6,49 €
Na ratunek damie
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2013
Stephanie Laurens
Na ratunek damie
przełożyła Magdalena Sikorska
Warszawa 2013
Tytuł oryginału: Viscount Breckenridge to the Rescue
Projekt okładki: Beata Kulesza-Damaziak
Zdjęcie na okładce:
© konradbak z serwisu Fotolia.com
Copyright © Savdek Management Proprietary Ltd
Published by arrangement with HarperCollins Publishers
Copyright © for the Polish translation Wydawnictwo BIS 2013
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując jej część, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo.
Więcej na www.legalnakultura.pl
Polska Izba Książki
ISBN 978-83-7551-364-6
Wydawnictwo BIS
ul. Lędzka 44a
01-446 Warszawa
tel. (22) 877-27-05, 877-40-33; fax (22) 837-10-84
e-mail: [email protected]
www.wydawnictwobis.com.pl
Konwersja:
Luty 1829
W zamku panowała cisza. Za oknami śnieg ciężkim całunem pokrywał wzgórza i doliny, las i jezioro.
Siedział w zbrojowni, jednej ze swych kryjówek. Z pochyloną głową, w skupieniu czyścił broń, użytą wcześniej tego dnia, gdy, korzystając z przejściowej poprawy pogody, wraz z grupką ludzi wypuścił się nieco dalej. Upolowali dość zwierzyny, by zaopatrzyć zamek w świeże mięso na tydzień albo i dłużej. Odczuwał z tego powodu niejaką satysfakcję.
Przynajmniej mięso potrafił zdobyć.
Jego uszu dobiegł odgłos zdecydowanych kroków. Cała satysfakcja się ulotniła. Zastąpiło ją... Nie umiał nazwać tej burzliwej mieszanki furii, frustracji i strachu.
Do sali weszła jego matka.
Nie uniósł głowy.
Zatrzymała się u końca głównego stołu, przy którym siedział.
Czuł na sobie jej gniewny wzrok, ale ze stoicyzmem kontynuował składanie wyczyszczonej broni.
Złamała się pierwsza. Plasnęła dłonią w stół.
– Przysięgnij! – syknęła, nachylając się ku niemu. – Przysięgnij, że to zrobisz, że pojedziesz na południe, porwiesz jedną z sióstr Cynster i przywieziesz ją tutaj, żebym mogła dokonać zemsty.
Nie spieszył się z odpowiedzią. Opieszałością zwykł maskować swą prawdziwą naturę, aby jeszcze lepiej kontrolować innych. Jednakże tym razem matka uknuła intrygę tak sprawnie, że wymknęła się spod jego kontroli, a wręcz – sama go kontrolowała.
To bolało.
Nie mógł uwolnić myśli od gdybania. Czy gdyby zwracał większą uwagę na jej chaotyczne wypowiedzi, zdołałby wcześniej się zorientować, co ona knuje? Dostatecznie szybko, aby się wmieszać i uciąć sprawę w zarodku? Jednakże była taka, odkąd pamiętał – odkąd dorósł na tyle, by to zauważyć – pełna czarnych myśli, skrycie pałająca żądzą zemsty.
Ojciec nigdy jej nie przejrzał; ukazywała mu zawsze słodką twarz, maskę, którą skutecznie zasłaniała wewnętrzne rozgoryczenie. Żywił nadzieję, że śmierć ojca osuszy jej serce z czarnej goryczy. Tymczasem trucizna jeszcze wezbrała, czyniąc coraz większe spustoszenie.
Zanadto przyzwyczaił się do jej wyrzekań; przestał ich słuchać dawno temu.
A teraz im wszystkim przyjdzie za to zapłacić.
Było już wszakże za późno na żale, a tym bardziej na wzajemne obwinianie się.
Podniósł głowę i przez chwilę patrzył matce w oczy, nie ujawniając żadnej z targających nim emocji. Później krótko przytaknął.
– Tak, zrobię to. – Zmusił się do wypowiedzenia słów, które chciała usłyszeć. – Przywiozę tu jedną z sióstr Cynster, żebyś mogła dokonać zemsty.
Marzec 1829Wadham Gardens, Londyn
Ledwo Heather Cynster weszła do salonu lady Herford, pojęła, że jej najnowszy plan znalezienia odpowiedniego męża jest skazany na porażkę.
W dalekim narożniku uniosła się głowa o ciemnych włosach, ułożonych starannie, zgodnie z najnowszą modą. Przenikliwe spojrzenie orzechowych oczu przyszpiliło Heather.
– Do licha!
Heather odruchowo zacisnęła zęby, ale zachowała uśmiech na twarzy i potoczyła wzrokiem dalej, jakby nie odnotowała, że najprzystojniejszy mężczyzna w pomieszczeniu intensywnie się w nią wpatruje.
Osaczały go aż trzy piękne damy, wyraźnie konkurując o jego uwagę. Heather z całego serca życzyła im powodzenia i modliła się, żeby Breckenridge rozsądnie udał, iż jej nie spostrzegł.
Ona na pewno zamierzała udawać, że nie spostrzegła jego.
Stanowczo wyrzuciła Breckenridge’a z myśli i skupiła się znów na zadziwiająco licznym tłumie, jaki stawił się u lady Herford. Oszacowała możliwości.
Goście przeważnie byli od niej starsi – w każdym razie mogła to powiedzieć o damach. Część z nich znała, innych nie, zdziwiłaby się jednak, gdyby któraś jeszcze z obecnych tu pań nie była mężatką. Albo wdową. Albo starą panną zdecydowanie bardziej zaawansowaną wiekiem niż Heather. Wieczorki tego typu stanowiły domenę dobrze urodzonych, lecz znudzonych matron, poszukujących towarzystwa weselszego niż to, które ofiarowali im sporo zwykle starsi, stateczni mężowie. Damy te nie były może, ściśle biorąc, rozpustne, niemniej dawno utraciły niewinność. Jako że wypełniły już swój obowiązek, obdarzając mężów dziedzicem albo nawet dwoma, większość z nich liczyła sobie więcej niż owe dwadzieścia pięć lat, które miała na karku Heather.
Wstępne rozpoznanie kazało jej przypuszczać, że również obecni w salonie dżentelmeni w większości są od niej zachęcająco starsi. Wyglądali przeważnie na trzydzieści kilka lat, a wnioskując z tego, jak się nosili – drogo, modnie i szykownie ubrani, na wskroś wytworni – dobrze zrobiła, czyniąc z wieczorku lady Herford swój pierwszy przystanek, obierając go sobie za cel pierwszej ekspedycji poza elitarne granice sal balowych, salonów i jadalni wyższych sfer.
Przez lata właśnie w owych bardziej wyrafinowanych kręgach Heather poszukiwała swego bohatera, mężczyzny, który zawróciłby jej w głowie i uniósł ją w małżeńskie szczęście – aż wreszcie doszła do wniosku, że on się w nich nie obraca. Liczni dżentelmeni z towarzystwa, mimo iż pod każdym względem idealni kandydaci na mężów, woleli trzymać się z dala od uroczych młodych ślicznotek paradujących na małżeńskim targowisku. Zamiast tego spędzali wieczory w miejscach takich jak salon lady Herford, nocami zaś oddawali się realizacji rozmaitych pasji – hazardowi i uganianiu się za kobietami, by wymienić dwie z nich.
Jej bohater – Heather uparcie wierzyła w jego istnienie – należał przypuszczalnie do grona owych bardziej nieuchwytnych mężczyzn. Jako że w związku z tym wydawało się mało prawdopodobne, iż sam do niej przyjdzie, uznała – po długich i ożywionych dyskusjach z siostrami, Elizą i Angeliką – że to ona powinna przyjść do niego.
Namierzyć go i, jeśli okaże się to konieczne, zapolować na niego.
Z miłym uśmiechem zstąpiła po płytkich stopniach do głównej części salonu. Niedawno wybudowana, dosyć zbytkowna rezydencja lady Herford mieściła się na północ od Primrose Hill, na tyle blisko Mayfair, że dało się do niej bez trudu dojechać, co stanowiło istotny szczegół, gdyż Heather przybyła tu sama. Wolałaby mieć kogoś do towarzystwa, ale jej najbardziej prawdopodobna współkonspiratorka, Eliza, jedynie o rok młodsza i podobnie jak Heather zdegustowana niedostatkiem materiału na bohatera w ich ograniczonych kręgach, nie mogła tego samego wieczoru wymówić się bólem głowy, wtedy bowiem matka przejrzałaby podstęp. Dlatego też Eliza uświetniała w tej chwili swą obecnością salę balową lady Montague, podczas gdy Heather, jak sądzono, leżała bezpiecznie w łóżku przy Dover Street.
Emanując spokojem i pewnością siebie, Heather wślizgnęła się w tłum. Przyciągała nie lada uwagę; choć udawała, że jest ich nieświadoma, czuła szacujące spojrzenia, jakie ślizgały się po eleganckiej jedwabnej sukni barwy bursztynu, uroczo podkreślającej jej krągłości. Ta akurat kreacja miała uwodzicielski dekolt i maleńkie bufiaste rękawki; ponieważ jak na tę porę roku wieczór był wyjątkowo ciepły, a jej kareta czekała na zewnątrz, Heather narzuciła na siebie jeszcze tylko piękny, turkusowo-bursztynowy, jedwabny szal, którego frędzle spływały z jej odsłoniętych ramion, flirtując z materią sukni. W tak zaawansowanym wieku mogła pozwolić sobie na noszenie sukien na tyle śmiałych – choć wokół widziała też znacznie odważniejsze kreacje – by przyciągały męskie spojrzenia.
Pewien dżentelmen, stosownie znęcony i odrobinę zuchwalszy od innych tu obecnych, wyłamał się z kręgu otaczającego dwie damy i leniwie zastąpił jej drogę.
Zatrzymała się, unosząc dumnie brew.
Uśmiechnął się i pokłonił z gracją.
– Panna Cynster, jak mniemam?
– W istocie, sir. A pan to?
– Miles Furlough, moja droga. – Wyprostowawszy się, popatrzył jej w oczy. – Jest tu pani po raz pierwszy?
– Tak. – Rozejrzała się, z rozmysłem okazując pewność siebie. Zamierzała sama dokonać wyboru, nie zaś pozwolić komukolwiek się wybrać. – Towarzystwo wydaje się nader ożywione. – Gwar niezliczonych rozmów miarowo narastał. Spojrzała znów na Milesa Furlougha. – Zawsze panuje tu taka atmosfera?
Usta mężczyzny wygięły się w uśmiechu, który nie do końca spodobał się Heather.
– Sądzę, że przekona się pani... – Furlough urwał, spoglądając na coś za jej plecami.
Otrzymała krótkie ostrzeżenie – dreszcz przebiegł jej po karku – nim długie, silne palce zamknęły się na jej łokciu.
Z miejsca kontaktu z owymi palcami rozeszła się fala gorąca, lecz ów żar niemal natychmiast został wyparty przez dezorientujące zawroty głowy. Heather wstrzymała oddech. Bez oglądania się wiedziała, że to Timothy Danvers, wicehrabia Breckenridge – jej nemezis – postanowił nie być rozsądny.
– Witaj, Furlough. – Znad jej głowy, nieco z boku, nadpłynął głęboki głos, jak zwykle wywołując w Heather niepokój.
Lekceważąc nieznośny dreszcz, który przemknął jej wzdłuż kręgosłupa, wolno odwróciła głowę i z rozmysłem spiorunowała wzrokiem przyczynę tego doznania.
– O, Breckenridge. – Jej ton bynajmniej nie sugerował radości ze spotkania.
Mężczyzna zignorował podjętą przez nią próbę pohamowania jego roszczeń; nie była pewna, czy w ogóle ją zauważył. Ani na moment nie oderwał wzroku od Furlougha.
– Wybaczy pan, przyjacielu, ale muszę omówić coś z panną Cynster. – Breckenridge patrzył Furloughowi w oczy. – Na pewno pan to rozumie.
Wyraz twarzy Furlougha sugerował, że ów rad by nie ustąpił. Jednakże w tym otoczeniu Breckenridge’owi, ulubieńcowi gospodyni i wszystkich dam, praktycznie nie sposób było się przeciwstawić. Furlough z ociąganiem skłonił głowę.
– Oczywiście. – Przeniósł spojrzenie na Heather i uśmiechnął się szczerzej, z nutką smutku. – Panno Cynster. Żałuję, że nie spotkaliśmy się w mniej tłocznym miejscu. Może innym razem. – Skinąwszy jej głową na pożegnanie, niespiesznie wmieszał się między gości.
Heather sapnęła z irytacją. Zanim jednak zdołała choćby zebrać argumenty, którymi mogłaby uderzyć w Breckenridge’a, on mocniej ścisnął jej łokieć i poprowadził ją przez tłum.
Zaskoczona, usiłowała się zatrzymać.
– Co...?
– Jeśli ma pani choć odrobinę instynktu samozachowawczego, wyjdzie pani stąd grzecznie przez frontowe drzwi.
Sterował nią dyskretnie w tym właśnie kierunku, przy czym nie było to zbyt daleko.
– Proszę. Mnie. Puścić – rozkazała przez zaciśnięte zęby, cicho, ale z emfazą.
Wprowadził ją na stopnie salonu. Korzystając z tego, że znalazła się o stopień wyżej od niego, nachylił się do jej ucha i szepnął:
– Co pani tu robi, u diabła?
On także mówił przez zaciśnięte zęby, bijąc ją w tej sztuce na głowę. Słowa przepłynęły przez Heather, wywołując w niej – ani chybi zgodnie z jego intencją – mglisty, czysto instynktowny strach.
Zanim się z niego otrząsnęła, Breckenridge płynnie, na pozór niespiesznie, powiódł ją przez tłum gości w holu.
– Nie, proszę się nie silić na odpowiedź. – Nie spojrzał na nią, wbijał wzrok w otwarte drzwi wejściowe. – Nie interesuje mnie, jakiż to niedorzeczny koncept wbiła pani sobie do głowy. Opuszcza pani to miejsce. Teraz.
Cała, nietknięta, nadal jako dziewica. Breckenridge ledwie powstrzymał się przed wypowiedzeniem tych słów głośno.
– Nie ma powodu, żeby pan się do tego mieszał. – W jej głosie wibrowała z trudem hamowana furia.
Rozpoznał jej nastrój – wpadała w taki, ilekroć znalazł się w pobliżu. W normalnych okolicznościach by zrejterował, teraz jednak nie zostawiła mu wyboru.
– Czy ma pani pojęcie, co by ze mną zrobili pani kuzyni, o pani braciach nie wspominając, gdyby odkryli, że widziałem panią w tej jaskini bezeceństwa i przymknąłem na to oko?
Prychnęła i spróbowała dyskretnie uwolnić łokieć, lecz bez powodzenia.
– Dorównuje im pan posturą oraz, jak właśnie widać, brutalnością. Poradziłby pan sobie.
– Z jednym, być może, ale z sześcioma? Nie sądzę. Nie mówiąc już o Luke’u i Martinie, i Gylesie Chillingworcie... a co z Michaelem? Nie, chwileczkę, jest jeszcze Caro i pani ciotki, i... mógłbym tak ciągnąć. Obdarcie żywcem ze skóry wydaje się przyjemniejszą perspektywą.
– Przesadza pan. Dom lady Herford trudno uznać za jaskinię bezeceństwa. – Obejrzała się. – W tym salonie nie dzieje się absolutnie nic niestosownego.
– W salonie być może nie, a przynajmniej jeszcze nie. Nie zapuszczała się pani jednak w głąb domu. Proszę mi wierzyć, to zdecydowanie jest jaskinia bezeceństwa.
– Ale...
– Nie.
Gdy dotarli na portyk, szczęśliwie pusty, zatrzymał się, uwolnił jej łokieć i wreszcie na nią spojrzał. Na jej twarz, idealny owal wypełniony delikatnymi rysami, z parą szaroniebieskich, żywych oczu w gęstej oprawie ciemnobrązowych rzęs. Mimo że oczy te wyrażały teraz upór i nieprzystępność, mimo że soczyste wargi zacisnęły się w wąską kreskę, była to twarz z gatunku tych, dla których od zarania dziejów wodowano armady i wszczynano wojny. Twarz pełna życia. Pełna zmysłowej obietnicy i ledwie trzymanej w ryzach witalności.
Do tego dochodził jeszcze efekt smukłej figury, niezbyt może krągłej, pełnej wszakże tak płynnej gracji, że każdy ruch Heather wywoływał – przynajmniej w nim – myśli, które lepiej było pozostawić niezbadane.
W salonie nie została oblężona wyłącznie dlatego, że nikt poza Furloughem nie otrząsnął się z wywołanego jej widokiem pierwszego wrażenia na tyle szybko, by dotrzeć do niej przed Breckenridge’em.
Poczuł, że twarz mu tężeje, toczył ze sobą bój, aby nie zacisnąć pięści, jako że próba zastraszenia jej była z góry skazana na porażkę.
– Wraca pani do domu i na tym koniec.
– Jeśli spróbuje mnie pan zmusić, zacznę krzyczeć – rzekła, zwężając oczy w szparki.
Przegrał bój: zacisnął pięści.
– Jeżeli pani to zrobi – rzekł beznamiętnie, wytrzymując jej spojrzenie – ogłuszę panią uderzeniem w ten śliczny podbródek, powiem wszystkim, że pani zemdlała, wrzucę panią do powozu i odeślę do domu.
Oczy jej się zaokrągliły. Przyjrzała mu się bacznie, ale nie ustąpiła pola.
– Nie poważyłby się pan.
– Proszę się przekonać – odparł bez mrugnięcia.
Heather znalazła się w rozterce. Na tym właśnie polegał kłopot z Breckenridge’em: nie sposób było stwierdzić, co tak naprawdę w danej chwili myśli. Jego twarz – te godne greckiego boga gładkie płaszczyzny i ostre krawędzie, wysokie kości policzkowe, szczupłe policzki i mocna, kwadratowa szczęka – pozostawała arystokratycznie niewzruszona, całkowicie nieprzenikniona, bez względu na okoliczności. Nawet z jego orzechowych oczu o ciężkich powiekach nie dało się nic wyczytać; nieodmiennie miał minę eleganckiego dżentelmena-hulaki, którego obchodzi niewiele poza doraźną przyjemnością.
Każdy szczegół jego prezencji, począwszy od wytwornie prostego stroju, którego surowy krój tylko podkreślał ukrytą pod spodem siłę, aż po typowe dlań leniwe cedzenie słów, podtrzymywał ów wizerunek – stanowiący w istocie, w przekonaniu Heather, jedynie pojemną fasadę.
Bacznie zajrzała mu w oczy; nie wyczytała w nich nic, co by sugerowało, że nie spełni groźby. A to byłoby po prostu zbyt upokarzające.
– Jak pani się tu dostała?
Z niechęcią wskazała rząd powozów, który ciągnął się wzdłuż trotuaru wyginającej się w łuk ulicy Wadham Gardens, jak daleko sięgali wzrokiem.
– Karetą moich rodziców. A uprzedzając pana wykład na temat niestosowności samotnego podróżowania nocą po Londynie, informuję, że zarówno stangret, jak i foryś służą w mojej rodzinie od lat.
Skinął głową, zacinając usta.
– Odprowadzę panią.
Znów chciał ją chwycić za łokieć, ale cofnęła się gwałtownie.
– Proszę się nie kłopotać.
Narosła w niej frustracja. Breckenridge niewątpliwie powiadomi jej braci, że spotkał Heather u lady Herford, kładąc tym kres planowi, który – dopóki on się nie wmieszał – zapowiadał się tak obiecująco. Dając ujście wściekłości, spiorunowała go wzrokiem.
– Potrafię sama przejść te dwadzieścia metrów. – Nawet dla niej zabrzmiało to jak dziecinne dąsy, dodała więc prędko: – Proszę mnie zostawić w spokoju!
Wysunęła brodę, okręciła się na pięcie i pomaszerowała po schodach w dół. Rezolutnie unosząc głowę, skręciła w prawo i ruszyła trotuarem w stronę czekającej nieco dalej karety miejskiej jej rodziców.
W środku aż dygotała. Czuła się dziecinna, wściekła... i bezradna. Jak zresztą po każdym starciu z Breckenridge’em.
Mruganiem odpędzając łzy wściekłości, świadoma, że on ją obserwuje, sztywno wyprostowana maszerowała przed siebie.
Stojąc na zacienionym portyku, Breckenridge przyglądał się, jak zmora jego życia sztywnym krokiem zmierza z powrotem ku bezpieczeństwu. Nie miał pojęcia, dlaczego ze wszystkich dam z towarzystwa akurat przy Heather Cynster czuje się taki zagubiony, wiedział jednak, że nijak nie potrafi temu zaradzić. Miała dwadzieścia pięć lat, on zaś był od niej o dziesięć lat i milion nocy starszy; nie wątpił, że Heather w najlepszym wypadku postrzega go jako wtrącającego się w jej sprawy kuzyna, w najgorszym zaś – jako wtrącającego się w jej sprawy wuja.
– Cudownie – mruknął, przyglądając się, jak dziewczyna nieustraszenie kroczy trotuarem.
Kiedy już Heather bezpiecznie stąd odjedzie, zamierzał wrócić pieszo do domu. Być może dzięki nocnemu powietrzu otrząśnie się z rozkojarzenia, z tego niepokoju i niepewności, jakie dopadały go po każdej rozmowie z nią – z poczucia samotności, pustki, uciekającego czasu.
Z poczucia, że życie – jego życie – było w jakimś sensie bezwartościowe lub raczej: warte mniej, niż powinno.
Nie chciał o niej myśleć, nie chciał z całego serca. Tam w środku, w tłumie, znajdowały się damy nader skore dostarczyć mu rozrywki, zaprzątnąć jego uwagę, lecz dawno już poznał wartość ich uśmiechów, ich westchnień rozkoszy.
Przelotne, pozbawione znaczenia, iluzoryczne relacje.
Pozostawiały go z coraz większym poczuciem małostkowości, wykorzystania. Niespełnienia.
Obserwował, jak blask księżyca igra w złotych włosach Heather. Poznał ją przed czterema laty, na ślubie Caroline, wdowy po jego biologicznym ojcu, z Michaelem Anstruther-Wetherbym, bratem Honorii, księżnej St. Yves i królowej klanu Cynsterów. Mąż Honorii, Diabeł Cynster, był najstarszym kuzynem Heather.
Jakkolwiek Breckenridge po raz pierwszy ujrzał Heather tamtego słonecznego dnia w Hampshire, mężczyzn z rodu Cynsterów znał od ponad dekady – obracali się w tych samych kręgach, a zanim kuzyni się pożenili, dzielił z nimi też wiele zainteresowań.
Na lewo od niego jakiś powóz wyjechał z rzędu. Breckenridge zerknął w tę stronę, na ruszające niespiesznie konie, po czym znów spojrzał w prawo, gdzie Heather nadal sunęła trotuarem.
– Dwadzieścia metrów, a niech mnie. – Raczej pięćdziesiąt. – Gdzie ta jej kareta, do diabła?
Ledwo skończył mówić, ów drugi pojazd, powóz podróżny, zrównał się z Heather.
I zwolnił.
Otworzyły się drzwi, z powozu wypadł mężczyzna. Drugi zeskoczył z kozła, gdzie siedział obok woźnicy.
Nim Breckenridge zdołał zaczerpnąć tchu, ci dwaj prześlizgnęli się między stojącymi wzdłuż trotuaru pojazdami i chwycili Heather. Dławiąc okrzyk zszokowanej dziewczyny, unieśli ją i wpakowali do powozu.
– Hej! – krzyknął Breckenridge; zawtórował mu stangret z czekającej nieco dalej karety.
Jednakże napastnicy wgramolili się właśnie do powozu, a woźnica trzasnął z bata.
Breckenridge zbiegł ze schodów i gnał ulicą, zanim w ogóle sformułował myśl o pościgu.
Powóz zniknął na łuku Wadham Gardens. Wnosząc z turkotu kół, skręcił w pierwszą przecznicę po prawej.
Dobiegłszy do karety, której stangret wcześniej krzyknął, a teraz gapił się, oszołomiony, w ślad za porywaczami, Breckenridge wspiął się na kozioł, chwytając lejce.
– Będę powoził. Jestem przyjacielem rodziny. Ruszamy za nią.
Stangret przełknął zaskoczenie i puścił lejce.
Lawirując zręcznie i przeklinając ciasnotę, Breckenridge wyprowadził karetę na ulicę. Kiedy tylko wytoczyła się spomiędzy innych pojazdów, smagnął konie.
– Miej oczy otwarte, nie wiadomo, dokąd jadą.
– Tak jest, sir... milordzie...
Breckenridge zerknął na popatrującego nań z ukosa stangreta.
– Wicehrabia Breckenridge – przedstawił się. – Znam Diabła i Gabriela. – Oraz pozostałych, niemniej te dwa imiona wystarczą.
– Tak, milordzie. – Stangret skinął głową, a potem odwrócił się i zawołał do forysia z tyłu: – James, ty obserwuj z lewej, ja z prawej. Jeśli ich nie wypatrzymy, zeskoczysz na następnym rogu i poszukasz.
Breckenridge skupił się na koniach. Na szczęście wokół panował skromny ruch. Skręcili w tę samą przecznicę co wcześniej powóz i natychmiast wytężyli wzrok. Dzięki wielu ulicznym latarniom dobrze widzieli w oddali skrzyżowanie czterech ulic zbiegających się pod nietypowymi kątami.
– Tam! – rozległ się głos z tyłu. – To oni, skręcają w lewo, w szerszą ulicę.
Breckenridge podziękował w duchu za dobry wzrok Jamesa; jemu samemu mignął jedynie tył powozu. Popędził konie, dotarł do skrzyżowania i wziął zakręt – akurat w porę, by wszyscy trzej zobaczyli, jak na następnym skrzyżowaniu powóz skręca w prawo.
– Oj – jęknął stangret.
– Co takiego? – Breckenridge zerknął na niego.
– Skręcili w Avenue Road, która ciutkę dalej łączy się z Finchley Road.
A z kolei Finchley Road przechodziła w Great North Road, główny trakt wiodący na północ – i właśnie na północ zmierzał powóz.
– Może ich celem jest dom w tamtej okolicy. – Breckenridge wmawiał sobie, że to całkiem prawdopodobne... tyle że ścigali powóz podróżny, a nie miejski.
Skierował dwa karosze na Avenue Road. Stangret i James pilnie spoglądali przed siebie.
– Taa, to oni – oznajmił stangret. – Ale zdrowo nas wyprzedzają.
Jako że powoził końmi Cynstera, Breckenridge nie martwił się tym, jak bardzo ścigany powóz się oddalił.
– Bylebyśmy nie stracili ich z oczu.
Okazało się to wszakże nie takie proste. Jakkolwiek konie Cynstera ich nie spowolniły, zrobiły to niemrawe zwierzęta zaprzężone do siedmiu pojazdów odgradzających ich od ściganego powozu. Kiedy toczyli się wąskimi drogami przez przedmieścia rozległej metropolii, przez Cricklewood i Golders Green, Breckenridge nie miał możliwości wyprzedzić żadnego z nich. Zdołali utrzymać kontakt wzrokowy z pojazdem porywaczy na tyle długo, by zyskać pewność, że istotnie zmierza on głównym traktem na północ, lecz nim dotarli do High Barnet, z widocznym dalej prostym odcinkiem drogi na Barnet Hill, powóz znikł im z oczu.
Klnąc pod nosem, Breckenridge zboczył na dziedziniec gospody Barnet Arms, dużej stacji pocztowej, gdzie dobrze go znano. Zatrzymał karetę.
– Popytajcie wzdłuż drogi – zwrócił się do stangreta i Jamesa. – Może znajdziecie kogoś, kto widział powóz, może zmieniali konie, cokolwiek.
Mężczyźni poszli, a Breckenridge spojrzał na stajennych, którzy nadbiegli przytrzymać karosze.
– Potrzebuję kariolki i pary waszych najlepszych koni. Gdzie wasz szef?
Pół godziny później rozstał się ze stangretem i Jamesem. Powóz widziało kilka osób – porywacze zatrzymali się na krótko w gospodzie Pod Berłem i Koroną, zmienili konie i ruszyli dalej na północ.
– Proszę. – Breckenridge wręczył stangretowi liścik, który nabazgrał, czekając, aż obaj z Jamesem wrócą. – Jak najszybciej przekaż to lordowi Martinowi. – Lord Martin Cynster był ojcem Heather. – Jeżeli z jakichkolwiek powodów nie zdołasz go znaleźć, wtedy któremuś z braci panny Cynster albo, jeśli i to okaże się niemożliwe, St. Ivesowi. – Breckenridge wiedział, że Diabeł przebywa w mieście; miejsca pobytu pozostałych nie był już tak pewien.
– Tak jest, milordzie. – Stangret wziął liścik i zasalutował. – Powodzenia, sir. Oby dogonił pan tych łajdaków akuratnie szybko.
Breckenridge miał taką nadzieję. Mężczyźni wspięli się na kozioł karety. Kiedy tylko opuścili dziedziniec, kierując się z powrotem do Londynu, Breckenridge podszedł do czekającego z boku smukłego faetonu. Między dyszlami tańczyły dwa siwki, które właściciel gospody rzadko zgadzał się komuś wynająć. Dwaj stajenni nerwowo przytrzymywali konie.
– Zdrowo rozbrykane, milordzie. – Masztalerz podążył za nim. – Nie biegały od dawna. Cięgiem szefowi mówię, że przydałoby się czasem trochę je przegonić.
– Poradzę sobie. – Breckenridge zajął miejsce w faetonie. Zależało mu na szybkości, a połączenie sportowego pojazdu z wyśmienitymi końmi ją obiecywało. Napiął lejce, testując podatność koni, i skinął na stajennych. – Puśćcie je.
Stajenni odskoczyli, kiedy siwki wyrwały do przodu.
Breckenridge pohamował je zaledwie na tyle, żeby sprawnie wyjechać z dziedzińca, po czym poluzował lejce i konie swobodnie pognały w górę Barnet Hill, a potem dalej Great North Road.
Na jakiś czas powożenie całkowicie zaabsorbowało jego uwagę, kiedy jednak siwki uspokoiły się i biegły miarowo, połykając kolejne kilometry opustoszałej drogi, mógł wreszcie trochę pomyśleć.
Podziękować w duchu za to, że noc nie jest mroźna, gdyż nadal miał na sobie strój wieczorowy.
Zmierzyć się ze świadomością, że gdyby nie nalegał, aby Heather opuściła rezydencję lady Herford, gdyby chociaż nie pozwolił jej na samotne przejście tych dwudziestu – czy raczej pięćdziesięciu – metrów do karety, dziewczyna nie znajdowałaby się teraz w rękach nieznanych napastników, cierpiąc rozmaite upokorzenia.
Oczywiście, zapłacą za wszystko, już on o to zadba. Ta myśl wszakże nijak nie łagodziła jego przerażenia i poczucia winy z powodu faktu, że to wskutek jego działań Heather znalazła się w niebezpieczeństwie.
Zamierzał ją chronić. Tymczasem...
Zaciskając zęby, ze wzrokiem utkwionym w drogę, gnał przed siebie.
* * *
Porywacze trzymali Heather związaną i zakneblowaną, dopóki nie znaleźli się kawałek drogi za Barnet, na pustym odcinku.
Kiedy wepchnęli ją do powozu przed domem lady Herford, od razu ją zakneblowali, przewiązując jej twarz paskiem płótna, i prędko skrępowali jej ręce, a następnie nogi, gdyż próbowała ich kopnąć.
Dwaj mężczyźni nie byli sami. W powozie, z przygotowanym zawczasu kneblem, czekała postawna, silna kobieta. Uciszoną i spętaną Heather ulokowano na siedzeniu przodem do kierunku jazdy, obok kobiety; mężczyźni zajęli miejsca naprzeciw. Jeden z nich powiedział, żeby się uspokoiła i zwyczajnie poczekała, a wkrótce wszystkiego się dowie.
Ta obietnica, jak również to, że nie próbowali jej skrzywdzić – w istocie, nawet jej nie grozili – na moment zbiły ją z tropu. Na tyle, by uzmysłowiła sobie, że tak naprawdę nie ma wyboru, równie dobrze więc może zastosować się do ich zaleceń.
Nie przeszkodziło jej to myśleć. Ani posługiwać się wyobraźnią. Jednakże obie te czynności prowadziły donikąd. Wiedziała zbyt mało. Nic poza tym, że porywaczy było troje, plus woźnica na koźle, oraz że zabierali ją z Londynu gdzieś na północ – rozpoznała po drodze dostatecznie wiele punktów orientacyjnych, aby mieć pewność, że właśnie w tym kierunku zmierzają.
Toczyli się Great North Road, kiedy odezwał się mężczyzna siedzący naprzeciw Heather, ten szczuplejszy, wyższy, aczkolwiek tylko średniego wzrostu, bardzo żylasty, o kręconych, burobrązowych włosach i ostrych rysach twarzy.
– Jeśli jest pani skłonna zachowywać się przyzwoicie, rozwiążemy panią. Znajdujemy się na długim, wyludnionym odcinku drogi i przez jakiś czas nie będziemy zwalniać: nikt tu nie usłyszy pani ewentualnych krzyków, a jeśli uda się pani wyskoczyć z powozu, zapewne złamie pani nogę, o ile nie kark. Jeśli więc jest pani skłonna zachować spokój, siedzieć i słuchać, możemy panią rozwiązać i wytłumaczyć, o co chodzi, jak się rzeczy mają i jak to będzie dalej wyglądać. A zatem? – Uniósł brwi. – Co pani na to?
Choć w ciemnym wnętrzu powozu nie widziała wyrazu jego oczu, skinęła głową.
– Mądra dziewczyna – rzekł Żylasty. Bez sarkazmu. – Mówił, że będzie pani bystra.
Kto mówił? Tymczasem mężczyzna schylił się, sięgając ku jej kostkom, po czym zamarł. Zerknął na kobietę obok Heather.
– Lepiej ty rozwiąż jej nogi.
Wyprostowawszy się, zajął się sznurem krępującym nadgarstki Heather.
Skonfundowana, popatrzyła na kobietę, która sapnęła z irytacją, ociężale zgramoliła się z siedzenia i przykucnęła między ławkami, sięgając pod jedwabne spódnice Heather do pętających jej kostki pasów płótna.
Kiedy tych dwoje luzowało węzły, Heather uzmysłowiła sobie, że brali wzgląd na jej skromność – na tyle, na ile sama im na to pozwalała. Nie przypuszczałaby, że porywacze mogą okazać się tak... dżentelmeńscy.
Uwolniwszy jej nogi, kobieta wróciła na swoje miejsce.
– Knebel też? – spytała żylastego.
Przytaknął, patrząc na Heather.
– Mamy jej zapewnić jak najwięcej wygody, jeśli zatem nie okaże się głupsza, niż sądzimy, nie ma powodu go zostawiać.
Heather odwróciła głowę, aby kobieta mogła zająć się węzłem z tyłu. Kiedy pas płótna opadł z jej twarzy, zwilżyła wargi, poruszyła szczęką i poczuła się zdecydowanie lepiej. Spojrzała na żylastego.
– Kim jesteście i kto was przysłał?
Jego zęby błysnęły w mroku, kiedy się uśmiechnął.
– Ach, no właśnie, trochę za bardzo się pani spieszy. Najpierw może wyjaśnię, że wysłano nas po jedną z sióstr Cynster, niekoniecznie akurat panią. Obserwowaliśmy panie od tygodnia, ale żadna nie ruszała się nigdzie sama. Aż do tego wieczoru. – Skłonił się jej płytko. – Jesteśmy pani zobowiązani. Zaczynaliśmy już sądzić, że trzeba będzie zaaranżować coś drastycznego, aby dopaść którąś z pań na osobności. Jednakowoż, skoro już panią mamy, najlepiej będzie, jeśli zda pani sobie sprawę, że próba ucieczki się pani nie powiedzie. Nikt pani nie pomoże, przygotowaliśmy bowiem historyjkę wyjaśniającą nasze postępowanie wobec pani, tak więc cokolwiek pani zrobi lub powie, jakiekolwiek protesty wygłosi, jedynie uwiarygodni ją pani w oczach innych.
– Cóż to za historyjka? – spytała.
Żylasty – Heather uznała, że chwilowo go tak nazwie – sprawiał wrażenie kompetentnego; raczej nie należał do osób, które wygłaszają deklaracje bez pokrycia.
Takie już jej szczęście, że porwali ją ludzie niegłupi.
Jakby na potwierdzenie jej podejrzeń, Żylasty się uśmiechnął.
– Całkiem prosta. – W jego głosie pobrzmiewała satysfakcja. – Pani opiekun prawny wysłał nas, żebyśmy sprowadzili panią z powrotem do niego. Uciekła pani do zepsutego Londynu, a jakże, on zaś wyznaje bardzo surowe zasady. Toteż posłał nas, abyśmy panią odnaleźli i zabrali z powrotem, a to – dla większego dramatyzmu Żylasty zawiesił głos i pomachał wyjętą z kieszeni złożoną kartką papieru – jest upoważnienie dla nas: mamy zrobić wszystko, co okaże się konieczne, żeby panią zatrzymać i przewieźć do niego.
Zmarszczyła brwi.
– Opiekę nade mną sprawuje mój ojciec, a on nie dał wam takiego pozwolenia.
– Ach, tyle że pani nie nazywa się Cynster, nieprawdaż? Jest pani panną Wallace, a pani opiekun, sir Humphrey, nie może się doczekać, by sprowadzić panią z powrotem do domu, gdzie pani miejsce.
– I gdzie jest ów dom? – Liczyła na to, że Żylasty wyjawi, dokąd ją zabierają, lecz on tylko się uśmiechnął.
– Wie to pani doskonale, oczywiście, nie musimy pani mówić.
Zamilkła, w myślach analizując ich plan, szukając sposobu, jak go udaremnić, lecz nie miała przy sobie niczego, co poświadczyłoby jej tożsamość. Pozostawało jej żywić nadzieję – ale tego nie zamierzała mówić głośno – że spotkają kogoś, kto zna ją z widzenia. Niestety, prawdopodobieństwo takiego zdarzenia na wsi, pod koniec marca, kiedy w Londynie zaczynał się właśnie sezon towarzyski, wydawało się znikome.
Zerknęła na kobietę u swego boku. Żylasty jakby wyczuł jej pytanie.
– Obecna tu Martha – wyjaśnił, wskazując kobietę głową – to, oczywiście, pokojówka, którą sir Humphrey wysłał, chcąc zapewnić pani wygodę w trakcie podróży. – Uśmiechnął się. – Martha będzie towarzyszyć pani przez cały czas. Zwłaszcza w sytuacjach, gdy obecność moja albo Cobbinsa u pani boku byłaby niestosowna.
Uznając, że w tej chwili leży w jej interesie, jak to ujął Żylasty, zachowywać się przyzwoicie, Heather skinęła głową najpierw kobiecie, potem zaś baryłkowatemu mężczyźnie, niższemu, ale za to lepiej zbudowanemu od Żylastego, siedzącemu dotąd w milczeniu w kącie powozu.
– Martho. Panie Cobbins. A pańska godność? – Popatrzyła na Żylastego.
– Proszę mi mówić Fletcher, panno Wallace – odparł z uśmiechem.
Heather nasuwało się kilka epitetów, które bardziej by do niego pasowały, ale jedynie lekko skłoniła głowę. Umościwszy się na siedzeniu, wsparła głowę o podgłówek i zamilkła. Wyczuwała, że Fletcher spodziewał się po niej protestów, być może błagań o litość albo prób odwiedzenia od realizacji zamiarów, ona nie widziała jednak sensu tak się poniżać.
Najmniejszego.
Im dłużej myślała o tym, co Fletcher zgodził się wyjawić, tym bardziej się w tej kwestii upewniała. Nie słyszała nigdy o równie dziwnym uprowadzeniu... no cóż, nie znała szczegółów innych porwań, ale wydawało się nader zastanawiające, że traktowali ją z taką troską, taką... wrażliwością. Z takim ogromnym spokojem i pewnością siebie.
Tych troje – Fletcher, Cobbins i Martha – odbiegało od wzorca poślednich porywaczy. Ubrani schludnie, w sposób nierzucający się w oczy, nie byli wprawdzie szlachetnie urodzeni, nie wywodzili się jednak również z najniższych warstw. Mimo swej postury Martha mogła uchodzić za pokojówkę damy, zwłaszcza takiej, która większość czasu spędza na wsi. Nawet Cobbins, choć powściągliwy i w swym nijakim ubraniu wtapiający się w tło, nie sprawiał wrażenia typa, jakiego można spotkać w obskurnym szynku. Zarówno on, jak i Fletcher wyglądali dokładnie na ludzi, za których planowali się podawać – takich, jakich bogaty ziemianin mógłby wynająć, aby działali w jego imieniu.
Ktokolwiek posłał ich do Londynu, dobrze ich przygotował. Ich plan był zarazem prosty i, z punktu widzenia Heather, nader skuteczny. Nie znaczyło to, że im nie ucieknie – jakoś tego dokona – najpierw jednak musiała dowiedzieć się więcej o najbardziej zastanawiającym aspekcie tego dziwnego porwania.
Tych ludzi wysłano, aby uprowadzili nie konkretnie ją, lecz jedną z sióstr Cynster, pod którym to pojęciem oprócz Heather, Elizy i Angeliki mogły się kryć również ich kuzynki, Henrietta i Mary.
Jedyny powód tego rodzaju działania, jaki przychodził jej do głowy, to proste żądanie okupu, lecz w takim wypadku po co wywoziliby ją z Londynu? Po co by ją do kogoś zabierali? Przeanalizowała na nowo wszystkie informacje, ale nie pozbyła się wrażenia, że Fletcher powiedział jej prawdę: uprowadzili ją na czyjeś zlecenie.
Wynajęcie trzech ludzi, takich jak ci tutaj, a do tego woźnicy i czterokonnego powozu, na dłużej, bo przecież obserwowali ją i pozostałe Cynsterówny od ponad tygodnia... Nie, to nie wyglądało na nieskomplikowane, obliczone na szybki zysk porwanie dla okupu.
Jeśli wszakże nie chodziło o okup, to o co? Czy jeżeli Heather ucieknie, nie poznawszy odpowiedzi, wszystkie młode panny Cynster będą nadal zagrożone?
Ponieważ zmienili konie w High Barnet, przez Welham Green i Welwyn przetoczyli się bez przystanku.
W końcu powóz zwolnił – wjeżdżali do jakiegoś miasteczka. Fletcher pochylił się, żeby wyjrzeć przez okno.
– Knebworth. – Cofnął się i spojrzał bacznie na Heather. – Zatrzymamy się tu na noc. Będzie pani rozsądnie trzymać buzię na kłódkę, czy też musimy panią okiełznać i opowiedzieć w gospodzie naszą historyjkę?
Jeśli tak zrobią... Jeżeli właściciel gospody i służba zapamiętają ją jako pannę Wallace, mogą o niej nie wspomnieć, kiedy rodzina Heather przybędzie jej tu szukać – a nie wątpiła, że to nastąpi, gdyż Henry, wierny stangret, z pewnością wszystkich już powiadomił.
Spojrzała na Fletchera, wysuwając brodę.
– Będę rozsądna.
– I tak trzymać – rzekł z uśmiechem, bardziej wszakże zachęcającym niż triumfalnym.
Westchnęła w duchu. Ów brak samozadowolenia dowodził inteligencji Fletchera. Gdyby Heather zdecydowała się urządzić scenę, zapewne doprowadziłaby do wezwania przedstawiciela lokalnych władz, którego mogłaby przekonać, żeby przetrzymał ją u siebie, dopóki nie zweryfikuje jej własnej opowieści w konfrontacji z tą o pannie Wallace. Niestety – nawet uwzględniając obecność Marthy – reputacja Heather mocno by ucierpiała, gdyby tak jawnie odbito ją z rąk porywaczy. Zwłaszcza że wcześniej tego samego wieczoru dziewczyna wkroczyła w pikantny świat salonu lady Herford, w domniemaniu składając w ten sposób pewną deklarację.
Przede wszystkim jednak, jeśli zachowa spokój i przyjmie narzuconą jej rolę, nie groziło jej, na ile potrafiła to ocenić, żadne bezpośrednie niebezpieczeństwo – i tak pozostanie, dopóki nie dotrą do zleceniodawcy. Do tego czasu Heather postara się ustalić, co kryło się za tym jakże dziwnym porwaniem.
A gdy tego dokona, posłuży się sprytem i ucieknie.
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
