Osada w Wielkiej Pustyni - Thomas Mayne Reid - E-Book

Osada w Wielkiej Pustyni E-Book

Thomas Mayne Reid

0,0
3,49 €

oder
Beschreibung

Reid Thomas Mayne to amerykański pisarz pochodzenia irlandzkiego. Urodzony w 1818 roku w Irlandii Północnej, od 1840 przebywał w Stanach Zjednoczonych, zmarł w 1883 w Anglii. Uczestniczył w wojnie amerykańsko-meksykańskiej. Napisał kilkadziesiąt powieści przygodowych z życia Indian i pierwszych osadników na Dzikim Zachodzie. Akcja innych jego powieści rozgrywa się w Meksyku, Himalajach i Południowej Afryce. Edgar Allan Poe, z którym Mayne zawarł bliższą znajomość, nazwał go wielkim, malowniczym kłamczuchem, który zmyśla na niebotyczną skalę, ale z artystycznym kunsztem.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0



Thomas Mayne Reid

Osada w Wielkiej Pustyni

Warszawa 2021

Rozdział I

Wielka Pustynia

W Północnej Ameryce, na przestrzeni czterokrotnie większej niż Francja, rozciąga się pustynia, dzika i smutna, zwana Wielką (Great American Desert).

Pustynia ta ma charakter bardzo zbliżony do afrykańskiej Sahary, miejscami jednak jest ona o wiele dziksza, gdyż pokrywają ją nagie skały lub pył szary, jak gdyby popiół.

Wielką Pustynię Amerykańską z północy na południe przecina łańcuch gór niedostępnych, o szczytach wyniosłych i zboczach kończących się głębokimi przepaściami. Góry te, zależnie od ich formacji, przybierają w słońcu rozmaite barwy lub błyszczą się jak polerowane.

Rzeki przebiegające te okolice są również niezwykłe. Jedne z nich płyną łożyskiem szerokim i głębokim, a gdy pójdziesz z ich biegiem, przekonasz się, że koryta ich maleją, znikają, aż wreszcie giną niewidzialne w piaskach pustyni, z tym aby w innym znów miejscu zolbrzymieć w tak szerokie i głębokie, że wielkie statki handlowe pomieścić mogą. Rzekami takimi są Arkansas i Platte.

Inne znowu, jak Colorado i Snake, objęte skalistymi brzegami, pędzą wśród ścian granitowych czasami po kilkaset mil.

Dziwne są jeziora tej amerykańskiej pustyni. Niektóre z nich znajdują się wśród gór niebotycznych. Inne znów – wśród nieurodzajnych płaszczyzn. Daremnie jednak szukałbyś ich po latach kilku w tym samym miejscu, wysychają one lub znikają bez śladu.

Często napotyka się w górach pieczary, przejścia i tunele, zwane barranca lub cañón.

Nieliczni mieszkańcy pustyni osiedli w oazach, z których rozleglejsze zajmują ludzie cywilizowani. W jednej z tych oaz, położonej niedaleko Nowego Meksyku, znajduje się kilka miast i prawie sto tysięcy mieszkańców. Druga wielka oaza okala jeziora: Słone i Utah.

Jest jeszcze mnóstwo mniejszych oaz obfitujących w rzeki i roślinność. Niektóre z nich są zamieszkałe przez plemiona indiańskie.

Prócz Indian spotyka się tam łowców i traperów walczących tak dobrze ze zwierzętami jak i z okrutnymi Indianami.

W oazach tych wreszcie, spotykamy forty, czyli stacje handlowe, do których ciągną karawany kupców wiozących swe towary w wozach zwanych wagonami. Wozy te zaprzężone są w muły lub woły.

Rozdział II

Śnieżny cypel

Lat temu dwadzieścia kilka podróżowałem z karawaną kupców udającą się z Saint Louis do Santa Fe w Nowym Meksyku. Przybywszy na miejsce, zwróciliśmy się na południe celem odwiedzenia naszych odbiorców w mieście Chihuahua.

Rozsprzedawszy towary i mając tylko pieniądze, postanowiliśmy wracać drogą krótszą, wiodącą wprost przez pustynię. Pomimo, że drogi tej nie znaliśmy zupełnie, mieliśmy nadzieje, że ją znajdziemy.

Zakupiwszy w El Paso konie, wozy i muły, zaopatrzeni we wszelkie rzeczy niezbędne, doskonale uzbrojeni i zaprowiantowani wyruszyliśmy z El Paso, posuwając w kierunku wschodnim.

Po przejściu odnogi Gór Skalistych ciągnącej się z północy na południe, dotarliśmy do drogi, która wyprowadziła nas na równinę rozciągniętą po wschodniej stronie gór.

Po kilkunastodniowym pochodzie napotkaliśmy wartki strumień. Postanowiliśmy trzymać się jego biegu, a postępując tym sposobem, doszliśmy do wielkiej rzeki Pecos.

Przeprawiwszy się na jej lewy brzeg, posuwaliśmy się dalej, mając nadzieję napotkania innej rzeki płynącej w kierunku wschodnim, w którym nam posuwać się należało.

Maszerując w ten sposób, zaszliśmy daleko więcej na północ niżeśmy zamierzali.

Zniecierpliwieni i zmęczeni, nie spotkawszy żadnego dopływu rzeki Pecos, wbrew cudzemu doświadczeniu, ruszyliśmy wprost przez pustynię zaopatrzeni uprzednio w zapas wody rzecznej.

Po kilkugodzinnym marszu znaleźliśmy się wśród dzikiej pustyni, na płaszczyźnie pozbawionej najnędzniejszej roślinności. Spieczona powierzchnia pustyni najlepiej świadczyła o tym, jak rzadkim gościem bywał tu deszcz; ziemia sucha była jak popiół. Ze względu na muły wracać było za późno.

Wreszcie około południa ujrzeliśmy zjawisko, które napełniło nasze serca radością i otuchą. Był to przedmiot biały, niewyraźnie się rysujący się na firmamencie, miał on kształt odwróconego trójkąta. Niedługo spostrzegliśmy, że to wierzchołek góry pokryty wiecznym śniegiem. Byliśmy więc w pobliżu Gór Śnieżystych (Sierra Nevada), co przejęło nas niezwykłą radością, wiedzieliśmy bowiem, że znajdziemy też wodę i paszę dla mułów i koni.

Niezadługo biały trójkąt począł przybierać wyraźniejsze kształty a przed zachodem słońca rozróżnialiśmy już zręby górskie i ich wierzchołki. Cóż to był za ponętny widok dla oczu zbłąkanych wędrowców.

Księżyc ukazał się już na niebiosach; posuwaliśmy się jednak naprzód, pragnąc jak najprędzej dojść do celu. Rankiem spostrzegliśmy, że góry są jeszcze daleko przed nami, pomimo że od rzeki Pecos odsunęliśmy się już około stu mil.

Zaledwie przy schyłku dnia dotarliśmy do podstawy górskiej, aby ze zgrozą przekonać się że nie ma tu śladu żadnego strumienia. Domyślaliśmy się, że woda znajdować się musi po stronie południowej gór, bo od tej strony prędzej topnieją śniegi; okrążyliśmy więc górę i po kilku godzinach marszu, byliśmy na równinie pokrytej zielonością, co najlepiej świadczyło o bliskości wody.

Radość nasza była wielka, nawet konie i muły rżały radośnie, czując zapach świeżej trawy. Wkrótce biwakowaliśmy nad brzegiem kryształowego strumienia, wśród bujnej roślinności oazy.

Rozdział III

Oaza

Po męczącym pochodzie przez pustynię my i zwierzęta nasze potrzebowaliśmy dłuższego wypoczynku. Postanowiliśmy przeto przez kilka dni zatrzymać się w oazie, aby nabrać sił do trudów dalszej podróży.

W cieniu wierzb, które rosły na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów, rósł szczególny gatunek trawy meksykańskiej, zwanej grammitu, stanowiącej wyborną paszę dla zwierząt. Konie i muły z chciwością spożywały ją, ugasiwszy poprzednio pragnienie.

Nasze zapasy żywności, wyczerpane przed długie błąkanie się, składały się z kawy i suszonego mięsa zwanego tasajo, dającego przechowywać się przez czas dłuższy, lecz za to niesmacznego.

Podczas przygotowywania z niego skromnego posiłku, jeden z towarzyszów naszych, oddaliwszy się nieco od obozowiska, upolował dzikiego barana. Zwierzęta te gromadnie zamieszkują Góry Skaliste. Zabity baran był prawie tak wielki jak daniel, rogi zaś miał w kształcie półksiężyca.

Roznieciliśmy większy ogień i ćwiartka barana wkrótce gotowa była do jedzenia.

Obiad rozpoczęty od kawy zakończyliśmy również kawą. Syci i zadowoleni udaliśmy się na spoczynek.

Wczesnym rankiem wstaliśmy odświeżeni i wypoczęci. Podczas gdy naradzaliśmy się nad kierunkiem dalszej podróży, okrzyk jednego ze współtowarzyszy, Lincolna, zwrócił naszą uwagę. W kierunku wskazanym przez niego, ujrzeliśmy ze zdziwieniem słup dymu wznoszący się wysoko.

– To pewnie Indianie!... – zawołał któryś z obecnych.

– Wczorajszego wieczoru – mówił Lincoln – gdym tropił dzikiego barana, spostrzegłem w dolinie wklęsłość, jakby przepaść. Z tego właśnie miejsca wychodzi dym, czyli muszą tam być ludzie biali lub czerwoni.

– Bez wątpienia są to Indianie – zawołało kilku obecnych. – Któż bowiem inny znalazłby się w miejscu tak odludnym?

Co dalej mamy czynić, postanowiliśmy natychmiast. Zgasiwszy ogień, zapędziliśmy zwierzęta pod splątane konary drzew. Na zwiady wyruszyliśmy w sześciu i bezzwłocznie poczęliśmy wdzierać się na strome ściany gór.

Wdarliśmy się już na znaczną wysokość, gdy niespodzianie ujrzeliśmy smugę światła wydobywającą się z otworu góry, zwanego barranca. Pomimo dokładnego rozglądania się po okolicy, nie mogliśmy nic więcej zobaczyć, postanowiliśmy przeto połączyć się z pozostałymi towarzyszami.

Opowiedziawszy im o wszystkim widzianym, zdecydowaliśmy, że jednak należy chociażby dla własnego bezpieczeństwa wykryć właścicieli ogniska.

Postanowiono raz jeszcze puścić się na zwiady. W tym celu sześciu nas, konno wyruszyło brzegiem strumienia. Po przejściu paru kilometrów, stanęliśmy tuż przy barranca, skąd wypływał strumień naszego obozowiska.

Szum i łoskot jak gdyby spadającej wody kazał się domyślać, że jesteśmy w pobliżu wodospadu. Niezadługo też ujrzeliśmy wspaniały widok.

Fala wody, rzucona ze znacznej wysokości, padała w sam środek jeziora rozłożonego u stóp góry. Staliśmy na szczycie wyniosłości. W dolinie, u stóp naszych, rozciągała się przepiękna łąka okryta bogatą roślinnością. Długość jej nie przekraczała szesnastu kilometrów, szerokość o połowę była mniejsza.

Znajdowaliśmy się na znacznej wysokości, co pozwalało nam widzieć ją w całości. Od strony góry rosły olbrzymie cedry i jodły oraz rozłożyste kaktusy wyłaniające się z górskich szczelin. Opodal dojrzeliśmy mezkal, którego fantastyczne liście, barwy czerwonej, cudownie odbijały od zieleni traw.

Dolina leżąca u stóp naszych jak gdyby barwny kobierzec, wabiła do spoczynku.

Środkiem doliny płynął strumień z czystą jak kryształ wodą. Nie widzieliśmy brzegów jeziora, ponieważ drzewa zasłaniały nam część krajobrazu, łatwo jednak zorientowaliśmy się, że dym, który nas tutaj sprowadził, wychodził ze strony wschodniej.

Powróciwszy na pole, gdzie zostawiliśmy naszych towarzyszów, postanowiliśmy raz jeszcze udać się w stronę wschodnią, sądząc, że tędy najprędzej dostaniemy się do doliny.

Przybywszy do miejsce, z którego widać było kłęby dymu, stanęliśmy, a dwóch spomiędzy nas, zsiadłszy z koni, szło brzegiem przepaści. Tak idąc, ujrzeliśmy na przeciwnym brzegu jeziora osadę z dwóch domków złożoną, otoczoną płotem z bali. Wokoło ciągnęły się pola symetrycznie podzielone, w połowie uprawne, w połowie zaś służące za pastwiska. Była to więc piękna ferma.

Odległość, z której oglądaliśmy to wszystko, była znaczna, niemniej jednak rozpoznaliśmy na pastwisku bydło, a wreszcie spostrzegliśmy dwóch mężczyzn i czworo dzieci, wchodzących za ogrodzenie; około domu siedziała kobieta.

Zdziwieni widokiem zagospodarowanej osady, należącej zapewne do człowieka białego, postanowiliśmy odszukać wejście do doliny.

Rozdział IV

Niezwykła osada

Idąc brzegiem strumienia napotkaliśmy wąskie przejście idące brzegiem i skręcające co chwila, często prowadzące nad przepaściami, ale wygodne.

Tak doszliśmy do krańców doliny i wkrótce stanęliśmy nad brzegiem jeziora, które okrążywszy, ujrzeliśmy niezwykłą osadę.

Rozwaga nakazywała nam ostrożność. Za radą moją zsiedliśmy z koni i ukryci za krzakami, powoli przybliżaliśmy się do osady. Tym sposobem podsunęliśmy się prawie pod samą zagrodę.

Dom, zrobiony był z okrąglaków, na wzór domów osadników kalifornijskich. Po jednej stronie rozciągał się ogród otoczony uprawnymi polami. Zdawało się nam że pola te obsiane były kukurydzą i pszenicą. Najbardziej jednak zadziwiły nas zwierzęta pasące się na łące. Początkowo zdawało się, że bydło, trzoda i drób, pasące się przed nami, jest pospolitym inwentarzem rolnika; po dłuższym wpatrywaniu się doszliśmy do wniosku, że są to nieznane nam zwierzęta, prócz konia, wprawdzie wiele mniejszego od zwykłego. Był to tak zwany mustang, czyli koń pustyni. Bydło pasące się, były to oswojone bawoły.

Dalej spostrzegliśmy inne zwierzęta, większe niż bawoły, pijące wodę jeziora. Rozłożyste ich rogi wskazywały, że mamy przed sobą olbrzymie jelenie amerykańskie. Dalej pasły się daniele, antylopy i inne do nich podobne stworzenia. Niektóre z nich przypominały swym wyglądem olbrzymie świnie lub barany, inne podobne były do lisów i psów. Wśród zwierząt uwijało się różnego rodzaju ptactwo.

Wreszcie ujrzeliśmy ludzi. Jeden z nich, Biały, wysoki i tęgi, wyglądał na właściciela osady, drugi, niski szczupły, był Murzynem; prowadził on pług zaprzężony w bawoły pokornie pracujące w jarzmie. Około kobiety siedzącej na progu spostrzegliśmy dwie dziewczynki i dwóch chłopców.

Zdziwienie nasze zwiększyło się, gdy ujrzeliśmy przed domem dwa wielkie, czarne niedźwiedzie. Nieco dalej spostrzegliśmy oswojone wilki pełniące role psów. Był to gatunek u Indian bardzo pospolity. Nie wzbudziły w nas one jednak takiego podziwu, jaki uczyniły inne zwierzęta łaszące się do kobiety siedzącej na progu domu. Okrągłe ich głowy, duże bystre oczy, białe podgardla i czerwono podpalane piersi dostatecznie wskazywały, że to były pantery.

Gatunek ten, nazywa się u przyrodników Felis concolor.