Na własne oczy - Linwood Barclay - E-Book

Na własne oczy E-Book

Linwood Barclay

0,0

Beschreibung

Cierpiący na schizofrenię Thomas Kilbride uważa swój pokój za bezpieczną twierdzę, której stara się nigdy nie opuszczać. Jego obsesją jest analizowanie map. Za pomocą programu Whirl360 Thomas może podróżować po całym świecie, nie wychodząc z pokoju. Ogląda ulicę po ulicy, zapamiętując najdrobniejsze szczegóły, zapisując w pamięci poszczególne budynki oraz twarze ludzi uchwycone na ekranie komputera. Pewnego dnia, zwiedzając jedną z ulic w centrum Nowego Jorku, Thomas dostrzega w oknie mijanego domu przerażającą scenę. Podejrzewa, że jest świadkiem brutalnego morderstwa. Postanawia zwierzyć się swojemu bratu, Rayowi, który jest jego opiekunem, łącznikiem z zewnętrznym światem i powiernikiem zawiłych i coraz bardziej niewiarygodnych teorii. Ray traktuje te zwierzenia z przymrużeniem oka, decyduje się jednak przeprowadzić pobieżne śledztwo, aby uspokoić brata. Wkrótce zdaje sobie sprawę, że wraz z Thomasem zostali wplątani w śmiertelną intrygę. Co gorsza, znaleźli się na celowniku…

Sie lesen das E-Book in den Legimi-Apps auf:

Android
iOS
von Legimi
zertifizierten E-Readern
Kindle™-E-Readern
(für ausgewählte Pakete)

Seitenzahl: 553

Das E-Book (TTS) können Sie hören im Abo „Legimi Premium” in Legimi-Apps auf:

Android
iOS
Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Na własne oczy

Na własne oczy

© Linwood Barclay 2012

© Copyright to the Polish Edition: Jentas ehf 2021

Tytuł oryginału: Trust Your Eyes

ISBN: 978-9979-64-336-4

PROLOG

To, że akurat tego dnia skręcił w Orchard Street i zobaczył owo nieszczęsne okno było czystym przypadkiem. Przecież równie dobrze mógł się tam znaleźć tydzień, miesiąc, czy nawet rok później; a jednak nie, udał się tam właśnie tego dnia.

Oczywiście, prędzej czy później i tak by tam zawędrował — w końcu zawsze, gdy odwiedzał nowe miasto, musiał zobaczyć każdy jego zakątek. Na początku ustalał bardzo skrupulatny plan: przejść całą ulicę od początku do końca, wrócić równoległą, skręcić w następną — przypominało to chodzenie po alejkach w supermarkecie — lecz wkrótce dochodził do skrzyżowania, gdzie coś przykuwało jego uwagę i wszystkie dobre zamiary brały w łeb.

Tak też się stało, gdy dotarł do Manhattanu; mimo że z miast, jakie do tej pory odwiedził, Nowy Jork najbardziej nadawał się do odkrywania w sposób usystematyzowany; przynajmniej w przypadku kwartałów na północ od Czternastej Ulicy, gdzie wszystkie szlaki komunikacyjne układały się w idealną kratę. Co prawda na południe od Czternastej, w West Village, Greenwich Village, SoHo czy Chinatown panował chaos, ale to go szczególnie nie martwiło; z pewnością nie było tam gorzej niż w Londynie, Rzymie, Paryżu, czy nawet w bostońskim North Endzie, a przecież uwielbiał odwiedzać te miejsca.

Swój spacer po Manhattanie rozpoczął od ulic Spring i Mulberry; dalej skręcił na południe w Grand, potem na zachód w Crosby, z powrotem na północ w Prince, stamtąd na wschód w Elizabeth, na południe w Kenmare, na wschód w Delancey, aż wreszcie dotarł do skrzyżowania z Orchard Street i wtedy, zauroczony jej pięknem, skręcił w prawo.

Przy ulicy nie było ogrodów, fontann, ani trotuarów obsadzonych okazałymi drzewami; nie przypominała ona też Vaci utca w Budapeszcie, Champs-Elysees w Paryżu, ani Lombard Street w San Francisco, lecz mimo wszystko wyczuwało się jej wyjątkowy charakter i bogatą historię. Była to wąska, jednokierunkowa przecznica, pamiętająca niejedno wydarzenie w dziejach miasta. Po obu stronach wznosiły się niskie, w większości najwyżej pięciopiętrowe kamienice z drugiej połowy XIX wieku, nawiązujące zgodnie z duchem epoki do stylu włoskiego. Do ceglanych fasad z motywami roślinnymi, łukowymi oknami i kamiennymi nadprożami przylegały wąskie schody pożarowe, zaś na parterze mieściły się wszelkiego rodzaju lokale, od przytulnych kawiarenek do markowych sklepów z odzieżą. Były tam też zakłady o wieloletniej tradycji, takie jak salon fryzjerski, galeria sztuki i sklep z walizkami. Niektóre okna wystawowe zakrywały metalowe żaluzje, co oznaczało, że zakończył się już dzień pracy.

Szedł środkiem ulicy, niespecjalnie przejmując się samochodami. Stąd miał najlepszy widok na otaczające go budynki; samochody nie stanowiły dla niego żadnego problemu. Mógł patrzeć przed siebie i na boki, mógł też w każdej chwili spojrzeć wstecz, by w ten sposób poznać i zapamiętać każdy szczegół, a jeśli trzeba, wykonać szybki ruch.

Najbardziej interesowała go architektura miejska — układ budynków i infrastruktura; na napotkanych zaś ludzi nie zwracał szczególnej uwagi. Nie miał ochoty na rozmowy; po cóżniby miałby rozmawiać z jakąś młodą rudowłosą nieznajomą, która akurat stała na rogu i paliła papierosa. Nie dbał o to, co takiego chciała wyrazić swoim ubiorem, składającym się ze skórzanej kurtki, krótkiej spódnicy i prawdopodobnie celowo podartych czarnych rajstop; nie miał też zamiaru pytać wysportowanej kobiety w czarnej czapce baseballowej, która właśnie mijała go przechodząc na drugą stronę ulicy, jak jej zdaniem poradzą sobie w tym roku Jankesi. Baseball w ogóle go nie interesował. Nie interesowało go również dlaczego kilkanaście osób z przewodnikami w kieszeniach słucha stojącej w środku grupy kobiety; pewnie była kimś w rodzaju pilota wycieczki i tyle.

Gdy dotarł do Broome Street jego uwagę przykuła restauracja na południowo-wschodnim rogu ulicy. Wyglądała zachęcająco. Na chodniku przed lokalem stały białe stoliki z żółtymi, plastikowymi krzesłami, ale nikt przy nich nie siedział. „Wejdź i ogrzej się”, głosił napis na oknie przy wejściu. Podszedł bliżej i spojrzał przez szybę. W środku ludzie popijali kawę, pracowali na laptopach, czytali gazety.

W restauracyjnym oknie odbijał się samochód, który widział już wcześniej, nie raz, nie dwa, podczas swoich podróży. Niczym nie wyróżniający się sedan, Honda Civic czy coś w tym rodzaju, z aparaturą na dachu. Gdyby nie wiedział skąd się wziął, pomyślałby, że ktoś go śledzi. W każdym razie nie miał ochoty dłużej zaprzątać sobie nim głowy; wołał popatrzeć jeszcze przez chwilę na gości w restauracji.

Żałował, że nie może wejść do środka i napić się cafe latte albo cappuccino; niemal czuł zapach kawy, ale wiedział, że musi iść dalej; przecież miał przed sobą spory kawał świata, a czasu zostało niewiele. Nazajutrz zamierzał udać się do Montrealu, a jeśli udałoby mu się przejść wystarczający obszar miasta, to kto wie, może pojutrze mógłby wyruszyć do Madrytu.

A jednak wiedział, że zapamięta to miejsce: napis na oknie, stoliki i krzesła na zewnątrz, podobnie zresztą jak inne lokale przy Orchard Street i wąskie przejścia między budynkami. Zapamięta również wszystko, co widział przy okolicznych ulicach: Spring, Mulberry, Grand, Crosby, Prince, Elizabeth, Kenmare i Delancey.

Wszystko, bez wyjątku.

Nagle, w odległości około jednej trzeciej kwartału od skrzyżowania z Broom Street spojrzał w górę.

I to był prawdziwy zbieg okoliczności. Sam fakt, że skręcił w Orchard Street nie stanowił dużego odstępstwa od jego zwyczajów. W końcu zazwyczaj lustrował lokale, czytał napisy w oknach wystawowych, zapamiętywał numery domów, nieraz też przyglądał się kawiarnianym bywalcom. Jednak nie zawsze spoglądał w górę budynków, powyżej pierwszego piętra. Czasami zapominał o tym, czasami nie miał czasu. Równie dobrze mógł przejść całą ulicę i w ogóle nie zauważyć rzeczonego okna; właśnie w tej, a nie innej kamienicy czynszowej.

A jeśli to, co się zdarzyło nie było zwykłym przypadkiem, tylko osobliwym rodzajem sprawdzianu? On sam wiedział, że sobie poradzi, że jest gotowy, ale ci, którzy chcieli wykorzystać jego talenty z pewnością potrzebowali na to przekonujących dowodów przed podjęciem współpracy.

Otwierane do góry okno znajdowało się na drugim piętrze, nad kioskiem z gazetami i papierosami — znów ten sam samochód odbity w szybie — oraz sklepem z apaszkami. Połowę dolnej części okna przesłaniał klimatyzator. Jego uwagę natomiast przykuło coś białego, tuż nad klimatyzatorem.

Na pierwszy rzut oka przypominało to styropianową głowę, jaką można zobaczyć w domu handlowym lub salonie fryzjerskim. Dziwne, że ktoś stawia coś takiego w oknie swojego mieszkania, pomyślał. Łysa głowa bez wyrazu, trzymająca straż nad Orchard Street. Doszedł do wniosku, że w mieszkalnych oknach Nowego Jorku można znaleźć absolutnie wszystko. Na miejscu właściciela dołożyłby przynajmniej okulary słoneczne, które nadałyby głowie jakiejś osobowości; może odrobiny ekscentryzmu. Choć z drugiej strony musiał przyznać, że ludzie raczej nie uważali go za ekscentryka.

Jednak im dłużej się przyglądał, tym mniej był pewien, że widzi styropianową głowę. Jej powierzchnia wydawała się bardziej połyskująca, a nawet śliska. Wyglądała raczej, jakby była zrobiona z miękkiego tworzywa, takiego, jakie wykorzystuje się na reklamówki w sklepie spożywczym czy matowe pokrowce na ubrania z pralni chemicznej.

Zmrużył oczy, wytężając wzrok.

Biały, niemal okrągły przedmiot w oknie w dalszym ciągu przypominał kształtem głowę. Pod plastikową powłoką dało się zauważyć coś na kształt nosa, czoła i podbródka, a nawet otwartych ust, jakby ktoś z wielkim trudem łapał oddech.

Albo głośno krzyczał.

Nie była to raczej biała pończocha nałożona na czyjąś głowę; połysk materiału wskazywał na inny rodzaj tworzywa.

Kto byłby na tyle niemądry, by nałożyć sobie plastikową reklamówkę na głowę? W ten sposób można się łatwo udusić.

Ten ktoś musiałby mocno naciągać reklamówkę z tyłu głowy, w przeciwnym razie nie uwydatniłyby się kontury twarzy. A jednak nie widać było ani rąk, ani ramion.

A może...

O, nie, tylko nie to.

Czy stał się świadkiem morderstwa? Czy ktoś właśnie nakładał reklamówkę na głowę ofiary, chcąc ją udusić, odciąć dopływ tlenu? Czy widział zarys szeroko otwartych ust, rozpaczliwie łapiących tlen?

Kim była ofiara? Mężczyzną? Kobietą? Kim był morderca?

Raptem przypomniał mu się chłopak w oknie; w innym oknie, wiele lat temu.

Jednak tym razem był pewien, że widzi dorosłą osobę, której życie właśnie dobiegało końca.

Tak to właśnie wyglądało.

Poczuł, że serce zabiło mu mocniej. Widział już wiele podczas swoich podróży; rzeczy, które nie powinny były się zdarzyć.

Jednak nigdy wcześniej nie był świadkiem morderstwa. Tak, morderstwa. Teraz już był tego pewien.

Nie krzyknął, nie sięgnął po komórkę, by zadzwonić po policję, nie poprosił nikogo o pomoc, nie wbiegł po schodach na drugie piętro budynku, by przerwać rozgrywający się tam dramat.

Zamiast tego, po prostu, nieśmiało wyciągnął rękę, jakby w nadziei, że uda mu się dotknąć twarzy ofiary z drugiego piętra; poczuć pod palcami materiał owinięty wokół jej lub jego twarzy—

Puk, puk.

Może wtedy udałoby mu się lepiej ocenić sytuację —

Puk, puk.

DWA TYGODNIE WCZEŚNIEJ

Był do tego stopnia pochłonięty tym, co działo się w oknie, że początkowo nie zauważył, że ktoś dobija się do drzwi.

Zdjął rękę z myszki i okręcił się na wyściełanym krześle obrotowym.

— Tak?

Drzwi uchyliły się.

— Thomas, rusz tyłek i chodź jeść — krzyknął ktoś z korytarza.

— Co dziś na kolację? — zapytał

— Hamburgery z grilla.

— Okej — odparł obojętnie młody mężczyzna siedzący przed komputerem.

Następnie ponownie okręcił się na krześle, by jeszcze raz spojrzeć na unieruchomiony obraz okna na przesadnie dużym ekranie komputera. Upiorny widok.

Czy widział to jeszcze ktoś? Czy ktokolwiek oprócz niego spojrzał w górę?

Chłopaka w oknie nikt nie widział. Nikt nie spojrzał w górę. Nikt mu nie pomógł.

Mężczyzna zostawił obraz okna na ekranie komputera, by móc do niego powrócić po kolacji... i postanowić co robić dalej.

1

— Wejoź, Ray.

Harry Peyton uścisnął moją dłoń, po czym zaprosił mnie do kancelarii, pokazując bym usiadł na czerwonym, skórzanym krześle naprzeciwko swojego biurka. Miał mniej więcej tyle samo lat co mój ojciec, choć wyglądał dużo młodziej. Był szczupły, słusznego wzrostu i łysy jak kolano. Brak włosów nieraz postarza mężczyzn, ale ta reguła z pewnością nie dotyczyła Harry’ego — wysportowanego maratończyka w drogim garniturze, który leżał na nim jak druga skóra. Na biurku panował idealny porządek — nic poza ekranem komputera, klawiaturą, jednym z najnowszych modeli smartfonu oraz pojedynczym plikiem dokumentów. Reszta biurka była zupełnie pusta, niczym płótno przed pierwszym pociągnięciem pędzla artysty.

— Jeszcze raz, bardzo mi przykro — rzekł Harry. — Cokolwiek by nie powiedzieć o twoim ojcu, jego życie najlepiej podsumowują słowa wielebnego Claytona: „Adam Kilbride był dobrym człowiekiem”.

Zdobyłem się na wymuszony uśmiech.

— Rzeczywiście, wielebny się postarał, zwłaszcza, że nigdy nie spotkał mojego ojca. Nieczęsto bywał w kościele. Mieliśmy szczęście, że znaleźliśmy pastora, który zechciał odprawić nabożeństwo. Dziękuję, że przyszedłeś. Z tobą było nas prawie tuzin.

Tak, na pogrzebie było zaledwie jedenaścioro osób, wliczając pastora i mnie. Przyszli Harry i trzech kolegów z firmy, w której niegdyś pracował, w tym Len Prentice — niegdysiejszy szef taty — z żoną Marie. Pojawili się również przyjaciel taty, który prowadził sklep żelazny w Promise Falls, dopóki na przedmieściach miasta nie powstał punkt detaliczny sieci Home Depot pozbawiając go pracy, młodszy brat taty Ted z żoną Robertą z Cleveland oraz sąsiadka taty, Hannah, której nazwiska nigdy nie mogłem zapamiętać. Wreszcie, była tam Julie McGill — dziennikarka lokalnej gazety „Promise Falls Standard”, w której opisała wypadek ojca. Thomas i ja znaliśmy ją z liceum. Nie przyszła, by opisać przebieg pogrzebu — wystarczył krótki artykuł o okolicznościach śmierci ojca. W końcu nie był ani obywatelem roku, ani też żadną ważną osobistością, a jego służba społeczeństwu nie była godna uwagi prasy. Julie po prostu przyszła, by pożegnać zmarłego.

W domu pogrzebowym zostało mnóstwo kanapek z pastą jajeczną. Gospodarze nalegali, bym zabrał kilka do domu dla brata. Próbowałem wytłumaczyć jego nieobecność złym stanem zdrowia, ale nikt, kto znał mojego brata, nie uwierzył w to. Po drodze kusiło mnie, by wyrzucić kanapki przez okno; pomyślałem, że ptaki bardziej na nie zasłużyły niż mój brat. A jednak powstrzymałem się; zabrałem je do domu, gdzie wszystkie zostały zjedzone.

— Miałem nadzieję, że przyjdzie twój brat — rzekł Harry. — Dawno go nie widziałem.

Początkowo pomyślałem, że chodzi mu o dzisiejsze spotkanie i zdziwiłem się, ponieważ mój brat nie był wykonawcą testamentu. Po chwili jednak dotarło do mnie, że chodziło mu o pogrzeb.

— Tak, cóż, myślę, że zrobiłem, co mogłem. Próbowałem go namówić, ale nie chciał mnie słuchać.

Peyton pokiwał głową na znak współczucia.

— Twój ojciec był sumiennym obywatelem i wspaniałym mężem dla Rosę. Ile to już lat minęło od śmierci twojej matki; niech Bóg ma ją w swojej opiece?

— Zmarła w 2005.

— Musiał to ciężko przeżyć.

— W tym czasie pracował dla drukarni Prentice and Long — oparłem. — Niedługo potem przeszedł na wcześniejszą emeryturę, a to moim zdaniem go dobiło. Mama jakoś nigdy nie przejmowała się zbytnio problemami, potrafiła się pogodzić z losem — zagryzłem wargę — ale tato był inny, zawsze wszystko przeżywał.

— Adam był jeszcze młody — odrzekł Harry. — Na miłość boską, miał dopiero sześćdziesiąt dwa lata. Byłem zszokowany, gdy się o tym dowiedziałem.

— Cóż, ja też — odpowiedziałem. — Mama powtarzała mu przez całe lata, żeby nie używał traktora do koszenia trawy na tym stromym zboczu, ale on upierał się, że wie co robi. Rzecz w tym, że ta część ogrodu znajduję się daleko za domem i nie widać jej ani z drogi, ani od sąsiadów, a teren opada do strumyka pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Ojciec kosił trawę ustawiając traktor bokiem i jednocześnie odchylając się w kierunku szczytu zbocza, by maszyna nie przewróciła się.

— Jak myślisz, Ray, po jakim czasie go znaleźli?

— Prawdopodobnie tato zaczął kosić trawę po lunchu, a znaleziono go tuż przed szóstą. Gdy traktor przewrócił się na niego, górna część kierownicy wylądowała mu na brzuchu zgniatając wnętrzności.

— O Jezu! — krzyknął Harry, dotykając własnego brzucha i wyobrażając sobie ból, jaki musiał czuć mój ojciec przez Bóg wie jak długo.

Cóż więcej mogłem dodać.

— Był ode mnie młodszy o rok — wzdrygnął się Harry. — Nieraz wychodziliśmy razem na drinka, albo na partyjkę golfa, gdy jeszcze żyła Rosę; ale nigdy nie udało się nam rozegrać pełnych osiemnaście dołków, bo Adam nie chciał zostawiać twojego brata samego na tak długo.

— Ojciec i tak nie był najlepszym golfistą — odparłem.

Harry uśmiechnął się, niemal przez łzy. — Cóż, nie ma co owijać w bawełnę, grał jak sierota.

— Tak — potwierdziłem ze śmiechem.

— Ale po śmierci Rosę nie miał nawet czasu wyjść na murawę.

— Mówił o tobie z szacunkiem — odparłem. — Traktował cię przede wszystkim jak przyjaciela, a dopiero potem jak prawnika.

Ojciec i Harry znali się co najmniej dwadzieścia pięć lat, od czasu gdy ten ostatni był w trakcie rozwodu. Harry zostawił byłej żonie dom i przeprowadził się na jakiś czas do mieszkania nad sklepem obuwniczym w centrum Promise Falls, w stanie Nowy Jork. Śmiał się, że miał tupet podejmując pracę jako prawnik do spraw rozwodowych, po tym jak sam został oskubany podczas rozstania z żoną.

Komórka Harry’ego zasygnalizowała nową wiadomość na skrzynce mailowej, ale ten nawet na nią nie spojrzał.

— Pamiętam, kiedy ostatni raz rozmawiałem z ojcem — podjąłem wskazując na telefon — wspominał, że przydałoby mu się coś takiego. Miał starą komórkę, którą dało się najwyżej zrobić kiepskie zdjęcia, a o wysyłaniu czy odbieraniu maili nie było mowy.

— Adam nigdy nie bał się najnowszych wynalazków — odparł Harry. Następnie klasnął w dłonie sygnalizując, że pora przejść do rzeczy.

— Mówiłeś na pogrzebie, że wciąż masz pracownię w Burlington?

Mieszkałem w sąsiednim stanie Vermont.

— Tak — odparłem.

— W pracy w porządku?

— Nie najgorzej. Sytuacja na rynku pracy się zmienia.

— Widziałem jeden z twoich rysunków — tak je nazywasz?

— Jasne — odpowiedziałem. Rysunki, ilustracje, karykatury.

— Był w dodatku literackim do „New York Timesa”. Zawsze rozpoznam twój styl. Twoje postacie mają wielgachne mózgownice na malutkim tułowiu. Wyglądają, jakby zaraz mieli się przewrócić. I wszyscy mają zaokrąglone krawędzie. Uwielbiam to, jak cieniujesz ich skórę i wszystko inne. Jak to robisz?

— Używam aerografu.

— Dużo masz zleceń z „Timesa”?

— Nie tyle, co kiedyś. Gazety i czasopisma tną koszty. O wiele łatwiej wydrukować im gotowy obrazek z archiwum niż zatrudniać rysownika, by stworzył ilustrację od zera. Obecnie częściej pracuję dla stron internetowych.

— Projektujesz strony?

— Nie, ja tylko tworzę szatę graficzną, a następnie przesyłam ją do projektantów stron.

— Myślałem, że chcąc pracować dla gazety czy czasopisma w Nowym Jorku albo Waszyngtonie, musisz tam mieszkać, ale wygląda na to, że w dzisiejszych czasach to nie ma znaczenia.

— Jeśli czegoś nie da się zeskanować i wysłać mailem, pozostaje jeszcze przesyłka kurierska — odparłem. Harry zaczekał aż skończę, po czym otworzył folder na swoim biurku i zaczął studiować jego zawartość.

— Ray, zakładam, że widziałeś testament ojca — bardziej stwierdził niż zapytał.

— Tak.

— Rzecz w tym, że Adam dokonał kilku zmian w testamencie po śmierci twojej matki. Któregoś dnia natknąłem się na niego przypadkiem w kawiarni. Siedział sam przy stoliku obok okna, popijając kawę i gapiąc się na ulicę; od czasu do czasu rzucił okiem na leżący przed nim „Standard”, tak naprawdę niczego nie czytając. Widywałem go tam raz na jakiś czas; zapewne potrzebował czasami pobyć sam z sobą, z dala od domu. W każdym razie, tego dnia przywołał mnie gestem dłoni i postawił mi kawę. Powiedział, że zastanawia się nad wprowadzeniem zmian do testamentu, ale jakoś nigdy nie mógł się za to zabrać.

— Cóż, nie wiedziałem o tym — odparłem. — Z drugiej strony, biorąc pod uwagę sytuację mojego brata nie zdziwiłbym się, gdyby zrezygnował z równego podziału majątku.

— Szczerze mówiąc, gdyby Adam zaproponował takie rozwiązanie, starałbym się go od tego odwieść. Powiedziałbym mu, że faworyzowanie któregoś z dzieci w testamencie ma zawsze fatalny wpływ ma późniejsze relacje między nimi, dlatego najlepiej jeśli każdy otrzyma tyle samo. Oczywiście, to on musiałby podjąć ostateczną decyzję. Pod tym względem testament nie pozostawia cienia wątpliwości. Niemniej jednak, będziesz musiał przemyśleć kilka innych kwestii.

Wyobrażałem sobie ojca, jak siedzi samotnie przy stoliku. Od śmierci mamy miał dużo czasu dla siebie, chociaż w zasadzie nie był sam. Wychodząc z domu nie musiał uciekać od samotności, lecz mimo wszystko wierzę, że czasami potrzebował zmiany otoczenia. Biedny tato.

— W takim razie — podjąłem — domyślam się, że po likwidacji majątku dostajemy wszystko z bratem po połowie?

— Zgadza się; po połowie nieruchomości i inwestycji.

— Będzie tego około sto tysięcy. Wszystko co z mamą udało im się uciułać na emeryturę. Oszczędzali przez lata, nigdy nic nie wydawali na siebie. Te sto tysięcy spokojnie wystarczyłoby mu do śmierci. — Ugryzłem się w język. — Chciałem powiedzieć, że mógłby za to żyć przez kolejne dwadzieścia albo trzydzieści lat. Domyślam się, że jest jeszcze niewielka polisa na życie?

Harry Peyton skinął głową, rozsiadł się wygodnie na krześle zakładając ręce za głowę i wciągnął powietrze przez zaciśnięte zęby. — Będziesz musiał postanowić co zrobić z domem. Masz wszelkie prawo, by go sprzedać i podzielić się zyskami z bratem. Dom nie jest obciążony kredytem hipotecznym i jak mi zdaje, mógłbyś za niego dostać jakieś trzysta, czterysta tysięcy.

— Jest jeszcze prawie szesnaście akrów ziemi — zauważyłem.

— Za którą każdy z was mógłby otrzymać prawie ćwierć miliona dolarów. Biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw, to wcale niezła zmiana. Ile masz lat, Ray?

— Trzydzieści siedem.

— A twój brat? Jeśli dobrze pamiętam jest o dwa lata młodszy?

— Tak.

Peyton powoli skinął głową. — Przy dobrej strategii inwestowania pieniądze ze spadku starczyłyby mu na ładnych parę lat, ale z drugiej strony w jego wieku będzie musiał bardzo długo czekać zanim uzyska prawo do emerytury. Z tego, co mówił twój ojciec, Thomas nie nadaje się do zatrudnienia.

Przez chwilę zawahałem się z odpowiedzią. — To prawda.

— Dla ciebie za to sprawy wyglądają zupełnie inaczej. Mógłbyś zainwestować pieniądze, kupić większy dom... Wiem, że na razie nie masz rodziny, ale któregoś dnia spotkasz kogoś, będziecie mieli dzieci.

— Kiedyś o mało co się nie ożeniłem, ale to było dawno, miałem dwadzieścia kilka lat. Dziś już za późno dla mnie na dzieci.

— Nigdy nie wiadomo — odparł, unosząc palec. — Oficjalnie, to nie moja sprawa, ale myślę, że wasz ojciec miał nadzieję, że się zaopiekuję jego chłopcami, gdy trzeba posłużę radą. — Roześmiał się. — No cóż, dziś trudno nazywać was chłopcami. Od tamtej pory minęło sporo czasu.

— Jasne, Harry, doceniam twoją troskę.

— Chodzi o to, Ray, że dla ciebie ten spadek to tylko dodatkowy zastrzyk gotówki, bez którego i tak doskonale dałbyś sobie radę. Dobrze zarabiasz, a jeśli nawet kiedyś w pracy powinie ci się noga, znajdziesz coś innego i w końcu wyjdziesz na swoje. Ale dla twojego brata ten spadek to sprawa życia lub śmierci. Przydałyby się mu pieniądze ze sprzedaży domu, pod warunkiem, że znalazłby dla siebie jakieś odpowiednie lokum, najlepiej z dotowanym czynszem.

— Myślałem o tym — odparłem.

— Zastanawiam się tylko w jaki sposób wyprowadzić go z domu? I nie chodzi mi o popołudniowy spacer, tylko o przeprowadzkę.

Rozejrzałem się po pokoju, jakby szukając odpowiedzi. — Nie wiem. Nie sądzę, żeby Thomas cierpiał na... jak to się mówi... agorafobię? W końcu ojcu od czasu do czasu udawało się wyciągnąć go z domu; głównie na wizyty u lekarza. — Słowo „psychiatra” nie przeszło mi przez gardło, ale Harry doskonale wiedział, o czym mówię. — Tyle że po każdej takiej wizycie obaj z ojcem wracali kompletnie wyczerpani. Największy problem w tym, by odciągnąć go od komputera. Nie mam pojęcia, w jaki sposób miałbym go przekonać, by się wyprowadził i zadomowił w innym miejscu.

— Na początek zostaw to mnie — odparł Harry. — Jako wykonawca testamentu nie będziesz obarczony zbyt wieloma obowiązkami. Wystarczy, że od czasu do czasu wpadniesz do mnie i podpiszesz kilka dokumentów. Jeśli będzie potrzeba, poproszę Alice, żeby do ciebie przedzwoniła. — Przerwał na moment, by przejrzeć plik dokumentów. — Powinienem tu mieć wszystkie twoje numery telefonów i adres mailowy.

— Dobrze — odpowiedziałem.

— Poza tym, twój ojciec przesłał mi kopię swojej polisy na życie, w której znajduje się zapis dotyczący tragicznej śmierci; wiedziałeś o nim?

— Nie, nie wiedziałem.

— Kolejne pięćdziesiąt tysięcy do koszyka. — Harry przerwał, pozwalając mi przetrawić nowiny. — Wygląda więc na to, że trochę tu zabawisz, zanim wrócisz do Burlington?

— Zostanę, dopóki wszystkiego nie załatwię.

Na tym zakończyło się nasze spotkanie. Gdy wychodziłem z biura, Harry położył dłoń na moim ramieniu.

— Ray — podjął nieśmiało. — Jak myślisz, gdyby Thomas zauważył, że twojego ojca długo nie ma w domu i wyszedł go szukać trochę wcześniej, czy to by coś zmieniło?

Wcześniej sam zadawałem sobie to pytanie. Wyobraziłem sobie ojca, przygniecionego traktorem; prawdopodobnie leżał tak przez kilka godzin, zanim znalazł go mój brat; hałas przewracającego się traktora, ryk silnika i wirujących ostrzy...

Ciekawe, czy krzyczał? A jeśli tak, to czy nie zagłuszało go wycie kosiarki? A może do domu nie dochodziły żadne dźwięki z tamtej strony zbocza?

Tak czy owak, mój brat prawdopodobnie niczego nie słyszał.

— Powtarzam sobie, że to by nic nie zmieniło — odparłem. — Nie ma sensu łamać sobie nad tym głowy.

Harry pokiwał głową ze zrozumieniem. — Masz rację. Co się stało to się nie odstanie. Nie można cofnąć czasu.

Pomyślałem, że Harry zaraz rzuci kolejnym frazesem, ale zamiast tego dodał: — On po prostu żyje w swoim świecie.

— Nie masz pojęcia, jak to jest — odparłem.

2

Wsiadłem do samochodu i pojechałem do domu ojca.

Z przyzwyczajenia jeszcze długo po śmierci matki nazywałem go domem rodziców. Trwało to dobry rok. Wiedziałem, że musi upłynąć sporo czasu zanim przestanę mówić „dom ojca”, zwłaszcza że tato zmarł przed niespełna tygodniem.

W rzeczywistości teraz był to mój dom; mój i mojego brata.

A jednak nigdy wcześniej w nim nie mieszkałem. Gdy przyjeżdżałem z wizytą, zawsze spałem w pokoju gościnnym. W dodatku nie było tu żadnych pamiątek z mojego dzieciństwa. Żadnych kolekcji „Penthousea”, ani „Playboya” ukrytych w szufladach komody, żadnych modeli samochodów na półkach ani plakatów na ścianach. Rodzice kupili ten dom, gdy miałem dwadzieścia jeden lat, po tym jak już wyprowadziłem się z naszego poprzedniego lokum przy Stonywood Drive w samym centrum Promise Falls. Mieli nadzieję, że przynajmniej jeden z ich synów coś w życiu osiągnie, ale musieli to marzenie odłożyć na później, gdy rzuciłem naukę w uniwersytecie w Albany, by podjąć pracę w galerii sztuki przy Beekman Street w miasteczku Saratoga Springs.

Rodzice co prawda nigdy wcześniej nie mieszkali na wsi, ale gdy tylko zobaczyli nowe miejsce, od razu się w nim zakochali. Po pierwsze, dom stał w szczerym polu; w odległości kilkuset jardów od najbliższego sąsiada. Tu mogli zachować prywatność. Byli poniekąd odizolowani od reszty świata, co zmniejszało prawdopodobieństwo różnych nieprzyjemnych zdarzeń.

Po drugie, ojciec miał stąd dość blisko do pracy i zamiast jechać przez centrum Promise Falls mógł teraz korzystać z obwodnicy, otwartej końcem lat 70. Lubił swoją pracę w firmie P&L i nie chciał szukać nowego zatrudnienia bliżej domu.

Po trzecie, dom był uroczy ze swoimi mansardowymi oknami i werandą okalającą cały budynek. Mama przesiadywała na niej od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Była tam również stodoła, którą ojciec wykorzystywał jedynie do przechowywania narzędzi i traktora do koszenia trawy. Oboje z mamą podziwiali jej architekturę, nie przejmując się zbytnio tym, że nie służyła już do przechowywania siana.

Dom stał na sporym spłachcie ziemi, z którego rodzice wykorzystali zaledwie dwa akry na ogród. Z tyłu znajdował się kawałek płaskiego terenu, który w odległości około sześćdziesięciu stóp od domu znikał z pola widzenia, opadając w kierunku krętego strumyka, zasilającego rzekę przepływa jącą przez sam środek wioski, by dalej toczyć swój wartki nurt przez Promise Falls.

Odkąd przyjechałem do domu, tylko raz zszedłem do strumyka. Wiedziałem, że kiedyś, gdy już pozbieram się w sobie, czeka mnie tam pewne zadanie.

Rodzice wynajmowali płaską i niezadrzewioną część posiadłości właścicielom sąsiadujących farm, zapewniając sobie w ten sposób dodatkowe, aczkolwiek znikome źródło dochodu. Najbliższy las znajdował się po drugiej stronie autostrady. Po skręcie z głównej szosy na drogę dojazdową, na horyzoncie majaczyły dom i stodoła, które z tej odległości wyglądały jak dwa kurhany na równinie. Mama chwaliła sobie ten długi podjazd, ponieważ za każdym razem, gdy zobaczyła, że ktoś do nich zajeżdża, co zresztą nie zdarzało się często, miała jeszcze sporo czasu, by się przygotować.

„Ludzie, którzy przychodzą pod drzwi twojego domu zazwyczaj nie przynoszą dobrych wieści”, powtarzała niejednokrotnie, nauczona doświadczeniem; szczególnie z czasów młodości, gdy urzędnicy rządowi przybyli z informacją o śmierci jej ojca na wojnie w Korei.

Zaparkowałem swoje Audi Q5 przy schodach prowadzących do werandy, obok dziesięcioletniego chryslera ojca. Tato niezbyt przychylnym okiem patrzył na moje niemieckie auto. Nie podobało mu się to, że wspieramy gospodarki krajów, z którymi niegdyś prowadziliśmy wojnę. „A jak zaczniemy importować samochody z Wietnamu Północnego, to pewnie też sobie taki kupisz”, powiedziałby jeszcze kilka miesięcy temu, a ja w zamian zaproponowałbym mu, że oddam do sklepu jego ulubiony telewizor Sony z ogromnym ekranem, na którym mógł zobaczyć krążek podczas meczów hokejowych o Puchar Stanleya.

— W końcu to japoński telewizor i w ogóle — odparowałbym.

— Dotknij go, a rozwalę ci łeb — odpowiedziałby ojciec.

Zacząłem wspinać się po dwa schody naraz, otworzyłem drzwi wejściowe — miałem swój klucz, który zawsze nosiłem przy sobie — i wszedłem do kuchni. Zegar na ścianie pokazał szesnastą trzydzieści. Czas pomyśleć o kolacji.

Otworzyłem lodówkę, by zobaczyć co zostało z ostatniej wyprawy ojca do sklepu spożywczego. Nie można powiedzieć, że był świetnym kucharzem, ale przynajmniej potrafił zagotować wodę na makaron, albo włożyć kurczaka do rozgrzanego piekarnika; a gdy nie miał dość energii na tak wyszukane potrawy, robił ogromne zapasy mrożonych hamburgerów, frytek, paluszków rybnych i innych gotowych dań, dzięki którym mógłby otworzyć franczyzę Nestle.

Tym razem z zamrażarki powiało pustką. Może znalazłoby się tam co nieco na dziś wieczór, ale wiedziałem, że nazajutrz muszę się wybrać na zakupy. Prawdę mówiąc, sam nie przepadam za gotowaniem, dlatego w Burlington często zadowalałem się miską cheeriosów. Mieszkając w pojedyn kę trudno znaleźć motywację do przygotowania porządne go posiłku, czy nawet spożywania go „jak należy”. Często jadłem kolację na stojąco w kuchni, oglądając wiadomości w telewizji, albo zabierałem podgrzaną w mikrofalówce lazanię do pracowni i zjadałem ją podczas rysowania.

W lodówce znalazłem sześć puszek Buda. Ojciec lubił tanie piwo. Otworzyłem jedno.

— Piję do ciebie, tato — powiedziałem, siadając przy stole kuchennym i wznosząc do góry puszkę.

W domu jak zwykle panował idealny porządek. Ojciec był zawsze pedantyczny, co moim zdaniem wyniósł z armii. Odsłużył w wojsku dwa lata, z czego większość na wojnie w Wietnamie, lecz nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Za każdym razem, gdy ktoś poruszał ten temat, ojciec odpowiadał krótko: „Zostawmy przeszłość w spokoju”. Sam uważał, że swoją pedanterię zawdzięcza pracy w drukarni, gdzie ponad wszystko liczyła się precyzja i dbałość o szczegóły.

Siedziałem popijając piwo i powoli przygotowując się do odgrzania jakiegoś posiłku w mikrofalówce. Nie znałem tej kuchni, więc musiałem otworzyć kilka szuflad zanim znalazłem podkładki pod nakrycie, sztućce i serwetki.

Gdy już nakryłem do stołu, przeszedłem na drugi koniec salonu i położyłem rękę na poręczy przy schodach prowadzących na piętro. Odwróciłem się, by jeszcze raz spojrzeć na pokój: kanapa w kratę, jeszcze z domu w Albany, którą rodzice kupili jakieś dwadzieścia lat temu, rozkładany fotel z podnóżkiem ojca, z którego zawsze oglądał telewizję, stolik do kawy z ubitym blatem, kupiony razem z kanapą.

Meble co prawda miały swoje lata, lecz ojciec nigdy nie szczędził grosza na nowe technologie. Był tam trzydziestosześciocalowy telewizor HD, który kupił rok temu. Uwiel biał oglądać amerykański futbol i hokej, nawet jeśli nikt mu w tym nie towarzyszył. Był tam również odtwarzacz DVD i gadżet pozwalający na zamawianie filmów z Internetu, które oglądał w samotności.

Pokój jak pokój, niczym specjalnym się nie wyróżniał. Sytuacja wyglądała zupełnie inaczej na piętrze.

Rodzice robili wszystko, by zamknąć obsesję mojego brata w czterech ścianach jego pokoju, ale ich wysiłki były z góry skazane na przegraną. Niegdyś jasnożółty przedpokój na pierwszym piętrze, prowadzący do trzech sypialni i łazienki, był teraz cały poobklejany wielkimi mapami. Wyobraziłem sobie, że tak właśnie mogło wyglądać wnętrze konspiracyjnego bunkra z czasów drugiej wojny światowej, w którym stratedzy z długimi wskaźnikami planowali inwazję na terytorium wroga. Tyle że w bunkrze panowałby większy porządek. Na pewno na jednej części ściany znajdowałyby się mapy miast niemieckich, na drugiej Francji, a nieco dalej Włoch. Z pewnością również żaden doświadczony strateg nie umieściłby mapy Polski obok mapy Hawajów, ani planu Paryża w bezpośrednim sąsiedztwie zakupionej na stacji benzynowej mapy drogowej stanu Kansas. Żaden oficer nie przyszpiliłby topograficznej mapy Algierii tuż obok zdjęć satelitarnych Melbourne, ani mocno podniszczonej mapy Indii z „National Geographic” przy planie Rio de Janeiro.

Ten geograficzny chaos pokrywał każdy skrawek przedpokoju. Wyglądało to tak, jakby ktoś włożył świat do miksera, zamieniając go w tapetę. Mapy były połączone tajemniczymi kreskami narysowanymi czerwonym flamastrem. Wszędzie roiło się od przeróżnych, niejednokrotnie trudnych do rozszyfrowania notatek, jak na przykład „236 mil” nabazgrane wielkimi literami na mapie Portugalii, albo długości i szerokości geograficzne zapisane w różnych miejscach na całej powierzchni przedpokoju. Niektóre miejsca ozdabiały fotografie; na przykład na mapie Australii widniało przytwierdzone kawałkiem zielonej taśmy malarskiej zdjęcie Opery w Sydney, a mapę Indii zdobiła nieco sfatygowana pocztówka z Taj Mahalem, przyklejona gumą do żucia.

Trudno mi sobie wyobrazić, że ojciec mógł coś takiego tolerować. Mama zawsze chroniła Thomasa, wysyłając ojca na mecze do baru z Lennym Prentice’em czy innym kolegą z pracy, albo z Harrym Peytonem. Ale jak on to znosił po jej śmierci? Oglądając ten przedpokój dzień po dniu, przez całe tygodnie, miesiące, lata? Udawał, że nic tam nie ma? Że ściany nadal są jasnożółte?

Podszedłem do drzwi od pierwszej sypialni, które jak zwykle były zamknięte. Chciałem delikatnie zapukać, ale na chwilę zanim moja zaciśnięta dłoń dotknęła drzwi, usłyszałem jakiś hałas dochodzący z pokoju.

Były to dźwięki rozmowy, choć słyszałem tylko jeden głos.

Zapukałem.

— Tak? — odezwał się Thomas.

Otworzyłem drzwi, zastanawiając się, czy może rozmawiał przez telefon, ale nie trzymał w ręku słuchawki. Powiedziałem mu, że czas na kolację, a on odparł, że za chwilę zejdzie.

3

— Miło mi cię słyszeć.

— Dziękuję, że zechciał pan ze mną porozmawiać.

— Zreguły nie daję swojego prywatnego telefonu byle komu, ale ty zapowiadasz się na wyjątkowe źródło informacji.

— Dziękuję za uznanie, naprawdę bardzo dziękuję.

— Czytałem ostatniego maila od ciebie, wygląda na to, że wszystko idzie po twojej myśli.

— Tak, mam nadzieję.

— Cieszę się.

— Zastanawiam się tylko... czy jest pan w stanie ustalić czas przewidzianej katastrofy?

— Gdyby to było takie proste. To tak, jakby przewidzieć dokładny moment kolejnego ataku terrorystycznego. Po prostu... musimy być przygotowani na każdą chwilę.

— Oczywiście.

— Wiem, że ty również będziesz gotowy. Jesteś dla nas niezwykle wartościowym partnerem.

— Może pan na mnie liczyć.

— Zdajesz sobie sprawę, że twoje działania niosą za sobą ryzyko?

— Tak, wiem.

— Istnieją siły wrogie naszemu rządowi, których przedstawiciele z radością dopadliby kogoś takiego, jak ty.

— Tak, proszę pana, zdaję sobie z tego sprawę.

— Dobrze wiedzieć. Muszę kończyć. Żona wraca dziś z delegacji na Bliski Wschód.

— Naprawdę?

— Tak, ma ręce pełne roboty.

— Pewnie jest jej przykro, że nie została prezydentem?

— Naprawdę, nie ma nawet chwili, by o tym pomyśleć.

— No tak.

— Proszę kontynuować swoją pracę.

— Dziękuję, bardzo dziękuję, panie prezydencie. Można wciąż się pana zwracać w ten sposób?

— Oczywiście. Każdy prezydent zachowuje swój tytuł, nawet gdy już nie sprawuje urzędu.

— Będę w kontakcie.

— Tak, bardzo proszę.

4

— Przypuśćmy, że zatrzymałeś się w hotelu Pont Royal i chcesz się dostać do Luwru, jak to zrobisz? — zapytał Thomas. — Daj spokój, to dziecinnie proste — naciskał.

— Co? O jakim mieście mówisz? — odpowiedziałem pytaniem na pytanie.

Westchnął i spojrzał na mnie z przeciwległej strony kuchennego stołu, jakby rozmawiał z dzieckiem, które nie potrafi zliczyć do pięciu. Fizycznie byliśmy do siebie bardzo podobni. Obaj mieliśmy około pięć stóp, jedenaście cali wzrostu i rzednące czarne włosy, choć Thomas ważył nieco więcej. Ja byłem szczupłym Vincem Vaughnem ze Swingersów, a Thomas jego pulchniejszą wersją ze Sztuki zrywania. Ja zdecydowanie wyglądałem zdrowiej, choć nie wynikało to bynajmniej z budowy ciała. Przyczyna tkwiła w tym, że Thomas bardzo rzadko wychodził z domu. Zazwyczaj spędzał dwadzieścia trzy godziny na dobę w swoim pokoju, i tylko trzy razy dziennie schodził do kuchni na śniadanie, obiad i kolację, na które poświęcał nie dłużej niż dwadzieścia minut. Nic więc dziwnego, że miał permanentnie zmęczoną twarz o ziemistej i niemal chorobliwie bladej cerze. Prawdopodobnie cierpiał na niedobór witaminy D. Potrzebny byłby mu tydzień na Bermudach; chociaż nigdy tam nie był, jestem pewien, że potrafiłby wymienić adresy wszystkich tamtejszych hoteli.

— Powiedziałem „Luwr”. Nic ci to nie mówi? Pomyśl dobrze, Luwr.

— A tak, jasne, Paryż.

Thomas nerwowo skinął głową. Zjadł już cały kawałek mrożonej pieczeni rzymskiej, który odgrzałem w mikrofalówce. Sam nie byłem w stanie zjeść nawet połowy; chyba już bym wołał piankę silikonową okraszoną masłem. Thomas siedział przy stole, zwrócony całym ciałem ku schodom, gotowy by w każdej chwili pobiec na górę.

— No więc, chcesz się dostać do Luwru. Którędy pójdziesz?

— Nie mam pojęcia, Thomas — odpowiedziałem zmęczonym głosem. Wiem gdzie jest Luwr. Spędziłem tam całe sześć dni, gdy miałem dwadzieścia siedem lat. Mieszkałem w Paryżu przez miesiąc; uczęszczałem na kurs sztuki. Ale nie mam pojęcia, gdzie jest hotel, o którym mówisz. Nie zatrzymałem się tam w żadnym hotelu; stać mnie było jedynie na hostel.

— Mówiłem o Pont Royal — nie ustępował Thomas.

Spojrzałem na niego obojętnym wzrokiem, czekając.

— Przy Rue de Montalembert — ciągnął z uporem maniaka.

— Thomas, nie mam zielonego pojęcia.

— Pomyśl chwilę — nie poddawał się. — Stary hotel z szarego kamienia, praktycznie na skrzyżowaniu z Rue du Bac. Obrotowe drzwi wejściowe z drewna orzechowego, po prawej siedmiopiętrowy budynek z napisem: „Mammografia i radiologia” na parterze, a w oknach na wyższych piętrach rośliny w glinianych doniczkach, po prawej elegancka restauracja z czarną markizą i przyciemnianymi oknami; na zewnątrz nie ma stolików, jak w większości lokali w Paryżu i...

Wszystko to wyrecytował z pamięci.

— Thomas, jestem zmęczony. Byłem dziś u Harryʼego Peytona.

— Każde dziecko trafiłoby stąd do Luwru. Wychodząc z hotelu prawie go widać.

— Chcesz wiedzieć, co zdarzyło się u prawnika?

Miast odpowiedzieć, Thomas zaczął machać mi rękami przed nosem. — Przechodzisz na drugą stronę Rue de Montalembert, dalej idziesz kawałek prosto chodnikiem i dochodzisz do Rue du Bac. Skręcasz w lewo, przechodzisz na drugą stronę Rue de l’Universite, dalej prosto do Rue de Verneuil — nie wiem czy poprawnie wymawiam te nazwy, bo w liceum nie miałem francuskiego. Na rogu znajdziesz piekarnię, w której zawsze w oknie wystawiają smakowite ciasta i chleb, przynajmniej wyglądają na smaczne, a potem przechodzisz na drugą stronę Rue de Lille, idziesz dalej i...

— Pan Peyton powiedział, że tato zostawił nam obu dom w testamencie.

— Stąd praktycznie już widać Luwr, chociaż to jeszcze kawałek. Idziesz dalej, mijasz Quai Anatole France po lewej i bodajże Quai Voltaire po prawej, wygląda na to, że ulica w połowie zmienia nazwę, a następnie skręcasz lekko w prawo i idziesz przez Pont Royal — „Pont” to po francusku most — i jesteś na miejscu. Widzisz, jakie to proste? Nie musisz nigdzie kluczyć. Po prostu, wychodzisz z hotelu, skręcasz w lewo, a dalej już prosto na miejsce. A teraz zróbmy coś trudniejszego. Podaj nazwę innego hotelu w jakiejkolwiek części Paryża, a ja ci powiem jak stamtąd dojść najkrótszą drogą do Luwru; chociaż czasami można się dostać w to samo miejsce na wiele różnych sposobów, a odległość jest wciąż mniej więcej taka sama. Trochę jak w Nowym Jorku, choć może nie do końca, bo ulice w Paryżu są kręte i zawiłe, a nie tworzą siatki prostopadłych linii jak w Nowym Jorku...

— Thomas, proszę przerwij na chwilę — przerwałem mu cierpliwym tonem. — Musimy porozmawiać

Spojrzał na mnie i pomrugał oczami. — O co chodzi?

— O tatę.

— Tato nie żyje — odparł i popatrzył na mnie, jakbym miał zbyt niskie IQ. Następnie spojrzał przez okno. Wydawało mi się, że spochmurniał na ułamek sekundy. — Znalazłem go nad strumykiem.

— Wiem.

— Zrobiło się późno. Czekałem, aż zapuka do drzwi mojego pokoju i zawoła mnie na kolację. Zrobiłem się potwornie głodny, więc zszedłem na dół, żeby zobaczyć co się dzieje. Taty nie było, więc poszedłem go szukać. Najpierw obszedłem cały dom, potem piwnicę, myślałem, że może naprawia piec, czy coś, ale tam też go nie było. Samochód stał na miejscu, więc pomyślałem, że na pewno kręci się gdzieś w pobliżu . Wyszedłem na zewnątrz. Najpierw zajrzałem do stodoły.

Znałem tę historię na pamięć.

— Tam też go nie było. I wtedy poszedłem aż do szczytu zbocza za domem, spojrzałem w dół i zobaczyłem go, jak leżał przygnieciony traktorem.

— Wiem, Thomas.

— Pobiegłem, by uwolnić go z potrzasku. Nie było to łatwe, ale udało się. Tato leżał bez ducha, więc pobiegłem do domu i wykręciłem 911. Po chwili przyjechali ratownicy pogotowia i stwierdzili, że tato nie żyje.

— Wiem — powtórzyłem. — Wyobrażam sobie co wtedy czułeś.

— Kosiarka wciąż tam leży.

Rzeczywiście, od chwili wypadku nikt nie ruszył traktora do koszenia trawy. Należałoby go odstawić do stodoły. Nie wiedziałem, czy zapali. Przypuszczałem, że z baku wyciekło całe paliwo w czasie, gdy maszyna leżała wywrócona do góry kołami. W stodole widziałem kanister wypełniony do połowy benzyną.

— Wiesz, teraz gdy, no wiesz, nie ma już z nami taty, musimy ustalić pewne sprawy — podjąłem na nowo.

Thomas skinął głową i pogrążył się w myślach. — Zastanawiam się — podjął po chwili — czy mógłbym powiesić kilka map w jego pokoju. U siebie już nie mam miejsca. Oboje z mamą zabraniali mi wieszać mapy na parterze i na klatce schodowej, ale jego pokój jest na piętrze, więc pomyślałem sobie co byś na to powiedział, skoro i tak od dawna nikt tam już nie sypia.

To nie do końca było prawdą. Na początku sypiałem w pokoju obok Thomasa, który mama zawsze dla mnie przygotowywała, gdy ich odwiedzałem, co zresztą nie zdarzało się zbyt często. Jednak zeszłej nocy postanowiłem się przenieść do pokoju ojca, bo nie mogłem znieść nieustającego klikania myszką, które wyraźnie słyszałem przez ścianę. Prosiłem, żeby przestał, ale ponieważ mnie zignorował, postanowiłem się przenieść. Początkowo czułem się nieswojo próbując zasnąć w pościeli zmarłego ojca, ale wkrótce mi przeszło. Po pierwsze, byłem bardzo zmęczony, a po drugie nie jestem zbyt sentymentalny.

— Nie możesz mieszkać sam w tym domu — powiedziałem.

— Nie jestem sam. Ty też tu mieszkasz.

— Kiedyś będę musiał wrócić do siebie — odparłem.

— Jesteś u siebie.

— Nie, Thomas, mój dom jest w Burlington.

— Burlington w stanie Vermont, Burlington w Massachusetts, Burlington w Północnej Karolinie, Burlington w New Jersey, Burlington w Waszyngtonie, Burlington w Ontario, w Ka...

— Thomas.

— Musisz uściślić. Burlington w stanie Vermont. Inaczej nikt nie będzie wiedział gdzie tak naprawdę mieszkasz.

— Myślałem, że ty wiesz — odparowałem. — Naprawdę chcesz, żebym za każdym razem, gdy wspominam Burligton, dodawał „w stanie Vermont”?

— Nie złość się na mnie — odpowiedział.

— Nie złoszczę się, ale musimy poważnie porozmawiać.

— Okej.

— Gdy wrócę do swojego domu, będę się martwił, że zostawiam cię tu samego.

Thomas pokręcił głową, jakby chciał powiedzieć, że nie mam najmniejszego powodu do zmartwień. — Poradzę sobie — odparł krótko.

— Tato zajmował się wszystkim — kontynuowałem. — Przygotowywał posiłki, sprzątał dom, płacił rachunki, jeździł na zakupy, pilnował, by piec działał sprawnie, a jak było trzeba, wołał fachowca. Oprócz ogrzewania potrafił wszystko naprawić. Gdy zgasły światła, schodził na dół załączyć bezpieczniki. Wiesz, gdzie znajduje się skrzynka z bezpiecznikami, Thomas?

— Z piecem wszystko w porządku — odpowiedział.

— Nie masz prawa jazdy — ciągnąłem. — Jak chcesz robić zakupy?

— Będą mi przywozić jedzenie.

— Kto? Mieszkamy na końcu świata. Poza tym, kto wybierze to, co lubisz?

— Ty wiesz, co ja lubię — odparł Thomas.

— Ale mnie tu nie będzie.

— Możesz przyjeżdżać co jakiś czas — nie odpuszczał Thomas. — Raz na tydzień. Kupiłbyś mi jedzenie, popłacił rachunki, zobaczył czy piec działa jak trzeba, a potem wróciłbyś do Burlington. — Tu przerwał. — W stanie Vermont.

— Dobrze, przypuśćmy, że masz dość jedzenia, ale jak poradzisz sobie z gotowaniem?

Thomas odwrócił wzrok.

Nachyliłem się nieco bliżej i wyciągnąłem rękę, by dotknąć jego ramienia.

— Spójrz na mnie — powiedziałem z naciskiem. Thomas niechętnie odwrócił ku mnie wzrok.

— Gdyby ci się udało zmienić niektóre przyzwyczajenia — ciągnąłem — to może poradziłbyś sobie z kilkoma obowiązkami.

— Co masz na myśli? — spytał podejrzliwie.

— Może gdybyś lepiej radził sobie z czasem?

Na twarzy Thomasa malowało się zaskoczenie. — Bardzo dobrze radzę sobie z czasem.

Zdjąłem rękę z jego ramienia, kładąc obie dłonie na stole. — Opowiedz mi o tym.

— Naprawdę, świetnie sobie radzę ze swoim czasem.

— Opisz swój dzień.

— Który dzień? W tygodniu czy w weekend? — Thomas wyraźnie grał na czas.

— Czy to, co robisz od poniedziałku do piątku znacznie się różni od twoich weekendowych zajęć?

Pomyślał przez chwilę nad odpowiedzią. — Raczej nie.

— W takim razie, wszystko jedno który dzień. Sam wybierz.

Raptem spojrzał na mnie podejrzliwie. — Żartujesz sobie ze mnie. Czepiasz się.

— Powiedziałeś, że świetnie sobie radzisz z czasem, więc opowiedz mi o tym.

— Więc tak — zaczął. — Wstaję około dziewiątej i biorę prysznic, potem tato robi śniadanie, które zjadam o dziewiątej trzydzieści i idę do pracy.

— Do pracy? Opowiedz mi o tym — nalegałem.

— Wiesz, o czym mówię — odparł.

— Tak, tyle że nigdy wcześniej nie słyszałem, żebyś używał słowa „praca”. Mów dalej.

— Idę do pracy po śniadaniu, później robię sobie przerwę na lunch, następnie wracam do pracy, robię przerwę na kolację, a potem jeszcze trochę pracuję zanim się położę spać.

— Czyli około pierwszej, drugiej, trzeciej nad ranem?

Thomas przytaknął.

— Opowiedz mi o swojej pracy.

— Dlaczego mi to robisz, Ray?

— Bo myślę, że gdybyś spędzał trochę mniej czasu nad tą, jak to nazywasz „pracą”, to mógłbyś lepiej zająć się własnymi sprawami. Thomas, obaj wiemy, że masz kłopoty, z którymi sobie od bardzo dawna nie radzisz. Przyjmuję to do wiadomości, tak jak kiedyś mama i tato. I wiem, że w porównaniu z innymi ludźmi, u których występują podobne objawy, na przykład głosy w głowie, radzisz sobie bardzo dobrze. Wstajesz rano, sam się ubierasz, potrafisz racjonalnie porozmawiać.

— Wiem — odparł Thomas nieco poruszonym tonem. — Jestem zupełnie normalny.

— Ale czas, który poświęcasz na swoją... pracę nie pozwala ci zająć się domem, ani nawet samym sobą, dlatego musimy znaleźć inne rozwiązanie.

— Co masz na myśli mówiąc „inne rozwiązanie”?

Zawahałem się. — Mógłbyś się przenieść gdzie indziej. Może dałoby się wynająć w mieście mieszkanie? Albo... w jakimś domu z ludźmi borykającymi się z podobnymi problemami, gdzie obsługa zadbałaby o wszystko to, o co sam nie potrafisz zadbać?

— Dlaczego wciąż powtarzasz słowo „problemy”? Ja nie mam żadnych „problemów”, Ray. Cierpię na zaburzenia psychiczne, chociaż jak sam wiesz, mój stan uległ diametralnej poprawie. Jakbyś się czuł, gdybyś miał artretyzm, a ja bym w kółko powtarzał o twoich problemach z kośćmi.

— Przepraszam. Po prostu... nie wiedziałem jak to ująć.

— To miejsce, o którym mówiłeś to szpital? Taki dla czubków, tak?

— Nigdy nie nazwałem cię czubkiem, Thomas.

— Nie chcę żyć w szpitalu. Mają tam okropne jedzenie. — Thomas spojrzał na mój niedokończony kawałek pieczeni. — Nawet gorsze niż to. Poza tym nie sądzę, żeby w sali szpitalnej mieli połączenie z Internetem.

— Nikt nie mówi o szpitalu. Myślałem raczej o jakimś domu z opieką. Prawdopodobnie mógłbyś tam sam sobie gotować. Mogę cię nauczyć.

— Nie mogę się wyprowadzić — odparł Thomas rzeczowo. Mam tu wszystkie swoje rzeczy, swoją pracę.

— Thomas, spędzasz przed komputerem, wędrując po świecie, cały swój czas. I tak dzień w dzień, miesiąc w miesiąc. To bardzo niezdrowe.

— To te ostatnie usprawnienia — odparł. — Kilka lat temu miałem tylko mapy, atlasy i globus. Nie było Whirl360. Teraz jest znacznie lepiej. Całe życie czekałem na coś takiego.

— Zawsze miałeś obsesję na punkcie map, ale...

— Chciałeś powiedzieć, zawsze interesowałem się mapami. Ja nie mówię, że masz obsesję rysowania głupich portretów. Widziałem twój rysunek Obamy w białym kitlu i ze stetoskopem, jakby był lekarzem, ten, który zamieścili w gazecie. Uważam, że go ośmieszyłeś.

— Thomas, o to właśnie chodziło — odpowiedziałem. — Tego chciała redakcja gazety.

— I co? Nazwałbyś to obsesją? Ja myślę, że to po prostu twoja praca.

Do diabła, rozmowa nie miała skupiać się na mnie.

— Chodzi o to — ciągnąłem — że te nowe technologie, jak ten cały Whirl360, nie wpływają dobrze na twoje zainteresowanie mapami. Spacerujesz ulicami miast, co przyznaję, może być interesujące, ale Thomas, to wszystko, czym się zajmujesz.

Ponownie spojrzał na podłogę.

— Słuchasz mnie? Nie wychodzisz z domu. Nie spotykasz się z ludźmi. Nie czytasz książek, gazet. Nawet nie oglądasz telewizji. Nigdy nie schodzisz, żeby obejrzeć film.

— I tak nic nie ma w telewizji. Filmy są bardzo kiepskie; i pełno w nich błędów. Mówią, że akcja toczy się w Nowym Jorku, ale widać w tle, że to Toronto albo Vancouver, albo jeszcze jakieś inne miasto.

— Cały dzień nic tylko siedzisz przed komputerem i klikasz na kolejne ulice kolejnych miast. Chcesz zobaczyć świat? Wybierz miasto. Zabiorę cię do Tokio, albo do Mumbaju. A może wolisz Rzym? Możemy tam polecieć. Usiądziemy sobie w jakiejś ładnej restauracji przy fontannie di Trevi, zamówimy pizzę albo spaghetti, a na deser pyszne włoskie lody. Zobaczysz prawdziwe miasto, zamiast nieruchomych zdjęć na ekranie komputera. Będziesz mógł dotknąć cegieł katedry Notre Damę, poczuć zapachy nocnego targowiska na Tempie Street w Hong Kongu, posłuchać karaoke w Tokio. Wybierz tylko jakieś miejsce, a zabiorę cię tam.

Thomas spojrzał na mnie obojętnie.

— Nie. Tu jest całkiem dobrze. Przynajmniej nie zarażę się żadną zakaźną chorobą, nikt mi ukradnie bagażu, ani nie wyląduję w hotelu pełnym karaluchów; nikt mnie nie pobije na ulicy, ani nie wpadnę w tarapaty z powodu nieznajomości języka. Poza tym nie ma czasu.

— Na co nie ma czasu?

— Żeby osobiście odwiedzić każde miejsce. Tutaj mogę wykonać pracę znacznie szybciej.

— Thomas, jaką „pracę”?

— Na razie nie mogę nic zdradzić — odparł enigmatycznie. — Najpierw muszę sprawdzić, czy możesz być wtajemniczony.

Westchnąłem przeciągle kładąc dłoń na czubku głowy. Miałem już dość tej rozmowy. Postanowiłem zmienić temat.

— Pamiętasz Julie McGill? Ze szkoły?

— Tak — odpowiedział Thomas. — Dlaczego pytasz?

— Przyszła na pogrzeb. Pytała o ciebie. Kazała przekazać pozdrowienia.

Thomas spojrzał na mnie wyczekująco. — Więc zrób to.

— Co? — Po chwili zrozumiałem. — Przekazuję ci pozdrowienia od Julie. Gdybyś przyszedł na pogrzeb, sam mógłbyś z nią porozmawiać. — Thomas nie zareagował. Wciąż miałem mu za złe to, że nie pojawił się na nabożeństwie.

— Była z tobą w klasie? — zapytałem.

— Nie — odparł. — Była o rok wyżej, albo niżej. — Przerwał. — Mieszkała pod numerem 34 na Arbor Street. To był piętrowy dom, pomalowany na zielono, z drzwiami pośrodku i dwoma oknami po bokach na parterze i trzema na piętrze. Po prawej stronie dachu był komin, a skrzynkę pocztową zdobiły kwiaty namalowane od szablonu. Julie zawsze była dla mnie miła. Wciąż jest ładna?

Skinąłem głową. — Tak. Wciąż ma czarne włosy, tyle że obcięte na krótko.

— Wciąż z niej seksbomba? — kontynuował bez najmniejszej emocji w głosie, zupełnie jakby pytał, czy dalej jeździ subaru.

— No, raczej tak... Czy wy kiedyś... no wiesz?

— Co takiego? — naprawdę nie domyślał się o co mi chodzi.

— Chodziliście ze sobą?

— Nie — odpowiedział. Mogłem się domyślić. Thomas nigdy nie miał stałej dziewczyny i w ogóle, o ile pamiętam, tylko kilka razy w życiu był na randce. Jego dziwna, introwertyczna natura nie pomagała mu w tym, a poza tym, prawdę mówiąc nigdy nie byłem pewien, czy Thomas lubi dziewczyny. Podczas gdy ja chowałem pod materacem erotyczne magazyny, Thomas miał już sporą kolekcję map.

— Ale lubiłem ją — dodał. — Uratowała mnie.

Przekrzywiłem głowę, próbując sobie przypomnieć. — Chodzi ci o bliźniaki Landry?

Thomas przytaknął. Któregoś dnia wracał ze szkoły do domu, gdy nagle na jego drodze stanęli Skyler i Stan Landry, obaj o inteligencji świnki morskiej, i zaczęli go zaczepiać, nabijając się z jego skłonności do rozmowy z samym sobą. Już go zaczęli popychać, gdy nagle zjawiła się Julie McGill.

— I co zrobiła?

— Wrzeszczała, żeby zostawili mnie w pokoju. Stanęła między nimi a mną. Wyzwała ich od tchórzy i... nieważne.

— Powiedz.

— Skurwieli.

Przytaknąłem. — Tak, pamiętam.

— Było mi trochę wstyd. No wiesz, dziewczyna staje ci w obronie — ciągnął Thomas — ale z drugiej strony, gdyby się nie zjawiła, zbiliby mnie na kwaśne jabłko. Znajdzie się coś na deser?

— Hę? Nie wiem. Wydaje mi się, że widziałem końcówkę lodów w zamrażarce.

— Przyniesiesz mi je do góry? Naprawdę muszę już wracać do siebie. — Thomas już wstał od stołu.

— Tak, jasne — odpowiedziałem.

— Widziałem coś — rzeki Thomas.

— Co takiego?

— Coś na ekranie komputera. Myślę, że mógłbyś rzucić okiem. Chyba nie złamiemy w ten sposób żadnej klauzuli tajności.

— O czym ty mówisz?

— Musiałbyś zobaczyć. Za dużo by tłumaczyć.

— Może dasz mi jakąś wskazówkę? — poprosiłem.

Thomas zastanowił się i po chwili odparł: — Musisz sam to zobaczyć... Jak przyniesiesz lody.

5

Po pięciu minutach poszedłem do pokoju Thomasa. W zamrażarce znalazłem pojemnik z resztką lodów waniliowych, których starczyło zaledwie na jedną porcję. I tak nie miałem apetytu.

Jak mogłem być na tyle naiwny, by łudzić się, że uda mi się wyperswadować Thomasowi, że traci czas. Rodzice przez całe lata próbowali coś z tym zrobić; bez skutku. Dlaczego więc mnie miałoby się udać? Mój brat zawsze był taki i wszystko wskazywało na to, że już nigdy się nie zmieni.

Niektóre oznaki obsesji pojawiły się bardzo wcześnie; na przykład zafascynowanie mapami, które zaczął okazywać w wielu lat sześciu. Na początku mama i tato byli zachwyceni. Uwielbiali popisywać się Thomasem przed znajomymi, podobnie jak rodzice utalentowanego muzycznie dziecka, które zabawia gości utworami Brahmsa. „Wybierzcie kraj”, mawiał ojciec. „Wszystko jedno jaki”.

I wtedy przyjaciele rodziców, nie znając umiejętności Thomasa, mówili na przykład „Argentyna”, na co Thomas brał szkicownik i ołówek, rysował kontur kraju i wpisywał w odpowiednie miejsca nazwy najważniejszych miast oraz sąsiadujących krajów. Na koniec oddawał kartkę do oceny dorosłych.

A ponieważ nasi goście nie potrafili odróżnić Argentyny od Arkansas i dlatego nie mogli stwierdzić na ile rysunek Thomasa jest dokładny, ojciec wyciągał z półki atlas, który otwierał na stronie z mapą Argentyny i mówił: „Patrzcie i podziwiajcie. Uwierzylibyście? Nawet Mendoza jest na właściwym miejscu. Mówię wam, dzieciak w przyszłości zostanie kartografem”.

Nie sądzę, żeby Thomasowi podobała się ta rola błazna, lecz mimo wszystko, nigdy głośno nie wyraził sprzeciwu. Wtedy jeszcze sam myślałem, że mam po prostu utalentowanego młodszego brata. Owszem, był trochę zamknięty w sobie i nieśmiały, ale nic nie wskazywało na poważniejsze problemy.

To jednak wkrótce miało się zmienić.

Póki co, rodzice byli z niego bardzo dumni. Ja zaś spadłem na dalszy plan; przynajmniej podczas rodzinnych wakacji. Mama pakowała wszystkie walizki, które tato upychał do bagażnika, a potem wyruszaliśmy do Atlantic City, na Florydę czy do Bostonu. Mama nie miała za grosz zmysłu orientacji i potwornie się męczyła z mapami, które rozdawano na stacjach benzynowych, choć trzeba przyznać, że była ekspertem w ich składaniu.

W rezultacie tato musiał czytać mapę. Gdy słyszę dziś jak niebezpieczne jest wysyłanie wiadomości tekstowych podczas jazdy samochodem, chce mi się śmiać. Gdyby wtedy były smartfony, ojciec pewnie czytałby Moby Dicka na obwodnicy Chicago. W każdym razie, mama składała mapę, tak żeby widoczna była trasa, a następnie tato kładł ją na kie rownicy i spoglądał na nią co dwie sekundy. W ten sposób przejechaliśmy pół Ameryki.

Dopóki Thomas nie skończył siedmiu lat.

— Ja będę czytał mapę, tato — zaproponował.

Ojciec na początku go zignorował, ale Thomas był uparty. W końcu ustąpił. „A co mi tam”, pomyślał, „niech się chłopak cieszy, że może się na coś przydać”. Ale Thomas nie bawił się w pilota, tak jak niektóre dzieci otwierają książkę, udając że czytają, choć jeszcze nie znają liter.

Thomasowi wystarczyło rzucić okiem na mapę, by za chwilę oznajmić coś takiego:

— Za 10 mil zjedz z 90., a dalej jedz drogą numer 22 na wschód.

— Daj mi to — odpowiadał tato, kładąc mapę na kierownicę.

— A niech mnie — mówił. — Chłopak ma rację.

Tak, w tej dziedzinie Thomas nigdy się nie mylił.

Nieraz próbowałem wydrzeć mu mapę z rąk. Uważałem, że to ja, jako starszy brat powinienem być pilotem. Byłem zielony z zazdrości widząc, że ojciec korzysta z pomocy mojego młodszego brata.

— Raymond! — wrzeszczał. — Zostaw brata w spokoju i pozwól mu zająć się swoją pracą! Thomas wie, co robi.

Patrzyłem na mamę z nadzieją na jakieś wsparcie. — Ty też jesteś dobry w różnych rzeczach — mówiła. — Ale Thomas naprawdę zna się na mapach.

— W czym jestem dobry? — pytałem.

Musiała chwilę pomyśleć. — Jesteś świetnym rysownikiem. Może mógłbyś narysować miejsca, które odwiedzimy na naszej wycieczce? Byłoby wspaniale.

Czy można sobie wyobrazić bardziej protekcjonalne traktowanie? Mieliśmy przecież aparat fotograficzny, więc nie wiem po co komu moje bazgroły? Obrażony sięgnąłem do walizeczki, w której trzymałem przybory do rysowania.

— Proszę, oto jaskinie Carlsbadu — odpowiedziałem po dając jej nietkniętą kartkę czarnego kartonu. Byliśmy tam dzień wcześniej. — Możesz to sobie oprawić w ramkę, jak wrócimy do domu.

Pierwszą poważniejszą zapowiedzią problemów Thomasa było zdarzenie, jakie miało miejsce podczas innej wspólnej wycieczki do domku letniskowego w południowej Pensylwanii, oddalonego o jakieś półtorej godziny jazdy od Pittsburgha. Miałem wtedy jedenaście lat, Thomas dziewięć. Był to okazały pensjonat na zboczu góry, który na początku kojarzył mi się z hotelem Overlook z filmu Lśnienie na podstawie powieści Stephena Kinga. Na szczęście zamiast krwi wylewającej się z wind, martwej kobiety w wannie, czy chłopczyka pedałującego na rowerku po niekończących się korytarzach zastaliśmy wieczory z bingo, pole do minigolfa, basen oraz ciasteczka i lemoniadę serwowane codziennie o 16.00 na werandzie. Spędziliśmy tam bardzo miły tydzień, choć najbardziej zapadł nam w pamięć powrót do domu, kiedy to tato postanowił zboczyć z trasy wyznaczonej przez Thomasa.

Thomas spędził kilka dni planując drogę powrotną. W tym czasie, mimo usilnych starań mamy, nie dał się w ogóle namówić na pływanie, rzucanie podkową, ani żadne inne rozrywki. Uznał, że powinniśmy jechać na północ drogą numer 99 przez miejscowość Altoona. Planowaliśmy posłuchać Thomasa, dopóki mama nie zaproponowała innej, nieco krótszej trasy przez Harrisburg, gdzie być może zrobilibyśmy dobre zakupy. Oznaczało to jazdę na wschód drogą 76.

— Co robicie?! — wrzeszczał Thomas z tylnego siedzenia, jak tylko zwietrzył podstęp. — Musimy jechać 99!

— Mama chce wpaść na chwilę do Harrisburga — odparł tato. — To nic takiego.

— Cały tydzień planowałem trasę — odrzekł Thomas i rozpłakał się.

— To teraz możesz zaplanować inną drogę do domu z Harrisburga — zaproponowała mama. — Byłoby fajnie.

— Nie! — upierał się Thomas. — Musimy jechać zgodnie z mapą.

— Słuchaj, synku, wpadniemy tylko...

— Nie!

— Boże, Ray, zrób coś, zabaw brata. Gdzie jest książka z kawałami?

Ale Thomas odpiął pasy, uklęknął na siedzeniu i zaczął walić głową w szybę.

— Do jasnej cholery! — krzyknął tato.

— Thomas! — wrzasnęła mama.

Próbowałem go powstrzymać, ale mnie odepchnął, opanowany atakiem szału, aż w końcu na oknie pojawiła się cienka strużka krwi.

Tato natychmiast zatrzymał się na poboczu. Mama co sił wyskoczyła z samochodu, o mały włos nie upadając na asfalt, otworzyła tylne drzwi i mocno przytuliła mojego brata, przyciskając jego skrwawioną i posiniaczoną twarz do piersi.

— Już dobrze — powiedziała. — Pojedziemy drogą 99, tak jak zaplanowałeś.

Nie lubiłem wchodzić do pokoju Thomasa. Czułem się tam jeszcze bardziej nieswojo niż w przedpokoju na piętrze. Wszędzie te mapy — niektóre przyklejone do ścian, inne porozrzucane po podłodze, jeszcze inne zwinięte w kartonowych tubach, które Thomas zamówił przez Internet, półki wypełnione po brzegi starymi atlasami Amerykańskiego Towarzystwa Samochodowego (kto dziś jeszcze takich używa?), setki komputerowych wydruków map, satelitarnych zdjęć miast, których nie mogłem od razu rozpoznać.

W tym rozgardiaszu trudno było nawet znaleźć stojące przy ścianie łóżko, zakopane pod stosami papieru. Wyglądało to tak, jakby grupa wandali postanowiła zdemolować redakcję „National Geographic”. Tu złamano wszystkie przepisy przeciwpożarowe. Wystarczyło, żeby ktoś wszedł do przedpokoju z zapaloną świecą, a z domu wkrótce zostałyby zgliszcza.

Należało niezwłocznie coś z tym zrobić.

Thomas siedział przed komputerem. Miał przed sobą klawiaturę i trzy ustawione w rzędzie monitory z płaskim ekranem, na których widział trzy różne ujęcia tej samej ulicy: jej lewą i prawą stronę oraz środek. W górnej części każdego ekranu wyświetlał się adres strony internetowej whirl360.com.

Muszę przyznać, że dawała ona niesamowite możliwości, które jeszcze dziesięć lat temu nikomu się nawet nie śniły.

Tu był cały świat na wyciągnięcie ręki. Po wyborze dowolnego miejsca na ziemi ukazywała się jego mapa, albo zdjęcie satelitarne z lotu ptaka, które dało się powiększyć aż do rozmiaru pozwalającego zobaczyć przewody wentylacyjne na dachach wieżowców.

Ale to nie wszystko.

Klikając na dowolnie wybraną ulicę można było ją zobaczyć; tak, naprawdę zobaczyć; zupełnie jakby się tam było. Każde kliknięcie myszki umożliwiało posuwanie się o kilka jardów do przodu, a przytrzymując przycisk myszki można było poruszać się w lewo lub w prawo, albo obrócić się o 360 stopni. Jeśli użytkownik zobaczył coś godnego uwagi w oknie sklepowym lub restauracyjnym, mógł zrobić najazd na ten detal, a nawet przeczytać danie dnia: „Wątróbka smażona na cebuli — 5,99 dolarów”.

Od czasu do czasu sam wchodziłem na tę stronę. W ubiegłym roku pojechałem odwiedzić kolegę z czasów studiów, który mieszkał w eleganckim kwartale o nazwie The Beach na południe od Queen Street we wschodniej części Toronto. Zaproponował w mailu, żebyśmy się spotkali pod jego domem, a następnie udali się na piechotę do pobliskiej włoskiej restauracji.

Wpisałem w przeglądarkę Whirl360, znalazłem jego dom i stamtąd „przeszedłem” na Queen Street. Następnie rozejrzałem się wokół, w promieniu zaledwie dwóch przecznic, gdzie znalazłem dwie restauracje, z których jedna — jak się okazało po wpisaniu ich w przeglądarkę — była włoska. Prze studiowałem więc dostępne w Internecie menu i z miejsca wiedziałem co zamówię — ravioli z homarem.

Rozumiałem więc, że dla kogoś takiego jak Thomas, Whirl360 był spełnieniem najskrytszych marzeń. To jakby fan Star Treka obudził się nagle na pokładzie USS Enterprise.

Nie znałem ulicy, którą aktualnie oglądał Thomas. Była wąska, mieścił się na niej zaledwie jeden pas ruchu. Po prawej stronie stały równolegle zaparkowane samochody. Pomyślałem, że to musi być gdzieś w Europie.

Położyłem lody obok telefonu. Thomas miał na górze własne połączenie telefoniczne, które rodzice zainstalowali jeszcze w czasach, gdy Internet był połączony bezpośrednio z telefonem. Ponieważ Thomas non-stop korzystał z sieci, rodzice nie byli w stanie nigdzie zadzwonić, ani odebrać telefonu. Dzięki drugiej linii Thomas mógł przeglądać Internet tak długo, jak tylko chciał. Dziś mamy w domu Wi-Fi, a Thomas prawie nigdy nie korzysta z telefonu. Jeśli już ktoś do niego zadzwoni, zazwyczaj jest to jakiś spec od telemarketingu.

Spojrzał na lody. — A sos czekoladowy? — zapytał z wyrzutem.

— Skończył się — odpowiedziałem, choć tak naprawdę nie chciało mi się sprawdzać.

— Gdzie to jest? — zapytałem.

— Salem Street — odparł.

— W jakim mieście?

— W Bostonie. Na North Endzie.

— No tak, oczywiście. Myślałem, że ostatnio cały czas spędzałeś w Paryżu?

— Jestem ciągle w podróży — odparł Thomas. Nie wiedziałem, czy chciał sobie zażartować, czy nie, ale uśmiechnąłem się.

— Widzisz coś dziwnego? — zapytał.

Przyjrzałem się uważniej. Po chodniku spacerowali ludzie; mieli zamazane twarze, prawdopodobnie zgodnie z zasadami ochrony dóbr osobistych, podobnie rzecz się miała z tablicami rejestracyjnymi samochodów. Nie mogłem odszyfrować niektórych znaków drogowych.

— Nie — odpowiedziałem.

— Widzisz ten srebrny SUV? — zapytał, wskazując na samochód widoczny z profilu na prawym ekranie.

— Tak, widzę.

— Zobacz, co zrobił. Cofając, uderzył w to niebieskie auto. Spójrz, rozwalił mu lampę.

— Możesz to powiększyć? — poprosiłem.