4,99 €
„Sandy” Aleksandra Janowskiego to obszerna i wielowątkowa powieść obyczajowa z elementami romansu, sensacji i kryminału. Akcja rozgrywa się w Nowym Jorku, który polskiemu czytelnikowi wyda się swojski, gdyż autor przemyca w tekście wiele polskich akcentów i smaków. A opis biurokracji i działalności służb miejskich, łącznie z policją, przypomina absurdy z czasów PRL-u, wyśmiewane w filmach przez Stanisława Bareję. W pierwszym tomie poznajemy głównych bohaterów powieści, ich plany i pragnienia. Mieszają się tu miłość, zachłanność, chęć posiadania władzy i czasem… świętego spokoju. Powieść „Sandy” napisana jest lekkim piórem, więc przez jej pierwszą część przebiegamy, jakbyśmy unosili się na skrzydłach spadającego na Nowy Jork huraganu.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2014
Aleksander Janowski "Sandy cz.I"
Copyright © by Wydawnictwo Psychoskok, 2014 Copyright © by Aleksander Janowski, 2014
Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej publikacji nie może być reprodukowana, powielana i udostępniana w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.
Skład: Arkadiusz Woźniak INFOX e-booki Projekt okładki: Juliusz Kłosowski oraz Wydawnictwo Psychoskok Sp. z o.o. Zdjęcie okładki: Juliusz Kłosowski – www.JulisSimo.com Korekta: Paulina Jóźwiak
ISBN: 978-83-7900-208-5
Wydawnictwo Psychoskok ul. Chopina 9, pok. 23, 62-507 Konin
Liczne i serdeczne podziękowania
Dla Koleżanki Małżonki
Ani
Niecierpliwie kliknąłem myszą swojego czteroletniego laptopa. Miałem wrażenie, że wolniej ostatnio pracuje. Może nadszedł czas, by kupić nowy? Czytałem gdzieś, że należy je zmieniać na kolejne modele co trzy lata, by nadążyć za nieustającym wyścigiem techniki. Muszę się nad tym jeszcze zastanowić. Pochopne decyzje nigdy nie są optymalne.
Zastanawiałem się też od kilku dni nad weekendowym wypadem wpobliskie Góry Niedźwiedzie. Przeszedłem na internetową stronę „10-dniowa prognoza pogody dla Nowego Jorku”. Na ekranie zawirował okrągły obłoczek - taki niby obwarzanek zdziurką wśrodku - znapisem „Sandy”. Czerwone strzałki wskazywały przewidywany kierunek przemieszczania się potężnego frontu atmosferycznego - zKaraibów na północny zachód Atlantyku. Prawdopodobnie uderzy na kontynent amerykański gdzieś między Południową Karoliną aNową Anglią. Spodziewana siła wiatru – do 120 mil na godzinę, wysokość fali przypływowej – do 30 stóp. Poważnie to brzmiało. Igroźnie.
Po chwili refleksji skwitowałem tę wiadomość wzruszeniem ramion – przecież przed rokiem burmistrz również hiobowym tonem wieścił nadciągającą apokalipsę. Apelował zatroskanym tonem do mieszkańców oopuszczanie niżej położonych domostw wpobliżu zatoki, wobawie przed niszczycielskimi skutkami nieposkromionego żywiołu. Ogłoszono wtedy przymusową ewakuację zzagrożonych terenów. Pilną, wdodatku.
Ludność posłusznie usłuchała wezwań, apeli ipoleceń. Ztak zwanych stref „ A”, najbardziej narażonych na katastrofalne skutki zapowiedzianej apokalipsy, wypełzały długie węże samochodów osobowych, dostawczych iciężarówek obładowanych całymi rodzinami, zpsami, kotami imałymi dziećmi, przyciskającymi kurczowo do piersi słoiki ze złotymi rybkami. Nierzadki widok stanowiły podwójne materace uwiązane rzemieniami do dachów fordów, chevroletów inissanów. Mercedesów icadillaców wtym natłoku pojazdów nie zauważyłem. Może pojechały inną trasą? Dla droższych wozów? Z budżetu miasta – molocha - skrupulatnie wyciśnięto pokaźne sumy na przemieszczenie wbezpieczne miejsca pacjentów szpitali, domów starców iopieki społecznej. Szkoły iuczelnie pozamykano. Urzędy publiczne również. Ulice opustoszały. Nawet wysoki, płaski gmach ONZ, zawsze jarzący się ozmroku tysiącem świateł, straszył ciemnością. Miasto przyczaiło się wtrwożnym oczekiwaniu.
Feralnego dnia wszystkie kanały telewizyjne od szarego świtu nadawały złowieszczo jeden iten sam temat – Uwaga! Nadchodzi!
- Zupełnie jak polskie radio, kiedy zapowiadało nalot hitlerowskich bombowców nad Warszawę we wrześniu1939 roku – odezwała się babcia zkuchni, rozsmarowując orzechowe masło na białej bułce. Przeniosła się do mnie na kilka dni ze swojego małego domku na Staten Island po przeciwnej stronie Manhattanu, bo jej ”samej jest jakoś niewyraźnie”. Bała się natomiast jeden jedyny raz wżyciu.
–Na Polesiu, kiedy byłam młodą mężatką inadciągnęła znienacka czarna lipcowa nawałnica, zogłuszającymi piorunami ibłyskawicami, wyglądająca jak koniec świata… Służba się przelękła ipochowała, amój Ignac gdzieś się wlesie ze strzelbą zawieruszył… Od tamtego czasu nic mnie nie wystraszy.”
Lesen Sie weiter in der vollständigen Ausgabe!
