3,99 €
"Nie da się przejść obojętnie przez historię jaką napotykamy w książce „W drodze do domu”. Książki takie jak ta nigdy nie będą należeć do łatwych, bo nie da się przejść obojętnie wobec krzywdy, zbrodni i okrucieństwa wojny, bo ona zawsze przyciąga za sobą tragedie ludzkie. Szczegóły, jakimi częstowany jest odbiorca wyciskają łzy, ale bez nich byłaby to kolejna opowiastka o tym, jak los potrafi być okrutny, a życie przerażające. Niezwykle wzruszyłam się podczas czytania słów skierowanych do, nieżyjącego już od dziesięciu lat, ojca. Słowa te przebiły mur. Zdarza się to tylko wtedy, gdy lektura dotyka struny w duszy, która wywołuje fale emocji tak silnych, iż ich kumulacją są mokre policzki Nie opowiem wam o życiu Autorki, Ona musi zrobić to sama . Nie powiem wam, czy warto przeczytać tą pozycję, o tym zdecydować musicie Wy." Małgorzata Michniowicz W tej książce, jak w soczewce skupiają się losy tysięcy Polaków, którzy zmuszeni byli uciekać z Wołynia, z rodzinnych domów przed niechybną śmiercią z rąk ukraińskich nacjonalistów. Historia, której nie da się poznać bez głębokiego poruszenia.
Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:
Veröffentlichungsjahr: 2018
© Janina Zimirska 2018
Redakcja literacka
Władysław Paździoch
Korekta techniczna
Bartosz Włodarczyk
Projekt i wykonanie okładki
Bartosz Włodarczyk
ISBN 978-83-951179-0-9
Wydawca
Ostropest
Skład i przygotowanie do druku
Wydawnictwo internetowe e-bookowo
A3M Agencja Internetowa
Zawale 24, 42-500 Będzin
Wydanie drugie
Konwersja do epub i mobiA3M Agencja Internetowa
Książkę poświęcam swoim
nieżyjącym już Rodzicom,
z dedykacją dzieciom i wnukom.
Była głęboka noc, gdy Julia obudziła się z tym dziwnym uczuciem lęku. Bardzo często budzi się, kiedy nocą, nawet przez sen, słyszy cieniutki głos komara. Tyle lat, a wciąż to samo uczucie trwogi we mnie – pomyślała. Tak. Uczucie to towarzyszy jej od wielu lat. Wtedy, gdy w nocy słyszy nad uchem cieniutki głos komara, i wtedy, gdy w księżycową noc, gdzieś z daleka, słychać śpiew.
Teraz rzadziej jej się to zdarza, ale wtedy, kiedy była jeszcze dzieckiem, zaraz po wojnie, ludzie często zbierali się wieczorami przy jakiejś okazji i śpiewali. Bywało, nawet nie przy wódce, tylko ot tak, po prostu, żeby się spotkać, porozmawiać i razem pośpiewać. Śpiewali głośno i tkliwie, z tęsknotą za czymś, co minęło i nigdy już nie wróci. A nocą melodia rozbrzmiewała daleko. Wspaniale było posłuchać, gdy się siedziało obok śpiewających. Zresztą i ona, Julka, zawsze lubiła i lubi śpiewać. A jednak, kiedy w księżycową noc słyszała z daleka płynący śpiew, serce jej zamierało ze strachu. Przerażał ją tak samo, jak głos komara, który i tej nocy przerwał jej sen.
Tak naprawdę, nigdy nie zastanawiała się nad tym, dlaczego cieniutki głos komara i daleki, nocny śpiew, budzą w niej tyle niewytłumaczalnego strachu. Ani też nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego właśnie dziś, tej nocy zaczęła się nad tym zastanawiać. Leżała rozmyślając i machając raz po raz ręką, by przegnać owada. Od dawna zamierzała przenieść to wszystko na papier i wciąż nie mogła się do tego zabrać. Znowu trzepnęła ręką po włosach odganiając natręta, którego nijak nie mogła uśmiercić. Pewnie było ich tu więcej tyle, że w ciemnościach nie widziała. Wstała, zaświeciła lampkę i rozejrzała się po pokoju.
W słabym świetle dostrzegła intruzów. Teraz, kiedy słyszała i widziała cały ten komarzy rój, nie czuła nic prócz chęci unicestwienia ich. Machnęła kilka razy ręką chcąc dosięgnąć któregoś, lecz nie widząc skutku, zrezygnowała. Wiedziała, że tej nocy spać już nie będzie. Okryła się, więc ciepłym pledem i zapadła w miękki fotel.
Patrzyła w ciemny prostokąt okna i myślami powoli wracała do coraz odleglejszych lat. Siedziała z brodą opartą na splecionych dłoniach i głową pełną kłębiących się myśli. Czyżby to tamte straszne noce tkwiły we mnie do dziś? Pytała samą siebie. Przecież byłam wtedy małym dzieckiem. A jednak musi coś w tym być. Przecież to, co pisał do mnie ten człowiek, potwierdziło moje wspomnienie. Więc nie zmyśliłam tego. Cały ten nieznośny lęk potęgowały w niej jeszcze te straszne opowieści, których potem tyle słyszała. Nadszedł chyba już czas - pomyślała. Powoli wysunęła klawiaturę i ani się spostrzegła, kiedy zaczęła cały swój lęk i wszystko inne, układać w całość.
Hania i Ignacy urodzili się w tej samej wsi za Bugiem, w Głęboczku na Wołyniu. Byli dziećmi miejscowych gospodarzy. Choć ojcowie ich byli dość zamożni, to i Hania i Ignacy szybko stracili beztroskę dziecięcych lat. A zwłaszcza Hania, której matka zmarła, kiedy Hania miała niewiele ponad dwa latka. Ojciec Hani ożenił się z wdową, która choć miała kilkoro swoich dzieci, starała się zastąpić Hani matkę. Starała się, ale przecież „milsza ciału koszula”, dlatego różnie bywało. Kiedy jednak mając dziewięć lat Hania straciła i ojca, miała bardzo ciężko. Zaczęły ją wychowywać starsze, zamężne siostry, a sieroce łzy nie były jej obce… Ale starała się radzić sobie. Skończyła gimnazjum i pracowała w miejscowej „Ochronce”.
Ignacy też nie miał lekko, choć jego matka zmarła, kiedy on miał siedem lat. Ojciec Ignacego ożenił się po raz drugi. Rok później urodziła im się córeczka – Rozalka. Macocha była zbyt młoda, żeby się zajmować pasierbem. Bardziej interesowały ją stroje, którymi zamożny Franciszek obsypywał ją i córeczkę. Ojciec Ignacego, wpatrzony w Rozalkę, jak w obrazek, zapominał o tym, że ma przecież syna, który także wymaga jego uwagi. Toteż Ignacy nie miał łatwego życia, a opieka nad malutką Rozalką, stała się jego codziennym zajęciem. Kiedy skończył szkołę, łyknął trochę „buchalterskiej” wiedzy i podjął pracę w sklepie. Ignacy był starszy od Hani, ale…
Tu się oboje urodzili, tu zostali sierotami, tu chodzili do szkoły i tu stali się parą. Tu spotkali swoją pierwszą młodzieńczą miłość i tu dwoje sierot z wielkiej miłości pobrało się. Jedyny brat Hani Marcel, ożenił się i poszedł do domu żony. Część ziemi i dobytku oraz dom zostawione im przez ojca, dom, przekazał Hani. W ten sposób Hania i Ignacy zaraz po ślubie mieli własny dach nad głową, kilka hektarów ziemi, konia, wóz i dwie krowy. A kilka miesięcy później przyszło na świat ich pierwsze dziecko, ich córeczka Julcia.
Kiedy urodziła się Julcia na świecie trwała wojna. Przez Wołyń przetaczały się ogień płonących wsi i nieludzkie zbrodnie, dokonywane przez ukraińskich nacjonalistów. Ignacy i Hania niedługo się cieszyli własnym gospodarstwem. Zbrodnie, o których przedtem słyszeli z opowiadań, teraz zaczęły docierać w pobliże Głęboczka, w pobliże ich domu. Wkrótce przyszło im wraz z małą Julcią, kryć się przed bandami w najmniej oczekiwanych miejscach.
Polacy na wołyńskiej wsi już dużo wcześniej, co najmniej od jesieni 1942 roku, wieczorami nasłuchiwali, czy gdzieś z daleka nie płynie ukraiński śpiew, bo wtedy lepiej było uciekać z domu i kryć się w zaroślach. Niektórzy mieli uszykowane węzełki z chlebem i soloną słoniną, które w razie napadu chwytali i uciekali z nimi. Tyle można było chwycić uciekając do lasu, czy na bagna, a i to nie zawsze się udawało. A już od wiosny 1943, ludzie prawie wcale nie przebywali we wsi. W większości kryli się w lesie, w zaroślach, na bagnach, w skleconych naprędce ziemiankach. Czasem, nocą, mężczyźni szli do wsi, żeby nakarmić pozostawione zwierzęta. Lecz nie zawsze i nie wszyscy wracali do rodzin. Zdarzało się, że banderowcy zaczajeni we wsi wymordowali tych, którzy się tam zjawili.
Pewnego wieczoru, razem z kilkoma mężczyznami do wsi poszła jedna z kobiet. Chciała upiec zaczyniony poprzedniego dnia chleb. Nim mężczyźni we wsi nakarmili zwierzęta, kobieta rozpaliła w piecu, wymieszała ciasto i upiekła chleb. Właśnie wyciągnęła trzy blachy, gdy przed dom podeszli mężczyźni ponaglając ją, by się pospieszyła.
– Już, już. Tylko wyciągnę te dwie blachy – odrzekła.
Lecz już ich nie wyjęła… Pochylonej nad chlebem wbito siekierę w plecy. Szczęściem było, że nie torturowali jej. Zarąbali znienacka. Z mężczyzn, którzy tamtej nocy przyszli do wsi, uratował się tylko jeden Staśko, który na chwilę wcześniej wrócił do domu, żeby jeszcze coś z niego zabrać. I to Staśko opowiadał ukrywającym się na bagnach o tym, co się wydarzyło we wsi. Opowiadał straszne rzeczy…
W tej ukrywającej się po lasach społeczności, rodziny z małymi dziećmi były niemile widziane. Małe dzieci, gryzione przez komary, płakały. Płacz dzieci zdradzał miejsce ukrycia się, co groziło męczeńską śmiercią z rąk upowców. Dlatego rodziny z małymi dziećmi najczęściej kryły się na uboczu.
Była ciepła, księżycowa noc. Gdzieś hen, z oddali, słychać było śpiew, który stawał się coraz bliższy. Po chwili można było odróżnić turkot kół i pojedyncze słowa piosenki:
Kochana diwczyno,
ja mam toj maszynu
do tryskania dieti.
To grupa młodych ryzunów, jechała na polską wieś. Chwilę potem śpiew umilkł, a we wsi, natychmiast zaczęły wybuchać ogniska płonących zabudowań. Nagle, wśród huku strzelających w niebo płomieni, rozległ się długi, nieludzki krzyk-wrzask… To Władysław, który został w domu twierdząc, że nie ma się, czego bać, bo nikomu nic złego nie zrobił. Ale kiedy tu przyszli, nie pytali go o nic. I choć nic nikomu nie zrobił, odrąbano mu ręce i nogi, po czym rozochocona banda wskoczyła z powrotem na wóz i ruszyła ze śpiewem do lasu w poszukiwaniu ukrywających się tam Polaków.
Wśród podmokłego lasu roje komarów cięły niemiłosiernie.
Małe, nierozumiejące niczego dzieci, płakały przy każdym ukąszeniu komara. Rodzice, z obawy przed zdradzeniem kryjówki, dłońmi zakrywali im buzie. Niektórzy kładli kocyki dzieciom na twarz. Ciocia Celina, wraz z kilkumiesięcznym synkiem, nie chcąc narażać innych, ukryła się na uboczu. Niestety, za przyczyną kwilącego Stasia, odkryto ją i za włosy wywleczono z zarośli. Żywe dziecko nabito na złamaną brzózkę… Ciocię kilkakrotnie gwałcono, potem piłą odcięto jej piersi, a na koniec przepiłowano na pół. Jej nieludzki krzyk i przeraźliwy płacz dziecka budząc przerażenie niosły się echem po lesie. Jeden z ojców, słysząc nawoływania zbliżających się banderowców, opanowany strachem, chcąc się ratować, zostawił płaczące dziecko w zaroślach. Po kilku krokach usłyszał krótki krzyk dziecka i tępe uderzenie o pień drzewa. Zawrócił po nie, wtedy dopadli i jego. Jedna z kobiet ukrywała się z czwórką małych dzieci. Uciszając najmłodsze z nich po jakimś czasie stwierdziła, że dziecko nie żyje. Po prostu udusiła je. To takie straszne – myślała – pewnie i mnie w ten sposób uciszano.
Rodzice Julii nigdy nie powiedzieli jej tego, wprost, ale pamięta jak ojciec nieraz wspominając tamten czas, niezmiennie wtrącał takie zdanie: „…komary gryzą, a tu trzeba kocem zatykać dzieciom buzie, żeby nie było słychać jak płaczą…, banderowcy od razu nas znajdą.” Nie mówił, „niektórzy zatykali dzieciom buzie”, ale „trzeba było zatykać dzieciom buzie”.
A więc nie ominęło to i Julii. I pewnie, dlatego jeszcze dziś, kiedy w ciemnościach usłyszy cieniutki głos komara, czuje dziwny niepokój. W jej dziecięcej podświadomości zakodowane pewnie zostało, że głos komara, to zatykanie buzi, to brak powietrza, a w końcu duszenie się. Również daleki śpiew wzbudza w niej dziwny niepokój. Dziś już się to raczej nie zdarza, ale zaraz po wojnie, młodzi, wracając skądś, a najczęściej zdarzało to się wieczorem, lubili sobie pośpiewać. Czasem, bo byli „podchmieleni”, czasem, bo po prostu mieli taką potrzebę. Nocą głos niósł się daleko. Julka w tym śpiewie, słyszała coś złowieszczego. Przerwany sen, bolesne obijanie się w ramionach uciekających rodziców, w koło noc i czerwone łuny ognia.
To płonęła rodzinna wieś Julii, która została spalona jak wiele polskich wsi na Wołyniu. Wsi, których ludność została bestialsko wymordowana, a zabudowania splądrowane i spalo-ne. Choć Julia miała wtedy niespełna dwa latka, w jej pamięci do dziś utkwiło kilka scen z tamtego czasu. Wśród drzew płonący dom, oparty o ścianę mężczyzna ze zwisającą krwawiącą głową. Gdzieś spod lasu pędzą jacyś konni, coś krzyczą. Wóz podskakuje po wykrotach. Przejeżdża przez wodę. Może tylko kałużę… na wodzie leżą białe poduszki… Julcia płacze. Jest zupełnie sama na tym wozie, sama pośród obcych. Ktoś może twierdzić, że nie może pamiętać, ale Julia widzi te sceny.
Weronika i Michał pobrali się z wielkiej miłości. Ona była Polką, a on Ukraińcem. Razem chodzili do szkoły i razem na zabawy, a w końcu stwierdzili, że bez siebie nie mogą żyć. I mimo sprzeciwu obydwu rodzin, któregoś zwykłego dnia, pobrali się. Tylko Władysław, ojciec Weroniki pogodził się z tym, że córka wyszła za Ukraińca i tylko on był przy ich ślubowaniu. Ani bracia z rodzinami, ani też siostra z mężem, nie przyszli na ślub Weroniki. Jednak najbliższej niedzieli, przyjęli Michała do rodziny, jak swojego. Rodzina Michała nie zamierzała, jak to było w zwyczaju, przyjąć synowej do domu. Młodych przyjął do siebie Władysław po śmierci żony, został z najmłodszą córką, właśnie Weroniką. Kilka lat temu, jeszcze za życia żony, dobudował do starego domu dwie izby i dach pokrył gontem. Toteż miejsca starczało i dla niego i dla młodych, dla przyszłych wnuków. Więc zdecydował, że zamieszkają razem.
Weronika i Michał od kilkunastu lat mieszkali i gospodarzyli razem z Władysławem. Dochowali się trójki dzieci. Dwóch synów, dwunastoletniego Felka i półtorarocznego Olesia, no i dziesięcioletnią Marcelinkę – dziadkowe oczko w głowie. Dziadek Władek kochał całą trójkę wnuków, ale Marcelka, jak to dziewczynka, zawsze potrafiła rozczulić serce dziadka.
A zwłaszcza, kiedy prosiła o jakąś opowieść. Najchętniej słuchała o tych bocianach, które od lat, na dachu ich domu miały swoje gniazdo. Wiosną i latem pilnowała bocianów, a nawet rozmawiała z nimi. Oczywiście, to było tylko tak na niby. Bociany przecież jej ani nie rozumiały, ani nie słuchały, bo to tylko ptaki. Ale dziewczynka zawsze opowiadała im o wszystkim, co się wydarzyło w domu.
Tak było aż do jesieni, kiedy bociany odlatywały do ciepłych krajów. A w zimowe wieczory dziadek Władek siadał przy otwartym palenisku i opowiadał wnukom bajki i różne, ciekawe historie. Felek i Marcelka, siedząc obok dziadka i wpatrując się w migoczące płomyki ognia, słuchali tych opowieści z zapartym tchem. I o bocianach, które upodobały sobie ich dach i tu zbudowały gniazdo. I o tym, z jakim trudem, każdej wiosny, aż z dalekiej Afryki wracają do swego gniazda.
A dziadek Władek potrafił opowiadać. Opowiadał tak, że przed oczami dzieci, obrazy jawiły się jak żywe. Klucze bocianów lecących z dalekich krajów nad wielkimi morzami i wysokimi górami. I wichury miotające boćkami o szczyty ogromnych gór. I jak niejeden z nich musiał zrezygnować i zostać na obcej ziemi, bo okaleczony nie mógł lecieć dalej. I o tym, jak pomimo wszystko, te zmoknięte i zmęczone ptaki, uparcie podążały do swoich gniazd. Marcelka, przy tych opowieściach, zawsze miała czerwone oczka i pociągała noskiem. Żal jej było poobijanych, a czasem z okaleczonymi skrzydłami, ptaków. Na szczęście, dziadkowe opowieści, o niebezpiecznych podróżach bocianów, kończyły się dobrze. A zmęczone ptaki docierały do wsi na Wołyniu i siadały na dachu domu Marcelki. Stawały na gnieździe, przeczesywały zmierzwione pióra, a potem głośno klekocąc, dawały światu znać, że wróciły.
Dziadek Władek opowiadał też o pradziadku, który sam zbudował ten dom i położył na dachu stare koło, na którym wiosną bociany zbudowały gniazdo. Którejś jesieni pradziadek poważnie zachorował. Nie pomagały mu żadne lekarstwa ani zaklęcia wiejskiej babki. Chorował tak kilka tygodni. Pewnego wieczoru przywołał całą czwórkę dzieci i powiedział:
– Pamiętajcie dzieci, nie wolno przepędzać bocianów… Grzech… ludzie mówią, że w bocianach żyją ludzkie dusze… Dusze tych, co odeszli z tego świata…
– A czemu te dusze są w bocianach? – Zapytał Władek.
– O tym powiem jutro, dzisiaj już późno… trzeba iść spać.
A następnego dnia, pradziadek już nie żył. I choć od jego śmierci, minęło wiele lat, to dziadek Władek nigdy się nie dowiedział, dlaczego w bocianach są ludzkie dusze. Ale w długie wieczory opowiadał wnukom, Marcelince i Felkowi, a nierzadko też ich kuzynom o tym, co dawno temu usłyszał od swego ojca. Często przychodzili tu bracia i siostra Weroniki, z rodzinami. Zwłaszcza zimową porą, po nakarmieniu i oporządzeniu zwierząt, zabierali dzieci i szli do dziadka Władka. Jak to mówiono, na wieczorki. I tak na wspomnieniach i powieściach, mijały im zimowe miesiące. Ze strony Michała prawie nikt ich nie odwiedzał. Jednak…
Pewnego wieczoru Marcelka uśpiła małego Olesia i położyła się na ciepłym zapiecku. Właśnie sen zaczął kleić dziewczynce oczy, kiedy ktoś zastukał do drzwi. Rozbudzona, nasłuchiwała. Ojciec swoim zwyczajem zaprosił „wejść” i do izby wszedł ktoś wielki. Marcelka, w panującym mroku, nie mogła rozpoznać gościa, ale kiedy się odezwał, choć bardzo rzadko miała okazję słyszeć ten głos, rozpoznała od razu. Był to stryj Wasyl. Nie lubiła jego i jego ostrego głosu. Toteż wolała, żeby jej nie zauważył. Dobrze, że w izbie ciemno, to stryj mnie nie zobaczy – myślała, leżąc cichutko. No i nie zauważył, a ledwie zamknął drzwi, zerknął na boki i zapytał po ukraińsku:
– A hde twija żynka?
– Krowę doi – odrzekł Michał.
– To i dobre – skwitował Wasyl.
– A co? Masz sprawę? – Zapytał Michał.
– A maju, maju – powiedział i mówił ściszonym głosem.
Mówił straszne rzeczy, a Marcelinka wszystko to słyszała. Mówił, że Michał to Ukrainiec i musi zarżnąć dziadka, żonę dwójkę młodszych dzieci. Że powinien wziąć Felka i razem z innymi walczyć o wolną Ukrainę. Że to, co on – Wasyl, mówi, to jest rozkaz. Ale Michał odmówił. Powiedział, że nie jest żołnierzem i nie ma zamiaru żadnych rozkazów wykonywać. A w ogóle, to nie zrobi tego, bo kocha dzieci i Weronikę. Bo Weronika jest najlepszą żoną i matką. A dziadek Władek jest lepszy, niż rodzony ojciec. Wtedy Wasyl oznajmił, że jak Michał nie zrobi tego, co mu nakazał, to on jeszcze tu przyjdzie, ale nie sam. Przyprowadzi tu swoich, ryzunów.
Wszystko to, co mówił stryj Wasyl, było takie straszne, że Marcelka leżąc na zapiecku bała się poruszyć. Bała się nawet oddychać, żeby się nie zdradzić. A w nocy długo nie mogła usnąć, rozmyślając o tym, co słyszała. Rano, przy śniadaniu, ojciec powiedział:
– Ludzie od dawna opowiadają, o strasznych zbrodniach, idących przez Wołyń. Trzeba zabezpieczyć się i przygotować jakieś schronienie, żeby w razie, czego mieć gdzie się ukryć – mówił – A wy – zwrócił się do Felka i Marcelki – ciągle gdzieś gonicie. Najlepiej, żebyście byli razem ze wszystkimi, w domu. Ale pamiętajcie, jakby któreś zobaczyło obcych koło domu, kryjcie się, choćby w mysiej norze. Lepiej wtedy nie wracajcie tu, bo tu może czekać was… śmierć – zakończył ze smutkiem.
Od tamtego wieczoru minęło chyba ze dwa miesiące. Był ciepły, majowy dzień. Słonko powoli kryło się za koronę lasu. Marcelka wracała z majowego nabożeństwa, na którym dzisiaj była sama. Tego dnia Weronika czuwała przy chorym Olesiu, ale córce pozwoliła iść na modlitwę przy krzyżu we wsi. Ich dom był trochę na uboczu, za wsią. Marcelka, wesoło podskakując z nogi na nogę, minęła zabudowania wsi i wbiegła na ścieżkę między krzewami dzikiego bzu. Była tuż obok domu i wtedy ujrzała grupę mężczyzn dobijających się do drzwi ich domu. I nagle przypomniała sobie tamten wieczór, kiedy to stryj Wasyl przyszedł do nich.
Wszystko to, co wtedy mówił stryj i to, co ojciec powiedział następnego rana, teraz, lotem błyskawicy przemknęło jej przez głowę. Zrozumiała, że ojciec tamtego ranka, mówił właśnie o takim zdarzeniu. Wiedziała, że teraz nie może wracać do domu. Wahała się chwilę. Chciała jednak tam biec i być razem ze wszystkimi. Przecież była już przed domem, a tam mama i Oleś… i dziadek Władek… i wszyscy… Ale pamiętała, co ojciec przykazał i wiedziała, co ją tam czeka. Jednym susem znalazła się w gąszczu dzikiego bzu i pokrzyw i, choć okropnie parzyły, kucnęła, aby się ukryć. Niemal w tej samej chwili usłyszała dolatujący z domu płacz Olesia, krzyk mamy i rąbanie siekierą. Mimo ogromnego lęku uniosła głowę, by spojrzeć tam i ujrzała rzecz straszną. Jakiś zbir ciągnął na powrozie na wpół nagiego ojca, a stryj Wasyl popędzał dźgając go w plecy nożem. Przywiązali go do rosnącej przed domem gruszy. Potem przyprowadzili Felka i wciskając mu do ręki nóż kazali nacinać ojcu skórę i drzeć z niego pasy. Felek upierał się, nie chciał tego robić, wtedy stryj Wasyl krzycząc: Ty lachiwskij najduch! Przyłożył mu pistolet do skroni…
Marcelka skuliła się i usłyszała wystrzał, potem jęki ojca i krzyk ludzi we wsi. Trzaskanie palącego się drewna i ze wszystkich stron przerażający szum ognia. Zrozumiała, że pali się cała wieś. Rozpłakała się. Zacisnęła powieki, zatkała uszy rączkami i długo płakała. W końcu usnęła. Obudziły ją chłód i rosa majowego poranka, a nad ziemią unosił się dym i swąd spalenizny. Zdawało jej się, że od strony domu, słyszy rozmowę i pomyślała; może to mama i tato? Wiedziała, co się stało, ale chciała wierzyć, że to wczoraj, to tylko jej się śniło. Po jakimś czasie usiadła i z lękiem spojrzała tam, gdzie wczoraj stał dom. Teraz sterczał tam tylko komin i kikuty niedopalonych belek.
Nad pogorzeliskiem krążyły bociany, które jeszcze wczoraj w gnieździe na dachu wysiadywały jaja, lecz spłoszone rzezią i pożogą, zostawiły je. Dziś zataczały koło za kołem poszukując swego gniazda, ale już go nie było, wiec zmęczone osiadły opodal, w wysokiej trawie. Marcelka z ogromnym żalem patrzyła na nie i jeszcze trzeźwo zastanawiała się, dlaczego spalono jej dom i bocianom gniazdo. Przecież dziadek Władek mówił, że nie wolno przepędzać bocianów. Czy stryj Wasyl nie wiedział, że nie wolno? A może zapomniał – myślała. I nagle tak wiele strasznych pytań zaczęło się kłębić w jej główce, że w końcu ani umysł, ani jej małe serduszko, nie ogarniały tego. Marcelka wyskoczyła z pokrzyw i radośnie skacząc z nogi na nogę, pobiegła na pogorzelisko.
Przestraszone jej nagłym ruchem bociany zerwały się z łąki za sadem i odleciały. Podeszła do ojca i dziwnie uśmiechając się patrzyła na krwawe pasy, puste oczodoły i na deskę z krwawym napisem, „Śmierć zdrajcom Ukrainy”. Spojrzała na Felka, leżącego u stóp ojca i opartego o resztkę ściany dziadka, któremu głowa zwisała na skrawku skóry. Potem z dziwnym spokojem weszła na zgliszcza. Podeszła do mamy i delikatnie poprawiła jen resztki spalonych włosów. Podniosła z popiołu na wpół spalone ciałko Olesia, przytuliła je mocno i śpiewając coraz głośniej, zaczęła tańczyć. Tańczyła wśród kłębów gorącego jeszcze popiołu, nie świadoma już niczego. Pośród zgliszczy spalonej wsi nie było nikogo, kto by wytłumaczył, ukoił ból i utulił zmęczone tańcem nóżki. W końcu, chwiejąc się i wciąż tuląc w ramionach ciałko Olesia, wróciła do nocnej kryjówki.
Po dwóch dniach, znaleziono ją wśród pokrzyw… z Olesiem w ramionach. Ale Marcelinka już nigdy i nikomu nie opowiedziała o tym jak w śmiertelnej malignie widziała pewnie swoje ukochane, białe bociany, unoszące ją gdzieś wysoko do jasnego błękitu i ciepłego światła… i było jej tak lekko i błogo… i była przy niej mama… i Oleś… i dziadek… i wszyscy ci, których tak bardzo kochała.
Słońce ogniście różowiąc niebo, kryło się za koroną brzozowego zagajnika. Janek skończył zajęcia w gospodarskich obejściach i jak większość młodzieży, szykował się na zabawę w sąsiedniej wsi. Właśnie zastanawiał się czy spotka Nastię, gdy od strony rzeki usłyszał znajomy głos:
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
Lesen Sie weiter in der vollst?ndigen Ausgabe!
