Noc po wschodzie słońca - Gaetano Callocchia - E-Book

Noc po wschodzie słońca E-Book

Gaetano Callocchia

0,0
2,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Historia Domenico toczy się dalej, młodego Abruzzese, który opuścił swoje rodzinne miasto (Aielli nella Marsica) na początku XX wieku, aby wyjechać i pracować za granicą, aby zapewnić sobie lepszą przyszłość, przynajmniej z ekonomicznego punktu widzenia. Franka Lloyda Wrighta. Następnie wraca do Włoch, aby poślubić swojego syna Erminię, piękną dziewczynę, w której zawsze był zakochany i która na niego czekała. Rodzą się dzieci, a gospodarczo sprawy nie układają się dobrze, więc podejmuje heroiczną decyzję powrotu do Ameryki. Najpierw pracował w Bayonne w stanie New Jersey, gdzie brał udział w budowie kościoła Saint-Henri. Następnie przeniósł się do Cumberland w stanie Maryland, gdzie pracował w cegielni w pobliskim Frostburgu. Domenico w wolnym czasie wciąż się interesuje i próbuje swoich sił we wzorach i stosunkach matematycznych, jego wielka „pasja”, która już wywołała zachwyt słynnego wówczas architekta Wrighta, nazywanego przez rząd amerykańskim, Called by rząd do służby w Camp Gordon, obozie rekrutacyjnym dla młodych Amerykanów ze wszystkich „wszystkich amerykańskich” stanów. Zmienia się kontekst, ale pasja życia i zaangażowanie w badania matematyczne mają na celu jedynie zaspokojenie osobistych przeczuć, znalezienie nieoczekiwanych, uporczywych rozwiązań. Zmieniają się zobowiązania, zmieniają się potrzeby i okoliczności, Domenico nie poddaje się, przez cierpienie i trudności dojrzewa swoje życiowe doświadczenia. Ma cel do osiągnięcia, więc pokonuje wyzwania, utwierdza się w przekonaniach: miłość do żony Erminii; szacunek dla jego słowa; wewnętrzna uczciwość człowieka poszukującego dobra.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2022

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



KOFON

Na okładce:

Mandala chromogeometryczna, opracowana

przez G. Callocchia, jako symboliczne

przedstawienie egzystencji ludzkiej

Tłumaczyła Urszula Kukuć

MARNA

ISBN 978-88-6670-154-5

© 2022 Wydawniczy VELAR

24020 Gorle (Bg)

www.velar.it

Wszelkie prawa do tłumaczenia

i powielanie tekstu i obrazów w jakikolwiek sposób

są zastrzeżone we wszystkich krajach

KSIĄŻKA

Ciąg dalszy historii Dominika, młodego Abruzczyka, który w pierwszych latach XX wieku zostawia swoją rodzinną wieś (Aielli w Ziemi Marsów) i wyjeżdża do pracy za granicę, by zapewnić sobie i rodzinie lepszą przyszłość, przynajmniej pod względem ekonomicznym. Udaje się najpierw do Prus, potem do Stanów Zjednoczonych, do Buffalo, gdzie pracuje przy realizacji jednego z pierwszych projektów wielkiego architekta Franka Lloyda Wright’a. Następnie wraca do Włoch, by ożenić się ze swoją Erminią, piękną dziewczyną, w której jest od dawna zakochany, a która została we wsi, obiecując, że będzie na niego czekała. Rodzą się dzieci, ale sytuacja pod względem ekonomicznym wcale nie jest dobra, toteż Dominik podejmuje heroiczną decyzję, by znowu pojechać do Ameryki.

Pracuje najpierw w Bayonne, w stanie New Jersey, gdzie bierze udział w budowie kościoła św. Henryka. Przenosi się potem do Cumberland w stanie Maryland, gdzie pracuje w cegielni w pobliskim miasteczku Frostburg. W czasie wolnym rozwija nadal swoje zainteresowania, zmagając się z formułami i odniesieniami matematycznymi, swoją wielką pasją, która wcześniej wzubudziła zdziwienie słynnego architekta Wright’a. Kiedy zostaje powołany do amerykańskiego wojska, służy w obozie Camp Gordon, miejscu nazwanym obozem “all American”, gdzie szkolą się rekruci z całych Stanów Zjednoczonych. Zmienia się kontekst, ale pozostaje w nim zawsze pasja życia. Jego poszukiwania matematyczne mają teraz na celu własną satysfakcję, którą daje znalezienie potwierdzenia osobistych intuicji, czy całkiem nieoczekiwanego rozwiązania problemu.

GAETANO CALLOCCHIA

Urodzony w Aielli (prowincja Aquila), ukończył architekturę na Uniwersytecie “Sapienza” w Rzymie z maksymalnymi ocenami. Wpisany do Związku Architektów, prowadzi studio w Rzymie.

Zajmuje się projektowaniem i kierowaniem pracami budowlanymi, w większości dużych obiektów: domów opieki, budowli kościelnych i mieszkalnych, hoteli, kompleksów szkolnych. Profesor na podyplomowych kursach formacyjnych na Wydziale Architektury w Rzymie i na kursach doskonalenia zawodowego. Doradca w Związku Architektów, w CNEC (Centrum Narodowe Ekonomów Wspólnot – przyp. tłum.), w FACI (Federacja Stowarzyszeń Kleru w Italii – przyp. tłumacza), a także członek Komitetu Techniczno-Naukowego Ministerstwa spraw Wewnętrznych Italii, nominowany przez Radę Narodową Architektów.

Wydał liczne monografie w zakresie zapobiegania pożarom i bezpieczeństwa pracy w wielu wydawnictwach: Nuova Italia Scientifica, Carrocci Editore, Il Sole 24 Ore, EPC, OCD, Editoriale Italiana.

Publikował artykuły w czasopismach: Insieme, L’Amico del Clero, Rivista dell’Ordine degli Architetti di Roma, Notiziario CNEC, Ecclesia (dział Spazio Convento).

Autor albumu “Jan Paweł II, Kwiecień 2005: wydarzenie medialne” (Edizioni OCD, 2006) oraz książki “Uwagi o zarządzaniu majątkiem kościelnych osób prawnych” (Editoriale 2000, 2012), oraz powieści “Intryga matematyczna w Buffalo” (Marna 2019) i “Kufer marzeń” (Marna 2021).

Otrzymał następujące nagrody i wyróżnienia: Guinnes World Records (2017), Nagroda “Dei Sign” - Diecezja Cuneo (2012), Dyplom Honoris Causa 110 cum laudum za Projekt odbudowy Kurii Generalnej Sióstr Córek Naszej Pani z Góry Kalwarii – Rzym 2002, Transmisja “Cervelloni” - pierwsza nagroda (1997), Nagroda Asyż dla odbudowy – Projekt zgłoszony (1994/1995).

Brał udział w wystawach: Wystawa “Architekci Artyści”, Casa di Architectura – Roma 2016, 2017, 2018; Wystawa “Projekt na Kościół” - Kościół – pomnik na cześć Jana Pawła II – Kraków, maj 2006, Rzym, październik 2006, Massa Carrara, grudzień 2006, Wystawa Wynalazków – Monitor 2020, Casa dell’Architettura – Rzym 2020.

Autor projektów domów zakonnych w Italii i za granicą (Kenia, Tanzania, Polska, Argentyna, Peru, Ekwador, Filipiny, Kamerun).

POCZĄTKU

Początek zawsze wynika z zasady

Caltan

POŚWIĘCENIE

Dedykuję ofiarom trzęsienia

ziemi z 13 stycznia 1915 roku

PODZIĘKOWANIA

Dziękuję wszystkim, którzy na co dzień towarzyszą mi w wędrówce życia.

W szczególności wyrażam wdzięczność:

Urszuli Kukuć, która towarzyszyła mi w redagowaniu powieści i poświęciła czas, by przetłumaczyć ją na język polski;

Bernardo Petit, który z entuzjazmem ofiarował się, by przepisać rękopis, zrobić korektę i przetłumaczyć tekst na język francuski;

Francesco Cagnizzi, który z cierpliwością podjął się tłumaczenia powieści na język angielski;

Dziękuję wszystkim przyjaciołom, którzy dodawali mi odwagi i ochoty, by napisać trzecią powieść.

NOC PO WSCHODZIE SŁOŃCA

Był 25 stycznia 1914 roku, kiedy po raz drugi w moim życiu znalazłem się na Elis Island. Prawdę mówiąc mogłem tu dotrzeć nieco wcześniej, gdyby nie to, że niesprzyjająca pogoda opóźniła nie tylko wyładunek statku, ale też całą podróż.

Opuściłem wieś i wszystkich moich bliskich 29 grudnia 1913 roku. Leżał śnieg, na stację odprowadzili mnie mój brat Giuseppe i wuj Venanzio ze swoim osłem, któremu przypadł w udziale zaszczyt i honor niesienia mojej walizki. Z pewnością nie była tak wielka jak kufer, który miałem ze sobą, gdy wróciłem, był to jednak zawsze spory ciężar, a zważywszy na to, że szliśmy po śniegu, można rzec, że liczył się podwójnie.

Walizka nie była aż tak ciężka i wypakowana, trochę ubrań, tyle co trzeba na podróż i na pierwsze dni po przyjeździe, miałem zamiar potem odnowić moją garderobę, jak tylko stanę dobrze na nogach w Ameryce i wezmę pierwszą wypłatę. Nie to, żebym potrzebował tak wiele, szumne wyrażenie “odnowić garderobę” znaczyło ni mniej, ni więcej jak dwie pary spodni, dwie koszule, jedna cieplejsza kurtka i jakaś lżejsza marynarka. Co się tyczy bielizny, miałem wszystko zrobione ręcznie z wełny z naszych owiec: ostrzyżonej, zgręplowanej, uprzędzionej i udzianej: majtki, kalesony, skarpety, cieńsza i grubsza podkoszulka.

Miałem ze sobą także szalik z czarnej wełny. Zrobiła go moja mama, nosiłem go więc bardzo chętnie, również kiedy nie było aż tak zimno towarzyszył mi, dając odzczuć matczyną czułość i jej opiekę – to pomagało mi bardzo. Do walizki moja żona włożyła cały asortyment darów Bożych, by zapewnić mi żywność, jeśli nie na całą podróż, to przynajmniej na większą jej część. Kiełbasy, ser, bochen chleba pokrojonego na kromki, orzechy włoskie, migdały, orzechy laskowe – już bez łupin, kasztany, suszone owoce sorbo, paloną ciecierzycę, trochę ciastek migdałowych (amaretti), trochę jabłek cytrynówek – tak, tak właśnie się nazywały, ale z cytrynami nie miały nic wspólnego, chyba że kolor, gdyż były żółtawe – no i oczywiście ciambelle, biszkopty długie i te krótkie. Od samego patrzenia na tak dobre rzeczy świeciły mi się oczy! Moja żona przygotowała również pakiecik ciastek migdałowych, może z kilogram, do zawiezienia razem z butelką likworu Millefiori, Camillo, synowi siostry szwagierki ciotki mojej mamy. Było w zwyczaju poprzez taki dar materialny okazywać uznanie, szacunek i rodzinne uczucia, zawożąc prezent krewnym czy przyjaciołom, którzy byli daleko: w naszej wsi tradycją było podarowywanie ciastek migdałowych “amaretti aiellesi” (jedynych w swoim rodzaju, wprost wyśmienitych) oraz butelki likworu Millefiori. Nigdy nie zrozumiałem dlaczego akurat butelkę tego właśnie likworu, tak było i już.

Camillo był w Ameryce już od kilku lat, w Bayonne, w stanie New Jersey, napisał do swoich krewnych, że jest tam praca dla cieśli, stolarzy, kamieniarzy i budowlańców przy budowie kościoła św. Henryka w Bayonne. Z początku nie zwróciłem większej uwagi na tę wiadomość, ale gdy już zdecydowałem się, że wyjadę znów do Ameryki, nie informując nawet kuzyna Izydora, napisałem do Camillo, że jestem gotowy do wyjazdu, tak więc proszę o wszystkie możliwe informacje, bym mógł załatwić potrzebne dokumenty. Mając takie informacje, było już łatwo kupić bilet i wystarać się o wizę.

Przybyliśmy na stację przed czasem, poszedłem więc pozdrowić kierownika stacji, który zdumiony, widząc mnie gotowego do drogi, zawołał: “A więc się wyjeżdża? No tak, tu jest niewiele powodów do zadowolenia, można uprawiać jedynie nędzę, dobrze robisz, Dominiku, jesteś jeszcze młody i w dobrym zdrowiu; życzę ci, żebyś mógł sprowadzić tam także twoją rodzinę, w ten sposób zapewnisz im przyszłość bez tylu cierpień. Z głebi serca życzę ci wszystkiego co najlepsze”. Byłem nieco zaskoczony słowami kierownika stacji, dodawał mi odwagi, by porzucić moją ziemię, moje uczucia, drogie mi osoby! Jego słowa z pewnością były szczere i uzasadnione, ale pozbawione zrozumienia doświadczenia tego, kto się oddala od swojej ziemi, od swojej ojczyzny.

Zostawić ukochaną żonę i trzy córki, zostawić ojca i matkę już w podeszłym wieku. Czy ich jeszcze zobaczę? Zostawić moich braci, mojego teścia i jego rodzinę, przyjaciół, znajomych – nie jest to znowu takie łatwe i tylko ten, kto tego doświadczył, może zrozumieć całą gorycz, samotność, dyskomfort, poczucie zagubienia! Kierownik stacji, mój brat i wuj Venanzio spotrzegli się, że coś mnie uderzyło: byłem rozproszony i ponury, lecz w momencie, gdy rozmowa miała się już potoczyć dalej, uslyszeliśmy nadjeżdżający pociąg, czemu towarzyszyły ogłuszające zgrzyty i kłęby pary. Pozdrowiłem kierownika stacji, uścisnąłem wuja Venanzio i mego brata Giuseppe. Szybko, ukrywając uczucia, wsiadłem do prawie pustego przedziału, wyglądając przez okno, pomachałem im jeszcze, po czym – przyjęty gościnne przez drewniane, sosnowe siedzenie – zwaliłem się na nie i zgięty wpół zapłakałem.

Patrzyłem zdumiony przez okno, wszystko uciekało szybko. Próbowałem nasycić wzrok, zatrzymując go na jakichś punktach, jakichś śladach, jakichś wspomnieniach: oto Magliano, a w oddali kościółek Santa Maria in Valle Porclaneta, wieś Mikołaja i Marii Rosy. Zacząłem myśleć o Mikołaju, nie widzieliśmy się więcej po naszej wycieczce do wodospadów Niagara. Wrócił? Ożenił się? Kto wie! Chciałbym spotkać go znowu, był naprawdę uprzejmy wobec mnie. Minęliśmy Magliano, oto Scurcola dei Marsi, miejscowość znana z powodu bitwy pomiędzy Karolem d’Angio a Konradem Szwedzkim na równinie Piani Palentini. Piękna. Cała zaśnieżona i jeszcze większa niż to sobie wyobrażałem. A oto i sanktuarium Matki Bożej Zwycięskiej, patronki Scurcoli z woli Karola d’Angio, który w 1268, po tym jak zwyciężył w bitwie Konrada Szwedzkiego, erygował w 1274 opactwo Matki Bożej Zwycięskiej, ubogacjąc go figurą Dziewicy Maryi. Dalej Tagliacozzo, miasto o bogatej historii, które Tomasz z Celano wybrał na swoje miejsce zamieszkania po śmierci św. Franciszka. Za Tagliacozzo, minąwszy Pietrasecca, widać Carsoli, następnie Tivoli i zaraz potem Wieczne Miasto! Ludzie, którzy wsiadali i zajmowali miejsca, nie zważali na już obecnych pasażerów, wszyscy jakby trochę zagubieni, zmarznięci, żadnego przyjaznego spojrzenia, żadnej poufałości. Mnie wszystko wydawało się nierzeczywiste, także śnieg, który przyczyniał się do spłaszczenia perspektywy zarówno na zewnątrz, jak i tej wewnętrznej.

Zanim dotraliśmy do stacji w Rzymie, wziąłem mój plecak – tak, miałem ze sobą oprócz walizki również plecak – był bardzo użyteczny, gdyż pozwalał mieć pod ręką nie tylko coś do jedzenia i picia, włożyłem też do niego Biblię podarowaną mi przez wuja Norante jeszcze w Prusach. Skorzystałem z okazji, by się trochę odświeżyć. Jak tylko dotarliśmy na stację w Rzymie o 14:28, wysiadłszy udałem się na poszukiwanie pociągu do Neapolu, jako że statek do Ameryki odpływał właśnie z portu w Neapolu. 30 grudnia o godzinie 18:48. Na dworcu w Rzymie panował nieopisany zgiełk i zamieszanie: każdy szukał swojego pociągu, nie wiedząc z jakiego peronu odjeżdża, wszyscy bez ustanku biegali tam i z powrotem, jak mrówki w mrowisku. Także ja brałem udział w tym ruchu, zajęło mi sporo czasu odszukanie mojego pociągu Rzym – Neapol, nr 4868, odjeżdżający o godzinie 22:28 z peronu 14; miałem dużo czasu do dyspozycji, znalazłem jakiś kąt, w którym mogłem usiąść, wziąłem do ręki Biblię, zacząłem czytać i dałem się pochłonąć historii człowieka.

Zważywszy na to, że statek odpływał 30 grudnia o godzinie 18:48, miałem więcej niż wystarczająco czasu, tak wynikało z informacji, które zdobyłem kiedy kupowałem bilet na pociąg i ten na statek. Wsiadłem do pociągu umieszczając walizkę i plecak tak, by były zawsze w zasiegu wzroku. Panowało totalne zamieszanie i ogłuszający zgiełk, nie dało się zrozumieć, kto odjeżdża, kto przyjechał, a kto zostaje. Cały czas miałem na oku moją walizkę, będąc pod wrażeniem opowieści znajomych osób, które w podróży zgubiły okrycie i bagaż. Nie tyle może zgubiły, co ktoś, w zamieszaniu, przywłaszczył sobie nie swoją walizkę, jasne było jedno: była ona nie do odzyskania. Na gwizdek kierownika pociągu, konduktorzy dali znak wszystkim odprowadzającym, żeby wysiedli. Z trudem dało się znaleźć trochę spokoju, po zamknięciu drzwi pociąg ruszył i zaczął szybko oddalać się od stacji. Sprawdziłem moją walizkę, była na swoim miejscu, więc z ulgą odetchnąłem!

Pociąg zatrzymywał się na nie wiem ilu stacjach, była już późna noc, od czasu do czasu zapadałem w drzemkę, by choć trochę odpocząć, ale byłem zawsze uważny i czuwający, podróż trawała prawie osiem godzin i o świcie znalazłem się w Neapolu. Rady, których mi udzielono i informacje, które uzyskałem dawały mi pewność, że – nawet jeśli będę jeszcze musiał przechodzić różne kontrole – mam wystarczająco dużo czasu, by wsiąść na statek. Kiedy dotarłem do portu, cały i zdrowy, z walizką i wszystkimi innymi rzeczami, zobaczyłem coś, co można by nazwać domem wariatów, bo nazwać to zamieszaniem to zbyt mało! Gigantyczny statek stał już w oczekiwaniu na pasażerów, nidgy dotąd nie widziałam aż tak ogromnego statku; nazywał się też dziwacznie “Strampalia”, przynajmniej tak mi się wydawało, przeczytałem dokładniej i okazało się, że nazwa brzmi “Stampalia”, dla mnie jednak niewiele to zmieniało: cóż by to miało znaczyć? Komu przyszła do głowy tak dziwaczna nazwa? Ba! Przepychajac się przez tłum, pomiędzy kuksańcami i przekleństwami, zbliżyłem się do punktu kontroli, pokazałem dokumenty podróżne, podpisałem kwity w ciemno, były napisane tak małym drukiem, że upłynąłby wiek, nimbym zdołał zrozumieć, co w nich było. Później się dowiedziałem, że były tam moje personalia, oświadczenie o zdrowiu i mocnej budowie fizycznej, informacje o podróży, o polityce, powód wyjazdu i tym podobne. Po przejściu kontroli i otrzymaniu kwitu pozwalającego wejść na pokład, ustawiłem się w kolejce, by dotrzeć do trapów prowadzących na pokład.

Wsiadałem już na statek w Bremie i w Nowym Jorku, ale takiego zamieszania i wrzasku nigdy wcześniej nie doświadczyłem! Nie będę tu opowiadał wszystkich szczegółów, mogę tylko powiedzieć, że w pewnym momencie, dwie osoby pobiły się na pięści zupełnie bez powodu i tylko szybka interwencja porządkowych zapobiegła przerodzeniu się tego konfliktu w prawdziwą wojnę. Dotarłszy do kabiny trzeciej klasy, którą mi przydzielono, z zaskoczeniem stwierdziłem, że jest w niej już trzech innych pasażerów, którzy wsiedli na statek w Genui, jako że statek nie odpływał z Neapolu, lecz jego trasa rozpoczynała się w Genui, był też w planie krótki postój w Palermo, a potem już bezpośrednio płynął do Nowego Jorku. Przedstawiłem się, mówiąc: “Jestem Domenico P., jestem z Aielli w Ziemi Marsów, w Abruzji, we Włoszech!” Także pozostali się przedstawili się po kolei, mówiąc: “Jestem Antonio, także jestem Włochem, pochodzę z Pasquaro, Rivarolo w Piemoncie! Miło mi cię poznać!” A następny: “Mam na imię Arduino, jestem z Pombii w Piemoncie, we Włoszech. Witaj!” I jeszcze: Jestem Adriano, także ja jestem Piemontczykiem, pochodzę z Ivrei. Miło mi cię poznać!”

Umieściłem dobrze walizkę i plecak, i zająłem miejsce. Kabina była mała, trochę ciasna, ale miała iluminator, tak więc – jeśli już nie było z tego innego pożytku, to przynajmniej wpadało tu trochę światła. Potrzeba było dużo czasu, nim statek - ten ogromny “wieloryb” - napełnił swój brzuch, ale wreszcie nadszedł tak bardzo oczekiwany moment odpłynięcia od brzegu. Głośny ryk syreny, powtórzony chyba ze trzy razy, dał sygnał do odpłynięcia: uczyniłem znak krzyża, odmówiłem króktą modlitwę, polecając podróż Opatrzności Bożej. Kolejny raz ogarnęła mnie ogromna tęsknota za moją rodziną, moją żoną, moimi trzema córeczkami, takimi malutkimi jeszcze, takimi bezbronnymi! Powstrzymałem łzy, decyzja o wyjeździe była dobrze przemyślana, razem z żoną rozważyliśmy wszystko i wspólnie zdecydowaliśmy, że może będzie lepiej teraz jeszcze zacisnąć pasa, by później lepiej się zagospodarować i patrzeć spokojniej w przyszłość naszą i naszych dzieci. Z tych myśli wyrwał mnie zgiełk czyniony przez moich towarzyszy podróży, zacząłem się im przysłuchiwać z większą uwagą, zwłaszcza, że niektóre słowa były dla mnie niezrozumiałe; dialekt piemonteski, tak jak i inne języki, którymi mówiono na terenie Włoch, miał swoje akcenty i wyrażenia nie zawsze zrozumiałe dla innych. W moim włoskim marsykańskim, aielleńskim, zwróciłem się do nich, prosząc o informacje o statku, o podróży, o ich celu, do którego chcieli dotrzeć. Najchętniejszy do rozmowy okazał się Antonio, który ze spokojem, poprawiając czapkę na głowie, powiedział: “Statek ten, noszący dziwaczne imię <Stampalia>, to statek włoski, zbudowany w stoczni w Spezii w Ligurii, o tonażu równym 9.000 ton...” Przerwałem mu pytaniem: “Przepraszam, Antonio, ale co to jest tonaż?” “Tonaż” odpowiedział “to objętość wewnętrzna statku, to znaczy jego zdolność ładunkowa, licząc około 2,8 metra sześciennego na tonę.” Od razu przyszło mi na myśl, by policzyć całkowitą objętość statku, mając jako podstawę tonaż równy 9.000 ton, tak więc sprecyzowałem: “Statek ma więc objętość 25.200 metrów sześciennych.” “Dominiku, nie zajmowałem się obliczeniami, przytoczyłem tylko informacje, jakie wyczytałem na tablicy wiszącej na korytarzu w pobliżu mostka kapitańskiego. Muszę jednak przynać, że jesteś szybki w matematyce!” “O tak, to moja pasja” odpowiedziałem, “ale kontynuuj, proszę.” “Ten statek ma długość 145 metrów, a szerokość 17 metrów, ma dwa silniki parowe o podwójnych turbinach oraz dwa kominy, może osiągnąć prędkość maksymalną, jeśli nie jest załadowany do pełna i przy sprzyjającym wietrze, 16 węzłów na godzinę.” “Przepraszam raz jeszcze, Antonio,” znowu musiałem mu przerwać, “co to są węzły? Co to znaczy prędkość 16 węzłów na godzinę? Pytam, bo bardzo mnie to ciekawi, odpowiedz mi, jeśli to wiesz.” “Mówiąc prawdę, nie umiem ci odpowiedzieć!” powiedział, a w tym momencie – choć wydawał się rozproszony i niezainteresowany naszą rozmową – włączył się Adriano, mówiąc: “Prędkość statku mierzy się w węzłach równych jednej mili morskiej na godzinę. Słowo węzeł pochodzi ze starożytnego systemu używanego do mierzenia prędkości statków.” Zrozumiałem, że była to jednostka miary, ale nie potrafiłem jeszcze powiedzieć, jaka byłaby prędkość statku liczona w kilometrach. Zwróciłem się więc do Adriana – trochę niezręcznie, a trochę z podziwem, jak to się zdarza nam “chłopom”, kiedy zwracamy się do kogoś, kto wydaje nam się trochę “panem”, bardziej wykształconym, i zapytałem: “Wybacz, Adriano, ale mila morska ile liczy kilometrów?” “Dominiku, prawdę mówiąc nie wiem tak dokładnie. Powinno być coś pomiedzy 1,5 a 1,9 kilometra na godzinę.” Problem rozwiązał Arduino, precyzując szorstkim głosem, że mila morska odpowiada 1,853 kilometra na godzinę. Pomyślałem sobie, że we czterech razem możemy być wzięci za jednego kształconego Włocha! Antonio szybko zabrał znowu głos, przedstawiając inne dane o statku, które były w jego posiadaniu: “Statek ten może przewozić 2.500 pasażerów, z tego sto w pierwszej klasie, a resztę w trzeciej klasie, tej naszej. Jego trasa to: Genua – Neapol - Palermo – Nowy Jork.” “Ach, 2.500 pasażerów, przewozi tak wielu ludzi! Tylu, co mieszkańcy mojej wsi i jeszcze trochę ludzi z Cerchio! Dziękuję za wszystkie te informacje, Antonio. Tak więc zatrzymujemy się jeszcze w Palermo” powiedziałem. “No tak” dopowiedział Arduino “załadujemy jeszcze trochę Sycylijczyków i może także Kalabryjczyków.” “Miejmy nadzieję, że tych lepszych” dodał Adriano z arogancką miną, pewny, że inni zrozumieją jego aluzję.

W ciszy, która zapadła oddałem się obliczeniom. Wyszło mi, że każdy pasażer ma do dyspozycji 10 metrów sześciennych powietrza, ale było to obliczenie czysto teoretyczne, ponieważ w całkowitej objętości wewnętrznej statku, która jest podstawą jego tonażu, brane są pod uwagę również korytarze, przestrzenie wspólne i cała reszta przestrzeni potrzebna do nawigacji, tak więc kabina dla czterech osób miała jedynie 12 metrów sześciennych, co dawało 3 metry sześcienne na pasażera. To nie było wiele, zważywszy na warunki podróży, zaniedbania w higienie i nie tylko. Ale trzecia klasa taka jest.

Próbowałem potem policzyć dni potrzebne, by dotrzeć do Nowego Jorku, biorąc za punkt wyjściowy prędkość 14 węzłów na godzinę. Ale jak mogłem policzyć czas, jeśli nie miałem potrzebnych danych? Brakowało mi znajomości odległości Neapol – Palermo, a także Palermo – Nowy Jork. Czułbym się niezręcznie znowu zadając pytania, a zresztą kogo by tu zapytać? Zdobyłem się jednak na odwagę i bez zwracania się do kogoś w szczególności, rzuciłem pytaniem: “Wybaczcie, ale czy odległość z Neapolu do Palermo wynosi mniej więcej 350 kilometrów? A Z Palermo do Nowego Joruku około 7.000 kilometrów?” Zapadła krótka cisza, po czym dał się słyszeć głos Arduino: Neapol – Palermo to około 300 kilometrów, a Palermo – Nowy Jork to 7.000 kilometrów.” “Dziękuję, Arduino” odpowiedziałem, ale Arduino jeszcze nie skończył: “Za przeproszeniem, Dominiku, ale po co chcesz znać te odległości? Czas potrzebny na ich przebycie nie zależy tylko od długości trasy, jest wiele innych komponentów, od których zależy, czy podróż będzie dłuższa czy krótsza. Weług mego doświadczenia, mogę ci powiedzieć, że z Genui do Nowego Jorku, przez Neapol i Palermo, możemy dopłynąć w 20 do 25 dni. Tak więc daj sobie spokój, jak dobrze pójdzie, to pomiędzy 18 a 20 stycznia możemy być w Nowym Jorku!” “Dzięki, Arduino, z tego, co mówisz, wnioskuję, że nie pierwszy raz płyniesz tą trasą.” “Tak właśnie jest, Dominiku.” Powróciłem do moich obliczeń, dla własnej satysfakcji, bardziej niż dla innych powodów. Mogłem zweryfikować dane licząc czas, którego statek powinien potrzebować, by dotrzeć do Palermo: z prędkością 25 kilometrów na godzinę, by pokonać 300 kilometrów, będzie potrzebował około 12 godzin. Tak więc około południa 31 grudnia powinniśmy dotrzeć do Palermo. Zapadła noc, a potem przyszedł dzień. Na zewnątrz padało i było zimno. Morze było wzburzone, statek posuwał się do przodu powoli, kołysząc się na falach tak, że budziło to strach. Minęło południe, a my nie byliśmy w Palermo. Czy pomyliłem się w moich obliczeniach? A może miał rację Arduino? Statek pewnie miał jakieś problemy?

Dotarliśmy do Palermo dobrze po 16.00 i ze zdumieniem zobaczyliśmy, że na molo było mało ludzi, a i ci obecni nie wydawali się czekać na statek. Jak tylko przycumowaliśmy, ogłoszono nam, że statek miał problemy techniczne i musi zostać poddany naprawie, zanim odpłyniemy dalej. Przewidywano na to około dwóch dni, tak więc proszono, byśmy pozostali na statku i zachowali spokój, wypełniając instrukcje personelu. Z pewnością nie było to nic przyjemnego, taka awaria i tak długie spóźnienie, ale cóż można było na to poradzić? Nie pozostało nam nic innego, jak pogodzić się z sytuacją i cierpliwie czekać na moment odpłynięcia. Przyszedł on dopiero 4 stycznia, po tym jak dosiadło się jeszcze 500-600 osób, odpłynęliśmy z nadzieją, że do celu dotrzemy cali i zdrowi.

Podróż była bardzo trudna, zaczynając od postoju w Palermo, spotkaliśmy wszystkie możliwe przeszkody. Wzburzone morze z wysokimi falami, wymiotujący ludzie, smród, który uniemożliwiał oddychanie. Wielu pasażerów zachorowało na odrę, wielu miało biegunkę. Przez wiele dni ludzie siedzieli pokotem na podłodze, bo nie dało się ustać na nogach z powodu silnego kołysania statku. Płacz, lamenty i przekleństwa dały się słyszeć z każdej strony. Były jednak i dobre chwile; pamiętam szczególnie 11 stycznia, kiedy to kilka kobiet urodziło i urządzono wielkie święto, także by zmniejszyć napięcie, jakie nam towarzyszyło. I jeszcze jeden dzień, po burzy – nie aż takiej strasznej, prawdę mówiąc – ukazała się tęcza, co bardzo nas pocieszyło: widok tęczy nad morzem rozbudził entuzjazm i wlał nadzieję do serc nas wszystkich. W niektóre dni obsługa statku organizowała nawet zabawy taneczne, w których można było uczestniczyć według kolejki. Pamiętam również, że może z dziesięć par wzięło ślub. Szczególnie mocno utkwiło mi w pamięci święto urządzone po ślubie Lucy i Salvatore, pary bardzo szczególnej pod każdym względem, zdecydownie poza wszelkim porównaniem.

Wreszcie, po wielu dniach nawigacji - mówiąc prawdę nie liczyłem już ich nawet – dotarliśmy do portu. Powinien to być port w Nowym Jorku, jednak okazało się, że mamy jeszcze jeden przystanek: było to port w pobliżu Narrows, używany do wysadzenia na brzeg pasażerów zarażonych cholerą, którzy musieli odbyć kwarantannę. Przewożono ich potem na Hofman Island i Swiburne Island. Odpłynęliśmy stamtąd i niedługo potem dobiliśmy do brzegu na Manhatanie: była gęsta mgła, więc byliśmy zmuszeni pozostać na statku. Jeszcze jeden przymusowy przystanek. Dopiero 25 stycznia mgła zaczęła się przerzedzać, na horyzoncie wyłoniła się z niej górna część Statuy Wolności. Był to widok naprawdę sugestywny i emocjonujący. Byłem znowu w Ameryce! Tak, właśnie tak. W Ameryce, w tej ziemi obiecanej. Byłem tu by pracować i móc dać mojej rodzinie lepszą przyszłość, by móc mieć nadzieję na szczęście.

Kazano nam wysiadać ze statku w określonym porządku i przechodzić w pobliże portu, gdzie czekały barki mające nas przewieźć na pobliską Elis Island. Byliśmy jednak tłumem zdezorientowanych i zmęczonych osób (pasażerowie chyba z pięciu statków, które od kilku dni czekały na możliwość wyładowania), więc z trudem docieraliśmy do wskazanego punktu. Obsługa i porządkowi od razu okazali się mało życzliwi: popychanie, przeklinanie, krzyki i tak dalej, aby nas upokorzyć, ośmieszyć, znieważyć. Tak, to prawda, że byliśmy jak stado, że byliśmy brudni i śmierdzący, ale zawsze byliśmy jeszcze osobami, istotami ludzkimi, które zasługiwały na szacunek. Tak, przyjechaliśmy tam, by zarobić, ale byliśmy potrzebni do wykonywania najbardziej poniżających prac, koniecznych jednak, by Ameryka mogła stawać się wielka. Chlubiliśmy się tym, że jesteśmy ludźmi pracy i obywatelami świata.

Kiedy dotarliśmy do Elis Island wszystko wydało mi się inne i rzeczywiście było inne. Minęło 10 lat odkąd przybyłem tu po raz pierwszy; wyspa została poszerzona, przybyło wiele nowych konstrukcji. Wszystko zostało zorganizowane tak, by można było przyjąć te miriady imigrantów, które codziennie przybywały do Ameryki, gotowych na każde poświęcenie, by zapłacić należny okup za przyszłe szczęście i dobrobyt.

Skierowano nas do budynków, gdzie odbywała się wstępna kontrola, która okazała się być bardzo surowa. Przypomniałem sobie, jak dziesięć lat temu przybyłem tu po raz pierwszy, płynąc na statku z Prus. Kontrola i przyjęcie nas było o wiele bardziej przyjazne, przyjęto nas z większym szacunkiem. Z pewnością traktowano obywateli Prus inaczej niż obywateli Włoch. Nam nie przysługiwało miano obywateli. Obywatelami byli ci z Prus, my byliśmy tylko stadem, zbiorem jednostek nie zasługujących na nazwę “ludzie”, godnych jedynie pogardy. Świadomość, że znajdujemy się w obcej ziemi, przyjęci bez serdeczności, bez szacunku, bez jakichkolwiek praw; opuszczeni przez kraj, który nie broni swoich synów, nie wymaga szacunku dla nich i nie stara się zapewnić im akceptowalnych warunków, gwarantujących poszanowanie godności istot ludzkich, to bardzo gorzka świadomość, która pozostawia ranę w sercu.

W ścisłym porządku dotarliśmy do wielkiego budynku, był naprawdę ogromny, miał salę mogącą pomieścić tak wiele osób, że można było się zgubić. Było w niej wiele stanowisk, z których każde obsługiwało dwóch inspektorów. Służby porządkowe sprawdzały i kierowały każdego do odpowiedniego stanowiska. Kontrola, której zostaliśmy poddani, dotyczyła zarówno stanu zdrowia fizycznego, jak i umysłowego. Chodzenie z zamkniętymi oczami, stanie na jednej nodze, podnoszenie ciężarów najpierw jedną ręką, a potem drugą, obracanie się wokół własnej osi dwa czy trzy razy z zamkniętymi oczami, sprawdzanie stanu uzębienia, kontrola oczu z wywracaniem powiek, sprawdzanie wzroku i słuchu. Na zakończenie inspektorzy pisali na plecach znak odpowiadający wynikowi kontroli:

B – z powrotem H – serce

FT – stopy P - płuca

PG – ciąża X – zaburzenie umysłowe.

Kontrola, biorąc pod uwagę czas oczekiwania i ten potrzebny na dokonanie weryfikacji, trwała nie mniej niż siedem godzin. Po zakończeniu badania medycznego, jako że nie zostałem oznaczony na plecach żadnym symbolem, co czyniło mnie zdatnym, mogłem przejść do sali rejestracji. W międzyczasie zrobiło się już ciemno. Na Elis Island zorganizowano również dormitoria, w których mogliśmy przeczekać noc, oczekując na dalszą kontrolę. Z pewnością nie były to pokoje hotelowe, ale porównując warunki do tych w kabinie na statku, było tu czyściej i zdrowiej. Przebyłem noc na posłaniu zrobionym z worka jutowego napełnionego słomą, używając plecaka jako poduszki, trzymając walizkę blisko siebie tak, że służyła również jako ochrona. Rankiem, trzeba powiedzieć raczej wczesnym rankiem, rozpoczęły się ponownie kontrole, inspekcje i deklaracje. Udałem się więc znowu do sali rejestracji i po wielu godzinach oczekiwania przyszła wreszcie moja kolej. Inspektorzy jeden po drugim zadawali mi niezliczone pytania:

imię i nazwisko Domenico P.

miejsce i data urodzenia Aielli/Włochy, 21.03.1886

stan cywilny żonaty

gdzie się zatrzymasz Bayonne

środki finansowe posiadam

ile 680 lirów

zawód cieśla

karany nie

masz już pracę nie

umiesz czytać i pisać tak

znasz angielski tak

ostatnie miejsce zamieszkania Aielli, Włochy

imię i adres krewnego Camillo,

17 West, 31 str. Bayonne

miejsce docelowe Bayonne

posiadasz już bilet

do miejsca docelowego nie

kto zapłacił za podróż ja sam

dokładna kwota posiadana 680 lirów

byleś już w