6,49 €
Czy miłość może być destrukcyjnym uczuciem? Czy kochając za dwoje, można skrzywdzić? Czy nadzieja może zabić? O tym jest ta książka. O chorobliwej i nieszczęśliwej miłości oraz jej konsekwencjach. Inspiracją do napisania tego thrillera była prawdziwa sytuacja. Mimo iż bohaterowie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości, są oni całkowicie zmyśleni. A przedstawione wydarzenia nie miały i, mam nadzieję, nigdy nie będą miały miejsca.
Kinga – nieszczęśliwie kochająca, trzydziestokilkuletnia artystka, która nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel,
Piotr – psychiatra, obiekt jej chorobliwych uczuć Kingi,
Magda – jego Bogu ducha winna żona, która według Kingi stoi na jej drodze do szczęścia.
Kinga, piosenkarka, zrywa ze swoim narzeczonym po 10 latach związku i odzywa się do swojej dawnej, niespełnionej miłości – Piotra. Okazuje się, że został psychiatrą, ma żonę i dwóch synów. Zakochana dowiaduje się, że mieszka w Osadzie Przyjeziornej, gdzie jego żona prowadzi agroturystykę. Jedzie tam, by z ukrycia go poobserwować.
Thriller psychologiczny jest opowieścią o tym, jak nieszczęśliwa miłość potrafi zmienić się w obsesję. Ta z kolei jest źródłem wielkiej tragedii. Pełna niespodziewanych zwrotów akcji do ostatnich stron trzyma w napięciu, gdyż nie wiadomo, co jest prawdą, a co urojeniem i to nie tylko sennym. Zaskakujące zakończenie każe poddać w wątpliwość to, o czym czytelnik był przekonany i brał za prawdę.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2022
Anka Mrówczyńska „Dwa słowa”
Copyright © by Anka Mrówczyńska, 2021
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. 2021
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żadna część niniejszej publikacji nie
może być reprodukowana, powielana i udostępniana
w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Redaktor prowadząca: Renata Grześkowiak
Korekta: Bogusław Jusiak, „Dobry Duszek”
Projekt okładki: Jakub Kleczkowski
Skład epub, mobi: Kamil Skitek
ISBN: 978-83-8119-895-0
Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o.
ul. Spółdzielców 3, pok. 325, 62-510 Konin
tel. (63) 242 02 02, kom. 695-943-706
http://www.psychoskok.pl/http://wydawnictwo.psychoskok.pl/ e-mail:[email protected]
Czy miłość może być destrukcyjnym uczuciem? Czy kochając za dwoje, można skrzywdzić? Czy nadzieja może zabić? O tym jest ta książka. O chorobliwej i nieszczęśliwej miłości oraz jej konsekwencjach.
Inspiracją do napisania tego thrillera była prawdziwa sytuacja.
Na początku 2019 roku rozstaliśmy się po raz setny z Mrówkiem, moim narzeczonym. Nawiązałam wtedy ponowny kontakt z Markiem – dawną, nieszczęśliwą miłością. Gdy dowiedziałam się, że jest żonatym ojcem, wpadłam na pomysł napisania książki. Stworzyłam trzy główne postaci:
• Kingę – nieszczęśliwie kochającą, trzydziestokilkuletnią artystkę, która nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel,
• Piotra – psychiatrę, obiekt jej chorobliwych uczuć,
• Magdę – jego Bogu ducha winną żonę, która według Kingi stoi na jej drodze do szczęścia.
Mimo iż bohaterowie mają swoje odpowiedniki w rzeczywistości, są całkowicie zmyśleni. A przedstawione wydarzenia nie miały i, mam nadzieję, nigdy nie będą miały miejsca.
Początkowo fabuła miała mieć inny przebieg. Ale w miarę pisania okazało się, że postaci Dwóch słów mają swoje charaktery, pragnienia i przeszłości. Mimo mojej siły sprawczej, żyją własnym życiem. Przecięcie się ich dróg sprawiło, że interakcje między nimi stały się realne.
Ja zaś byłam tylko obserwatorką, która spisała tę historię…
– Mam cię, kurwa, dość! Koniec z nami! Pakuj się i wynoś! – krzyczała, ile sił w płucach, wypluwając przy tym maleńkie kropelki śliny, które osiadały mu na twarzy. Nie przejmował się tym jednak. Przez ponad dekadę związku zdążył się do tego przyzwyczaić, a nawet pokochać jej soczystą wymowę.
Ale wtedy? Stawiała sprawę na ostrzu noża. Ważyły się ich dalsze losy. Nagle uświadomił sobie, że Kinga dalej się na niego darła.
– …pierdalaj!
„Co? Teraz to przesadziłaś!” – pomyślał i krzyknął:
– Nie mów tak do mnie!
– To wypierdalaj stąd!
„Skąd w tej dziewczynie tyle złości?” – zastanawiał się, przyjmując na klatkę piersiową kolejne ciosy pięścią.
– Po co ta agresja? – rzekł w końcu, mrużąc oczy po ciosie wymierzonym w policzek. Na szczęście otwartą dłonią.
– Bo cię nienawidzę! Nienawidzę! Ty dupku jeden!
Jak mogłeś mi to zrobić?! No, jak?!
– Ale co?
– Co, co! Ty już dobrze wiesz co! – darła się na niego, ale w zasadzie sama nie wiedziała, o co się tak wściekła. Chyba tak ogólnie. O całokształt.
Wypchnęła go za próg i zatrzasnęła za nim drzwi. W końcu spokój i cisza. Tak jej tego brakowało. On by cały czas tylko gadał. Czuła się w tym związku jak w klatce. Ale w końcu była wolna. Wolna! Wolna aż do obrzydzenia! I wtedy nagle przyszedł jej do głowy pomysł.
Może odezwać się do niego? Swojej pierwszej, nieszczęśliwej, wielkiej i, jak jej się w tamtej chwili wydawało, jedynej miłości. Odnalazła go na popularnym portalu społecznościowym. Chwilę przeglądała zdjęcia. Wszystko jej się przypominało. Te słodkie godziny spędzone razem…
Napisała do niego. Nie spodziewała się jednak odpowiedzi. Widać było, że rzadko korzystał ze swojego konta. Postanowiła więc poszukać innych sposobów komunikacji. Wysłała e-mail na adres, który pamiętała z dawnych czasów, gdy jeszcze byli przyjaciółmi. Jednak i jego już pewnie nie używał.
Wpisała jego dane w wyszukiwarkę internetową. Nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Został psychiatrą i prowadził własną praktykę lekarską. Na swojej stronie internetowej podał numer komórkowy. Od razu zabrała się za redagowanie SMS-a. Miała szczerą nadzieję, że był sam i zgodzi się na spotkanie.
„Cześć, Piotr! Nie wiem, czy mnie jeszcze pamiętasz… Tu Kinga, poznaliśmy się na obozie”.
Gdy przeczytała, co napisała, skasowała wiadomość.
Głupio to brzmiało.
„Hejka, Piotrek! Tu Kinga, koleżanka z obozu. Przyjaźniliśmy się kilka lat. Pamiętasz mnie jeszcze?”.
Patrzyła na migający kursor i zastanawiała się, jak by zareagowała na takiego SMS-a.
Możliwości były cztery. Numer mógł być nieaktywny. Nie odpisałby jej, choć wiadomość by dotarła.
Nie pamiętał jej. Lub kojarzyłby ją i odpisał. Oby to była opcja numer cztery! Nacisnęła „wyślij”. Od razu przyszedł raport doręczenia. A więc numer był aktywny. Odłożyła telefon na kanapę i wpatrywała się w niego.
Czy dobrze zrobiła, rozstając się z Marcinem? Właściwie od dłuższego czasu już nic do niego nie czuła. No, może poza niechęcią. Choć w sumie… była do niego przywiązana. Nie mogła powiedzieć, że nie. W końcu spędzili ponad dekadę pod jednym dachem. Przeżyli razem tyle dobrych i złych chwil. Trochę było jej szkoda tego związku.
Rozmyślania przerwał sygnał nadchodzącej wiadomości. W ułamku sekundy chwyciła komórkę. Trzęsącymi się rękoma kliknęła w Wiadomości.
„Cześć, Kinia! Jasne, że Cię pamiętam. Co tam u Ciebie?”.
Odpisał! Odpisał! Odpisał! I na dodatek ją pamiętał! Boże, jak ona go kochała. Była po trzydziestce, a od ponad piętnastu lat bujała się w nim jak szalona. Przez długi czas myślała, że to ucieczka od rutyny jej związku. Ale gdy do niego napisała, a on odpowiedział… Była pewna, że wciąż go kochała. Kochała ponad życie!
„Zostałam piosenkarką. Spełniam swoje marzenia.
A co u Ciebie?”.
Po chwili nadeszła kolejna wiadomość.
„Nie mogło być inaczej :) A u mnie bardzo dobrze. Dziękuję, że pytasz. Jestem szczęśliwy”.
Był szczęśliwy. To nie mogło wróżyć nic dobrego.
Ale raz kozie śmierć. Musiała zadać mu to pytanie.
„Żona, dzieci?”.
„Mamy dwóch wspaniałych chłopców”.
„I jeszcze ta kropka nienawiści na końcu…” – pomyślała zrozpaczona, choć to była tylko jej nadinterpretacja, a nie jego intencja.
Gdy to przeczytała, pękło jej serce. Po chwili przyszedł kolejny SMS.
„Więc przykro mi, ale z randki nici ;)”.
Bezczelny! Załamała się. Chyba pamiętał, że się w nim kochała. Mówiła mu to wielokrotnie. Nadeszła trzecia wiadomość.
„Nagrywasz coś?”.
Chwilę się zastanawiała. Tak, nagrała płytę i… Tak!
Ten pomysł był genialny!
„Nagrałam płytę. Podaj adres, to Ci wyślę”.
„No, dalej! Odpisz!” – myślała, wpatrując się w swój smartfon, jakby chciała go zaczarować. Sama nie wiedziała, dlaczego tak bardzo pragnęła znać jego miejsce zamieszkania. Żeby pojechać go odwiedzić? A może… Chciała go zobaczyć. Po prostu zobaczyć i zamienić kilka słów. Przytulić się do niego, że niby spotkanie przyjaciół po latach…
W zwrotnym SMS-ie podał jej swój adres. Wyprowadził się z rodziną z miasta i osiedlił w wiosce zabitej dechami. Jego żona prowadziła gospodarstwo agroturystyczne. Może wybrałaby się tam na weekend? Albo lepiej na tydzień? Ciekawe, czy jego małżonka gotowałaby jej…
Postanowiła nie czekać. Cała w skowronkach zadzwoniła do swojego znajomego.
– Słuchaj, potrzebowałabym piątkę czegoś najlepszego. Masz coś godnego uwagi?
– Jasne, jak zwykle. Wpadnij za godzinę.
Ucieszyła się. Planowała zabrać ze sobą najlepsze jaranie. Dokładnie pamiętała, jak bardzo lubił palić. Te jego czerwone, przekrwione oczy… To w nich zakochała się bez pamięci.
Nawigacja wskazywała, że za pół kilometra dojedzie na miejsce. Postanowiła zostawić samochód już w tamtym miejscu i przejść się pod jego gospodarstwo. Kiedy dotarła do sporego, nowego domu ze złotym numerem sześć na ścianie i czerwoną blachodachówką, schowała się w krzakach, które rosły przy płocie posesji. Skręciła sobie blanta. Wzięła głęboki wdech i przytrzymała dym w płucach. Przyjemne rozpieranie kazało jej zrobić wydech. Patrzyła na wijące się kłęby dymu. Chciała, żeby jego żonka rozpłynęła się w powietrzu jak on. Ten dym. Jego widok przywiódł jej na myśl refleksję, że w zasadzie chyba nigdy nie widziała, jak palił trawkę. Choć tak często był pod jej wpływem.
Po dłuższej chwili poczuła działanie THC. Nabrała większej śmiałości i… To on! To naprawdę on! Dostrzegła, że wyszedł z domu. Ubrany był w strój roboczy – zielone ogrodniczki, biały T-shirt i gumiaki. Pewnie szedł do zwierząt. Pisał jej, że ma kilka sztuk bydła, kozy, drób, króliki.
„I co, pewnie je zabijasz?” – zapytała, gdy jej o tym wspomniał.
„Już nie. Teraz zwierzaki sobie hasają, wolne i szczęśliwe” – odpisał.
Jako weganka była bardzo zadowolona z takiej odpowiedzi. Nie tolerowała przemocy wobec zwierząt.
Piotr przystanął przy wejściu do obory. Rozejrzał się. Czyżby coś przeczuwał?
Obserwowała go wnikliwie, łaknąc jego widoku. Jakby jego sylwetka mogła ugasić ten dziwny rodzaj pragnienia, którego nie dało się zaspokoić niczym innym.
Och, jakże go kochała! Była tak podniecona, że wsadziła rękę między nogi i zaczęła się pieścić.
„Ale zaraz!”. Skamieniała. Z domu wyszła kobieta. Nie jakaś tam zwykła babka, a niezła szprycha. Taka laska, jakiej nie powstydziłby się największy celebryta. Czyżby była modelką? Jak miała z nią wygrać? Ona była najwyżej przeciętna. Geny poskąpiły jej urody, bogato obdarzając w zamian talentem muzycznym.
Aż stanęła jej gula w gardle, gdy zobaczyła, jak namiętnie pocałowała Piotra. Chciałaby słyszeć, o czym rozmawiali. Niestety, była za daleko.
Skręciła drugiego jointa. Miała tylko nadzieję, że nikt nie zauważy dymu wydobywającego się z krzaków, w których siedziała.
Jej ukochany jednak nie wybierał się do zwierząt. Poszedł za oborę i zabrał się za rąbanie drewna. Obserwowała jego mięśnie napinające się pod obcisłą koszulką. Podczas każdego uderzenia siekierą długie do ramion włosy spadały mu na oczy. Zgarniał je za ucho z właściwą mężczyźnie gracją. Ileż by dała, by odgarniał tak jej kosmyki…
Znowu wsadziła rękę w majtki i wróciła do przerwanej czynności. Wyobrażała sobie, że to ręce Piotra wędrują po jej ciele. Westchnęła w przypływie przyjemnego skurczu. Boże! Jakże pragnęła go dotknąć! Poczuć jego zapach i ciepły oddech na swojej skórze.
Zastanawiała się, czy iść się przywitać. W jej głowie toczyła się walka na myśli. Bardzo chciała się do niego przytulić. Ale przecież nie mogła powiedzieć, że znalazła się tam przypadkiem. Osada Przyjeziorna znajdowała się na końcu świata. Raczej nikt nie trafiał tam przez pomyłkę. Do wioski prowadziła jedna, bardzo wąska droga, na której mógł zmieścić się jeden samochód. Gdy pojazdy chciały się minąć, jeden z kierowców musiał zjeżdżać na pobocze, które kończyło się głębokim rowem. Mieszkańcy wielokrotnie apelowali do władz gminy, by poszerzono szosę lub chociaż zasypano rowy, które czyhały na nieostrożnych, szczególnie w nocy i zimą.
Sama Osada składała się z sześciu domów, z czego pięć pamiętało czasy poprzedniego ustroju. Jedynym nowym budynkiem był domek Piotra. Oprócz zabudowań mieszkalnych w wiosce stało jeszcze pięć obór, trzy stodoły i dwa chlewiki. Kiedyś podobno było więcej budynków gospodarczych, jednak po transformacji i burzliwych latach dziewięćdziesiątych zostały rozebrane ze względu na to, że hodowla bydła i trzody na tak małą skalę była po prostu nieopłacalna. Droga dochodząca do wsi kończyła się rondem z jednym wyjazdem, prowadzącym z powrotem w kierunku cywilizacji. Stał tam też przystanek PKS, jednak na początku nowego milenium połączenie zostało zlikwidowane. Pozostała po transporcie publicznym wiata służyła mieszkańcom za miejsce spotkań.
Kinga otrząsnęła się z zamyślenia i ostatecznie postanowiła nie zdradzać swojej obecności. Napisała za to wiadomość do niego.
„Hejka! Co ciekawego porabiasz?”.
Widziała, że sięgnął po telefon i odczytał wiadomość. Cieszyła się jak głupia, czekając na odpowiedź.
Jednak nic z tego. Schował komórkę i wrócił do przerwanej czynności.
Wściekła się. Dlaczego jej nie odpisał? No, dlaczego? Czyżby miał ją w dupie? Oho! Odłożył siekierę, wyciągnął telefon i zaczął coś klikać. A po chwili odebrała SMS-a.
„Właśnie rąbałem drewno. Teraz idę na kolację. A co u Ciebie?”.
„A więc jednak mu na mnie zależy!” – Ucieszyła się i napisała: „Drewno? Macie kominek?”.
„Tak, mamy. Właśnie będę rozpalał”.
Jakże chciała usiąść z nim przy tym ogniu! Jak kiedyś, gdy podczas ognisk na starym wysypisku śmieci siedzieli obok siebie i patrzyli sobie w oczy. Jakże ona kochała te jego przekrwione oczyska! Chciała w nich tonąć. Utonąć.
Wyobrażała sobie, że siedzi obok niego, a przygrywa im trzaskający w kominku ogień. Poczuła szczęście i narastające podniecenie. Stał tam, za stodołą, niemal na wyciągnięcie ręki. To było jak jedzenie cukierka bez odwinięcia go z papierka. Ileż by dała, żeby się do niego przytulić. Wtulić w jego silne ramiona i zapomnieć o bożym świecie. Miała ochotę wybiec z krzaków i rzucić mu się na szyję. Kiedy przypomniała sobie, jak to jest czuć jego dotyk, w oczach stanęły jej łzy. Tak bardzo żałowała, że nie zawalczyła o niego. Że nie uwiodła go wtedy, gdy był na to czas. Gdy nie miał jeszcze żony i dzieci…
„Ojej, a kto to?” – pomyślała, gdy z domu wyskoczył mały łobuziak z kijem w ręce i udawał, że strzela do taty.
– Tymusiu, wracaj do domu, bo jest zimno. Tata zaraz przyjdzie – krzyknął do chłopca.
To powinno być ich dziecko! Ich pociecha…
Przypomniała sobie, jak za studenckich czasów pragnęła zajść z nim w ciążę. Miałaby wtedy kawałek jego tylko dla siebie. Jego część kochałaby ją bezwarunkowo. Opiekowałaby się tym maluchem, kąpała go, czytała mu, dużo przytulała i wciąż powtarzała, jak bardzo go kocha. Choć to ostatnie byłoby ukrytym wyznaniem skierowanym do jego ojca. A może by tak… spełnić to marzenie? Tylko jak miała zaciągnąć go do łóżka? Musiała znaleźć sposób, by zostać z nim sam na sam. Potrzebowała dobrego planu, ale nad tym postanowiła zastanowić się już w domu.
Nagle uświadomiła sobie, że było jej zimno i dopadła ją gastrofaza. Ależ zjadłaby coś dobrego. On na pewno miał w domu jakieś łakocie. Ale co, miała wyjść z ukrycia, podejść do niego i zapytać, czy nie ma czegoś słodkiego? Uznałby ją za wariatkę, którą przecież nie była.
Kiedy Piotr zniknął za drzwiami wejściowymi, wyszła z kryjówki. Czas wracać.
Cholera! Dlaczego tak późno na to wpadła?! Przecież mogła mu zrobić zdjęcia! Była zła na siebie za to gapiostwo. No nic, w domu chyba miała jego fotki z młodości.
Dobrze pamiętała, jak je paliła. Najpierw skrapiając krwią z rozciętego nadgarstka. Chciała go zaczarować. Tak bardzo pragnęła jego miłości. Tylko czasem ból był nie do zniesienia. Każde spalone zdjęcie wywoływała na nowo. Ach, te czasy, gdy zdjęcia utrwalało się na kliszy…
Kiedy weszła do domu, od razu skierowała swoje kroki do sypialni. Tam, pod łóżkiem, trzymała pudełko po butach, a w nim swoje skarby – zdjęcia, listy, widokówki i inne pamiątki. Wysypała wszystkie szpargały na podłogę i zaczęła je gorączkowo rozrzucać. Znalazła! Wzięła do ręki zdjęcie, na którym był w czerwonym podkoszulku i trzymał gitarę. Tak, jej ukochany miał kiedyś zespół. Ciekawe, czy dalej grał. Raczej nie. Zapewne porzucił młodzieńcze marzenia. A tak bardzo chciała zaśpiewać przy jego akompaniamencie. Odłożyła fotografię na bok, uprzednio ją całując, i zaczęła szukać kolejnych. O! Tamto zdjęcie zrobiła im Zośka na ognisku. Piotr obejmował ją w pasie i położył głowę na jej ramieniu. Boże! Jak ona się wtedy cieszyła! Liczyła, że ze spotkania wróci z chłopakiem. Jednak nic z tego. Piotr tylko tak pozował. Choć gdy otworzył wino, jej jako pierwszej dał się napić. Mimo że dookoła nich stało z dziesięć osób i musiał zrobić kilka kroków, by do niej podejść. Ale to właśnie jej podał butelkę. A kiedy raz spóźniła się na ognisko, miejsce obok niego było wolne. Nikomu nie pozwolił tam usiąść, zarezerwował je. Dla niej! To wtedy pocałował ją tak namiętnie. To prawda, że był pijany i miał dziewczynę, ale nie przeszkadzało mu to w przeleceniu jej w krzakach. Jakże ona wtedy była szczęśliwa! Przecież wiedział, że go kochała. Na odchodne powiedział: „Do jutra” i czule pocałował jej spragnione usta.
Gdy wracała do domu, miała ochotę śpiewać i tańczyć. Był jej. Cały był jej! Od razu napisała do swoich koleżanek. Nie potrafiła trzymać tej wiedzy tylko dla siebie.
„Jestem taka szczęśliwa! Jesteśmy razem!” – wiadomość o takiej treści wysłała do czterech osób. Chciała rozpowiadać to wszystkim.
Jakież było jej rozczarowanie, gdy następnego dnia się nie odezwał. Cały dzień siedziała i wpatrywała się w otwarte okienko komunikatora internetowego. Cisza. Nic nie napisał. Mimo ogromnego napięcia, nie pocięła się. Przecież była jego dziewczyną i wiedziała, jak bardzo go to raniło. Poprzedniego wieczora wyrzuciła wszystkie żyletki. Nie były jej już niezbędne. Byli parą i nie potrzebowała nacięć na skórze, by lepiej się poczuć. Miała przecież wyśmienity nastrój! Mijały kolejne godziny. Tak bardzo chciała z nim porozmawiać. Niestety, nie mogła do niego napisać SMS-a, bo należał do tych osób, które komórki uważały za smycz, ograniczenie wolności.
Kiedy milczał drugi i trzeci dzień, straciła wszelką nadzieję. Czy to możliwe, że jednak nie byli w związku? Ale przecież wyraźnie powiedział – do jutra. I pocałował ją tak zachłannie, jakby na przypieczętowanie ich romantycznej relacji.
Czwartego dnia przełamała się.
„Cześć. Czemu nie dajesz znaku życia?” – napisała do niego.
„Hejka! A wiesz… bo nie wiedziałem, jak Ci to powiedzieć” – odpisał niemal natychmiast.
„Ale co?” – zapytała po chwili, gdy on zawzięcie milczał, nie zdradzając przy tym, co chciał jej powiedzieć. „Bo wiesz… ja Cię bardzo przepraszam za to, co było na ognisku”.
„To znaczy? Za co mnie przepraszasz?” – do Kingi jeszcze nic nie docierało.
„Nie powinienem był tak robić”.
„Ale jak?” – dopytywała.
„Całować Cię. Robić Ci nadzieję”.
„Co chcesz przez to powiedzieć?” – zaniepokoiła się.
„Bardzo Cię lubię, jesteś moją dobrą przyjaciółką, ale nigdy nie będziemy razem”.
„Nigdy nie będziemy razem… nie będziemy razem… nigdy… nigdy… nigdy…” – miała wrażenie, że jego słowa obijają się echem w jej głowie, uśmiercając przy tym każdą inną myśl.
„Nie będziemy razem… nigdy nie będziemy razem… Co?! Co on napisał?!” – nie mogła uwierzyć własnym oczom. Wpatrywała się w ostatnie zdanie, jakby chciała je zmienić. Jakby pragnęła, by zniknęło, a zamiast niego pojawiło się wyznanie miłości. Przecież jej największym marzeniem było usłyszeć od niego te dwa, proste słowa: kocham cię. Czekała na to całe lata. Miała wrażenie, że całe życie! A on, co? Nigdy nie będą razem? W takim razie, co z tym „do jutra”? Co z pieszczotami i namiętnymi pocałunkami? Przecież było im razem tak dobrze! Tworzyli tak znakomitą parę, że lepszej nie można było sobie wyobrazić. Bez wątpienia pasowali do siebie. Oboje byli artystami, niespokojnymi duchami miłującymi wolność i pokój.
„Nie gniewaj się na mnie. Wybaczysz mi?” – przez łzy czytała kolejne, pojawiające się na ekranie zdania i wciąż miała nadzieję, że to zły sen.
„Jasne” – odpisała jednak. – „Nie gniewam się”.
Kończąc pisać to krótkie zdanie, rozpłakała się. Zawsze i wszystko mu wybaczała. Nie potrafiła być na niego zła. Nigdy. Choćby zrobił nie wiem co, złość nie pojawiała się ani na ułamek sekundy.
„Jeszcze raz przepraszam. Wiem, co do mnie czujesz. Nie powinienem był tego wykorzystywać. Byłem pijany, poniosło mnie”.
„Nie tłumacz się” – pisała, połykając łzy. – „Nie jestem zła”.
„A jaka?” – zapytał.
Zawiesiła ręce nad klawiaturą. Jaka była? Załamana, zrozpaczona, zraniona i zawiedziona. Jednak nie chciała, by to wiedział.
„Między nami wszystko jest okej”. – Wciskała klawisze jedną ręką, na drugiej podpierając głowę. Miała wrażenie, że ważyła tonę i bez podparcia opadłaby na biurko. Silny ból powodował mrużenie oczu. Nie sądziła, że rozmowa z Piotrem po tamtym ognisku dostarczy jej tylu negatywnych emocji. Nie była na to przygotowana. Przecież miało być tak pięknie. Mieli stworzyć kochającą się rodzinę i być razem. Na zawsze.
Odłożyła zdjęcia. Te wspomnienia tak bardzo ją bolały, że czuła to niemal fizycznie. Głowa znów zrobiła się ciężka, jak wtedy.
Nagle ten pozorny spokój w mieszkaniu zakłóciło czyjeś walenie w drzwi. Któż to mógł być? Poszła do przedpokoju i wyjrzała przez wizjer.
„O, nie! To Marcin!” – pomyślała. Przez chwilę się wahała, ale ostatecznie wpuściła go do środka.
– W końcu! Nie słyszysz, kurwa, jak się dobijam?! – fuknął na nią od progu i, mimo że stała dobry metr od niego, poczuła, że pił. Był rozemocjonowany i po cokolwiek przyszedł, nie zamierzał tego załatwiać polubownie. Przynajmniej miała takie wrażenie.
– Byłam zajęta.
– Zajęta? Czym niby?
– Wybacz, ale to już nie twoja sprawa.
– Nie moja?! – Zdenerwował się jeszcze bardziej i wyglądał, jakby zaraz miały mu puścić hamulce, czyniąc go nieobliczalnym. Chciała, żeby sobie poszedł.
– Rozstaliśmy się – powiedziała chłodno i stanowczo.
– Aha, i chcesz to wszystko przekreślić, tak? Te ponad dziesięć lat?
– Ty je przekreśliłeś.
– Niby czym? – W Marcinie wzbierała złość, bo wciąż nie wiedział, dlaczego właściwie się rozstali. Nie rozumiał, co się stało. Przecież się nie pokłócili. Ba! Nie doszło między nimi nawet do nieporozumienia.
– Tym, jak mnie traktowałeś. Piotr nigdy by… – urwała. Po jaką cholerę o nim wspomniała? No, po cholerę? Zdawała sobie sprawię, że zacznie jej truć. I wścieknie się jeszcze bardziej.
– Piotr?! Ty masz kontakt z tym chujem?! No tak, mogłem się tego domyślić… Długo to trwa?
– Nic nie trwa. To tylko mój przyjaciel – odpowiedziała zgodnie z prawdą, choć wcale nie zamierzała, by taki stan rzeczy pozostał na dłużej. Jednak jej były nie musiał o tym wiedzieć. To już nie była jego sprawa.
– Przyjaciel? Dobre sobie! Fajnie, że chcesz się z nim przyjaźnić po tym wszystkim, co ci zrobił.
– Wybacz, ale nie powinno cię to już obchodzić.
Nastała niezręczna cisza. Ona pragnęła, by już zniknął z jej życia. On walczył ze sobą, by wyznać jej to, z czym przyszedł. Zrobił głęboki wdech, zaczesał palcami włosy do tyłu i wydychając powietrze, w końcu się przełamał.
– Kinia, ale ja wcale nie chcę się z tobą rozstawać. Kocham cię!
– Tylko że widzisz… Ja ciebie nie – rzuciła oschle, jakby od niechcenia.
– Bo ty w ogóle nie potrafisz kochać żywego człowieka! – Wybuchnął. – Tylko tego swojego Piotrusia kochasz, a on ma cię w dupie! – Zaczął się śmiać, próbując ukryć, jak bardzo go zraniła.
– Idź już. Mam coś do zrobienia.
– Wiesz co, to spierdalaj. Dla mnie już nie żyjesz. Żegnam! – Z wściekłością zatrzasnął za sobą drzwi.
Dziewczyna rozpłakała się i osunęła po ścianie. Nie mogła znieść bólu, jaki jej towarzyszył. Miała wrażenie, że eksploduje. Albo wręcz przeciwnie – imploduje i zniknie z tego pieprzonego świata raz na zawsze. W zasadzie nie rozumiała, skąd się brało to cierpienie. Przecież nie chciała dłużej być z Marcinem. Nie była z nim szczęśliwa. Wręcz przeciwnie – często czuła się przy nim jak w złotej klatce. Więc skąd ten dyskomfort?
„To pewnie przyzwyczajenie” – pomyślała. W końcu tyle lat przeżyli wspólnie. Musiała to prawdopodobnie odchorować. Albo wziąć lekarstwo – okład z ust i dłoni Piotra.
Postanowiła napisać do ukochanego. On na pewno mógł ukoić jej zszargane nerwy.
„Hejka! Jak tam dzisiaj? Mnie odwiedził były i zrobił awanturę”. – Wysłała.
W oczekiwaniu na odpowiedź postanowiła zrobić sobie drinka. Poszła do kuchni i nalała pół szklanki czystej. Uzupełniła ją nektarem z czarnej porzeczki i wrzuciła kilka kostek lodu. Przypomniała sobie, jak pili takie koktajle z Marcinem, gdy jeszcze mieszkali oddzielnie i wpadał do niej znienacka. Zawsze miała w domu te trzy składniki: wódka, nektar porzeczkowy i lód. Wtedy dobrze im się układało. Mogli nie wychodzić z łóżka. Nie to, co było przez ostatni rok, gdy się nawet nie dotykali, a ona izolowała się nie tylko emocjonalnie, ale i fizycznie.
„Przykro mi. U mnie wspaniale. Madzia ma dziś urodziny”. – Wiadomość nadeszła po kilku minutach. Poczuła, jak zadra zazdrości jątrzy w jej umyśle i brutalnie odciska swe piętno na świadomości.
Jego żoneczka miała urodziny. Też coś! Pewnie planował sprezentować jej dziką orgię. Ileż ona by dała, żeby znaleźć się na jej miejscu.
Nie takiego pocieszenia się spodziewała. I jeszcze to zdrobnienie: Madzia. Zemdliło ją na myśl, że mógł ją właśnie dotykać, pieścić, całować. Że mógł być w niej! Postanowiła działać.
„Wiesz… Bardzo źle się czuję. Czy przez wzgląd na naszą dawną przyjaźń mógłbyś mnie odwiedzić?” – Chwilę patrzyła na litery składające się w słowa. Czy istniała szansa, że przyjechałby do niej? Jej ukochany Piotruś. Z nim u boku nie miałaby żadnych problemów. Byłaby najszczęśliwszym człowiekiem na świecie!
Oczekiwała na odpowiedź w wielkim napięciu. Wzięła piłkę tenisową i odbijała ją od ściany, co chwilę pociągając łyk drinka. Minęło pięć minut. Minęło dwadzieścia, a SMS nie przychodził.
„Piotruś, dlaczego mi to robisz? Czy nie pamiętasz, jak bardzo cię kocham?” – myślała.
Gdy w końcu telefon zawibrował, aż podskoczyła.
– Proszę, niech się zgodzi. Niech się zgodzi! – mruczała pod nosem, chcąc zakląć rzeczywistość.
„Przepraszam, ale nie”. – Odczytała krótkie zdanie na wyświetlaczu i już miała rzucić telefonem o ścianę, gdy wpadła na wspaniały pomysł. Od razu zabrała się do pisania. Klikała palcami tak szybko, że smartfon nie mógł nadążyć z wyświetlaniem liter – nie należał do najnowszych demonów prędkości, miała bowiem gdzieś gadżety i inne drogie sprzęty. Nie przykładała większej wagi do rzeczy materialnych.
„A czy mogłabym przyjechać do Was? Tak bardzo nie chcę być sama”. – Wysłała.
„Zapraszamy!” – Odpowiedź przyszła po dłuższej chwili.
„Pewnie musiał zapytać żonkę o zgodę. Diable, zabierz jej duszę!” – piekliła się w myślach, ale szybko jej przeszło.
W końcu się udało. Miała spędzić miły wieczór z Piotrusiem. A ta jego… tfu!… Magda… Trzeba było się jej jakoś pozbyć. Tylko jak?
Zaczęła się szykować, cały czas myśląc, jak wyeliminować jego małżonkę.
Kiedy dojechała na miejsce, przejrzała się w lusterku wstecznym i poprawiła makijaż. Chciała wyglądać nieskazitelnie. Po drodze kupiła bukiet kwiatów i dobre czerwone wino. W końcu nie wypadało iść w gości z pustymi rękoma. I to jeszcze w urodziny gospodyni. Nie była przecież prostaczką, musiała pokazać klasę.
Sprawdziła torebkę – wszystko było na swoim miejscu. Łącznie z fiolką, której zawartość zamierzała użyć w swoim planie.
„Szatańskim planie” – zaśmiała się w duszy.
Zamknęła samochód i poszła na ganek. Zapukała. Odgłosowi stukania w drewno zawtórowało szczekanie psów.
– Już idę! – Usłyszała przytłumiony głos Piotra.
Ostatni raz poprawiła ubranie i wzięła głęboki wdech. Drzwi się otworzyły i ujrzała go. Po tylu latach stała z nim twarzą w twarz.
– Piotr! – Rzuciła mu się na szyję i pocałowała w policzek. – Kopę lat!
Mężczyzna był nieco onieśmielony tą wylewnością i w pierwszej chwili nie wiedział, jak się zachować.
Odwzajemnił jednak przytulenie.
– Ano kopę – rzekł po chwili. – Będzie jakieś piętnaście… – Uśmiechnął się do niej, odsłaniając przy tym swoje białe, równiutkie zęby i prezentując ten słodki dołek w lewym policzku. – Chodź do środka, bo zimno. – Dzieci już śpią? – zapytała z nadzieją w głosie.
– Co ty! – Zaśmiał się. – Harcują w najlepsze.
Gdy weszli do salonu, przedstawił sobie kobiety.
– Kingo, poznaj, proszę, moją żonę Madzię. Madziu, to moja koleżanka Kinga.
– Cześć. – Gospodyni uśmiechnęła się szczerze i podała jej rękę. – Miło cię poznać. – Gdyby wtedy wiedziała, jak skończy się wkroczenie Kingi do ich życia, od razu wywaliłaby ją na zbity pysk. Nie spodziewała się jednak niczego złego po dawnej przyjaciółce męża.
– Ciebie również. – Odwzajemniła uśmiech, choć był on wymuszony. Chciała, żeby zniknęła raz na zawsze z ich życia!
– Rozgość się – rzucił Piotr, wychodząc z salonu.
– Gdzie ja mam głowę! – Kinga klepnęła się w czoło. – To dla ciebie. Najlepszego z okazji urodzin. – Podała Magdzie wino i kwiaty. Nigdy nie lubiła składać życzeń. Sprawiało jej to problem i czuła się tym zakłopotana. Zawsze wykpiwała się krótkim „wszystkiego najlepszego”. Czasem, gdy miała wyjątkowo dobry nastrój, dodawała jeszcze „dużo zdrowia i spełnienia marzeń”. Jednak takie sytuacje można było policzyć na palcach jednej, no… może dwóch rąk.
– Och, dziękuję. Nie trzeba było.
– Jak to „nie trzeba było”? Urodziny to urodziny!
Które to, jeśli mogę zapytać?
– Trzydzieste trzecie.
– Czyli jesteś dwa lata młodsza Piotra – skwitowała oczywistą sprawę.
– No tak.
– Wiek chrystusowy. Pięknie, pięknie… – Wymusiła uśmiech, po czym obie się roześmiały. Magda szczerze, a Kinga…
– Przepraszam na chwilę. Wstawię tylko kwiaty do wody – rzekła gospodyni i zniknęła w tych samych drzwiach co jej mąż.
„Tam pewnie mają kuchnię” – pomyślała przyjaciółka.
Zaczęła rozglądać się po salonie. Ładnie mieszkali, stylowo. Zawsze lubiła wnętrza wykończone drewnem. A tam tych elementów było sporo. Zaczynając od rustykalnych belek pod sufitem po śliczny dębowy parkiet. Podeszła do okna, na parapecie były poustawiane ramki ze zdjęciami. Oczywiście wystrugane z drewna. Wzięła do ręki pierwszą z brzegu, jedyną ceramiczną. Na fotografii była dwójka kilkuletnich chłopców. Bawili się na plaży nad morzem i śmiali do rozpuku. Odstawiła ramkę i zrobiła zdjęcie tym pamiątkom. Na kolejnej Piotr przytulał dzieci. Następna była fotografia ślubna. Musiała przyznać, że Magda wyglądała pięknie. Jej hebanowe loki spadające swobodnie na ramiona zrobiły na niej duże wrażenie. A ta suknia! Śliczna koronka, bukiecik z polnych stokrotek. Jakże ona chciała być na jej miejscu!
„Pewnie Piotr je dla niej zerwał”. – Rozmarzyła się.
– Widzę, że oglądasz zdjęcia… – Z zamyślenia wyrwał ją głos ukochanego. Odwróciła się szybko, jakby przyłapana na gorącym uczynku. Potrąciła przy tym ceramiczną ramkę, a ta spadła na podłogę, roztrzaskując się. Brzdęk tłuczonego fajansu wywabił jej konkurentkę z kuchni.
– Co się stało? – zapytała przestraszona.
– Najmocniej przepraszam – rzekła Kinga, spuszczając głowę. – Nie chciałam…
– Daj spokój, nic nie szkodzi. – Magda uśmiechnęła się do niej i poszła do kuchni po zmiotkę.
– Odkupię – zwróciła się do ukochanego.
– No co ty. I tak jej nie lubiliśmy, nie pasowała do pozostałych. – Mrugnął do niej i dodał szeptem: – To był prezent od teściowej, więc sama rozumiesz, że nic się nie stało.
– Poważnie? – Zaśmiała się, wciąż skrępowana. Nie chciała zostawić po sobie złego wrażenia.
– Tak! – Mężczyzna roześmiał się i poklepał ją po ramieniu. – Chodź, siadaj. Opowiadaj, co tam u ciebie.
– Co u mnie… rozstałam się ze swoim po ponad dziesięciu latach…
– I postanowiłaś odezwać się do mnie – dokończył za nią.
– He, he, nie tylko do ciebie. Ogólnie odnawiam stare kontakty. Kiedy byłam w związku, jakoś zaniedbałam wszystkich znajomych. Wiesz, Marcin był strasznie zazdrosny. Nie pozwalał mi się z nikim spotykać – skłamała. – Bardzo brakowało mi innych relacji. Spędzałam z nim dwadzieścia cztery godziny na dobę.
Piotr patrzył na nią ze współczuciem.
„Biedna dziewczyna” – pomyślał i postanowił zmienić temat.
– Wspominałaś, że nagrywasz…
– A tak, tak. Właśnie, mam dla ciebie… dla was – poprawiła się – płytę. Ale została w samochodzie. Pójdziesz po nią ze mną?
– Jasne – powiedział, wstając. – Zaraz wracamy – poinformował żonę, a ta wychyliła się z kuchni i skinęła głową.
Gdy byli już na podwórku, dziewczyna odważyła się zapytać:
– Palisz jeszcze?
– Ale co?
Zaśmiała się.
– A wiesz, że tylko osoby palące zioło zadają to pytanie?
Oboje wybuchnęli śmiechem.
– Nie, nie palę już. Mam dzieci i…
– A może chciałbyś sobie przypomnieć, jak to jest? Mam zajebisty towar. Skręcę szybko, wypalimy i twoja Magda nawet się nie zorientuje. Powiemy, że ja paliłam fajkę.
Piotr chwilę się wahał, ale w końcu przystał na tę propozycję. „Tak w sumie… co mi szkodzi? Przecież nikomu tym krzywdy nie robię” – przekonywał sam siebie. Trzy minuty później brał pierwszego bucha. Wciągnął dym głęboko do płuc, po czym się zakrztusił. Dziewczyna była rozbawiona.
– Widać, że wyszedłeś z wprawy.
– Oj, cicho. – Mrugnął do niej, co ledwie zauważyła, bo na dworze było już ciemno. Oddał jej jointa.
Zaciągnęła się.
– Zajebiste ziółko, nie? – Chciała poznać jego opinię, wypuszczając kłęby gęstego, słodkiego dymu.
– Pyszne! Nie sądziłem nawet, że tak mi tego brakowało.
– Magda nie pozwala ci palić?
– Zaraz nie pozwala… Po prostu tego nie pochwala.
– A gdybyś był ze mną, mógłbyś palić codziennie!
Nastała niezręczna cisza, podczas której Kinga żałowała ostatniego zdania. Powinna była ugryźć się w język.
Zawsze musiała coś palnąć.
„Piotr jeszcze gotów pomyśleć, że dalej jestem napaloną gówniarą i się spłoszy” – skarciła się, nie wydając z siebie żadnego dźwięku.
A co będzie, jak posłucha jej płyty? Czy domyśli się, że tytułowy „On” to właśnie on? Na krążku były piosenki o niespełnionej miłości, cierpieniu i bezsensie życia bez niego. Nie chciała go wystraszyć. Dokończyli palić w milczeniu. Gdy zgasiła niedopałek, poszła do samochodu po album.
– Proszę – powiedziała, wręczając mu go.
– „On”. – Przeczytał tytuł. – Kim jest on? – Zainteresował się, choć czuł przez skórę, o kogo mogło jej chodzić.
Kinga chwilę się wahała, co odpowiedzieć. Doszła w końcu do wniosku, że i tak się domyśli. Postanowiła więc powiedzieć prawdę.
– Tobą – wyznała to, patrząc mu prosto w oczy.
Patrzył na nią zmieszany. Czyli jednak… to musiało oznaczać, że dalej się w nim kochała. Mimo upływu tylu lat.
– Wyluzuj! Moja dawna miłość do ciebie była dla mnie inspiracją. Ot co. – Próbowała zbagatelizować sprawę i rozładować napiętą atmosferę.
– Posłuchaj, bo ja bym nie chciał, żebyś…
– Żebym co? – przerwała mu. – Robiła sobie jakieś nadzieje? Piotrze, jestem dużą dziewczynką. Masz żonę, dzieci. Przecież nie chcę rozwalać ci rodziny. Byliśmy przyjaciółmi i szkoda mi było tej znajomości. Dlatego się odezwałam. Tyle.
Nie wyglądał na przekonanego, ale nie ciągnął tematu. „Niech jej będzie. Ale muszę ją bacznie obserwować i w razie czego w porę się wycofać”. – Próbował sam siebie uspokoić.
– Chodź, wracamy, bo twoja żona jeszcze coś sobie pomyśli – zażartowała.
