Dom na drzewie - Steven Meyers - E-Book

Dom na drzewie E-Book

Steven Meyers

0,0
8,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

W szarych odcieniach Seattle dwóch mężczyzn, Steven i Scott, wyrusza w niebezpieczną podróż poza zasięgiem prawa. Uwięzieni w świecie napadów na banki i ulotnych lojalności, poszukują odkupienia w społeczeństwie nieustępliwym w pościgu. Wśród pełnych adrenaliny eskapad i moralnych dylematów ich więź się pogłębia, prowadząc do nieoczekiwanego przymierza. Opowieść śledzi ich odyseję na tle bezlitosnego prawa, kończąc się tragicznym finałem Hollywooda człowieka, który żył i umarł na własnych warunkach, pozostawiając po sobie dziedzictwo splecione z losami tych, których dotknął.

Steven Meyers nie jest zewnętrznym kronikarzem zbrodni - jest jedną z kluczowych postaci, których życie ukształtowało tę historię. Po latach wyrażania siebie poprzez poezję, rzeźbę i malarstwo, sięga teraz po prozę, by opowiedzieć nieskalaną prawdą historię swoją i Scotta - ich długą podróż przeżytą wśród policji, przyjaciół i innych osób splątanych z ich losami.
Choć filmy dokumentalne, takie jak niedawna produkcja Netflixa, 48 Hours, oraz kilka programów telewizyjnych ukazywały fragmenty ich sagi, żaden z nich nie oddał pełnej rzeczywistości. Ta książka stanowi własne świadectwo Stevena pełną i intymną relację tego, co naprawdę się wydarzyło.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2025

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



Steven Meyers

Dom na drzewie

Wszelkie prawa zastrzeżone

Copyright © 2025 Steven Meyers

Żadna część tej publikacji nie może być powielana, rozpowszechniana ani przesyłana w jakiejkolwiek formie lub za pomocą jakichkolwiek środków, w tym kopiowania, nagrywania czy innych metod elektronicznych lub mechanicznych, bez uprzedniej pisemnej zgody wydawcy, za wyjątkiem krótkich cytatów zawartych w recenzjach krytycznych i niektórych innych dozwolonych przez prawo autorskie celów niekomercyjnych.

Opublikowano przez Spines

ISBN: 979-8-90002-343-4

DOM NA DRZEWIE

PRAWDZIWA HISTORIA HOLLYWOOD ZŁODZIEJA BANKÓW

STEVEN MEYERS

CONTENTS

Prolog

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Epilog

DOM NA DRZEWIE

PRAWDZIWA HISTORIA HOLLYWOOD ZŁODZIEJA BANKÓW

„Prawie każdy przestępca ulega upadkowi woli i zdolności rozumowania z powodu dziecinnej i fenomenalnej nieostrożności, właśnie w chwili, gdy rozwaga i ostrożność są najistotniejsze.

Był on przekonany, że to zaćmienie rozumu i upadek siły woli atakuje człowieka niczym choroba…”

~Dostojewski

PROLOG

…jego posiadłość była rzadką i wyjątkową, a wielu przybywało do tego północno-zachodniego lasu o każdej porze roku, by pomagać w przedsięwzięciach jego wypraw i w rozumieniurozpoznawać jego sposobówsposoby. I z tego nieskażonego lasu powstało to osiedle, które przez minione sezony i lata rosło pierwotnie śmiałe i odważne, niczym posłaniec w pośpiechu przywieziony z niezawodnych ramion natury. Jednostka żywa sama dla siebie i wobec innych, unosząca się wysoko pod kapryśnymi chmurami i kołysząca się w rytm gigantycznych drzew — stała się ich częścią i udziałem. Arkady zbiegające się wokół siedmiu gigantycznych cedrów oraz ścieżki wijące się od samej rezydencji przez las ku ukrytym sanktuariom, gdzie spoczywały moc i tajemnica puszczy. To było schronienie dla licznych włóczących się zwierząt leśnych, które wiedziałyznały, że ten azyl jest tylko częścią wszystkiego, co same znały najlepiej. Lotne wiewiórki zuchwaleśmiałkowsko wdzierały się do ciepłego wnętrza na poranne śniadanie i dla żartów oraz wybryków, i nie zważały na to, jak bądź w jakim celu zrodził się ten cud lub dlaczego,a istotne było tylko to, że istnieje. Latem kolibry gromadziły się tu, czerpiąc z wiszącej flory nektardrażniąc wiszącą florę swoim nektarem niczym plemienne posłańce przelatujące z kwiatu na kwiat, ich pokarm, który zawsze tam był i nigdzie indziej w tym lesie. A przez mgłę porannej rosy przepędzoneponiewierane kruki krążyły po bezwietrznym niebie nad cedrowym domem, a ich krakanie przypominało chór niepokornych wróżbitów, czy najeźdźców szukających terytorium znanego tylko im samym. Co do jego sposobów, postrzegano go jako wyryte schronienie dla duszy oraz hospicjum dla podróżnych od zagrożeń upadającego świata…, Ddom, który nie odzwierciedlał świata zewnętrznegoniewiele odbijał ze świata na zewnątrz, bo był światem niepodobnym do żadnego innegowyjątkowym ,i,ale światem stworzonym przez siebie samego…

Przepowiedziano i spisano z biegiem czasu, że siły przypadku i przeznaczenia to tylko myśli ludzi podejmujących śmiałe i lekkomyślne przedsięwzięcia, a w tym podpisie zbudował swój dom na drzewie, i podobnie śmiał się posuwać naprzód, obierając swoje szlaki i dokonującoznaczając nieposkromione czyny, które stały się jego własnym zgubieniem. A jak było z nim, tak będzie opowiedziane w tej historii.

ROZDZIAŁ1

„Przeklęty człowiek, który zdjął z moich nóg okrutne więzy, gdy leżałem na polu. Ukradł mnie śmierci i ocalił, bez żadnej łaski. Gdybym wtedy umarł, nie byłbym takim ciężarem dla przyjaciół.”

~Safona

Wigilia Święta Dziękczynienia…27 listopada 1996… Seattle

Nasz van nagle z łatwością wpadł w poślizg i gwałtownie huknął. Zablokował się na drzewie, obracając kołami i wycinał bruzdy na trawniku przed domem z sąsiedztwaw sąsiedztwie. Koła zawyły niczym krzyk nurkujących mew, zanim silnik zgrzytnął i zgasł. Wycieraczki dalej pracowały w rytmicznym tonierytmie. Syki skanera, przerywane tylko głosami dyspozytora, stały się nośnikiem mojego losu… głosy, głosy, zawsze te same głosy! Jakoś uniosłem moje ciało skąpane w krwi i spojrzałem przed siebie; drzwi kierowcy były otwarte, a Scott (mężczyzna) zniknął. Odszedł… chaotyczne błyski mojego życia pojawiały się w moim umyśle — odszedł, odszedł, wszystko umarło! Ciemna, przesiąknięta deszczemprzemoczone gałąź świerka zasłaniała szybę; wycieraczki nadal bezskutecznie migały w przód i w tył. Metaliczne krople deszczu brzmiały jak puste dzwonki uderzające o van. Deszcz spadał ostrymi, zimnymi strugamiłopatami, a zawodzący wiatr jęczał niczym wściekły posłaniec losu. Po mojej prawej otwarte byłyo boczne przesuwane drzwi, pozostałość po ostatniej próbie Scotta (mężczyzny), by zatrzymać napierający szturm i grad kul z policji Seattle (SPD) i FBI. Trafili celnie.

Mark (mężczyzna) leżał zwrócony twarzą do ziemi pośród obszernego stosu pieniędzy. Wnętrze vana zalały krew, dym i broń. Jego ciałoa ważące 240 funtów było nieruchome i nieme. Ciało naładowane latami bourbona, papierosów i narkotyków. Po ostatnich kilku dniach pełnych nerwowego niepokoju, podczas których próbował wmówić sobie, że taki los nigdy go nie spotka, teraz leżał bezwładny, być może bez tchu. Spojrzałem i zobaczyłem krew rozlaną abstrakcyjnie na jego torsie i smugiami ciepłej czerwieni na stosie pieniędzy. Obraz tej sceny przywodził na myśl mroczne średniowieczne malowidło, coś, co HieronimHieronymus Bosch stworzyłby na potrzeby swego upiornego przedstawienia człowieka wchodzącego do piekła. Jego ciało o wzroście sześciu stóp i pięciu cali przypominało nieruchomego, wyciągniętego pytona — bezruch uległy oczekującym rękom prawa, które czekały.

Wciąż skulony i kołysząc się na kolanach, z lewą ręką zwisającą bezwładnie i opadającą z boku na bok, bezskutecznie próbowałem utrzymać równowagę. Moja prawa ręka była zaciśnięta w pięść, a z przedramienia wystawały ścięgna i zakrwawione mięso. Obie ręce zostały postrzelone i nie nadawały się do użytku. Moja krew rozlała się na chaos rozrzuconych wokół mnie studolarowych banknotów. Ogarnęło mnie zimne poczucie opuszczenia, jak uderzenie młotka w bezlitosne kowadło. Wszystko, czym byłem, uległo zmianie; wszystko się skończyło. Śmierć wydawała się teraz tak naturalna.

Drętwota i zamieszanie wprawiły mnie w wir niepewności. Zapach zimnego deszczu i świerków zaczął pieścić moje zmysły; dziwne myśli o przetrwaniu zaczęły mnie otulać nawet w tej chwili śmierci. Jakoś, jakoś to wszystko było tak mylące. Słyszałem echo odległych staccato odgłosów staccato. Nadal padały strzały, ale przygasały. OdbiornikSkaner syczał z przerwami na wezwania dyspozytora policji. Ludzie krzyczeli, tak bardzodaleko, tak daleko, jakby z głębokiego dołu, gdzie dźwięki są rozproszone i puste, a ich źródło nigdy nie jest znanerozpoznane. Szaleńcze gGłosy zewsządzdezorientowane z każdej strony; niewyraźnestłumione i przytłumione, powtarzające się bez sensu. Moje widzenie stawało się mleczne i szkliste od dymu wypełniającegowypełnionego dymem vana. Nagle światło otoczyło mnie całego, piękne strumienie światła przebijały się przez vana — krew, krew i ból porażki. Byliśmy jak dwóch mężczyznmężów pochowanych w trzewiach tego vana, z pozostałością zakrwawionychreliktem przepoconej pieniędzy skąpanej w krwi pozostawionych jako nasz ostateczny znak naszego upadku.

Nic nie mogło nas przygotować na takie wydarzeniaspotkania, jakie nas wtedy spotkały w tę burzliwą noc. Wszystko skończyło się w finalnym, ulotnym momencie, który był wynikiem czterech lat nieograniczonego sukcesu. Wszystkie nasze plany i przygotowania poszły na marne. Błędy powstałe w ogniu walki i złe decyzje taktyczne doprowadziły do tego. Zrobiliśmy się zbyt pewni siebie po sukcesach wobec naszych przeciwników — SPD i FBI. Podjęliśmy się ostatniej operacji i przegraliśmy.

Przegraliśmy bardzo mocno. Cztery lata katowania systemu – a teraz nadeszła ich chwila chwały!

Smród prochu i krwi unosił się niczym chmura wraz z oczami śmierci. Często w takich beznadziejnych i pokonanych momentach znajduje się ostatni przypływ woli, by przetrwać i walczyć na równych prawach — lecz to nie miało miejscae tej nocy. Śmierć zdawała się wołać z otwartymi ramionami, a ja chętnie przyjąłem jej oczekujący uśmiech. Chwile zdawały się być ponadczasowe i dziwnie obce w tym chaosie porażki.

Słyszałem oddalające się głosy i hałasy, zbliżające się coraz bardziejbliżej. Nadciągała gwardia oficerów; wreszcie schwytali długo wyczekiwanąoczekiwaną zdobycz; wszystkich oprócz jednego, czyli samego Hollywooda. Mark i ja znaleźliśmy się w ich surowym i zimnym świecie odwetu. Ich zapłata spóźniła się opóźniła.

Przez otwarte przesuwane drzwi wiatr unosił luźne banknoty, a jęczący głos deszczu uderzał w rzucał krople na moją twarz. Mark był wciąż nieruchomy, przytwierdzony do miejsca. Usłyszałem ostry krzyk z dalekadalekiego głosu:

„Jeden tamidzie… po stronie kierowcy… strzelać zanim ucieknie… zastrzelić tego skurwysyna!” Wykrzykiwane słowagłosy rozprzestrzeniały się po opornych wiatrach, zdawało mi się ze wszystkich stron. Światła samochodów przecinały mrok nocy. Helikopter ponad nami omiatał teren światłami stroboskopu, a jego dudniący szum wydawał się byćważył jak płaskim, przytłaczającym ciężarem. Potem strzały… pop pop pop…pop! Strzelali do Hollywooda — uciekał. Był teraz sam z zimną, wściekłą nocą jako obrońcą. Czy wyjdzie z tego tym razem walcząc z nawałnicą kul i policją depczącą mu pościgającą go na piętach? Jeśli ktoś by mógł, to właśnie Hollywood! Słyszałem chlupoczącerozpryskujące się kroki, biegnące i mijające mnie szybko,biegnących i przechodzących obok, oddalające się w pogoni zaścigając Hollywoodema. Ta krucha noc była sprzymierzeńcem Hollywooda wobec policji; Hollywood znał okolicę dobrze, wystarczająco, by unikać ścigających i wrócić z powrotem do Scotta (mężczyzny). Nasz los był przypieczętowany — jego nie. Nagle jeden z funkcjonariuszy stojących obok vana wykrzyknął groźbę krzyknął groźbę na rozkaz:

„Wysiadać z vanaDo vana… wypierdalać z tego pierdolonego vana… teraz, skurwysynu!”

Zawahałem się i spojrzałem kątem oka na Marka, który wciąż tkwił nieruchomo. Zwłoki? Poczułem paraliż w tej chwili—To się nie dzieje, nie mnie, nie po tym wszystkim! Spojrzałem przez boczne drzwi na mokrą, czarną ulicę—czekały mnie zimne żywioły.

„Z tego jeb*nego vana…na ziemię…TERAZ!”

„Mam tu dwóch!” krzyknął znów! „Wychodźcie z vana…Na ziemię, wy skurwysyny…Teraz!”

Wyskoczyłem, podpierając lewą rękę, i upadłem na kolana. Z boku widziałem, jak Mark wysuwa się za drzwiszoruje drzwiami, niemalprawie pełznąc ku ziemi w bezwładnym i trochę komicznym ruchu. Padł twarzą nado zimnyzimnego, mokrymokrego asfaltasfaltu, bezbronny i nieruchomy, jak gdyby jakiś inny byt poruszał jego ciałem. Wydawał się jedynie ciężkim, ospałym trupem czekającym na swój los. Żył—ale na jak długo?

„Ty, leżeć płasko na ziemi…ręce za plecami!” rozkazał, wymachując do mnie strzelbą. „Teraz…Zrób to teraz, skurwysynu…Teraz!”

Nadal na kolanach, niezdolny do przyjęcia pozycji leżącej, wpatrywałem się w nadchodzącego oficera z wymierzoną we mnie strzelbą i jego psa u boku.

„Płasko na ziemi…ręce za plecami…Zrób to teraz…Teraz, skurwysynu!”

„Strzel do mnie, strzel i dokończ to, co zacząłeś!”—krzyknąłem, wyzywając go. Co mi tam, nie miałem już żadnej kontroli nad swoim życiem, cel upadał…bezsens bez możliwości naprawy! W tamtej chwili wydawało się to tak absurdalne, że nie dokończy, co on i reszta zaczęli chwilę temu. Otworzyli ogień do na nas, celując bezwładniebezwiednie w vana, by zabić, a teraz, twarzą w twarz, nie wykona tego, czego naprawdę pragnął. Gdybym miał ręce, skinąłbym do przodu, by strzelał!

„Sądy cię wykończyskończą…teraz na ziemię!”

„Spokojnie, stary!” krzyknąłem, „To już koniec, opanuj się kurwa…postrzeliłeś mi obie ręce. Bez rąk nie dam rady się położyć!”

Z pyskem „Rin Tin Tina” blisko mojej twarzy i detektywem ocierającym się o mnie z boku, pochyliłem się do przodu i mocno uderzyłem prawym bokiem o asfalt. Obróciłem ciało twarzą ku zimnej, mokrej ulicy.

Sądy, mówi—pomyślałem. Sądów znałem tylko trochę, ale to, co wiedziałem, nie wzbudzało we mnie sympatii. Gangsterzy i oszuści rządzili tym biznesem, cała ta nędzna hołota! Wiedziałem, że czeka mnie piekło, gdy znajdę się w ich sądowej jamie ciemności.

„Ręce za plecy!” rozkazał.

„Nie mogę ruszyć rękami, nie rozumiesz kurwa!”

„Mam jednego na ziemi…potrzebuję pomocy tutaj!” krzyknął do jednego ze swoich partnerów. Teraz wyraźnie widziałem tego pewnego strzelca. Był krępym, nieco z nadwagą, imponująco wyglądającym mężczyzną, pełnym energii i zdeterminowanym, bez wątpienia podbudowanym sukcesem tej nocy. Miał dziwnie albinosiowate rysy, kręcone białe włosy i bladoskórą, różawą cerę. Jego oczy były kobaltowe i puste. Wydawał się zadziorny i nerwowy, jakby na metamfetaminie albo czymś podobnym. Jego skupienie było zimne i ostre jak oddech zabójcy. Ostrożnie i z nerwowością zaczął okrążać mnie z Beethovenem, swoim psem (jak usłyszałem, gdy albinos wołałć jego imię, wydając rozkazy), wachlując we mnie strzelbą. Był niespokojny i oszalały od krwi tej nocy. Stał nade mną jak triumfujący wojownik pokazujący swoje zabójstwo. Beethoven trzymał się blisko mojego boku, mierząc mnie pyskiem. Jego zasadzka osiągnęła cel—dwóch na ziemi i wciąż jeden do zabicia lub ujęcia. Oficer Mike Magan z SPD Bank Robbery Task Force, jak się później dowiedziałem, był człowiekiem, który odmienił bieg mojego życia.

Inny oficer podbiegł i szybko skręcił mi ręce, zakuwając z tyłu.

Podszedł do Marka i dokończyłzakończył jego unieruchomienie.

„Mamy obu zabezpieczonych…zadzwońcie po karetkę!” rozkazał. „Dwóch postrzelonych…jeden nieprzytomny, może być krytycznie!” potwierdził oficer Magan, krzycząc w stronę radiowozu.

Obróciłem głowę w stronę vana. Światła były wszędzie, błyszcząc przez ciemną noc. Helikopter wciąż krążył nad nami, oświetlając teren z pulsującym światłem. Światła policyjne, latarki, reflektory samochodów i odbicia świateł od mokrego, czarnego asfaltu. Spojrzałem do otwartych bocznych drzwi vana i na moment wpadłem w dziwną, surrealistyczną zadumę. Oczywiście spowodowaną traumą i bólem. Jakby wokół góry pieniędzy tworzyły się aureole światła. Laserowe promienie przenikały przez vana i mieszały się z chmurą dymu, tworząc coś na kształt prymitywnego tańca. Cząstki fruwały i wirowały z niesamowitą, uroczystą pięknością. Zacząłem słyszeć najpiękniejszą muzykę, muzykę z innego świata—chór anielskich głosów śpiewających nieznaną arię z warstwami harmonicznych głosów i harmonicznych. Jakbym poczuł miłość po raz pierwszy w życiu. Leżałem w takim stanie, przeniesiony z dala od krwi i chaosu dookoła. Ale jak nagły grzmot, upiorny albinos - oficer Magan, przerwał mój trans.

„Jak to jest zostać porzuconym przez kompana i wziąć winę za wszystko, dobry kolego, co?” chichotał albinos, stojąc nade mną.

Jak miałem odpowiedzieć na tak banalny komentarz? Scott uciekł na własnych warunkach. Jeśli chodzi o przyjaźnie... cóż, jakoś zawsze wyobrażałem sobie właśnie tę scenę. W końcu w tej grze nie ma reguł. Nigdy nie należy zakładać ani spodziewać się idealnego wyniku. To zimna rzeczywistość. Pozostawienie nas postrzelonych w pozostałościach tej rzeczywistości nie było idealne, ale co innego miał zrobić? Scott nigdy nie poddałby się życiu, w którym teraz się znaleźliśmy. Gdyby nie został postrzelony, trudno byłoby go złapać; jest w zbyt dobrej formie, by dali radę go schwytać. Scott nie należy do tych, którzy godzą się na ich opcje. W końcu będą musieli zmierzyć się z nim na jego warunkach. Znam go na tyle, by wiedzieć, że jakoś wygra każde ostateczne starcie.

Coraz więcej pojazdów dojeżdżało. Policyjni wszędzie, rozproszeni po dzielnicy. Whomp whomp whomp whomp…helikopter nad nami dalej wykonywał przeloty. Z nieoznakowanego auta wysiadł wysoki, chudy młody mężczyzna około trzydziestki, z żywymi, szeroko otwartymi oczami, kręconymi krótkimi włosami i w niebieskiej kurtce przeciwdeszczowej z widocznym logo FBI na plecach. Facet w końcu się pojawił—wyglądał jak należy! Nawet w moim stanie natychmiast go rozpoznałem. Scott i ja znaliśmy go od jakiegoś czasu, choć on o tym nie wiedział. Przez około rok był naszym celem naszych obserwacjipod obserwacją.

Pobiegł w moją stronę z czymś machając czymś w ręce.

„Jestem agentem specjalnym FBI Shawnem Johnsonem, jesteś Hollywood? Który z tych dwóch to ty?” zapytał, pochylając się doprzy mnie, szeroko otwarty na świat i podekscytowany, pokazując mi plakat. „Widziałeś kiedyś ten plakat?” Uśmiechając się szeroko, machał plakatem z podobiznami dwóch mężczyzn, oczekując mojej odpowiedzi. Jego podekscytowanie było niemal zaraźliwe.

Wreszcie spotkał się przynajmniej z jednym z mężczyzn, których szukał od ponad czterech lat. „Nie, nie jestem Hollywood. Wygląda na to, że znowu mu się udało, co? Nigdy wcześniej nie widziałem twojego plakatu.”

„Kim oni są?” naciskał agent Johnson.

„Nie mam pojęcia, coś co wam się wymyśliło, chyba!” Leżałem tam—przemoczony, przesiąknięty krwią, z głową wirującą na wszystkie strony, bez stabilności psychicznej, a on pyta mnie o te jeb*ne bezsensowne rzeczy! Boże, co za profesjonaliści strzegą tych ulic, nic dziwnego, że przez lata odnosiliśmy takie sukcesy.

„Jak masz na imię, co?”

„Steve,” wymamrotałem niechętnie.

„Nazwisko też!”

„Meyers.”

Johnson zaczął nerwowo gadać z albinosem. Coś o karetce mówili pod nosem. Stali nade mną pewni siebie i dumni. Mieli Marka i mnie, choć ich prawdziwym celem był Hollywood. Niepowodzenie w zabiciu lub schwytaniu swojego Hollywooda wyraźnie ciążyłoważyło na ich twarzach. Ich noc dopiero się zaczynała. Mało prawdopodobne, by wrócili do domu na amerykańską, wielką indykowąindykaową kolację, nie z Hollywoodem na wolności!

Słychać było nadjeżdżającą syrenę. Helikopter zawrócił, oświetlając mnie ostro i oślepiająco, jego podmuch uderzał w moje zimne, zmasakrowane ciało.

„Meyers, jak ma na imię Hollywood?” zawołał Johnson.

„Nie mam pojęcia,” odpowiedziałem, zatrzymując się w zwolnionym tempie.

„Nie wiesz? Czyje to pistolety, twoje?”

„Nie moje,” wymamrotałem, „będziecie musieli je zidentyfikowaćprześledzić, chyba!”

„Tak, tak, ale to może zająć czas, a musimy uchronić innych przed zranieniem. Im szybciej poznamy jego nazwisko, tym łatwiej będzie zapobiec kolejnym ofiarom!” kontynuował Johnson, niczym wściekły detektyw dowodzący teraz akcją.

„Macie środki, żeby zdobyć nazwiska, które są wam potrzebne.” — powoli dodałemzauważyłem.

„A co z Portland, napadaliście na te banki w Portland?”

„Jakie banki, nie wiem o czym mówisz.”

Wyraźnie chciał wyciągnąć ode mnie jak najwięcej informacji, wiedząc o mojej słabości, gdy leżałemąc pokiereszowany na zimnej, mokrej ulicy. Skurwysyny nawet mnie nie pouczyli o prawach, a już sypią pytaniami.

Nastrój Johnsona zaczął mi się udzielać. Dobry facet, jakoś tak. Pewnie po prostu stosował na mnie zagranie dobrego gliny. Wydawał się tak podekscytowany i zainspirowany. Chyba po czterech latach porażek zasłużył na ten moment euforii. Ciągle odwracał się ode mnie do albinosa, potem pędził do innego auta i z powrotem do mnie, zawsze z takim ironicznym, neofickim, nerdowskim uśmiechem na twarzy. Czy to naprawdę byli ci, którzy nas złapali? Zawsze wyobrażałem sobie znacznie bardziej bezwzględną ekipę. Dla mnie wyglądali prawie jak dzieci – naiwne i jakoś niedojrzałe. Banda facetów pracujących dla zbłąkanego systemu zbłąkanego, w kraju, który dawno stracił serce i duszę, gdzie przejęli władzę nadgorliwi uberliberałowie, prowadząc wszystko na dno niczym zaraźliwy wirus.

„Hej Meyers, co o tym myślisz? Może jak to wszystko się skończy, nakręcimyzrobimy razem film!”

„Co?”

„Film, moglibyśmy współpracować i stworzyć film!” powtórzył dumnie. „No jasne, cokolwiek...” wymamrotałem, nie wierząc w to, co słyszę. Ten nagły zryw natchnienia od agenta FBI, który właśnie nas postrzelił, Hollywooda błąkającego się gdzieś, Marka prawiepewnie umierającego i mnie,, a ja tak zmęczonegoy i nie do końca przytomnegoy, wydawał się surrealistyczny i całkowicie nie na miejscu i surrealistyczny. Pewnie długo o tym śnił, ale film! To stało się jego zawodową grą, przedstawieniem do odegrania roli i – miejmy nadzieję – wspięcia się po biurokratycznej drabinie sukcesu. Chyba jednak zasłużył na ten dzień chwały z całąym tąym krwią i bólem; na pewno na to zapracował – ale film! Jakiekolwiek miały być jego powody, by podejść do mnie z taką propozycją, trudno było jeje było zrozumieć.

Syreny nagle ustały. W końcu przyjechały dwie karetki. Z dobrze oświetlonych wozów wyskoczyło szybko kilku ratowników medycznych z całym ekwipunkiem gotowym na najgorsze. Byli szybcy, sprawni i profesjonalni – prawdziwe błogosławieństwo po kontakcie z tymi szalonymi i nadmiernie ambitnymi glinami.

Dwóch ratowników uklękło obok mnie i zaczęło działać. Uspokoiłem się, wiedząc, że ci ludzie to początek wszelkich napraw, które są przede mną. Byłem duchowo załamany, unosiłem się jak w jakiejś ciemnej i odległej próżni. Nic nie zostało z mojej przeszłości, tylko wspomnienia życia, które nagle zostało amputowane.

„Kto tu jest oficerem dowodzącym?” zapytał ratownik.

„Ja, o co chodzi?” odpowiedział energicznie albinos, zbliżając się.

„Proszę, zdejmij kajdanki i pomóż nam przełożyć obrócić go na nosze.”

Zmrużyłem oczy, nieufny wobec zalewu myśli przeszywających moją głowę. Było tego wszystkiego za dużo, bym mógł to pojąć i przyswoić. Musiałem jednak myśleć jasno i jak najszybciej. Szybko przeniesiono mnie do karetki, a w środku funkcjonariusz SPD i dwaj ratownicy rozsiedli ułożyli się wokół mnie, przygotowując nosze oraz nadając przez radio kierowcy rozkaz jazdy – dokąd, tego nie miałem pojęcia.

Centrum Urazowe Szpitala Harborview – piętnaście minut później…

Drzwi z tyłu otworzyły się z zimnym, metalicznym trzaskiem. Przywitał mnie przenikliwy deszcz, który dopiero co zostawiłem za sobą. Dwóch mężczyzn w białych kitlach chwyciło nosze i ruszyliśmy w stronę wejścia do oddziału ratunkowego. Szeleszczący dźwięk uchylających się drzwi wprowadził obudził mnie do nowej rzeczywistości, już nie ulic Seattle. Przenoszono mnie wzdłuż długiego korytarza, gdzie czekali funkcjonariusze SPD i lekarze, trzymając otwarte drzwi do dużego pomieszczenia, do którego mnie wprowadzili. Oświetlenie było przyćmione i ciepłe. Zatrzymano nosze na środku sali. Nad nimi wisiało jedno światło, oświetlające całą przestrzeń, tworząc dziwny, niemal horrorowy nastrój. Krew pokrywająca moje ramiona zasychała i sączyła się, leżałem na plecach na noszach, oczekując na dalszy rozwój wydarzeń. Ku mojemu zaskoczeniu w pokoju było tłoczno: funkcjonariusze SPD, agent Johnson i inni lekarze z pomocnikami. Obróciłem ostrożnie głowę, rozglądając się po twarzach i wpatrując w oczy zgromadzonych, drżąc przed tym, co miało nastąpić. Obok agenta Johnsona stał inny agent, chyba nowo przybyły.

Gdy lekarze i pielęgniarki przejęli opiekę, zamknąłem oczy w ciszy i w ciszy zacząłem rozważać, co mnie czeka dalej. Myśli miałem chaotyczne i niepewne. Przebłyski…

Byłem bliskiBlisko omdlenia, gdy asystenci lekarza obracali i kręcili mną.

Czy Scott nadal żyje? Czy czeka gdzieś schowany na ostudzenie się „gorąca”, czy może zdołał przejść przez dzielnicę i wyjść? A Mark? Słyszałem, że trzymają go w sali operacyjnej. Teraz wszystko zależało od nich obojga. Co do mnie, stan mam pod kontrolą.

Pod kontrolą czy nie, miałem tutaj w tym pokoju wystarczająco dużo problemów, żeby martwić się jeszcze ich losem.

Boże, te sny, które miałem ostatnio. Gdybym tylko je potraktował poważnie! JakoO jakieś przepowiednie ostrzegające o tak fatalnym końcu… a potem mojea zaprzeczenie. Mówiłem sobie, że to tylko powierzchowne strachy!

A Sheila, ona już wkrótce będzie w na posiadłości, w na domku na drzewie… katastrofa w przygotowaniu!

Kurwa, te pistolety Scotta będą jego ostateczną zgubą, a być może i jej także. FBI ma je teraz pod kontrolą i nie zajmie im chwili, żeby sprowadzićwyśledzić je do niego i jego adresu. Te pieprzone pistolety! Ile razy z nim rozmawiałem o sensie noszenia broni w vanie. A Sheila, nie mogłeś opóźnić jej przyjazdu, prawda? No cóż, Scotty, mój chłopie, jak profesjonalnie byśmy tego nie rozegrali, ten debilny ruch sprowadza wszystko do poziomu amatora!

Moje ubrania były przecinane i zdejmowane. Suche skrzepy krwi, mięśnie i ścięgna malowały moje ramiona. Prawa dłoń była zdeformowanym szponem bez czucia., zdeformowanym szponem. Teraz dopiero dojrzałem, jak bardzo jestem spieprzony, a ich prognozy nie były zbyt pocieszające. Oczy funkcjonariuszy SPD były stale skierowane na mnie. Ich spojrzenia. Widząc Johnsona, czułem, że niecierpliwie chce mnie przesłuchać. Jego oczy były niespokojne, nerwowe. Nie chciał tracić kontroli, zwłaszcza gdy ekipa medyczna nadal pracowała. Miałem jeszcze czas, by przemyśleć, co powiedzieć, jak jakoś nas wybielić albo zminimalizować szkody. A jeśli chodzi o Sheilę, co zrobić! Musiałem wymyślić coś szybko, żeby ją uchronić przed niezasłużoną traumą. Ale co?

„Sala operacyjna będzie wolna dopiero za około dwie godziny,” poinformowała pielęgniarka, która nagle pojawiła się i równie szybko zniknęła.

Agent Johnson wyszedł za nią i po chwili wrócił. Krążył po pokoju jak kot w klatce.

Lekarze wyjaśnili, co będzie miało miejsce podczas operacji i czego mogę się spodziewać. Podpisałem zwolnienia z odpowiedzialności „szponiastą” ręką. Byłem w bardzo złym stanie – to było wszystko, co mogli powiedzieć. Rentgeny nie były jeszcze gotowe, więc wszystko było możliwe, powiedział. Zaraz po ich wyjściu podszedł do mnie szybko agent Johnson z intensywnym wyrazem twarzy i zaczął przesłuchanie.

„Meyers, czy Hollywood to William Scott Scurlock, który mieszka w Olympia, Washington?”

„Jeśli masz nazwisko, to po co mnie pytasz?” powiedziałem powoli, zastanawiając się, czy to Mark, czy śledzenie broni dało im jego dane. Musiał być to ślad po broni, Mark jest na operacji...

„Współpracuj ze mną, Meyers! Musimy być pewni, że te pistolety należą do Scurlocka i że Scurlock to Hollywood! Czy to jego pistolety?” nachodził mnie intensywnie o odpowiedź.

Tak czy inaczej, zapuszczą się na posiadłość, a z Sheilą tam, tylko Bóg wie, co się stanie. Musiałem złagodzić zminimalizować sytuację dla niej, teraz, gdy Scott pozwolił jej przyjechać bez chwili zastanowienia, że coś się wydarzy. Powiedziałem mu, skurwysynowi… Cholera, Scott, dlaczego?

„Dobra, dobra! Ale mamy tu bardzo poważny problem. Musisz mi zagwarantować jedną rzecz, inaczej jestem skończony, rozumiesz?” powiedziałem, wymuszając sprawę.

„Zrobię, co w mojej mocy, żadnych obietnic!”

„To nie wystarczy, świat nie zna obietnic!”

„Masz moje słowo, o ile będzie to legalne.”

„Dobra. Jego dziewczyna przyjechała tu dziś wieczorem. Nie jest w to wszystko zaangażowana, nigdy nie była! Musisz obiecać, że jej nie skrzywdzą ani nie aresztują! To nie będzie dla niej łatwe, rozumiesz! Ale tak, macie faceta i jego adres. Nie będzie jednak w domu, w żadnym razie

to się nie stanie!”

„Rozumiem... będziemy współpracować. Będzie bezpieczna, jeśli zobaczymy, że jest czysta. Czy jego adres w Olympia, na Overhulse Road, jest poprawny?” kontynuował. „Tak, to prawda.”

„Zawsze myśleliśmy, że mieszka gdzieś w okolicy Bellevue,” powiedział, patrząc na mnie nieco podejrzliwie.

„Dlaczego Bellevue?”

„Nasz profil tam wskazywał tam.”

„To chyba coś dobrze zrobiliśmy, nie sądzisz!” Nie odpowiedział, tylko przeprosił i powiedział, że zaraz wróci, kierując się ku drzwiom z pewnymi danymi. Spojrzałem na funkcjonariuszy SPD, którzy się kręcili i wymieniali ochryple kilka słów. Moje myśli wróciły do Sheili, powinna już być u siebie w na domku na drzewie. Czeka na Scotta, szczęśliwa z nowego życia. Nie zasługuje na to, co ją wkrótce spotka. Gdy zaatakują posiadłość, kto wie, jaki będzie finał. Ci gliniarze są nerwowi i zmęczeni, zmęczeni nami po tylu latach! Muszę naciskać Johnsona, żeby ją chronił, choć wątpię, czy tak się stanie.

Johnson wszedł do pokoju ze zbyt entuzjastycznym uśmiechem na twarzy. Jakby w końcu dopadł swojego człowieka... ale nie wiedział jeszcze, co go czeka!

„Meyers, czy możesz podać mi więcej informacji o jego domu... czy to wynajem, czy własnośćwłaściciel?” zapytał pośpiesznie.

„Jest właścicielem.”

„Opisz, co nas czeka.”

„On mieszka na 20 akrach zalesionego terenu. Główny dom stoi z przodu, ma niebieskawo-szary kolor, tuż przy drodze, zaraz za wjazdem. Za domem, około pięćdziesięciu jardów dalej, znajduje się duża stodoła z przyległym warsztatem. Około pięciuset jardów za stodołą, podążając ścieżką w lesie, mieszka… w swoim domku na drzewie. Tam będzie jego dziewczyna, więc uważaj!”

„Domek na drzewie! Co masz na myśli mówiąc domek na drzewie?” – zapytał sceptycznie Johnson.

„Mam na myśli domek na drzewie! To bardzo duży domek na drzewie, jakieś sześćdziesiąt, siedemdziesiąt stóp do poziomu tarasu.”

„Jak mówiłem, jest tam ścieżka prowadząca przez las do domku na drzewie. Wokół rozrzucone są też inne budynki gospodarcze.”

„Potrzebujemy imienia jego dziewczyny!”

„Sheila!”

„Jej nazwisko?”

„Nie wiem, a raczej zapomniałem. To chyba nieistotne, bo i tak to załatwisz i tak i tak następne dostaniecie!”

„Skąd przyjechała, gdzie mieszka?”

„Przyleciała dziś wieczorem z Arizony, chyba z domu rodziców. Teraz mieszka u Scotta, przynajmniej tak miało być. Choć nie była tu od miesięcy. Z tego, co rozumiem, to nowa sytuacja.” – powiedziałem, starając się jasno podkreślić, że w żadnym wypadku nie jest współwinna.

„Czy teren posiadłości jest 'czysty'?” zapytał Johnson.

Teraz szedł za ciosem, pytając gorączkowo, jakby liczył się czas.

„Co masz na myśli 'czysty’?”

„Czy są tam bomby, pułapki albo ktoś jeszcze na nas czeka na nas?”

„Nie, nic takiego! Gwarantuję, że wszystko jest zupełnie czyste. Ona będzie tam sama, z tyłu, w domku na drzewie.”

„Twój partner, Patrick Flanagan, to prawdziwe nazwisko?”

„Patrick Flanagan! Tak ci powiedział?” – zaśmiałem się.

„Tak, to nie jego nazwisko?”

Nie rozumiałem, dlaczego Mark podawał fałszywe informacje, ale pewnie miał swoje powody. Najwyraźniej nie przemyślał tego dobrze, biorąc pod uwagę, że broń jest na niego zarejestrowana. Jak cię przyłapią na jednym kłamstwie, trudno potem wiarygodnie mówić w ważnych sprawach. I tak albo już mieli jego nazwisko, albo wkrótce zdobędą – niezależnie ode mnie. Musiałem znaleźć równowagę między tym, co powiedzieć, a co przemilczeć. Zachowanie wiarygodności wobec nich było teraz moim priorytetem, to jak gra w szachy, która może nam pomóc w późniejszych starciach prawnych.

„Dobre nazwisko, uh! On zawsze lubił IrlandczykówIrishów! Ale nie, jego prawdziwe nazwisko to Mark Biggins.” – powiedziałem, pół-żartem.

„Gdzie mieszka?”

„Gdzieś w Kalifornii.”

„Gdzie w Kalifornii?”

„Nie wiem… lepiej zapytaj jego albo zajrzyj do komputera. Cholera, wy chcecie mieć wszystko podane na tacy!” – odpowiedziałem.

„Ty też mieszkasz w Olympii?”

„Nie… jestem z Nowego Orleanu.”

„Nowy Orlean! Jaki masz adres i jak długo tam mieszkasz?” – zapytał, podejrzliwie spoglądając na swojego partnera.

„Około dwóch lat.,” powiedziałem. „Mieszkam przy 1521 Constance Street w Lower Garden District.”

„Czym się zajmujesz?”

„Jestem samozatrudniony jako rzeźbiarz i projektant, większość życia, dlaczego?”

„To po co rabujesz banki?”

„Banki! Brzmi jakby było ich więcej niż jeden.” – odparłem.

„No dalej, Meyers, wiesz, że on jest poszukiwany za wiele napadów na banki. Ile z nich zrobiłeś z nim?”

„Tylko ten jeden... zadzwonił do mnie kilka miesięcy temu z propozycją.”

Wiedziałem, że nie powinienem się tak narażać, ale jeszcze nie odczytano mi moich praw Miranda, więc może znalazłbym jakieś luki w nadchodzącej walce prawnej. Byłem zbyt niespokojny i nie w pełni świadomy. Moje rany były jeszcze świeże, byłem wyczerpany i poturbowany! To całkowicie wystawiło mnie na to tę przesłuchanie. Dzianie się tego wszystkiego tak szybko uniemożliwiało jasne myślenie. Johnson nie ustępował. Musiałem wyznaczyć cienką granicę między współpracą a wymijaniem. Sheila też chodziła mi po głowie. Do tej pory na pewno rozpaliłaby już ogień w salonie domku na drzewie. Woda już by się gotowała na herbatę. Patrząc z dołu, domek na drzewie byłby w blasku świateł, tajemniczy i starożytny dla nieznajomychobcych oczu. Jej dotyk zawsze wnosił przyjemne ciepło. Ale dziś wieczorem będzie inaczej – Scott nigdy nie przybędzie, a jej życie, jakie znała, już się skończyło.

„Dlaczego chciałeś się tu z nim włamać do banku, skoro nigdy wcześniej nie brałeś udziału w takich napadach?”

„Bo dało się to zrobić! Dziś wieczorem było tam dużo pieniędzy. Ale, szczerze mówiąc, nie chciałem brać tego banku... te tagi były za dużym problemem przy takiej ilości pieniędzy do ogarnięcia.”

„Tagi! Skąd wy w ogóle wiedzieliście o tagach!” – krzyknął zdziwiony.

„Wiesz, skąd wiedzieliśmy! To wy daliście przeciekprzeciekliście informacjie do gazet we wrześniu.

Ten napad na bank w Madison Park dokonany przez jednego z pracowników.” – Nie miał pojęcia, że my wiedzieliśmy o tym długo przed tym, jak FBI ujawniło w prasie obecność elektronicznych znaczników (electronic tracers) we wszystkich skarbcach banków SeaFirst i First Interstate w Seattle. Bankom zajęło lata, zanim zgodziły się zainwestować potrzebne pieniądze w to zabezpieczenie.

Johnson spojrzał na mnie z ciekawością, po czym odwrócił głowę i pokręcił nią z boku na bok, dając mi odczuć, że jednak sknocili tę sprawę z luką w zabezpieczeniach. W swoim sposobie przyznał mi rację, że podejrzewał, że tę informację zdobędziemy z gazet. Nie podobało mu się to również.

„Wiesz, że mieliście szczęście, że nas dziś złapaliście, prawda?” – powiedziałem, patrząc na niego przez dziwne cienie rzucane na podłogę przez zwisające światło.

„Co przez to rozumiesz?” – zapytał.

„Mam na myśli, że gdybyśmy znaleźli pozostałe tagi w pieniądzach, wynik byłby inny.” Spojrzał na mnie, wiedząc, że to, co mówię, jest zapewne prawdą.

„Myślisz?”

„Wiem, że tak, a ty też to wiesz! To była wyścig, i wy w końcu wygraliście. Po prostu mieliście szczęście, to wszystko!”

„Czy Scurlock powiedział, gdzie pójdzie albo co zrobi, jeśli dziś wieczorem wszystko źle się potoczy?”

„Nie bardzo. Mówił, że przyjdzie do szpitala, żeby nas stamtąd wydostać, jeśli byłoby tak źle.

Kto wie, dokąd by się udał, na pewno nie do domu! Pewnie opuściłby kraj.”

„Czy ktoś jeszcze tam czeka, gotowy mu pomóc?”

„Nie wiem, przynajmniej nigdy mi nic takiego nie mówił.” Wiedziałem, że Scott nigdy nie miałby siły, by nas stamtąd wyciągnąć, ale chciałem wmieszać trochę paranoi do tej układanki. Niech mają dodatkowy ból głowy i obawy, co muszą ogarnąć i jak mają się zachować względem procedur. Co do wyjazdu z kraju – niech pilnują granic i lotnisk, Scott na pewno nie wyjedzie, zanim minie kilka spokojnych miesięcy.

Johnson nie przestawał, jakby to przesłuchanie nie miało końca. Starałem się najlepiej odpowiadać na pytania, które i tak zamierzał kiedyś odkryć, czasem udając głupiego, ignorując lub wplatając półprawdęy i kłamstwa tam, gdzie uważałem, że się to nadaliczy. Nie było łatwo zachować koncentrację w tych warunkach. Byłem zmęczony, powolny wolny i ociężały w mowie i myśleniu. Biggins leżał pod nożem, więc wszystko spadło na mnie. Johnson podniósł wzrok znad notatek do innych funkcjonariuszy, gestem dając znać, że wychodzi. Poinformował mnie, że niedługo wróci z dwoma detektywami z SPD.

Z zamkniętymi oczami próbowałem przetrawić to, co się wydarzyło. Złe decyzje, pech, brak przygotowania albo lekkomyślny błąd Bigginsa lub Scotta, którzy przeoczyli tagi w pieniądzach. Mieliśmy okazję przerwać misję podczas ucieczki, ale nie chcieliśmy. Nasza przesadna pewność siebie i waga pieniędzy powstrzymały nas przed porzuceniem zadania. Podejmowaliśmy tę robotę świadomi szans na sukces, choć ryzyko wzrosło radykalnie w porównaniu ze wszystkimi poprzednimi akcjami. Pieniądze robią zamęt w racjonalnym myśleniu i podejmowaniu rozsądnych decyzji. Gdy już puści się w ruch taki mechanizm, zdaje się, że jakaś nieokiełznana siła przejmuje kontrolę. Wolna wola ustępuje miejsca jakiejś nadrzędnej sile natury – sile, która odbiera nam zarówno wolną wolę, jak i rozeznanie w tym, co się robi.

Utrata spontaniczności i intuicyjnej ostrości staje się opóźniona lub osłabiona. To kluczowe, gdy żyje się i ryzykuje wna marginesie społeczeństwa, jak my przez te lata.

I to wszystko dla pieniędzy! Pieniądze były głównym motywatorem, ale powodów było wiele.

Choć każdy z nas miał swoje własne powody, które ostatecznie wydają się puste i nawet naiwneych. Nieważne, czy się gromadzi pieniądze w sposób legalny, czy nielegalny, fenomen jest ten sam.

Całe nasze społeczeństwo żywi się i karmi triadą polityki, religii i pieniędzy. Ta triada wytycza nam drogę w życiu. Z otwartymi oczami widzimy wszystko – dobre i złe. Dobrowolne kłamstwo demokracji: przywódcy jak gwiazdy porno rządzące Białym Domem, morderstwa polityczne udające samobójstwa, dzieci zabijające się nawzajem, psy z prawem wolności słowa, przerywanie ciąży, ale brak krzesła elektrycznego dla morderczych zwierząt. ACLU na swojej misji samobójczej, ofiary krzyczące swoje oszukańcze hasła o coraz więcej opieki społecznej dla sprawiedliwości – chcemy swoją część! Potem mamy zboczeńców spacerujących po korytarzach Kongresu i narkotyki wylewające się z kieszeni wybranych urzędników, rozlewające się po całym kraju. A rabusie banków boją się dotknąć ich pieniędzy, a co dopiero ci, którzy okradają nas codziennie – nie tylko z pieniędzy, ale z naszej istoty jako ludzi! Pozwoliliśmy, by drwina z praw, zasad i religijnych bzdetów przeniknęła nasze istnienie i przekonała nas, jak mamy żyć i dlaczego, a nawet jak mamy umrzeć!

Takie miałem myśli wywołane adrenaliną w tej chwili szaleństwa. Bez wątpienia rodzaj szoku, który mnie trzymał w swojej mocy. Trudno usprawiedliwić swoje czyny, gdy ich konsekwencje są tak oczywiste i ponure. Wiedzieliśmy, co robimy i po co. Atakuj tętnicę szyjną systemu, a stanie się to zagrożeniem życia.

Nic nie mogliśmy zrobić, aby powstrzymać ich przed ratowaniem godności i życia swojego systemu. Pieniądze i krew idą w parze, gdy na szali leży przetrwanie systemu.

Shawn Johnson wraz z dwoma innymi mężczyznami wpadli przez drzwi. Hollywood wciąż był na wolności, inaczej skąd ta nagła pilność? Przedstawiono mi detektywów Maninga i Mixsella. Wreszcie odczytano mi prawa *Mirandy*, ale oni nadal chcieli szybko uzyskać odpowiedzi. Maning zaczął prowadzić całą sprawę. Był szybki i zwięzły. Nie miałem już nic do powiedzenia im ani nikomu innemu, miałem ich wszystkich dosyć. Przeszedłem przez piekło ostatnie dwie godziny i byłem wykończony i zrezygnowany.

Dość było tego! Wyglądali na wkurzonych i zirytowanych moim brakiem współpracy.

Włamując się przez drzwi, wszedł doktor ze swoimi asystentami. Zignorowali błagania Maninga i podeszli do mnie z uspokajającymi wiadomościami, że czas na operację i zaraz zostanę przewieziony do sali operacyjnej. Johnson i towarzysze zebrali notatki, mamrocząc coś między sobą, i niechętnie opuścili pokój. Wreszcie miałem zostać zabrany na operację. Gdybym wtedy miał jasność umysłu, wiem teraz, że zrobiłbym wiele rzeczy inaczej. Tamten wieczór był jak terapia szokowa, wyrwany nagle z jednej rzeczywistości do drugiej, tracąc całkowicie orientację.

Przywitały mnie szeleszczące drzwi i oślepiające światła korytarza. Leżałem, rozmyślając o Sheili, o jej losie. Światła nad moją głową wirowały, gdy przejeżdżałem przez zimny korytarz. Lekarze, pielęgniarki i zapach szpitala! Traciłem i odzyskiwałem przytomność. Widziałem domek na drzewie, a potem grecką wyspę... horyzont, gdzie niebo spotyka się z morzem, gdzie niebieskie łączy się z niebieskim... Tak doskonałe, że aż nierealne!

Następnego dnia

Obudziłem się w nieruchomym stanie wyczerpania. Pokój wypełniała przytłumiona mgła, próbowałem się skupić słabym wzrokiem, rozglądając się wokół. Powietrze było zastałe i spokojne, przesiąknięte zapachem formaldehydu, tego zapachu cierpiących. W pobliżu słyszałem mamroczące głosy i metaliczne brzęczenie narzędzi medycznych. Moje zmysły były nadzwyczaj nadwrażliwe, szczególnie na zapachy i dźwięki. Walczyłem, by poruszyć ciałem, ale przeszkadzały mi paski na nogach, które przytwierdzały mnie do łóżka, oraz cewnik przymocowany taśmą do ramienia, podający morfinę. Chaos z poprzedniej nocy powoli wracał do mnie z siłą ciężkiego młota. Bycie w tym stanie niepewności nie było łatwe, a pierwsze szoki z minionej nocy wciąż mną targały. Musiałem się skupić i zacząć planować wszelkie ruchy, jeśli w ogóle miałem jeszcze jakieś wyjścia do rozważenia. Wszystko dookoła rozmywało się i traciło ostrość. Obce i nieznane obrazy. Byłem wyczerpany i zużyty. Wiedziałem, że muszę zebrać siły na to, co mnie jeszcze czeka. To było niezbędne. Mamroczącey głosy dwóch funkcjonariuszy SPD stojących pod moim pokojem wprawiały mnie w niepokój; moja sytuacja wydawała się i była beznadziejna.

Nagle do pokoju weszła pielęgniarka odpowiedzialna za oddział, pełna świeżej energii i wigoru. Średniowieczna kobieta o prostej, lecz przyjaznej twarzy, z rysami emanującymi szczerością i dobrocią. Mignęła obok mnie i pędziła do okna, podnosząc rolety, przez które nagle przedostało się łagodne, szare światło południa.

„Dzień dobry, panie Meyers! Jak się pan dzisiaj czuje?” – zapytała serdecznie, z uśmiechem, który od czasu naszego upadku stał się rzadkością.

„Dzień dobry,” odpowiedziałem cicho. „Czuję się strasznie. Czy ja już umarłem, czy to jest to, co nazywają życiem?”

„No, mogło być gorzej, prawda?” – powiedziała, układając tacę z jedzeniem przymocowaną do łóżka. „Ma pan szczęście, że nie jest pan martwy! Operacja przebiegła pomyślnie, przynajmniej tak mówił doktor. Przyjdzie dzisiaj porozmawiać o tym, co się wydarzyło.”

„Dziękuję. Jestem pewien, że zrobił, co mógł... Wczoraj byłem jednym wielkim bałaganem. Przepraszam za wszystkie kłopoty, jestem wam to winien do końca życia.” Wymamrotałem z trudem, ale szczerze.

„Robiliście niezły rozgardiasz zeszłej nocy przy tym wszystkim! Trochę szalone, nie sądzisz?” – uśmiechnęła się do mnie jak matka, która kręci głową na dziecko.

„Troszkę,” przyznałem. „Niefortunne, jak to wszystko się potoczyło, chyba dla nas wszystkich.”

„Oto pilot, jeśli chce pan oglądać telewizję,” położyła go blisko mojej ręki na łóżku.

„Dziękuję. Która jest właściwie godzina, właściwie?”

„Po południu, spał pan długo!” Odwróciła się swobodnie, spojrzała na mnie spokojnym i zaciekawionym wyrazem twarzy, po czym przerwała beztroskie zajęcia, by zapytać: „Czy naprawdę okradł pan te wszystkie banki, o których mówią?”

„Kto mówi o wszystkich tych bankach?” – zapytałem zirytowany.

„Wiadomości, wszędzie w telewizji.”

„Wiemy, czym są wiadomości, prawda? Czemu miałabyś mi w ogóle zadawać takie pytanie?”

Najprawdopodobniej FBI poprosiło ją, by spróbowała dowiedzieć się ode mnie czegoś więcej, jak dziwnie by to nie brzmiało.

„Po prostu ciekawość, przepraszam. Zaraz podadzą obiad, więc jeśli będziesz potrzebował pomocy, naciśnij ten przycisk,” powiedziała i zmierzała ku drzwiom, by wyjść.

„Proszę, czy Biggins wyszedł cało z operacji? Będzie w porządku?”

„On ma się dobrze, najwyraźniej nie było komplikacji. Nie jest już w stanie krytycznym,” uspokoiła mnie uśmiechem, po czym równie łatwo, jak weszła, wyszła z pokoju.

Pomyślałem sobie, jak do tej pory mieliśmy szczęście, jak wszystko się ułożyło. Fakt, że Biggins wciąż oddycha i funkcjonujekopie, oznaczał, że przynajmniej nie muszę się martwić o zarzuty morderstwa po zasadzce ze strony naszego albinosiego przyjaciela albinosa, Magana, i ekipy SPD. Jasne, sami zawędrowaliśmy w to miejsce na śmierć, ale ich wersja wydarzeń nie zgadzała się z rzeczywistością.

Robiło się nieprzyjemnie, gdy musiałem podsłuchiwać kakofonię rozmów policjantów na korytarzu. Moi ochroniarze przedstawiali swoje opinie i fałszywe założenia o tym, co się wydarzyło w nocy, gdzieco oczywiście nie byli świadkami końcowego starcia. Zabawne, jak szybko informacje ulegają zniekształceniu i niszczeniu, przechodząc przez mrówcze korytarze. Powoli obróciłem głowę w ich stronę, ale widok policjantów, z ich wyniosłym gapieniem się i samouwielbieniem, tylko bardziej przyprawił mnie o mdłości. Chwyciłem pilot, zacząłem przeglądać kanały i rozmyślać o Scotcie – czy nadal jest na wolności w mieście, czy daleko od ich zasięgu. Przy takiej medialnej nagonce trudno będzie znaleźć stałe ukrycie.

Nasze nazwiska i zdjęcia były wszędzie w wiadomościach, jestem pewien, że także ogólnokrajowo. Trudno było zaakceptować, że Scott naprawdę nas porzucił, zostawiając w tej zawirowanej nocy. Cały stres i chaos, którego doświadczyliśmy, mogły skłonić każdego do zachowań nienormalnych. Dziwnie, ale omawialiśmy właśnie taki scenariusz i co powinniśmy zrobić, gdyby coś takiego się wydarzyło. Doszliśmy do wniosku, że każdy z nas musi zrobić to, co najlepsze dla siebie, aby rozwiązać swoją sytuację. Byliśmy zdani tylko na siebie i byłoby głupie sądzić, że jeśli jeden zostanie złapany, inni nie zostaną szybko namierzeni. Dowodów łączących nas wszystkich było zbyt wiele. W każdym razie, zostawił nas na pastwę śmierci albo na skutki życia pod surową ręką prawa.

Następne trzy dni wypełniły ból, morfina i niepewność. Nie dano mi żadnej możliwości skontaktowania się z prawnikiem. Ale po tym, co zrobiliśmy tamtego wieczoru, to cud, że w ogóle otrzymałem jakąkolwiek pomoc do tej pory. Usłyszałem, jak jeden z funkcjonariuszy mówi, że prawnik przyszedł porozmawiać ze mną i zostawił papiery oraz wizytówkę. Jego partner zadbał o to, abym nikogo nie widział, z żadnego powodu, ani prawnego, ani innego. Gdy zmieniali się strażnicy, jeden lub obaj wchodzili do pokoju na pogaduszki. Niektórzy zadawali niewinne pytania, inni podziwiali naszą odwagę podjęcia się niemożliwej misji, a jeszcze inni próbowali wyciągnąć ode mnie głupie informacje. Dla nich wszystko było czarno-białe. Dla mnie jednak – wcale nie. Moje życie się rozbiło, i to mocno!

Przez wiadomości w końcu dowiedziałem się, co wydarzyło się ze Scottem około dwadzieścia cztery godziny po jego ucieczce. Hollywood nie żyje. Ogarnęły mnie jednocześnie smutek i ulga. Ogarnęła mnie jakaś otępiała pustka umysłu, jakbym go nigdy nie znał. Gra się skończyła, życie się skończyło!

Zostaliśmy bliskimi przyjaciółmi i przez lata dobrze współpracowaliśmy. Jednak ostatni rok pokazał oznaki pęknięć. Między nami już nie było tak prosto, jak dawniej.

Napięcie i szaleństwo naszych żyć odcisnęły się na naszym zachowaniu wobec siebie nawzajem.

Nieprzygotowani na emocjonalne zmiany, które zaszły w naszych życiach, mimo to zdołaliśmy się zjednoczyć i ruszyć naprzód w kierunku tego prawdziwego i zawiłego celu, który doprowadził nas do tego końca. Scott był człowiekiem złożonym, jak kometa, a ja rzuciłem się, by złapać jej ogon i stać się częścią jej płonącego światła!

Wczesnym niedzielnym rankiem, zaledwie trzy dni po moim przybyciu, obudzono mnie z wiadomością, że mam być natychmiast przewieziony do więzienia hrabstwa. Wydawało się to niemal niemożliwe, biorąc pod uwagę, że ledwo mogłem chodzić i byłem odurzony, bez możliwości samodzielnego funkcjonowania. Jednak szybko odpięto mnie z łóżka i dwaj funkcjonariusze chwycili mnie pod ramiona, by przekazać Federalnym Marszałkom na dole. Pomachałem pielęgniarce na pożegnanie i zostałem powoli odprowadzony przez funkcjonariuszy SPD.

ROZDZIAŁ2

„Wojownik, strażnik, kapłan – wieczna triada symbolizująca nasz lęk przed życiem.”

~Henry Miller

Więzienie hrabstwa King

To był typowo mokry zimowy dzień w Seattle. Mżawka padała zimna i lodowata, pozostawiając wilgotny chłód aż do kości. Dzień, którego nikt nigdy nie zapamięta; to tylko kolejna rozmyta plama zimy na twarzy Seattle. Monotonia szarego nieba patrzyła na mnie ze zwykłą obojętnością, a wyszczuplone i surowo nagie drzewa, stojące wzdłuż opuszczonych ulic, przypominały na wpół martwych strażników.z szczuple i surowością nagich drzew, które wytyczały opuszczone ulice niczym półmartwe strażniki. Uczucie całkowitej izolacji mocno objęło mnie w ramiona tego niedzielnego poranka. Patrzyłem na mijające miasto ze złamanym lekceważeniem. Już nie było to Seattle, które przez tak wiele lat polubiłem i ceniłem. Teraz byłem jego więźniem, renegatem w uległości poddaniu się. Szkliste spojrzenie i brak równowagi — dwaj federalni marszałkowie przemieszczali mnie do mojego nowego domu — więzienia hrabstwa King.

Jak wszystkie więzienia hrabstwa w tym kraju, King County nie różniło się niczym szczególnym; niektóre były trochę lepsze, inne gorsze. To właśnie procesowanie i oczekiwanie są znakiem rozpoznawczym tych miejsc. Smród rozkładu i oczy nieszczęścia były wszędzie. Wypełniałem rozkazy i przechodziłem przez długotrwały proces, będąc słabymsłaby jak byłem, aż w końcu doprowadzono mnie do celi i łóżka.

Cela była pozbawiona życia, całego życia poza starym mężczyzną śpiącym głębokoim snem, przykrytym kocem aż po uszy. W celi panował przenikliwy chłód i paskudne, stojące powietrze. Zwaliłem się na łóżko z gracją kaleki, przekonując się: nie może być gorzej niż to! Z ciężkimi powiekami szybko zapadłemść w sen — ciężki, narkotyczny sen wywołany lekami. Potrzebowałem dnia odpoczynku i snu, zanim stanę do prawnej wojny, która miała mnie czekać jutro. Byłem bezbronny i źle przygotowany, by nawet pomyśleć, jak walczyć z tym, co miałem przed sobą, ale musiałem walczyć. To była czas na rewanż dla moich oprawców; mój czas kontrolowania własnego losu w Seattle dobiegł końca. Samotny i słaby opuściłem ten dzień z jego zimną twarzą i zapadłem w głęboki sen.

Stojąc skośnie, u stóp mojego łóżka, był kudłaty, zarostem porośnięty starzec, powyginany i wykrzywiony niczym wysuszony pniak drzewa, nerwowo bawiącybawiliąc się pokrętłami telewizora. Echo puszczanego śmiechu w puszce i niedorzecznych paplanin wylewało się z telewizora, podczas gdy on spoglądał w górę z ochrypłym uśmiechem. Ta scena mogła być wyjęta z rozdziału z każdego szpitala psychiatrycznego. Stary człowiek śmiał się ze śmiechu, skacząc i klaszcząc do Boba Barkera i jego boskich laleczek Barbie, które rozdawały nagrody szczęśliwcom w programie „Price Is Right”. Jak cudownie, myślałem sobie, budzić się na taki spektakl entuzjastycznego świętowania!

„Hej, Pops! Mógłbyś trochę ściszyć, proszę?” błagałem starając się przebić przez zgiełk głosów i muzyki odbijających się od ścian.

„Tak, dobra...ale jeszcze moment, prawie skończył,” krzyknął. Jego głos był mieszaniną syczenia pieczonego na grillu, pieprzonego steka i bulgotania wirujących, wakuolowych dźwięków starego odpływu z wanny. Wyraźnie jest przyzwyczajony do samotności w tej klatce, myślałem sobie, więc może najlepiej będzie podejść do tego jego świata z odrobiną dyplomacji, w końcu wydaje się całkiem wesoły, więc po co psuć mu zabawę!

„Ha ha ha, hohoho hee hee... na Boga, to naprawdę zajebista laska, nie uważasz? Wystarczy na nią spojrzeć, chłopie, gdybym był młodszy, pokazałbym jej, co mam w środku! Cholera jasna, co bym dał, żeby na nią wskoczyć! Co teraz... czy nie jest za głośno dla ciebie?” gestykulował, ściszając głośność, nie odwracając oczu pełnych gwiazd od ekranu, na którym uśmiechnięte laski doprowadzały jego genitalia do szału.

„Nie, to w porządku, dziękuję.” bełkotałem.

„A tak w ogóle, nazywają mnie Olaf! Uważaj na te pielęgniarki, lubią dużo rozkazywać, więc nie daj sobie w kaszę dmuchać, kumasz o co chodzi!”

„Jasne,” odpowiadam, mając dość wyraźnie wyobrażenie, co miał na myśli. Pewnie robi więcej zamieszania niż wszyscy na tym pieprzonym piętrze, a najpewniej robi wszystko, co mu każą, jak niemowlę. Przebywanie na oddziale pielęgniarskim na 4. piętrze więzienia musi przyciągać różne typy, a on jest tylko jednym z grimnacznych bohaterów tej kolekcji postaci.

„Jestem Steve. Chyba będziemy tu razem przez jakiś czas, co? Przepraszam, że przed chwilą nazwałem cię Popsem, nie chciałem być niegrzeczny.” Mówię, patrząc na niego z absolutnym zdumieniem.

„O rany, nie przejmuj się tym, w tym miejscu nazywają mnie różniena wszystko. Możesz mówić Pops, jak ci wygodnie!” warczał, a jego siwiejąca, zaróżowiona twarz wykrzywiła się jak twarz starego górnika złota zagubionego w jakimś czasie.

„Cholera, która jest godzina i dzień w ogóle? Czuję się, jakbym był w śpiączce całe lata… czy w ogóle się obudziłem zeszłej nocy?” zapytałem zdezorientowany.

„Cholera, muszę zadzwonić do prawnika, jak obsługuje się ten telefon?” wypaliłem, nie czekając na odpowiedź.

„To jest poniedziałkowy poranek, stary. Ta pielęgniarka przyszła wczoraj w nocy dać ci zastrzyk, nic nie pamiętasz?”

„Nie, nic.” powiedziałem, z zaciekawieniem i ciekawym niedowierzaniem.

„Tak, do diabła!” wypalił, wskazując na telefon jak na ożywiony przedmiot. „Nigdy go nie używałem, nie ma kogo dzwonić. Możesz tylko dzwonić telefonem na koszt odbierającego, inaczej się nie da,” mówił, drapiąc się po łysinie na czubku głowy. Wyglądał na zirytowanego tą skrzynką telefoniczną na ścianie, jakby było to jakieś zabawki, której jeszcze nie rozgryzł, jak się obsługuje.

„Hej, czy ty jesteś jednym z tych gości z napadu na bank, których ostatnio widziałem w telewizji?” zapytał niepewnie, jakby może nie powinien mnie o to pytać.

„Tak, to ja,” wyrzekłem. Nie miałem teraz siły na wdawanie się w szczegóły, przynajmniej nie teraz. „Tak, porobili nam piekło... nie ma ujścia od tego,” powiedziałem, mając nadzieję, że rozmowa się urwie.

„Cholera, chłopaki daliście radę... może nie ostatnio, ale mieliście dużo jaj! Do diabła, od lat patrzę, jak wasz kumpel Hollywood pracuje na nich tymi skurwielami, jasne że patrzyłem, cholera jasna, żeście ich przez lata wykręcali! Ten Hollywood to nie był żart, prawdziwy facet! Pokazał tym chujomu policjantom, gdzie ich miejsce, lepiej w to wierz!” kontynuował, ciesząc się i skacząc, jakby właśnie wygrał nagrodę ze swojego telewizora. „Tak, zdecydowanie, lepiej uwierz, że sprawiliście tym pierdolonym policjantom sporo kłopotów. Naprawdę szkoda jednak tego, co stało się z twoim partnerem. Ci skurwiele go załatwili! Nie wierz tym ich kłamstwom, tym pierdolonym kłamstwom policji, zawsze kłamią o wszystkim! Wystawiłbym ich wszystkich i wystrzelił, jak kłamliwe psy! Tak powinno się postąpić!” wierzgał dalej, jakby Scott i ja byliśmy częścią jego rodziny, a on miał osobisty związek z naszym losem.

„No, wiesz jak jest, mieli swoją robotę do wykonania i nie można ich za to winić. Zrobili, co musieli, a my zrobiliśmy, co trzeba było. Strony zostały wyznaczone, a ktoś musiał wyjść z tego na górze. Nie wszyscy oni są tacy źli, nie wszyscy. Trzeba oddać, co boskie; mieli wiele przeciwko namsobie i ostatecznie udało im się zakończyć tę historię.” powiedziałem spokojnie, choć czułem cień porażki, przekazując to, co wciąż wydawało mi się tak zagmatwane i niepokojące po życiu wymkniętym spod kontroli.

„Załóż się o ostatniego dolara, robią, co mogą, by jeszcze bardziej ci dokopać, teraz, gdy twojegotwój partnera już tu nie ma, by mogliby go pochować,” powiedział, wiedzącznając, jak działa koło sprawiedliwości. „Na Boga, chciałbym, żebyście chłopaki zgarnęli całą tę kasę... cholera z tymi sukinsynami, co was tak dojechali! Bardzo mi was szkoda, mam nadzieję, że będziecie w porządku... tego właśnie życzę.” Nagle odwrócił się i wrócił do swojego łóżka. Tak szybko, jak zaczął swoje wygłupy, równie szybko znowu był sam, jakby chował się w mentalną skorupę samotności, spokojny i pogodny. Śmieszny ptak, ten Pops, nie mam co do tego wątpliwości!

Znalazłem się w ogniu krzyżowym między wyczerpaniem a sprawami prawnymi. Idź ostrożnie doostrożniedo świata tak obcego i nieznanego dla mnie, mówiłem do siebie, rozmyślając nad moim obecnym dylematem. Bez rąk do walki i bez duszy, musiałem teraz zaakceptować nieuniknione — nie ma lepszej pozycji. Pochyl się i daj się zranić każdemu — przez wzgląd na sprawiedliwość! Nieważne, bolesne chwile życia zawsze w końcu się równoważą. To tylko nowy początek, nic więcej. Nowy kurs, zakręt na drodze, wzgórze do pokonania, zanim wreszcie wszystko zostanie zrozumiane — jeden spasany ścieg w czasie, jak to mówią. Aby coś osiągnąć na nowo, trzeba stanąć w czasie i odkryć, że się jest nigdzie, i że nigdy się gdzieś nie było. Aby osiągnąć chaos, należy zniszczyć prawa porządku, by porządek mógł znów się odrodzić na nowo. Szaleniec kiedyś był zdrowy na umyśle, aż jego zdrowie stało się szaleństwem! Formuła jest tajemnicą, zaczęła się gdzieś w roku 15 000 p.n.e., albo koło tego. Gwiazdy wciąż są w chaosie, podobnie jak człowiek. Fałszywe mniemanie, że wiemy, urodziło się z ignorancji i rozprzestrzeniło jak wirus w powietrzu. Pokora i cześć są rzadkie, bardzo rzadkie.

Nasza krew płynie do tyłu, z otchłani do wiecznej otchłani, bez poczucia ruchu do przodu. Jest jednak pęknięcie, pęknięcie w kosmosie, które prowadzi do innego świata, świata tak ciemnego i obcego, jak ten świat, gdy tylko zajrzymy do środka. Ciężko taszczymy naszą perłową skorupę dla ochrony, a zapomnieliśmy, że skorupy pękają i muszą pękać, jeśli chcemy kiedyś odkryć tę formułę, która dojrzewa głęboko w naszych sercach.

Jutro rano, wcześnie i jasno, idziemy na przesłuchanie, mówi moja nowo mianowana adwokatka. Mark i ja mamy być przewiezieni podróżowani do Federalnego Sądu Rejonowego na podpisy i zdjęcia—życie nie mogłoby być lepsze! Więcej łańcuchów, kajdanek i zamieszania, jak bydło pędzone przez korytarz—idziemy do rzeźni! Nie można im się dziwić, po tym co przez te lata im narobiliśmy. Jeśli los tak zechce, może Biggins i ja znajdziemy chwilę, żeby porozmawiać. Chcą, żebyśmy zostali od siebie odseparowani. Ich gra w szachy się rozpoczęła, a my zostaliśmy wystawieni przeciwko sobie. Moja prawniczka mówi, żebym nikomu nic nie mówił, nawet Bigginsowi. Teraz trudno mi komukolwiek ufać, a najbardziej ludziom, którzy mówią mi co mam robić, a czego nie. Tak czy inaczej, mój instynkt mówi, że muszę wyczuć Bigginsa, poznać jego wersję tego, co się wydarzyło tamtej nocy, i dowiedzieć się, po której stronie stoi. Za dużo jest na szali, żeby zostawiać go samemu sobie. Teraz potrzebujemy solidarności.

Całkiem świetnie, wszystko jest zajebiście świetne!

Jeden dzień na sali sądowej wystarczy, żeby żuć go przez kolejne sześćdziesiąt lat, przynajmniej taką kartę podał nam Rząd za pośrednictwem mojej prawniczki, JoAnn Oliver. Siedziałem z nogami skuty w łańcuchy przy metalowej siatce na dole, w centrum procesowym Federalnego Sądu Rejonowego, spokojnie i cierpliwie słuchając JoAnn, która wyjaśniała możliwy czas i zarzuty, jakie mogą spaść na nas. Siedziała naprzeciwko mnie na składanym metalowym krześle, z wyrazem współczucia i smutnego żalu przemijającym przez jej twarz. Ubrana ciepło i stylowo w jesienne kolory, uniosła delikatny uśmiech, jakbyśmy znali się od lat. Jej oczy lekko błądziły w powietrzu, gdy mówiła. Ta słodka i delikatna kobieta, siedząca przede mną, miała siłę profesjonalistki, ale wyczułem, że chciałaby móc zrobić więcej, niż pozwala na to aktualna natychmiastowa rzeczywistość. Przygotowałem się na sedno sprawy. Sprawy nie wyglądały dobrze, choć przy odpowiedniej strategii i pozycjonowaniu mogliśmy znaleźć pewną nadziejęsympatię, gdy wszystkie fakty wyjdą na światło dzienne. „Nie pomyl się,” powiedziała, „Rząd jest wściekły, wściekły jak cholera!” Chcą, żebyśmy zostali powieszeni wysoko. Sprawa dotarła aż do Janet Reno, która popierała uderzenieimpalację. Uważają, że wystarczająco długo się z nami zabawiali, więc teraz czas na ich ruch. Dobrze, sprawiedliwie, pomyślałem sobie, próbując czytać między wierszami, co jest realistyczne, a co wynika z pychy. Scena była ustawiona, linie frontu wytyczone, wszystkie strony otrzymały swoje prawa konstytucyjne, a nasza opozycja była gotowa do ataku; zostawiło to mnie i Marka wiszących na sznurach, jak dwie marionetki szarpane na scenie. To łatwe zwycięstwo dla Rządu, nie ma co do tego wątpliwości! Jeśli jest jakieś pozytywne światło, to tylko to, że sytuacja prawdopodobnie nie mogłaby być gorsza ... całkiem świetnie, wszystko jest zajebiście świetne!

JoAnn była pięknie zarysowaną kobietą, ubraną w miękki, wełniany garnitur; jej włosy opadały z gracją na szyję w krótkim, francuskim cięciu. Była zdecydowanie seksowna, choć w konserwatywnym, korporacyjnym stylu. Za tą profesjonalną powłoką można było wyobrazić sobie inną naturę, kobietę czekającą na wydostanie wybicie się na wolność. Może chcącą uciec jak najdalej od prawnych zawirowań, które zajmowały jej dni. JoAnn była wrażliwą kobietą na początku pięćdziesiątki, płynąca na falach czasu jako Federalny Publiczny Obrońca, i jak miałem się wkrótce przekonać, bardzo oddaną i szanowaną prawniczką wśród swoich kolegów i przeciwników. Słuchałem uważnie jej intensywności argumentów, gdy omawiała napotkane przeze mnie problemy prawne. Ale próbowałem wyobrazić sobie spotkanie z nią w lepszych okolicznościach. Wino razem, kolacja dziś wieczorem? Czemu nie! Odpuść te kajdany i żyj dalej. To wszystko jest zupełnie niepotrzebne.

Co się stało, to się stało, martwi są martwi, saga dobiegła końca, więc odłóżmy to wszystko na bok, jakby nigdy się nie wydarzyło, napijmy się i bądźmy weseli! Po co przedłużać coś, co się skończyło? Bez winy, tylko dobre stare nieporozumienie; bez żalu, to tylko błąd w ocenie. Zapomnij i wybacz, czyż nie tak się zawsze mówi? Takie myśli nurtowały mnie, naiwne jak były, gdy patrzyłem na tę kobietę, na której rękach ręce teraz ważyło się i liczyło moje życie, a może nawet jego ratunek.

„Steven, proszę, posłuchaj mnie!” błagała, skupiając na mnie wzrok. „Musisz mi obiecać, że nie będziesz rozmawiał z nikim — z Markiem, prasą, która nota bene czeka na nas na zewnątrz, ani z nikim w więzieniu, zwłaszcza w więzieniu, o niczym, co dotyczy tej sprawy! To bardzo ważne, bo Rząd zrobi wszystko, by zdobyć potrzebne informacje. Wysyłają ludzi do więzień podając się za osadzonych, oraz sami więźniowie próbują sprzedawać informacje za zmniejszenie wyroku. Uwierz mi, tak to działa. W porządku, jasne, co do tego?” błagała, kiwając głową i uśmiechając się.

„Tak, rozumiem, ale dlaczego Mark? Muszę z nim porozmawiać o ważnych sprawach. Mam pytania!”

„Steven, to działa tak,” kontynuowała. „Rząd zwykle oskarża współwinnych oskarżonych razem, ale sytuacja może się zmienić, jeśli uznają, że nie dostaną dostają tego, czego chcą. Najlepiej nie dawać żadnych informacji, które mogą być użyte przeciwko tobie. W każdym razie, oddzielili was, żebyście nie mogli rozmawiać, prawda?”

„Właśnie o to chodzi, oddzielają nas, żebyśmy nie mogli omówić tego, co trzeba.” — nalegałem.

„Mogę tylko doradzić, co jest najlepsze. Co zrobisz, to twoja sprawa, Steven. Proszę jednak, korzystaj z rozsądku. Będę w kontakcie z prawnikiem Marka, więc nie powinno nas zaskoczyćzaskakiwać, jaka jest jego pozycja. Steven, wiem, że to musi być dla ciebie bardzo trudne i sytuacja nie wygląda najlepiej, ale jeśli przeciągniemy proces jak najdłużej, media będą mniej istotnym czynnikiem. Twoja sprawa jest głośna, a to nam nie pomaga. Trzymaj się na duchu i rób, co możesz, żeby się wyzdrowieć. Wiem, nie będzie łatwo, ale taka jest twarda rzeczywistość, której trzeba stawić czoła. Żyjesz, a to już cud. Spróbujmy pracować na tym, co mamy.” — powiedziała, uśmiechając się.

„Masz rację, JoAnn, nie potrafię widzieć tej sytuacji jasno, z tym całym gównem w sobie i moją mierną znajomością prawa. Zrobię, co w mojej mocy, cokolwiek to znaczy! Kiedy się znowu zobaczymy?” zapytałem cicho, niemal błagalnym głosem.

„Na pewno w tym tygodniu. Nie martw się, będziemy się sporo widzieć przez najbliższe tygodnie. Bądź cierpliwy, dobrze?” powiedziała pocieszająco. Jej miękki i przekonujący głos był uspokajający, czego desperacko potrzebowałem, bardziej niż przypuszczałem.

„Pewnie, żaden problem... kurwa, cierpliwość to wszystko, co mi zostało. Ale JoAnn, naprawdę dziękuję ci za wszystko, co dla mnie robisz, naprawdę, nie potrafię wyrazić mojej wdzięczności! Chciałem zadzwonić do ciebie ze szpitala, ale policja nie dała mi twojej wizytówki, nie pozwolili mi skontaktować się z nikim. Chyba wiesz o tym, co?”

„Tak, robiłam wokół tego spory hałas z nimi, z policją i FBI. Obiecali, że nie przekroczą tej granicy więcej. Zawsze tak jest, gdy wiedzą, że nie ma jeszcze prawnika; robią, co mogą, zanim ten przyjdzie. Ale Steven, to moja praca, to, co robię, więc choć doceniam twoje podziękowania, chcę, żebyś wiedział, że tu jestem, bo zobaczyłam, co się z tobą stało w wiadomościach, od policji i FBI, i byłam zaniepokojona oraz zainteresowana twoją obroną. To, co z tobą zrobili, było złe; oni też o tym wiedzą. W każdym razie, Steven, wiem, jak się możesz teraz czuć, to dla ciebie nie będzie łatwe. Trzymaj się, dzwoń do mnie każdego ranka, żebyśmy byli na bieżąco z tym, co się dzieje. To ważne, żebyśmy byli w kontakcie!” nalegała, delikatnie dotykając mojego ramienia, gdy wstawała do wyjścia, eskortowana przez marszałka.

Albo Marszałkowie zapomnieli, albo naprawdę nie było to dla nich tak ważne, bo bez chwili przerwy znaleźliśmy się razem — Mark i ja — zamknięci w klatce oczekującej na przewóz z powrotem do więzienia.

„Markus, cholera, dobrze cię widzieć! Jak leci? Będziesz w porządku, stary? Cholera, obstrzelali cię ostro! Dio Cane, w co się wpakowaliśmy!” powiedziałem, chwytając go na półoficjalny uścisk, z szacunkiem dla naszych urazów.

„Będę twoim huckleberry,” mówi, tym głębokim, szerokim głosem drżącym w powietrzu ciepłymi, wywołującymi wspomnienia dźwiękami. „Żyję, bracie, co mogę powiedzieć, tylko to, że mam cholernie dużo szczęścia, jak i ty! Skurwysyny strzelili mi w plecy, ramię i nogę. Cholera, musieli mnie rozciąć, żeby wyjąć kulę z brzucha. Pozostałe dwie to tylko rany powierzchowne. Te chuje nie przestawali strzelać, kumasz? Ty też wyglądasz źle, co z twoimi ranami?”

„Obie ręce mam w złym stanie, a prawa dłoń jest zaciśnięta, jak widzisz. Wrócę, Markus, możesz na to liczyć!” ryknąłem z wymuszonym przekonaniem. „Tak czy siak, Markus, teraz jesteśmy tylko my, Scotta nie ma w grze. Musimy dobrze przemyśleć, co powiemy federalsom. Musimy uważać na to, co mówimy i mieć spójną wersję, rozumiesz? Chcą nas powiesić za wszystko, więc musimy się dogadać albo możemy się nawzajem zgubić. Jedyne, co mamy na swoją korzyść, to brak dowodów na wcześniejsze napady, a ty wiesz, jak lubią, żeby wszystko było zamknięte.”

„Znam tylko ten jeden napad, ten tutaj. Będą na nas naciskać wszystkim, ale skoro nie mogą niczego udowodnić, no to kto wie,” powiedział. „A co z naszymi prawnikami, co im powinniśmy mówić? Będą chcieli znać wszystko.”

„Jeszcze tak do końca nie wiem, na razie musimy ich wyczuć. Ufasz swojemu prawnikowi?” zapytałem, obserwując jego wyraz twarzy w trakcie odpowiedzi.

„Tak, wiem, co czujesz. Cholera, mój prawnik chodził ze mną do Evergreen College. Na pewno chce pomóc, ale czy jest dobrym prawnikiem, to już nie wiem. Powiedział mi, o czym nie wolno mówić i chce znać wszystko. Kurde, jestem w tej samej sytuacji co ty, Kingfish.”

„Tak, naprawdę lubię JoAnn, ale pierdolę to, pracuje dla rządu! Kurwa, nie mogę powiedzieć ani tak, ani nie. Jeszcze nie zadała mi żadnych bezpośrednich pytań, więc muszę ją wyczuć, kiedy do tego dojdziemy. Uprośćmy to, Markus. Nie wiesz nic o moim udziale poza tą sprawą, a ja nie wiem nic o tym, co ty zrobiłeś, okej?”

„Jestem z tobą, bracie, ale to nie będzie łatwe. Naprawdę nie wiem, co zrobiłeś albo nie zrobiłeś, więc pierdol ich!”

„Jeszcze jedno: nie możemy wciągać nikogo więcej w ten bałagan, bez względu na okoliczności, wiesz o tym, prawda?” stwierdziłem, dając do zrozumienia, że to oczywistość.

„No jasne!”

„Musisz chronić swoją starą, i nikogo więcej nie trzeba wystawiać na widok; to bardzo ważne! Musimy mówić jednym głosem, do diabła! Scott już nie żyje; wszystko zależy od nas, jak to rozegramy. Scott nas porzucił i zostawił mnóstwo niedomkniętych spraw, zrobił się nieostrożny i najwyraźniej miał gdzieś, co się z nami albo z kimkolwiek innym stanie!” powiedziałem niemalże gniewnie.

„Och, Scotty… nie mogę uwierzyć w to, co zrobił. Był moim najlepszym przyjacielem. Muszę myśleć o mojej córce, wiesz. Ona teraz bardziej niż kiedykolwiek potrzebuje Barbary. Cholera, mam tylko nadzieję, że to wszystko skończy się tym, że tylko my wylądujemy na krzyżu!”

„Przyjaciel czy nie, oto jesteśmy, po dupie dostaniemy! Feds chcą nas na talerzu, zwłaszcza że Scott już nie jest problemem. Potrzebują nas jak trofeum dla swojego ostatecznego zwycięstwa, żeby wyglądać na tych, co w końcu wygrali — i wygrali, ale nie tak, jak próbują to pokazać. To zależy od nas, Marcus, tak po prostu!” błagałem, mając nadzieję, że przekażę mu to, co chcę i że zostanie po naszej stronie, kiedy Feds zaczną na nasz nami napierać.