Dziedziczka - Jude Deveraux - E-Book

Dziedziczka E-Book

Jude Deveraux

0,0
6,49 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.
Mehr erfahren.
Beschreibung

Czy angielski rycerz może zostać przywódcą klanu dumnych szkockich górali? Choć dla Stephena Montgomery’ego to nie do pomyślenia, musi wypełnić wolę króla pragnącego zaprowadzić pokój między Anglią i Szkocją. Poślubi więc dotychczasową przywódczynię Szkotów i... zrzeknie się nazwiska zasłużonego szlacheckiego rodu, na rzecz barbarzyńskiego szkockiego nazwiska żony. Czy piękna, dumna i porywcza Bronwyn MacArran odda bez sprzeciwu rękę jednemu z wrogów, którzy zabili jej ojca i wszystkich konkurentów? Tylko wtedy, jeżeli powstrzyma to bratobójczą walkę o przywództwo wewnątrz klanu.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2015

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Tytuł oryginału: A Highland Velvet

Projekt okładki: Dorothea Bylica

Copyright © 1982 by Deveraux Inc.

All rights reserved including the right to reproduce this book or portions thereof in any form whatsoever. For information address Pocket Books, A Division of Simon and Schuster Inc., 1230 Avenue of the Americas, New York, NY 10020

Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2015

ISBN 978-83-7551-457-5

Wydawnictwo BIS

ul. Lędzka 44a

01-446 Warszawa

tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84

e-mail: [email protected]

www.wydawnictwobis.com.pl

Skład wersji elektronicznej: Marcin Kapusta

konwersja.virtualo.pl

Prolog

Stephen Montgomery trzymał się prosto w siodle, choć miał za sobą całą noc konnej jazdy. Niechętnie myślał o oblubienicy, czekającej na niego u celu podróży już od trzech dni. Bratowa, Judith, nie szczędziła mu gorzkich słów o panu młodym, którego nie obchodzi własne wesele i nie zadaje sobie nawet trudu, by pchnąć posłańca i wytłumaczyć się ze spóźnienia.

Ociągał się z opuszczeniem posiadłości króla Henryka pomimo wyrzutów Judith i pełnej świadomości, że obraził swoją przyszłą żonę. Nie chciał zostawiać samej w domu małżonki swego brata, Gavina. Judith, piękna bratowa o złocistych oczach, spadła bowiem ze schodów i straciła upragnione dziecko. Przez wiele dni balansowała między życiem a śmiercią. A kiedy odzyskała przytomność i dowiedziała się o utracie dziecka, wpierw pomyślała o innych, nie o sobie. Stephen tymczasem zapomniał o dacie własnego wesela, nie poświęciwszy narzeczonej jednej nawet myśli. Judith natomiast, pomimo swego smutku i bólu, przypomniała Stephenowi o czekającym go obowiązku i Szkotce, którą miał poślubić.

Teraz, trzy dni później, Stephen z niepokojem przeczesywał palcami gęstą jasną czuprynę. Wolałby zostać z bratem, Gavinem. Judith była na niego wściekła. Upadek ze schodów nie był bowiem zwykłym wypadkiem. Spowodowała go kochanka Gavina, Alice Chatworth.

– Mój panie?

Stephen zwolnił i odwrócił się do giermka.

– Wozy zostały daleko za nami. Nie wytrzymują tempa.

Kiwnął w milczeniu głową i skierował konia ku wąskiej strudze przepływającej w poprzek wyboistej drogi. Zsiadł z konia, ukląkł na jednym kolanie i spryskał twarz zimną wodą.

Był jeszcze jeden powód, dla którego Stephen niechętny był podróży w celu spotkania oblubienicy, której nigdy nie widział. Król Henryk zapragnął nagrodzić go za długoletnią, wierną służbę, dlatego zaoferował mu rękę majętnej Szkotki. Stephen wiedział, że winien czuć wdzięczność, lecz po tym, co o niej usłyszał, zaprawdę nie mógł.

Była bowiem przywódczynią potężnego szkockiego klanu.

Rozejrzał się po łące na przeciwległym brzegu strumienia. Przeklęci Szkoci, z ich absurdalną wiarą, że marna kobieta może mieć dość mądrości i siły, by przewodzić mężczyznom. Ojcowie powinni wybierać na następcę młodego mężczyznę, nie kobietę.

Skrzywił się, wyobrażając sobie, jaka musi to być kobieta, by jej ojcu mógł przyjść do głowy podobny pomysł. Zapewne ma przynajmniej czterdzieści lat, włosy barwy zimnej stali, a ciało potężniejsze od ciała rycerza. W noc poślubną niechybnie przyjdzie mu się z nią mocować, kto ma się znaleźć na górze… On przegra bez wątpienia.

– Mój panie – odezwał się giermek. – Nie wyglądasz dobrze. Pewnie zaszkodziła ci długa jazda.

– Nie z powodu jazdy wywracają mi się wnętrzności. – Stephen podniósł się powoli, lecz lekko, prężąc pod ubraniem wspaniałe mięśnie. Był wysoki, znacznie górował wzrostem nad giermkiem. Ciało miał smukłe i wyćwiczone po latach szkolenia w rycerskim rzemiośle. Gęste włosy opadały mu na kark wilgotnymi kędziorami. Szczękę miał mocno zarysowaną, a usta finezyjnie wykrojone; lecz pod jarzącymi się błękitem oczami widniały głębokie cienie.

– Wracajmy do koni. Wozy przyjadą później. Nie chcę odwlekać tej egzekucji.

– Egzekucji, mój panie?

Stephen nie odpowiedział. Do koszmaru czekającego na niego pod postacią zwalistej Bronwyn MacArran pozostało mu jeszcze sporo godzin.

Rozdział pierwszy

1501

Bronwyn MacArran stała w oknie angielskiego dworu i spoglądała w dół na podwórze. Dwudzielne okno z ozdobną kolumienką było otwarte, wpuszczając gorące, letnie słońce. Wychyliła się lekko do przodu, by zaczerpnąć świeżego powietrza. Gdy tylko to zrobiła, jeden z żołnierzy wykrzywił do niej twarz w znaczącym uśmiechu.

Cofnęła się natychmiast, chwyciła skrzydło drzwi i zamknęła je z trzaskiem. Odwróciła się ze złością.

– Angielskie wieprze! – zaklęła pod nosem. Głos miała miękki, pełen wrzosu i mgły ze szkockich gór.

Za drzwiami ozwał się odgłos ciężkich kroków. Wstrzymała oddech, po czym wypuściła powietrze, gdy kroki się oddaliły. Była więźniem. Schwytali ją na północnej granicy Anglii ludzie, których zawsze nienawidziła, a którzy teraz puszczali do niej oko ze znaczącym uśmiechem, jakby znali jej najskrytsze myśli.

Podeszła do małego stolika pośrodku wyłożonego boazerią pokoju. Ścisnęła mocno jego krawędź, pozwalając, by drewno werżnęło się w jej dłonie. Uczyni wszystko, by nie poznali, co czuje. Anglicy byli odwiecznymi wrogami. Widziała, jak zabili jej ojca i trzech kandydatów do jej ręki. Widziała brata doprowadzonego do szału próżnymi wysiłkami, by odpłacić Anglikom pięknym za nadobne. I przez całe życie pomagała karmić i odziewać członków swojego klanu, którym Anglicy niszczyli plony i palili domy.

Miesiąc temu Anglicy pojmali ją w niewolę. Bronwyn uśmiechnęła się na myśl o ranach, które wraz ze swoimi ludźmi zadała angielskim żołnierzom. Czterech potem zmarło.

W końcu jednak ją schwytano, na rozkaz angielskiego króla Henryka VII. Władca oświadczył, że pragnie pokoju i dlatego mianuje przywódcą klanu MacArranów Anglika. Myślał, że może to uczynić przez oddanie ręki Bronwyn jednemu ze swoich rycerzy.

Uśmiechnęła się z politowaniem nad nieświadomością angielskiego króla. To ona była przywódczynią klanu MacArranów i żaden człowiek nie mógł odebrać jej władzy. Niemądry władca uważał, że jej ludzie pójdą za obcym, za Anglikiem, tylko dlatego, że ona jest kobietą. Jakże mało wiedział król o Szkotach!

Odwróciła się błyskawicznie, kiedy zawarczał pies. Był to irlandzki wilczur, największy pies na świecie, smukły, ciemny, o sierści barwy stali. Ojciec podarował go jej cztery lata temu, kiedy wrócił z podróży do Irlandii. Zamierzał przyuczyć psa do roli strażnika dla córki, ale nie było takiej potrzeby. Rab i Bronwyn natychmiast do siebie przylgnęli i pies udowadniał przy każdej okazji, że gotów jest oddać życie za swoją panią.

Napięcie opuściło Bronwyn, kiedy Rab przestał warczeć. Tak się zachowywał, gdy czuł przyjaciela. Popatrzyła wyczekująco na drzwi.

Ukazała się w nich Morag. Była to niska, zgarbiona staruszka, która przypominała bardziej kupkę chrustu niż ludzką istotę. Oczy miała niczym czarne szkiełka, błyszczące i świdrujące, widzące w ludziach więcej, niż było na wierzchu. Czyniła użytek ze swojego lichego, drobnego ciała, niepostrzeżenie wkradając się w tłum z otwartymi oczami i nadstawionym uchem.

Morag w milczeniu przemknęła szybko przez pokój i otworzyła okno.

– Cóż takiego się stało? – zażądała wyjaśnienia Bronwyn.

– Widziałam, jak zatrzaskujesz okno. Rechotali, obiecując, że nadrobią ci straconą noc poślubną.

Bronwyn odwróciła się tyłem do starej kobiety.

– Dajesz im za dużo powodów do gadania. Powinnaś wysoko trzymać głowę i nie zwracać na nich uwagi. To przecie tylko Anglicy, a tyś jest MacArranówna.

Bronwyn okręciła się dookoła.

– Nie potrzebuję, by mi dyktowano, jak mam się zachowywać – parsknęła gniewnie. Rab poznając, że pani jest niezadowolona, podszedł i stanął obok. Zanurzyła palce w jego sierści.

Morag uśmiechnęła się do niej, po czym przyglądała się, jak dziewczyna podchodzi do ławy przy oknie. Włożono ją jej w ramiona jeszcze mokrą tuż po narodzeniu. Morag tuliła maleńkie niemowlę i patrzyła na śmierć jego matki. To Morag znalazła niemowlęciu mamkę, nadała mu imię po walijskiej babce i opiekowała się do czasu, kiedy dziewczynka skończyła sześć lat i przeszła pod opiekę ojca.

Teraz, gdy podopieczna miała lat niemal dwadzieścia, Morag patrzyła na nią z dumą. Bronwyn była wysoka, wyższa od wielu mężczyzn, smukła i giętka jak trzcina. Nie zakrywała włosów, jak czyniły to Angielki, lecz pozwalała, by spływały bogatą kaskadą po plecach. Były kruczoczarne, grube i tak ciężkie, że zdawało się, iż tylko cudem smukła szyja utrzymuje ich ciężar. Ubrana była w atłasową suknię w angielskim stylu, koloru śmietanki od krów ze szkockich gór. Dekolt w karo był mocno wycięty i obcisły, korzystnie podkreślając młode piersi. Suknia niczym druga skóra przylegała do pasa, a poniżej wzdymała się w bogatych fałdach. Haft z cienkich złotych nici obramowywał zarówno dekolt, jak i pas, po czym opadał ku brzegowi spódnicy niczym strugi wodospadu.

– No i co, odpowiada ci? – spytała ostrym tonem Bronwyn, nadal zirytowana wcześniejszą sprzeczką na temat stroju. Ona wolałaby przywdziać strój szkocki, lecz Morag przekonywała ją do sukni angielskiej, mówiąc, że nie powinna dostarczać wrogom powodu do kpin z tego, co nazywali strojem barbarzyńców.

Morag zaśmiała się krótko.

– Myślę tylko, że to hańba, iż żaden mężczyzna nie zdejmie z ciebie dziś w nocy tej sukni.

– To Anglik! – syknęła Bronwyn. – Tak szybko zapomniałaś? Czyżby czerwień krwi mojego ojca już wyblakła w twych oczach?

– Wiesz przecie, że nie – rzekła cicho Morag.

Bronwyn usiadła ciężko na ławce pod oknem, a atłas sukni rozpostarł się wokół jej bioder. Przesunęła palcem po bogatym hafcie. Suknia kosztowała ją mnóstwo pieniędzy, które mogłaby spożytkować dla dobra klanu. Wiedziała jednak, że klan nie mógł okryć się wstydem przed Anglikami, kupiła zatem suknie, z których dumna mogłaby być niejedna królowa.

Ta suknia miała być jej ślubną.

Skubnęła mocno złotą nitkę.

– No, no! – zaprotestowała Morag. – Nie niszcz sukni z powodu gniewu na byle Anglika. Może człek ów miał powód, by się spóźnić na własne wesele.

Bronwyn wstała tak szybko, że Rab przyczaił się przy niej w pozycji obronnej.

– A cóż mnie obchodzi, jeśli nawet się w ogóle nie zjawi? Mam nadzieję, że poderżnięto mu gardło i gnije teraz w jakimś rowie.

Morag wzruszyła ramionami.

– Znajdą ci drugiego, więc nieważne, czy ten zginął, czy nie. Im szybciej będziesz miała swojego angielskiego męża, tym szybciej wrócimy do Szkocji.

– Łatwo ci mówić! – wypaliła Bronwyn. – To nie ty musisz go poślubić i… i…

Małe oczka Morag zapląsały.

– I pójść z nim do łoża? To cię tak gryzie? Rada bym się z tobą zamienić, gdyby się dało. Jak myślisz, czy ten tam… Stephen Montgomery zauważy, jeśli wślizgnę mu się na posłanie?

– A czy ja coś wiem o Stephenie Montgomerym prócz tego, że nie ma dla mnie szacunku, bo pozwala mi tak długo czekać na siebie w ślubnym stroju? Powiadasz, że się ze mnie śmieją. To człowiek, który ma zostać moim mężem, wystawił mnie tutaj na pośmiewisko. – Wskazała ruchem głowy drzwi. – Gdyby teraz stanął w tych drzwiach, najchętniej zatopiłabym w nim nóż.

Morag uśmiechnęła się. Jamie MacArran byłby dumny z córki. Nawet będąc uwięziona, nie traciła dumy ani ducha. Teraz trzymała głowę wysoko, a jej oczy zdawały się miotać sztylety z krystalicznie błękitnego lodu.

Bronwyn była kobietą uderzająco piękną. Włosy miała czarne jak bezksiężycowa noc w szkockich górach, a oczy błękitne jak głębiny oświetlonego słońcem górskiego jeziora. Ten kontrast przyciągał uwagę. Nie było niczym szczególnym, zwłaszcza gdy szło o mężczyzn, że kto widział ją po raz pierwszy, tracił z wrażenia mowę. Rzęsy miała gęste i ciemne, a skórę delikatną i mleczną. Ciemnoczerwone usta widniały nad podbródkiem ojca – mocno zarysowanym, nieco kanciastym i z niedużym dołkiem w środku.

– Pomyślą, żeś tchórz, jeśli dalej ukrywać się będziesz w komnacie. Jakiż to Szkot boi się drwiących uśmiechów Anglików?

Bronwyn wyprostowała się i przyjrzała mlecznej sukni. Ubierając się tego ranka, myślała, że weźmie w niej ślub. Tymczasem od czasu zaplanowanej ceremonii zaślubin minęły długie godziny, a pan młody ani nie pokazał się we własnej osobie, ani nie przesłał żadnej wiadomości z usprawiedliwieniem czy przeprosinami.

– Pomóż mi rozpiąć to paskudztwo – rzekła Bronwyn. Suknia powinna zachować świeżość do ślubu. Jeśli nie dziś, to innym razem. I może nawet z innym mężczyzną. Na myśl o tym się uśmiechnęła.

– Co ty knujesz? – spytała Morag z rękami na plecach sukni. – Wyglądasz jak kot, który dopadł do miski mleka.

– Zadajesz za dużo pytań. Przynieś mi zieloną suknię z brokatu. Skoro Anglicy myślą, że tonę we łzach, bo mną wzgardzono, niech się przekonają, że Szkoci są z kamienia.

Choć od ponad miesiąca była więźniem w domu sir Thomasa Crichtona, cieszyła się pewną wolnością. Wolno jej było swobodnie poruszać się po domu oraz, z eskortą, po posiadłości. Posiadłość była pilnie strzeżona w dzień i w nocy. Król Henryk zapowiedział klanowi Bronwyn, że jeśli poważy się ją odbić, ona straci głowę. Nie chciał naprawdę jej skrzywdzić, ale był zdecydowany uczynić Anglika przywódcą klanu. Klan dopiero co był świadkiem śmierci Jamiego MacArrana, jak również trzech kandydatów na jego następcę. Szkoci wycofali się zatem, by biernie patrzeć na uwięzienie swej nowej przywódczyni i zaplanować, co uczynią, kiedy ludzie króla poważą się im rozkazywać.

Bronwyn pomału zeszła po schodach do sali na dole. Wiedziała, że członkowie jej klanu czekają cierpliwie zaraz za granicą posiadłości, ukryci w lesie na nieustannie niespokojnej granicy między Szkocją a Anglią.

Gdyby szło o nią samą, nie wahałaby się raczej zginąć, niż pozwolić, by angielski kundel został jej małżonkiem. Jednak jej śmierć wywołałaby waśnie wewnątrz klanu. Jamie MacArran wyznaczył ją na swoją następczynię i miała poślubić jednego z naczelników, którzy zginęli wraz z nim. Jeśli Bronwyn teraz by umarła, bez wątpienia wywołałoby to krwawą walkę o sukcesję.

– Zawsze wiedziałem, że ród Montgomerych jest sprytny – roześmiał się człowiek stojący o kilka metrów od Bronwyn. Gruba kotara dzieliła ją od jego wzroku. – Patrzcie tylko, w jaki sposób najstarszy poślubił dziedziczkę Revedoune. Ledwie wstał z łoża po nocy poślubnej, kiedy jej ojciec został zabity, a on odziedziczył hrabstwo.

– A teraz Stephen idzie w ślady starszego brata. Bronwyn jest nie dość, że piękna, to jeszcze posiada setki akrów ziemi.

– Możecie gadać, co chcecie – odezwał się trzeci mężczyzna. Nie miał lewej ręki i z ramienia zwisał mu pusty rękaw. – Ja jednak nie zazdroszczę Stephenowi. Dziewka jest wspaniała, prawda, lecz ile będzie miał czasu, by się nią nacieszyć? Ja walkę z wcielonymi diabłami ze Szkocji przegrałem. Powiadam wam, że to są półludzie. Wyrastają, ucząc się tylko, jak plądrować i rabować. I biją się też bardziej jak zwierzęta niż ludzie. To okrutny, dziki lud.

– A ja słyszałem, że ich kobiety cuchną jak wszyscy diabli – wtrącił pierwszy mężczyzna.

– Przy czarnowłosej Bronwyn nauczyłem się zatykać nos.

Bronwyn postąpiła krok do przodu z wściekłym grymasem na ustach. Kiedy poczuła rękę na ramieniu, uniosła wzrok i zobaczyła urodziwe oblicze młodego mężczyzny. Był naprawdę przystojny, miał ciemne oczy i wyraźnie zarysowane usta. Ich oczy spotkały się na jednym poziomie.

– Pozwól mi, pani – rzekł cicho.

Podszedł sam do grupy mężczyzn. Jego mocno i pięknie umięśnione nogi uwydatnione były przez obcisłe nogawice, a aksamitny kubrak podkreślał szerokość ramion.

– Nie macie nic innego do roboty, niż plotkować niczym stare baby? Gadacie o rzeczach, o których nic nie wiecie. – Jego głos brzmiał rozkazująco.

Mężczyźni wyglądali na zaskoczonych.

– Co z tobą, Rogerze? – spytał jeden, po czym spojrzał za ramię Rogera, gdzie stała Bronwyn z oczami pałającymi gniewem.

– Lepiej dla Stephena, by przyjechał czym prędzej, bo nie upilnuje swojej własności – zaśmiał się jeden z mężczyzn.

– Wynoście się stąd! – rozkazał Roger. – Czy może mam wyciągnąć miecz?

– Boże, broń mnie przed gorącą krwią młodości – rzekł jeden z mężczyzn znudzonym tonem. – Idź do niej. Chodźcie, na zewnątrz jest chłodniej. I więcej tam miejsca na wybuchy wszelkich namiętności.

Kiedy wyszli, Roger odwrócił się do Bronwyn.

– Pozwolisz, pani, że przeproszę za moich krajan? Ich grubiaństwo opiera się na niewiedzy. Nie zamierzali nikogo urazić.

Bronwyn obrzuciła go chmurnym spojrzeniem.

– Boję się, że to ty, panie, grzeszysz niewiedzą. Nie zamierzali nikogo urazić, dobre sobie. Czy i ty sądzisz, iż zabijanie Szkotów nie jest grzechem?

– Protestuję! Jesteś, pani, niesprawiedliwa. Zabiłem w życiu kilku ludzi, ale żadnego Szkota. – Przerwał. – Pozwolisz, pani, że się przedstawię? Jestem Roger Chatworth. – Ściągnął z głowy aksamitny beret i pokłonił się nisko.

– A ja, panie, jestem Bronwyn MacArran, więźniarka Anglików. Od niedawna też wzgardzona narzeczona.

– Lady Bronwyn, zechcesz się, pani, przejść ze mną po ogrodzie? Może słoneczny blask odpędzi trochę zgryzoty, której dostarczył ci Stephen.

Odwróciła się i stanęła przy jego boku. Przynajmniej strażnicy nie będą rzucali w jej stronę grubiańskich docinków. Kiedy znaleźli się pod gołym niebem, odezwała się:

– Wypowiadasz, panie, imię Montgomery’ego w taki sposób, jakbyś go dobrze znał.

– Czy sama nigdy go nie poznałaś, pani?

– A od kiedy król angielski darzy mnie jakąkolwiek uprzejmością? Mój ojciec cenił mnie na tyle, żeby mianować mnie przywódczynią klanu MacArranów, król tymczasem uważa, że nie mam dość rozumu, by wybrać sobie męża. Nie, nie widziałam rzeczonego Stephena Montgomery’ego, ani też nic o nim nie wiem. Pewnego ranka powiedziano mi, że mam go poślubić. Od tamtej pory nie dał mi się jeszcze poznać.

Roger uniósł brwi. Wrogość sprawiała, że jej oczy iskrzyły się jak dwa błękitne diamenty.

– Pewien jestem, że musi istnieć usprawiedliwienie tej opieszałości.

– Może tym usprawiedliwieniem jest to, iż zamierza narzucić Szkotom swoją władzę. Pokazuje nam, kto tu rządzi.

Roger milczał przez chwilę, jakby zastanawiał się nad jej słowami.

– Są tacy, którzy mają Montgomerych za arogantów.

– Mówisz, panie, że znasz Stephena Montgomery’ego. Jak on wygląda? Nie wiem, czy jest wysoki czy niski, stary czy młody.

Roger wzruszył ramionami, jakby myślą przebywał gdzie indziej.

– Taki sobie zwyczajny człowiek. – Zdawał się ociągać z rozwinięciem tematu. – Czy jutro uczynisz mi zaszczyt, lady Bronwyn, i wybierzesz się ze mną na konną przejażdżkę? Wiem, że przez ziemie sir Thomasa płynie rzeczka. Może moglibyśmy urządzić sobie tam piknik?

– Nie lękasz się, panie, że mogę nastawać na twoje życie? Nie wolno mi opuszczać tych okolic od ponad miesiąca.

– Chciałbym bardzo, byś uwierzyła, pani, że Anglików stać na lepsze maniery, niż jak rzekłaś, wzgardzenie kobietą w dniu ślubu. – Roger uśmiechnął się.

Bronwyn zesztywniała, jakby przypomniano jej właśnie o upokorzeniu doznanym od Stephena Montgomery’ego.

– Z największą przyjemnością pojadę z tobą, panie.

Trzy godziny później Roger powrócił do swych komnat we wschodnim skrzydle dworu sir Thomasa Crichtona. Przyjechał przed dwoma tygodniami, by porozmawiać z gospodarzem o rekrutowaniu żołnierzy z okolicy. Sir Thomas zbyt jednak zajęty był szkocką dziedziczką, by znaleźć czas na tę rozmowę. Teraz Roger był przekonany, że przywiodło go tu przeznaczenie.

Wykopał stołek spod nogi śpiącego giermka.

– Mam dla ciebie ważne zadanie. – Wydając polecenie, ściągnął z siebie aksamitny kubrak i rzucił na łoże. – Jest tu gdzieś w okolicy stary Szkot, którego zwą Angus. Poszukaj go i sprowadź do mnie. Najpewniej znajdziesz go tam, gdzie nalewają piwo. A potem przynieś mi dzban ale. Zrozumiałeś?

– Tak, panie – rzekł chłopak, zmierzając tyłem do drzwi i przecierając zaspane oczy.

Gdy Angus ukazał się w drzwiach, był już na poły pijany. Pozostawał w służbie sir Thomasa i coś czasem dla niego robił, lecz przeważnie niewiele, bo tęgo pił. Włosy miał brudne i zmierzwione, sięgające szkockim zwyczajem dobrze za ramiona. Nosił długą lnianą koszulę ściągniętą w pasie, a kolana i nogi miał gołe.

Roger skrzywił się z obrzydzeniem na niechlujny wygląd przybysza.

– Wezwałeś mnie, panie? – odezwał się Angus lekko schrypniętym głosem. Wzrok jego spoczął na dzbanie piwa, który giermek wnosił właśnie do komnaty.

Chatworth pozwolił chłopcu odejść, nalał sobie piwa, po czym usiadł i gestem zaprosił Angusa, by uczynił to samo. Gdy brudas się już rozgościł, Roger zaczął:

– Chciałbym dowiedzieć się czegoś o Szkocji.

Angus uniósł krzaczaste brwi.

– Masz, panie, na myśli ukryte złoto? Jesteśmy biednym krajem, panie, a poza tym…

– Nie praw mi tu kazań! Zachowaj te łgarstwa dla innych. Chcę wiedzieć to, co musi wiedzieć ktoś, kto ma poślubić przywódczynię klanu.

Angus patrzył na niego przez chwilę nieprzeniknionym wzrokiem, po czym zamknął sobie usta kuflem piwa.

– Eponymus, tak – mruknął po celtycku. – Niełatwa to rzecz być przyjętym przez członków klanu.

Roger jednym krokiem znalazł się przy Szkocie i wyrwał mu z rąk kufel piwa.

– Nie wymądrzaj mi się tu! Odpowiadaj na pytanie albo spuszczę cię ze schodów.

Angus z rozpaczą popatrzył na odebrany kufel.

– Musisz, panie, stać się MacArranem. – Popatrzył na Rogera. – I okazać, że szanujesz ten właśnie klan.

Roger skinął głową.

– Musisz, panie, przybrać nazwisko przywódczyni klanu, bo inaczej cię nie uznają. Musisz przyodziać się jak Szkot, bo inaczej cię wyśmieją. Musisz pokochać tę ziemię i Szkotów.

Roger przechylił dzban z piwem.

– A co z kobietą? Co muszę uczynić, by ją zdobyć?

– Bronwyn nie dba o nic i nikogo prócz swych ludzi. Wolałaby się zabić, niż poślubić Anglika, wie jednak, że to by oznaczało bratobójczą wojnę. Jeśli przekonasz, panie, kobietę, że pragniesz dobra dla jej ludzi, wtedy będzie twoja.

Roger podał Szkotowi piwo.

– Muszę wiedzieć więcej. Co to jest klan? Dlaczego jego przywódczynią została kobieta? Kim są wrogowie klanu MacArranów?

– Od gadania zasycha w gardle.

– Dostaniesz tyle, ile zdołasz wypić, jeżeli powiesz mi wszystko, co chcę wiedzieć.

**  *

Bronwyn szykowała się do spotkania z Rogerem Chatworthem już od wczesnego ranka. Była tak podniecona perspektywą konnej przejażdżki, że pomimo szczerych chęci nie spała dobrze w nocy. Morag pomogła jej się ubrać w brązową aksamitną suknię, przez cały czas udzielając złowieszczych przestróg dotyczących Anglików i ich obłudnych darów.

– Ja tylko chcę zażyć konnej przejażdżki – powtarzała uparcie Bronwyn.

– Tak, a czegóż to chce od ciebie Chatworth? Wie, że idziesz za innego.

– Czyżby? – wysyczała Bronwyn. – To gdzie ten mój narzeczony? Mam przesiedzieć w ślubnym stroju kolejny boży dzień i potulnie czekać?

– Może to lepsze, niż uganiać się za jakimś młodym hrabią z gorącą głową.

– Hrabią? Roger Chatworth jest angielskim hrabią?

Morag zamilkła. Wyprostowała starannie całą suknię pani i wypchnęła ją z komnaty.

Teraz, gdy Bronwyn siedziała już w siodle, a Rab biegł przy niej, poczuła po raz pierwszy od wielu tygodni, że żyje.

– Rumieńce wróciły na twoje policzki, pani – zauważył ze śmiechem Roger.

Odpowiedziała uśmiechem, który złagodził rysy jej twarzy i roziskrzył piękne oczy. Pchnęła konia ostrogami do galopu. Rab w długich susach dotrzymywał tempa wierzchowcowi.

Roger odwrócił się na chwilę, by upewnić się, czy jego ludzie nadążają. Jechało za nimi trzech członków jego osobistej straży, dwóch giermków i koń z sakwami naładowanymi jedzeniem i zastawą. Spojrzał w przód, na Bronwyn. Zmarszczył brwi, gdy zobaczył, że obejrzała się przez ramię i zachęciła konia do jeszcze szybszego galopu. Była doskonałą amazonką, a las bez wątpienia roił się od ludzi z jej klanu rwących się, by pomóc swej pani w ucieczce.

Machnął podniesioną ręką, dając znak ludziom, by jechali za nim, a sam wbił ostrogi w końskie boki.

Bronwyn popędziła wierzchowca prawie do lotu. Wiatr we włosach i uczucie wolności były upajające. W pełnym galopie dotarła do rzeczki. Nie wiedziała, czy koń kiedykolwiek wcześniej skakał, ale zachęciła go do tego niepomna ryzyka. Przeleciał nad wodą, jakby dostał skrzydeł. Na drugim brzegu wstrzymała konia i odwróciła się, by popatrzeć wstecz.

Roger i jego ludzie właśnie dojeżdżali do rzeczki.

– Lady Bronwyn! – wykrzyknął Roger. – Nic ci się, pani, nie stało?

– Pewnie, że nie! – roześmiała się, po czym skierowała konia stępem przez bród do miejsca, gdzie stał Roger. Pochyliła się i poklepała wierzchowca po szyi. – Dobre zwierzę. Doskonale wykonało skok.

Roger zsiadł i podszedł do niej.

– Wystraszyłem się okrutnie. Mogłaś, pani, zrobić sobie krzywdę.

Roześmiała się radośnie.

– My, szkockie kobiety, nie czynimy sobie krzywdy na końskim grzbiecie.

Roger wyciągnął ramiona, by pomóc jej zsiąść.

Niespodziewanie wskoczył pomiędzy nich Rab, szczerząc długie ostre zęby. Zawarczał głęboko i groźnie. Roger instynktownie się cofnął.

– Rab! – Pies usłuchał natychmiast. Odsunął się, lecz nie spuścił z Rogera błyszczących ostrzegawczo ślepiów.

– On mnie zawsze strzeże – rzekła Bronwyn. – Nie lubi, gdy ktokolwiek mnie dotyka.

– Zapamiętam na przyszłość – powiedział ostrożnie Roger, po czym pomógł Bronwyn zsiąść z konia. – Może chciałabyś, pani, odpocząć po przejażdżce. – Pstryknął palcami i obaj giermkowie błyskawicznie przynieśli dwa obciągnięte aksamitem krzesła. Zaprosił ją gestem, by usiadła.

Uśmiechnęła się na to dziwo – krzesła w lesie. Trawa pod stopami zdała się jej miękkim kobiercem. Woda szemrała rytmiczną melodią. Ledwie o tym pomyślała, gdy jeden z ludzi Rogera jął stroić lutnię. Na chwilę zamknęła oczy.

– Tęsknisz za domem, pani? – spytał Roger.

– Nie zrozumiesz tego, panie – westchnęła. – Kto nie pochodzi ze szkockich gór, nie pojmie, co to znaczy dla Szkota.

– Moja babka była Szkotką. Może to pozwoli mi pojąć choć trochę twoją duszę.

Gwałtownie podniosła głowę.

– Twoja babka, panie? A jak się nazywała?

– MacPherson z MacAlpinów.

Bronwyn się uśmiechnęła. Przyjemnie było choć usłyszeć znajome nazwiska.

– MacAlpinowie to bardzo zacny klan.

– Tak. Wieczorami na kolanach babki słuchałem wielu historii o nich.

– Jakie to historie opowiadała babka? – spytała badawczo Bronwyn.

– Wydano ją za Anglika, więc często porównywała zwyczaje obu krajów. Powiadała, że Szkoci są bardziej gościnni. Że mężczyźni nie zamykają kobiet w murach domów i nie wmawiają im, że nie mają rozumu, jak czynią to Anglicy. Powiadała, że Szkoci traktują kobiety jak równe sobie.

– Tak – potwierdziła cicho Bronwyn. – Wszak ojciec mianował mnie głową klanu. – Zamilkła na chwilę, po czym spytała: – A jak twój angielski dziadek traktował swoją szkocką żonę?

Roger zachichotał, jakby padł pikantny dowcip.

– Mój dziadek mieszkał jakiś czas w Szkocji i wiedział, że babka była kobietą światłą. Cenił ją przez całe życie. Nigdy nie postanawiał niczego sam, każda decyzja była wspólna.

– Spędziłeś, panie, dużo czasu z dziadkami?

– Większość życia. Rodzice zmarli, kiedy jeszcze byłem mały.

– I co sądzisz o nieangielskim sposobie traktowania kobiet? Na pewno teraz, jako dojrzały mężczyzna, dowiedziałeś się, panie, że kobiety służą jedynie do łoża, płodzenia i rodzenia dzieci.

Roger roześmiał się w głos.

– Gdyby taka myśl zakiełkowała w mej głowie, duch babki natarłby mi uszu. Skądże – dodał już poważnym tonem. – Planowała, bym ożenił się z córką jej krewnej, ale dziewczyna zmarła przed ślubem. Dorastałem, zwąc siebie MacAlpin.

– Co takiego? – Była zaskoczona.

– W umowie małżeńskiej zawarta była klauzula, że przybiorę nazwisko MacAlpin, by zadowolić klan.

– Uczyniłbyś tak, panie? Wspomniałam sir Thomasowi, że mój małżonek musi zostać MacArranem, lecz on odrzekł, że to niemożliwe. Żaden Anglik nie porzuci ponoć szlacheckiego, rodowego nazwiska dla jakiegoś pogańskiego, szkockiego miana.

Oczy Rogera zabłysły gniewem.

– Nic nie pojmują! Przeklęci Anglicy! Myślą, że tylko ich zwyczaje są słuszne! Cóż, nawet Francuzi…

– Francuzi są naszymi przyjaciółmi – przerwała Bronwyn. – Odwiedzają nasz kraj, a my ich. Nie niszczą nam upraw ani nie kradną bydła, jak czynią to Anglicy.

– Bydło – uśmiechnął się Roger. – To nader ciekawy temat. Powiedz, pani, czy MacGregorowie dalej hodują najtłustsze krowy?

Bronwyn gwałtownie wciągnęła powietrze.

– Klan MacGregorów jest nam wrogiem.

– Prawda – uśmiechnął się. – Nie uważasz jednak, że pieczeń z wołowiny MacGregorów jest bardziej soczysta niż z jakiejkolwiek innej?

Patrzyła na niego w milczeniu. MacGregorowie byli od stuleci wrogami MacArranów.

– Rzecz jasna, mogło się wiele zmienić od czasu, kiedy babka mieszkała jeszcze jako panna w wyżynnej Szkocji – ciągnął Roger. – Wówczas ulubionym sportem młodzieńców były szybkie obławy na stada bydła przy świetle księżyca.

– Nic się nie zmieniło. – Bronwyn uśmiechnęła się do niego.

Roger odwrócił się i strzelił palcami.

– Zechcesz coś zjeść, pani? Sir Thomas ma francuskiego kucharza. Przygotował dla nas całą ucztę. Powiedz, jadłaś już może kiedyś granaty?

Mogła jedynie potrząsnąć głową i w zadziwieniu przyglądać się wypakowywanym koszom i srebrnym tacom, na które giermkowie właśnie wykładali jedzenie. Po raz pierwszy w życiu pomyślała o Angliku jako o ludzkiej istocie, która potrafi się uczyć i pragnie się nauczyć szkockich zwyczajów. Wzięła kawałek pasztetu uformowanego w kształt róży i położyła na talerzyku. Wydarzenia tego dnia stały się dla niej objawieniem.

– Powiedz mi, lordzie Rogerze, co sądzisz o ustroju klanowym?

Roger strząsnął okruchy ze złotego brokatu kubraka i uśmiechnął się w duchu. Był świetnie przygotowany na wszystkie jej pytania.

**  *

Bronwyn stała w komnacie, w której w ciągu ostatniego miesiąca spędziła zbyt wiele czasu. Policzki miała nadal zarumienione, a oczy rozjarzone po porannej szybkiej jeździe.

– Jest niepodobny do innych – zwierzała się zaaferowana Morag. – Powiadam ci, spędziliśmy ze sobą wiele godzin, ani przez chwilę nie przestając rozmawiać. Zna nawet kilka celtyckich słów.

– Żadna to sztuka podchwycić je z otoczenia. Nawet niektórzy Szkoci z nizin mówią po celtycku. – W ustach Morag była to najgorsza obelga. Dla niej Szkoci z nizin byli zdrajcami, bardziej Anglikami niźli prawdziwymi Szkotami.

– Jakże zatem wyjaśnisz inne rzeczy, które mówił? Jego babka była Szkotką. Powinnaś usłyszeć, jakie ma zamysły! Rzekł, że napisze petycję do króla Henryka, aby powstrzymał Anglików od napadania na nas. Przyniesie to więcej pokoju niż królewska praktyka porywania szkockich kobiet i zmuszania do zamążpójścia wbrew ich woli.

Morag wykrzywiła ciemną, pomarszczoną niczym skorupa orzecha twarz.

– Wyszłaś stąd rano, nienawidząc wszystkich Anglików, a wróciłaś, padając jednemu do stóp. Wszystko, coś od niego usłyszała, to jeno słowa. Nie widziałaś żadnych czynów. Cóż takiego uczynił ów człowiek, żeś mu tak zaufała?

Bronwyn usiadła ociężale na ławie przy oknie.

– Czy nie widzisz, że pragnę tylko tego, co dobre dla klanu? Skoro zmusza się mnie do poślubienia Anglika, to czemu nie takiego, który jest ćwierćkrwi Szkotem, i duchem, i ciałem?

– Nie tobie wybierać sobie męża! – oświadczyła kategorycznie Morag. – Czyż nie widzisz, jak cenną jesteś nagrodą? Młodzieńcy rzekną wszystko, by dobrać się ładnej młódce pod spódnice. A jeśli te spódnice obszyte są perłami, gotowi się pozabijać, by je zdobyć.

– Twierdzisz, że kłamie?

– A skądże niby mam wiedzieć? Ledwie co go ujrzałam. Nie widziałam jednak jeszcze Stephena Montgomery’ego. A może jego matka była Szkotką? A może pokaże się tu w szkockim pledzie i z długim sztyletem za pasem?

– Nie liczyłabym na aż tyle – westchnęła Bronwyn. – Gdybym poznała jeszcze tysiąc Anglików, to żaden nie zrozumie mojego klanu tak jak Roger Chatworth. – Wstała. – Masz jednak słuszność. Będę cierpliwa. Może ów Montgomery jest wyjątkowy. Może rozumie Szkotów i w nich wierzy.

– Obyś nie spodziewała się za wiele – rzekła Morag. – I obyś przez tego Chatwortha nie zaczęła spodziewać się za wiele.

Rozdział drugi

Stephen jechał szybko i wytrwale przez cały dzień i część nocy, aż dotarł do przygranicznej posiadłości sir Thomasa. Swoje wozy i ludzi zostawił daleko w tyle. Jedynie jego osobista straż zdołała dotrzymać tempa. Kilka godzin wcześniej zmagali się z burzą i musieli pokonać rzekę, która za chwilę miała wystąpić z brzegów. Stephen brnął w błocie. Kiedy wreszcie ściągał wodze przed dworem, i on, i jego ludzie pokryci byli grudkami błota. Gałąź drzewa zraniła Stephena boleśnie nad okiem. Strużka krwi zaschła na umazanej błotem twarzy, nadając mu nieco groteskowy wygląd.

Szybko zeskoczył z siodła i rzucił wodze wyczerpanemu giermkowi. Wielki dwór oświetlony był światłem tysięcy świec, a w powietrzu rozbrzmiewała muzyka.

Stephen przez chwilę stał w drzwiach, by przyzwyczaić wzrok do światła.

– Stephen! – zakrzyknął sir Thomas i pokuśtykał do przodu. – Wszyscy się o ciebie zamartwialiśmy! Miałem już rano wysłać ludzi na poszukiwanie!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!

Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!