4,99 €
„Skarby cara Aleksandra” Wojciecha Motylewskiego to powieść historyczno-przygodowa osadzona w realiach dziewiętnastowiecznej Warmii.Rzeczpospolita została wymazana z mapy Europy i świata. Nadzieje na odrodzenie ojczyzny budzi pojawienie się na tych ziemiach Wielkiej Armii Napoleona. Niestety, pokój zawarty w Tylży nie spełnia nadziei pokładanych w cesarzu Francuzów. Albert Giersz, który przysłużył się wojskom francuskim, wraca do swojego domu w Lidzbarku Warmińskim. Kowal ma nadzieję na powrót do normalnego, spokojnego życia. Kiedy wszystko zdaje się sprzyjać rodzinie Gierszów, pojawia się informacja o skarbach, które pozostawiła po sobie uchodząca armia cara Aleksandra.Historia przedstawiona w powieści osnuta jest na prawdziwych wydarzeniach. Autor „Skarbów cara Aleksandra” postawił sobie za cel przybliżenie mieszkańcom Warmii, ale i nie tylko im, jakże bogatej historii regionu, gdzie kampania napoleońska jest jednym z wielu epizodów na przestrzeni dziejów. Przekonajmy się jak wiele ciekawych i tajemniczych zdarzeń kryje w sobie Warmia.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2015
Wojciech Motylewski „Skarby cara Aleksandra”
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2015 Copyright © by Wojciech Motylewski, 2015
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Jacek Antoniewski
Projekt okładki: Robert Rumak
Korekta: Paweł Markowski
Zdjęcie na okładce: Wojciech Motylewski
ISBN: 978‒83‒7900‒421‒8
Wydawnictwo Psychoskok sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-500 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 665-955-131
wydawnictwo.psychoskok.pl e-mail:
Od lidzbarskiej bitwy minęło ponad pięć tygodni. Lipiec przekroczył półmetek igród starał się powrócić do normalnego życia. Ostatnie pół roku przyniosło mieszkańcom tak wiele wrażeń, że ciężko im było zdnia na dzień przejść do właściwego rytmu.
Lato kusiło swoimi urokami. Świat cieszył oko swoją urodą itylko puste pola wciąż straszyły głodem. Lidzbarczanie nie wiedzieli jeszcze, jakie ustalenia zapadły podczas spotkania ich dotychczasowego władcy zcesarzem Francuzów, lecz mieli nadzieję, że nie zostaną pozostawieni sami sobie. Gdyby tak się stało, niechybnie wielu znich nie miałoby szans na przeżycie najbliższej zimy.
Tymczasem przez miasto ijego okolice ponownie zaczęły przechodzić napoleońskie wojska. Zzamku wychodziły transporty zrannymi, którzy zostali tu ulokowani po ostatnich walkach. Wszystko wskazywało na to, że wojna naprawdę dobiegła już końca iprzybysze wracają do swoich krajów.
Albert siedział na ławie przed domem. Wygrzewał się leniwie na słońcu, wsłuchując się wrytmiczne uderzenia młotów dobiegające zkuźni. To Maurycy zAntonim kończyli kolejne zamówienie, jakie kowal otrzymał od Francuzów.
Giersz był przekonany, że nadchodzi kres współpracy ze stacjonującymi wciąż wmieście wojskami. Czekał jeszcze tylko na ostatni wóz, którego koła wzmacniali kowale. Potem planował odstawić gotowe, identyczne cztery, mające posłużyć do wywiezienia zgrodu ostatnich rekonwalescentów.
Mężczyzna przyłożył dłoń do oczu ispojrzał wniebo. Słońce od kilku dni prażyło niemiłosiernie. Upał dawał się we znaki. Szczególnie wkuźni, gdzie przecież itak wysoką temperaturę potęgowało palenisko. Albert przesunął się na ławie, by skryć się wcieniu budynku. Wypluł zust źdźbło trawy, które znudów żuł od jakiegoś czasu iwestchnął. To już kolejny tydzień, który mógł spokojnie spędzić uboku małżonki. Kowal cieszył się iz optymizmem patrzył wprzyszłość. Miał wrażenie, że po latach tułaczki iciągłego zagrożenia, los nareszcie wyciągnął do niego swoją dłoń idał mu kolejną szansę na spokojne życie. Wojna dobiegła końca. Kuźnia pracowała pełną parą. Żona spodziewała się dziecka, ai Maurycy też oczekiwał potomka. Banderscy co prawda początkowo mieli pretensje do młodych, że postąpili tak nierozważnie, lecz ostatecznie miłość rodzicielska przeważyła nad złością irazem zAgnieszką cieszyli się na nowego członka rodziny. Lada dzień miał przyjechać Stefan, by przyjrzeć się gdzie by tu wygospodarować kąt dla młodych. Potem przyszli rodzice zamierzali połączyć swoje losy przed ołtarzem tak, by nowo narodzone dziecko nie było wytykane przez ludzi. Złe chwile odchodziły wzapomnienie izdawało się, że kolejne dni rysują się wnajlepszych barwach.
Zaskrzypiała brama ina podwórko wjechał mężczyzna. Albert nie zwrócił na niego uwagi przekonany, że to ktoś zzamku przybywa po wozy inawet ucieszył się, że sam nie będzie musiał ich transportować wtaki upał. Właśnie miał zamiar rozłożyć się na ławie, gdy jeździec zbliżył się do niego izsiadł zkonia. Kowal zmrużył oczy ijuż podnosił rękę, by wskazać gościowi drogę do kuźni.
- To tak mnie witasz mój Gierszu? - dobiegł go znajomy głos. - Obiecałeś mi przecież zimne piwo, ato jak nic przyda się wtaki gorąc.
Gospodarz zerwał się tak szybko, że omało nie fiknął kozła. Wyprostował się wreszcie ispojrzał uważnie na przybysza. Miał przed sobą Słubickiego. Albertowi odebrało mowę ze zdziwienia. Nie wiedział, czego spodziewać się po wizycie tak nieoczekiwanego gościa. Czyżby znowu szykowało się jakieś zadanie?
- Wybaczcie panie – rzekł wreszcie. - Prędzej bym się diabła spodziewał.
- To widzę nie wczas tu do ciebie przybyłem – odrzekł pułkownik.
- Gdzie tam. Rad jestem powitać tak zacnego gościa wmoich progach, tylko tak po prawdzie to myślałem, że dobrodziej już dawno opuścił nasze okolice. Wszak to już kilka tygodni zleciało jak gruchnęła wieść owielkim zwycięstwie Napoleona.
