie wydaje się najlepszym sposobem na spożytkowanie naszego czasu. Powinniśmy się skupić na naprawie napędu ślizgowego.
– I właśnie tego chcę od ciebie – oświadczyłem. – Cóż, ciebie i Freda. Ktoś musi sprawować nadzór.
– Boi się pan, że mogę dokonać próby sabotażu statku? – zapytała, krzyżując ręce na piersi. – Wysłać do Unii wezwanie pomocy?
– O tym akurat nie myślałem, ale teraz zaczynam się zastanawiać.
– Nie zrobi tego – odezwał się Freddie.
– A ty skąd to, u licha, możesz wiedzieć? – zapytałem.
Chłopak zawahał się i spojrzał na doktorkę, szukając u niej pomocy.
– Nie zrobiłabym tego, gdyż coś takiego naraziłoby na niebezpieczeństwo nas wszystkich.
– Tu masz rację – przyznała Abigail.
Freddie kiwnął głową.
– No właśnie. Gdyby dała znać Unii, otworzyliby ogień, nawet jeśli ona jest na pokładzie.
– W przeciwieństwie do pana, kapitanie Hughes, cenię sobie własne życie – oświadczyła Dressler. Odwróciła się i ruszyła w stronę maszynowni. W drzwiach obejrzała się przez ramię. – Idzie pan, panie Tabernacle?
Słysząc swoje nazwisko, Freddie się ożywił.
– No tak. – I wyszedł za nią.
Milczałem, dopóki oboje nie znaleźli się poza zasięgiem mojego głosu.
– Co sądzisz? – zapytałem, odwracając się do Abigail.
– O czym?
– O doktorce – wyjaśniłem. – Myślisz, że powinniśmy jej ufać?
– Nie powinniśmy ufać nikomu, ale nie wydaje mi się, aby zrobiła coś, czym naraziłaby własne życie. Nie jest żołnierką ani szpieżką.
Kiwnąłem głową.
– Siggy, monitoruj naprawę i daj mi znać, kiedy silniki znowu znajdą się online.
– Tak jest, proszę pana – odparł Sigmond, mówiąc bezpośrednio do mojej słuchawki.
– Gdy śnieżyca odpuści, wychodzimy – oznajmiłem, patrząc na Abigail. Wziąłem łyk kawy. Tym razem otwarcie się wzdrygnąłem z powodu gorzkiego smaku.
Abby wzięła ode mnie kubek i też się napiła.
– Będę gotowa.
Zamieć śnieżna nie ustała; opady stały się jedynie mniej obfite. Według skanów Sigmonda śnieg padał i będzie padał przez kilka kolejnych dni. I tak nie było najgorzej, bo to oznaczało, że w końcu możemy opuścić statek i poszukać źródła przekazu.
W swoim pokoju założyłem najgrubszy skafander, jaki miałem, a do tego ocieplane getry i czapkę. Była to odzież specjalnie przystosowana do zimowej aury, z ogrzewaniem wewnętrznym, które będzie się dostosowywać do temperatury ciała. Warto mieć coś takiego, kiedy się ucieka z jednej planety na drugą. Nigdy nie wiadomo, na jakie zagrożenia się trafi. Lepiej być aż nadto przygotowanym niż wcale.
Zapiąłem skafander i wyszedłem z pokoju.
– Gotowy? – zapytała Abigail. Jej głos dobiegał z drugiego końca saloniku.
Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że stoi tam w stroju, który jej dałem – obcisłym kombinezonie, opinającym jej ciało od stóp aż do szyi. Był cieńszy od mojego i na chwilę aż znieruchomiałem.
Musiała to zauważyć, bo przewróciła oczami.
– Nie wierzę, że tylko to miałeś – rzuciła w końcu, podchodząc do mnie.
– Pasuje do twojej figury – stwierdziłem, co było prawdą.
Ten strój był przystosowalny i mógł go założyć niemal każdy, mężczyzna i kobieta. Opinał się na ciele w celu lepszej regulacji temperatury, co przy takiej pogodzie było konieczne.
– Aha. – Zerknęła przez okno statku. Śnieg cały czas padał, ale już znacznie słabiej. – Gotowy do wyjścia?
– Jeśli ty, to i ja.
Dotknęła pistoletu na swoim udzie.
– Sprawdźmy, co się tam kryje.
Udaliśmy się do ładowni. Drzwi windy się otworzyły, wpuszczając podmuch zimnego wiatru. Na metalową kratę opadały płatki śniegu, momentalnie topniejąc.
– Nie znoszę zimna – burknąłem, otwierając jedną z szafek i wyjmując z niej broń.
– Rzeczywiście wyglądasz mi na miłośnika plaż – rzekła Abigail.
– A znasz kogoś, kto nim nie jest? – zapytałem. – Drink i ciepła plaża to zdecydowanie przyjemniejsza perspektywa niż śnieżyca i mróz.
Opuściliśmy statek i każdy krok pozostawiał po sobie dużą dziurę w śniegu. Zastanawiałem się, ile minie czasu, nim śnieg zasypie te ślady. Zważywszy na tempo opadów, raczej niewiele.
Zastukałem w ucho, aktywując komunikator.
– Siggy, gdzie są Dressler i Freddie?
– W maszynowni, proszę pana – odpowiedziała AI.
– Otwórz linię – poleciłem i zaczekałem na kliknięcie. Po chwili kontynuowałem: – Fred, tu Hughes.
– Tak, proszę pana! Słyszę pana głośno i wyraźnie – odparł Freddie.
– Jesteśmy na zewnątrz i wydaję polecenie zamknięcia statku. Bez mojej autoryzacji nikt nie może wejść ani wyjść. Rozumiesz? Do naszego powrotu macie siedzieć na tyłkach.
– Tak, rozumiem.
– I miej na oku Dressler. Nie zostawiaj jej samej.
– Cały czas będę przy niej – odparł.
– Co takiego? – zapytała Dressler. W jej głosie zabrzmiało lekkie echo. – Rozmawiasz ze swoim kapitanem? Powiedz mu, że robię to, co mi kazał, i przestańcie mnie traktować jak…
Przerwałem połączenie.
– Siggy, zainicjuj zamknięcie, moja autoryzacja.
– Inicjuję – potwierdził Sigmond. – Zbuntowana Gwiazda jest zabezpieczona. Wysyłam do pana miejsce pochodzenia przekazu. Powodzenia i proszę się postarać nie zginąć.
– Dzięki, Siggy. – Zrobiłem krok w śniegu. – I wzajemnie.
Śnieg był gęsty i ciężki i spowalniał nas bardziej, niż się spodziewałem. Mimo nakładek grzewczych pod ubraniami niełatwo mi było wytrzymać lodowaty, wiejący ze wschodu wiatr. Po zaledwie dziesięciu minutach policzki miałem zdrętwiałe z zimna. Chętnie bym już stąd odleciał.
Abigail dobrze sobie radziła. Szła szybciej ode mnie, co wcale mi się nie podobało. Może to kwestia lepszej izolacji jej stroju, a może miała po prostu doświadczenie z tego typu pogodą. Bez względu na powód słabo przy niej wyglądałem i bogowie mi świadkiem, że nie zamierzałem dopuścić, aby taka sytuacja się przeciągała.
Przyspieszyłem i dogoniłem mniszkę.
– W którą stronę? – zapytała, kiedy dotarliśmy do wypłaszczenia.
Otwartą dolinę otaczały skały. Według skanów w skałach znajdowała się sieć jaskiń, a jako że sygnał dochodził z góry i z dołu, wiedziałem, że będziemy musieli wejść do tej sieci.
– Musimy znaleźć wejście – rzekłem, oglądając na wyświetlaczu skan.
– Wejście dokąd?
Wskazałem na skalną ścianę.
– Mówisz serio?
– Nigdy nie żartuję w kwestii wchodzenia do jaskiń – odparłem.
Skalista ściana ciągnęła się w kierunku północnym i południowym; obrałem północ. Abigail również i razem zaczęliśmy poszukiwanie wejścia.
Po trzydziestu minutach znaleźliśmy szczelinę na tyle szeroką, aby dało się przez nią przejść. Początkowo była wąska, w końcu jednak się poszerzyła, tworząc pochyłość schodzącą w głąb ziemi.
– Zaczekaj, Jace. – Abigail dotknęła mojego ramienia.
Zatrzymałem się i spojrzałem na nią.
– O co chodzi? – zapytałem.
Wskazała wzrokiem na ziemię, więc też tam spojrzałem. W większości pokrywała ją gruba warstwa śniegu, lecz w miejscu, gdzie utworzyła się jaskinia, zaczęło być widoczne podłoże. I wtedy dostrzegłem to, co Abigail.
Wykute w skale schody, prowadzące w głąb ciemności.
– Nareszcie – powiedziałem.
– Jesteśmy na właściwej drodze. – Na jej twarzy widniał lekki uśmiech.
– To oznacza, że rzeczywiście byli tu ludzie – stwierdziłem. – A może nadal są. – Uniosłem ręce, udając, że ją straszę.
Abigail przewróciła oczami i zaczęła iść, ja natomiast zaśmiałem się z własnego żartu.
Przeprowadziłem szybki skan, który nam powiedział, że moglibyśmy zejść tędy do źródła przekazu. Doświadczenie mi mówiło, że to zbyt proste, nie zamierzałem się jednak kłócić z urządzeniem.
Schodziliśmy coraz niżej w głąb jaskini. Schody lśniły od zamarzniętej wody, co kazało uważać przy każdym kroku, w przeciwnym razie łatwo było się poślizgnąć i skręcić kark.
Gdy dotarliśmy na sam dół i otworzyło się przejście, światło dochodzące z zewnątrz zaczęło przygasać. Stuknąłem w pad i aktywowałem latarkę, a Abby zrobiła to samo ze swoim, przytwierdzonym do nadgarstka. Korytarz się rozjaśnił, ukazując gładsze skaliste ściany i bardziej płaskie podłoże z wyrytymi liniami.
Abby i ja popatrzyliśmy po sobie.
– Chyba dobrze idziemy – odezwała się.
Kiwnąłem głową.
– Jedynym pytaniem, jakie mam, jest to…
– Dokąd się udali ci wszyscy ludzie? – zapytała, wchodząc mi w słowo.
Zmrużyłem oczy.
– Uważaj, inaczej cię tu zostawię.
– Czcza gadanina – fuknęła, posyłając mi drwiący uśmiech. Nie przestawała iść. – Myślisz, że jest tu jeszcze ktoś żywy?
– Jeśli tak, to na pewno wiedzie kiepskie życie – stwierdziłem, rozglądając się.
Próbowałem znaleźć coś, cokolwiek, co mogłoby nam podpowiedzieć, co tu się stało.
Przypuszczałem, że jest to korytarz zewnętrzny, umiejscowiony z dala od tego, co może mieć jakąś wartość. Może znaleźlibyśmy gdzieś tutaj grobowce ze zmumifikowanymi zwłokami, może ukryty bunkier pełen pradawnej technologii, podobny do tego, który znaleźliśmy na Epsilonie, tej planecie z oryginalną mapą gwiazd. Ba, może tylko marnowaliśmy czas, nie potrafiłem się jednak oprzeć wrażeniu, że kryje się tu jakaś tajemnica – ukryty skarb pod warstwą śniegu i lodu.
A jedyne, co musiałem zrobić, to go znaleźć.
Zaledwie po dwudziestu minutach tunel się otworzył, ukazując jakieś pomieszczenie, wcale nieszczególnie duże. Właściwie gdyby nie drzwi i połamane meble, sądziłbym, że nadal znajdujemy się w korytarzu.
Omiotłem pomieszczenie latarką. Nie miałem pojęcia, czego szukam, nigdy jednak nie wiadomo, co się znajdzie, jeśli tylko będzie się miało otwarte oczy.
Abby przez chwilę stała i również się rozglądała. Większość mebli była stara i rozklekotana. Pod ścianą stała kanapa z dużymi dziurami w tapicerce. Zastanawiałem się, czy na niej nie usiąść, uznałem jednak, że może się pode mną rozpaść.
Obok kanapy stał stół bez dwóch nóg.
Naprzeciwko znajdowało się duże półokrągłe biurko z wyszczerbionymi brzegami. Z krzesła zostały już tylko fragmenty.
– Co to za miejsce? – zapytała Abigail, a jej głos odbił się echem od ścian.
Zajrzałem za biurko, nie znalazłem jednak nic ciekawego. Jedynie kurz i brud.
– Gdybym miał zgadywać, rzekłbym, że to była recepcja.
– Recepcja? – zdziwiła się. – Jak na przykład u lekarza?
Wzruszyłem ramionami.
– Kto wie? Mogło to być cokolwiek.
Przez chwilę się zastanawiała.
– Jeśli to było lobby, w takim razie… – Odwróciła się w stronę, z której przyszliśmy, i wskazała na korytarz. – To musi być wejście.
– Całe to miejsce śmierdzi mi rządową biurokracją – mruknąłem.
Abby kiwnęła głową i wskazała na zamknięte drzwi za biurkiem.
– Chodźmy.
Wsadziłem pad pod kurtkę i położyłem dłonie na drzwiach.
– Powiedz, kiedy będziesz gotowa.
Zrobiła to samo, zapierając się o ziemię.
– Okej – mruknęła i zrobiła szybki wdech. – Ciągnij!
Nie było to wcale takie proste. Męczyliśmy się z drzwiami przez niemal dwadzieścia minut, wcale nie mając pewności, że ustąpią. W końcu się udało – metal powoli się przesunął, wypełniając pomieszczenie głośnym piskiem.
– Jeśli ktoś tu jest, przypuszczalnie to usłyszał – stwierdziłem, wchodząc do kolejnego korytarza.
– Naprawdę myślisz, że ludzie nadal tu mieszkają? – zapytała Abigail.
– Licho wie. Ale wcale bym się nie zdziwił. Ludzie są w stanie przeżyć dosłownie wszędzie. Jesteśmy jak szczury.
– Szczury nie są w stanie przetrwać wszystkiego – zaoponowała Abigail.
Przewróciłem oczami.
– Niech ci będzie. Robaki. Cokolwiek. Słyszałaś o Tolsados?
– Nie – odparła, idąc za mną.
Dotarliśmy do belki nośnej leżącej w poprzek przejścia. Ostrożnie nad nią przeszedłem, pilnując, aby nie przeciąć odzieży i nie uszkodzić wkładek grzewczych.
– To była kolonia w Martwoziemiach, jakieś sto lat temu. Na zdjęciach planeta prezentowała się całkiem ładnie, ale to było przed bombardowaniem.
– Spadła na nią bomba? – zapytała Abby, także przechodząc ponad belką.
Czekałem po drugiej stronie z wyciągniętą ręką. Ujęła ją, korzystając z mojej pomocy.
– No, tyle że nie jedna, a kilkanaście. Paskudne cholerstwa. Zmiotły z powierzchni planety trzysta tysięcy ludzi.
– Straszne.
– Taka jest wojna. – Pokręciłem głową. – Jakiś czas później zapuściła się tam grupa złomiarzy. Jeden z nich natknął się na bunkier z ocalałymi. Okazało się, że ci ludzie siedzieli w nim dziewięć lat, bojąc się wyjść na zewnątrz.
– Z powodu promieniowania?
Pokręciłem głową.
– Użyto czystych bomb niejonizowanych, więc odpadał problem długotrwałego promieniowania. Trzymał ich tam strach. Ci ludzie sądzili, że znowu zostaną zbombardowani, dlatego postanowili nie opuszczać bunkra. Mieli generatory, bioogród, racje żywnościowe, bieżącą wodę. Byli przygotowani na taki scenariusz. W czasie kiedy znaleźli ich złomiarze, zdążyli się już zacząć rozmnażać. Ba, mieli nawet własny minirząd.
– Szaleństwo – orzekła Abby.
– Nie zaprzeczę. Twierdzę jedynie, że nie można nie doceniać ludzi. Nawet kiedy świat obróci się w totalny syf, znajdziemy sposób na przetrwanie. Tacy jesteśmy uparci.
Dotarliśmy do kolejnego pomieszczenia – tutaj sufit był wyżej, a ściany pokrywały bardziej złożone grawery. Ujrzałem także wiele stacji roboczych, co sugerowało, że znajdujemy się bliżej serca tego miejsca. Podszedłem do jednego z komputerów i zacząłem wyciskać różne przyciski w nadziei, że coś się wydarzy. Zero reakcji. Zasilania nie było tu z pewnością od dawna, dlatego uruchomienie któregoś z tych sprzętów byłoby niemal niemożliwe.
W prawej części pomieszczenia mieściły się kolejne drzwi, a raczej sam otwór. Po chwili znalazło się i skrzydło – leżało na ziemi kawałek dalej. Metal był zgięty i popękany.
– Hmm – mruknąłem, kucając przy drzwiach. – Myślisz, że jak do tego doszło?
– Trzęsienie ziemi? – zapytała Abigail. – To miejsce wygląda tak, jakby ledwo trzymało się kupy.
Wstałem, nie odrywając wzroku od drzwi leżących na ziemi. Abby miała rację. Ten cały ciąg jaskiń wyglądał, jakby się miał zawalić, to jednak nie tłumaczyło stanu drzwi. Odniosłem wrażenie, że ktoś je wyważył. Może został tu uwięziony?
– Zobacz. – Abigail podeszła do jednej ze ścian z potrzaskaną szybą. – Okno zostało wybite. Poświeć tam.
– Gdzie? – zapytałem.
Zbliżyłem się do otworu w ścianie, zwiększając natężenie światła. Obszar wokół mnie jeszcze bardziej się rozjaśnił. Na wyświetlaczu wybrałem opcję zawężenia snopu światła, dzięki czemu mogłem je skupić na tym, co znajduje się dalej.
Wycelowałem w okno, co pozwoliło nam dojrzeć większe pomieszczenie znajdujące się niżej. Na ziemi stały pojemniki w różnych kształtach i rozmiarach, co sugerowało, że to jakiś magazyn. Może znajdowało się tam jednak coś cennego.
– Chcesz to sprawdzić? – Spojrzałem na Abigail. Ku mojemu zaskoczeniu zobaczyłem, że zdążyła już wyjść przed drzwi i z platformy obserwowała magazyn. – Rozumiem, że tak.
Raz jeszcze omiotłem pomieszczenie snopem światła. Wszędzie unosiła się woń śmierci i mimo braku ciał wiedziałem, że coś się tu wydarzyło. Coś okropnego.
– Idziesz? – zapytała Abby.
Zdążyła już przywiązać linę do platformy, drugi jej koniec zaś przymocowywała sobie w pasie, gotowa zejść po drabinie znajdującej się obok.
– Ty pierwsza – odparłem.
Patrzyłem, jak opuszcza się na niższy poziom. Byłem tuż za nią i ostrożnie schodziłem po rozklekotanej drabinie. Każdy kolejny krok wydawał się mniej bezpieczny, ale na szczęście udało mi się zejść na sam dół.
Abigail zrobiła kilka kroków w głąb magazynu, omiatając własnym światłem różne skrzynki.
Podszedłem do jednej z nich i obmacałem górę w poszukiwaniu pokrywy. Wsunąłem palce w zagłębienie i udało mi się unieść pokrywę na tyle, aby ją odepchnąć i zajrzeć do środka.
– Hej, jesteś pewny, że powinieneś to robić? – zapytała mniszka.
– A niby jak inaczej mamy cokolwiek zbadać? – Skierowałem snop światła do wnętrza skrzyni.
Znajdował się w niej stos starannie złożonych ubrań. Zaskoczył mnie ich dobry stan, choć być może była to zasługa skrzyni. Została zbudowana z myślą o wieloletnim przechowywaniu? Słyszałem, że pewne pojemniki, o ile tylko nie zostaną otworzone, potrafią zachować materiały czyste i świeże przez wiele dziesiątek lat, aczkolwiek nie przychodził mi do głowy powód, dla którego coś takiego mogło się okazać potrzebne.
Z drugiej jednak strony Athena wspominała, że Eternalsi żyli znacznie dłużej od pozostałych ludzi. Może to wszystko było dla nich.
Abigail otworzyła drugą skrzynię i zajrzała do środka.
– Ubrania – rzekła, wyjmując z niej jakiś strój, niebieski i przypominający kombinezon.
Rzuciła mi go, a ja od razu dostrzegłem naszywkę na rękawie – ciąg liter identyczny do tych znalezionych na Tytanie.
Za pomocą pada sfotografowałem naszywkę. Możliwe, że kiedy wrócimy na statek, Sigmondowi uda się to przetłumaczyć.
Pozwalając Abigail kontynuować to, czym się zajmowała, sam sprawdziłem mapę i zobaczyłem, że do źródła przekazu został nam jeszcze spory kawałek. Mapa zdążyła się także wypełnić obszarem, który już zbadaliśmy. Dopóki nie wyłączę urządzenia, będzie ono dalej skanować, dokumentując nasz progres.
– Jace, spójrz na to!
Podniosłem wzrok i zobaczyłem, że Abby kuca, oglądając stertę gruzu.
– Co to jest? – zapytałem.
Przesuwałem snop światła po ziemi, aż dotarło do ściany. Okazało się, że widnieje w niej otwór wielkości dwóch standardowych drzwi. U naszych stóp leżały odłamki skalne i gruz.
– To miejsce jest w rozsypce – orzekła Abigail i wstała. Zerknęła na dziurę w ścianie. – Wygląda na to, że ciągnie się jeszcze spory kawałek.
Wydłużyłem snop światła i wycelowałem w głąb tunelu. Miała rację. Nie widziałem nawet końca.
– Musimy zejść niżej – powiedziałem. – Są tu jakieś inne drzwi? Może schody?
– Ja nic nie widzę – odparła.
Raz jeszcze zerknąłem na pad. Źródło przekazu znajdowało się przed nami, wiele metrów pod naszą aktualną lokalizacją. Ten tunel przypuszczalnie zaprowadzi nas na miejsce, no ale jak to było możliwe? Na pewno nie utworzono go celowo.
– Powinniśmy to sprawdzić? – zapytała Abigail.
Zawahałem się. Rozejrzałem się po magazynie w nadziei na znalezienie innej drogi. Może ona coś przeoczyła. Może jednak gdzieś znajdowały się schody.
Niestety nie. Ten wielki otwór był jedyną ścieżką, jaką mogliśmy obrać.
Podszedłem do niego.
– No to schodzimy – rzekłem w końcu, patrząc na Abigail.
Kiwnęła głową.
– Ty pierwszy.
Podłoga jaskini okazała się bardziej kamienista, niż się spodziewałem, i kilka razy straciłem równowagę. Im głębiej się zapuszczaliśmy, tym powietrze stawało się coraz zimniejsze, co zmuszało mnie do zwiększenia poziomu ogrzewania w stroju.
Wydawało mi się, że czuję także jakąś woń, aczkolwiek na początku nie miałem cod o tego pewności. Sądziłem, że to tylko moja wyobraźnia, z czasem jednak zapach przybierał na sile. A raczej smród, nie zapach, przypominający woń wydzielaną przez śmieci, które zapomniało się wynieść przed długim wyjazdem.
Nie potrafiłem jednak namierzyć jego źródła. Może gdzieś niedaleko leżało truchło jakiegoś zwierzęcia, ukryte w lodowych ścianach tej jaskini. Kto mógł to wiedzieć?
Tunel okazał się długi i kręty i ciągnął się dłużej, niż wcześniej sądziłem, i zabierał nas coraz niżej pod ziemię. Szliśmy powoli przez pół godziny, nim natrafiliśmy na coś poza poszarpanymi skałami i lodem. A kiedy tak się stało, musiałem się zatrzymać i to zbadać.
To była skrzynia, tego typu jak te, które znaleźliśmy w magazynie. Wieko było oderwane i do połowy wbite w ziemię, w środku zaś było pusto. Metalową powierzchnię znaczyły ślady – może zadrapania – którym oboje przyglądaliśmy się przez dłuższą chwilę.
– Jace – mruknęła Abigail.
– Wiem – odszepnąłem. – Tam jest coś jeszcze.
– To musi być jakieś zwierzę. Co robimy?
Wyjąłem broń i sprawdziłem magazynek.
– Sprawdzamy, co to takiego.
Kiwnęła głową i wyjęła z kabury pistolet.
Nie mówiąc nic więcej, ruszyliśmy tunelem w stronę tego, co na nas czekało.
Smród zrobił się tak silny, że musiałem zasłonić rękawem nos.
W końcu korytarz otworzył się na sporą jaskinię. Zniknęły skały, a zastąpiły je bardziej miękkie podłoże i świeży lód.
Abigail dostrzegła stertę śmieci – tworzyły ją metalowe druty i pręty, strzępy ubrań i… coś jeszcze.
Przykucnąłem obok sterty, aby lepiej się jej przyjrzeć. W świetle emitowanym przez pad lufą karabinu przesuwałem poszczególne śmieci. Dopiero po chwili dotarło do mnie, co to takiego – kredowobiałe paliki ze żłobieniami. Kości. Pytanie: do kogo albo do czego należały?
Pokazałem je Abigail, która nawet się nie wzdrygnęła ani nie odwróciła wzroku. Przyglądała im się uważnie, a po dłuższej chwili powiedziała rzeczowo:
– A więc wiemy, że to mięsożerca.
Musiałem przyznać, że nie spodziewałem się tego.
– Myślisz, że to ludzkie szczątki?
– A niby czemu? – zapytała. – Nie ma takiej opcji, aby ktoś tu nadal mieszkał.
Wskazałem na stertę.
– To może pochodzić z jakiegoś grobu.
Zawahała się.
– W sumie nie natknęliśmy się do tej pory na żaden szkielet.
