Wańka-wstańka - Janusz Rolicki - E-Book

Wańka-wstańka E-Book

Janusz Rolicki

0,0
6,99 €

oder
-100%
Sammeln Sie Punkte in unserem Gutscheinprogramm und kaufen Sie E-Books und Hörbücher mit bis zu 100% Rabatt.

Mehr erfahren.
Beschreibung

Janusz Rolicki, mistrz wywiadów rzek, autor słynnej "Przerwanej dekady" sprzedanej w milionowym nakładzie, po raz pierwszy sam udziela biograficznego wywiadu rzeki. W bardzo szczerej rozmowie z Krzysztofem Pilawskim opowiada niezwykłą historię swego życia, ujawniając zaskakujące fakty:- w 1942 r. matka nielegalnie przewiozła go z Wilna do Warszawy;- powstanie warszawskie spędził w domu przylegającym do barykady;- ojca po raz pierwszy zobaczył w trumnie, w czasie ceremonii pogrzebowej;- wychowała go w Zakopanem ciotka, lekarka-więźniarka w Auschwitz;- przez lata bliższe niż własne było mu nazwisko panieńskie matki – Eweliny Wołk-Łaniewskiej, urodzonej w rodzinnym majątku Cezarówka, na dawnych Dzikich Polach;- 14 grudnia 1981 r. oddał legitymację partyjną, nie poddał się weryfikacji, ponad dwa lata pozostawał bez pracy.Buńczuczny redaktor naczelny Trybuny, twórca reportażu wcieleniowego, popularnych w latach 70. telewizyjnych talk-show, jeden z pomysłodawców pierwszej polskiej telenoweli – W labiryncie, fascynująco i barwnie opowiada także o swojej karierze dziennikarskiej, funkcjonowaniu mediów w PRL i dzisiejszej Polsce.

Das E-Book können Sie in Legimi-Apps oder einer beliebigen App lesen, die das folgende Format unterstützen:

EPUB

Veröffentlichungsjahr: 2013

Bewertungen
0,0
0
0
0
0
0
Mehr Informationen
Mehr Informationen
Legimi prüft nicht, ob Rezensionen von Nutzern stammen, die den betreffenden Titel tatsächlich gekauft oder gelesen/gehört haben. Wir entfernen aber gefälschte Rezensionen.



© Copyright by Janusz Rolicki

© Copyright by Krzysztof Pilawski

© Copyright by Demart SA, Warszawa 2013

Wszelkie prawa zastrzeżone. Żadna część ani całość wydawnictwa Wańka-wstańka nie może być reprodukowana ani przetwarzana w sposób elektroniczny, mechaniczny, fotograficzny i inny; nie może być użyta do innej publikacji oraz przechowywana w jakiejkolwiek bazie danych bez pisemnej zgody Wydawcy.

Wydawca: Demart SA

02-495 Warszawa

ul. Poczty Gdańskiej 22a

tel. 22 662 62 63; faks 22 824 97 51

http://www.demart.com.pl

e-mail: [email protected]

Dział zamówień:

Sprzedaż hurtowa:

tel. 22 498 01 77/78, faks 22 753 03 57

e-mail: [email protected]

Sprzedaż detaliczna:

e-mail: [email protected]

Redakcja: Beata Jankowiak-Konik

Projekt okładki: Krzysztof Stefaniuk

Zdjęcia: Andrzej Machnowski, archiwum domowe Janusza Rolickiego

Zdjęcie na okładce: Adam Iwański/Newspix.pl

ISBN: 978-83-7427-901-7

Spis treści

CHŁOPIEC POD BARYKADĄ

W STEPIE SZEROKIM

NA WYGNANIU

POD GIEWONTEM

NA UNIWERSYTECIE

OSTRZENIE PIÓRA

W „POLITYCE” RAKOWSKIEGO

REPORTER W PRZEBRANIU

W „KULTURZE” WILHELMIEGO

W TELEWIZJI SZCZEPAŃSKIEGO

W LABIRYNCIE

MILIARD ZA GIERKA

Z TRYBUNĄ POD PACHĘ

POD KOPCEM

CHŁOPIEC POD BARYKADĄ

– W Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego natrafiłem na taki opis tragicznego wydarzenia z 29 września 1944 r.: „Ciocię zobaczyłam nieżywą już, ale jej małemu synkowi nie pokazałam. Ludzie ją wnieśli do piwnicy i położyli na stole. Leżała zakryta prześcieradłem. Januszek, jej synek, bez przerwy się pytał: «Gdzie mama? Gdzie mama?». Mówię: «Nic się nie martw, odnajdziemy ją». Jeszcze jak potem znaleźliśmy się na Woli w kościele, gdzie nas wszystkich umieszczono, to ciągle mówił, żebyśmy szukali mamy. Potem w Pruszkowie też ciągle kazał mi szukać mamy, ale wiedziałam, że już mamy nie ma”. Czy zna pan tę relację?

– Nie.

– Domyśla się pan, kto jest jej autorem?

– Elżbieta Łaniewska-Łukaszczyk, moja kuzynka z Zakopanego?

– Zgadza się. To fragment jej wspomnień zarejestrowanych w 2007 r. w Zakopanem, które stały się inspiracją do wydania książki dla dzieci „Czy wojna jest dla dziewczyn?”. Też jej pan nie zna?

– Nie.

– Januszek – kuzynka w obszernej relacji nie wymieniła nazwiska swojej ciotki ani jej syna – to pan?

– Tak.

– W dniu śmierci matki miał pan niespełna sześć lat. Urodził się pan w Wilnie w 1938 r. Kiedy i w jaki sposób trafił pan do Warszawy?

– To był pomysł mamy. Po wybuchu wojny Wilno – kolejno sowieckie, litewskie, znowu sowieckie i niemieckie – stało się dla niej obce, nie czuła się w nim bezpiecznie. W 1942 r. postanowiła przedostać się ze mną do Warszawy, gdzie mieszkała jej matka i liczna rodzina. Nie miała jednak dokumentów umożliwiających legalną podróż. Wynajęła – kosztowało ją to większość oszczędności – przewoźnika gotowego przerzucić ją wraz ze mną ciężarówką do Warszawy. Był z tym spory kłopot – cierpię na chorobę lokomocyjną. Straszliwie wymiotowałem w samochodzie, byłem niezwykle uciążliwym pasażerem.

Mały Januszek z mamą w 1939 roku.

– Ojciec niepojechał z wami?

– Został w Wilnie. Może czuł się w tym mieście lepiej niż mama? Pochodził z Krakowa, nie miał rodziny w Warszawie. Poza tym w małżeństwie rodziców chyba nie wszystko dobrze się układało. W Wilnie nie mieszkali razem.

– Pamięta pan coś z tej eskapady?

– Mam przed oczami jakieś przebłyski ciasnoty, stłoczenia wśród rupieci. Z opowiadań mamy wiem, że ciężarówka była wyładowana paczkami i skrzynkami – do jednej z nich zapakowano mnie. Podobno byłem na tyle mądry, żeby nie drzeć się bezmyślnie – siedziałem cicho. Podróż trwała dwa dni, nasz przewoźnik miał dobre papiery. Dostarczył nas do samej Warszawy.

– Ktoś na was czekał?

– Rodzina była uprzedzona o naszym przyjeździe. Mama utrzymywała z nią kontakt listowny, przekazywano sobie też wiadomości z pomocą tzw. okazji. Otrzymaliśmy pokój w obszernym mieszkaniu przy Gdańskiej 2 na Żoliborzu. Należało ono do rodziców mojej kuzynki Eli – Katarzyny Łaniewskiej, siostry mamy, i jej męża Stanisława Łaniewskiego, który wtedy był już więziony przez Niemców. Na Gdańskiej mieszkała także moja babcia Eugenia Wołk-Łaniewska.

– Mama poczuła się w Warszawie pewniej?

– Miała tu rodzinę, zaplecze, dobrze znała Żoliborz. Wiedziała, że nawet jeśli coś jej się stanie, będzie miał się kto zaopiekować dzieckiem, czyli mną. Była nauczycielką, w Warszawie czekała na nią praca na tajnych kompletach w konspiracyjnej żoliborskiej „Poniatówce” – przedwojennym V Państwowym Liceum i Gimnazjum im. Księcia Józefa Poniatowskiego. Uczyła polskiego, historii, łaciny. Tajne nauczanie było elementem państwa podziemnego – mama weszła więc w struktury ruchu oporu.

Z mamą w Warszawie, 1942 rok.

– Panteż odnalazł się w nowym miejscu?

– Tak. Na Gdańskiej było kilka połączonych ze sobą podwórek pełnych dzieci. Spędzałem z nimi wiele czasu. Z powodu zadziorności koledzy przezywali mnie „Bolszewik”.

– „Bolszewik” był dobry czy zły?

– Nie była to postać pozytywna, raczej taka, której należało się bać. Dopóki żyła mama, byłem bardzo czupurny, rzucałem się na starszych i większych. Taki kozak. Mama, jak chyba każda mama, dawała mi poczucie siły. Nigdy mnie nie uderzyła i zanadto nie strofowała, gdy coś przeskrobałem. Ciocia i babcia uważały, że traktuje mnie zbyt łagodnie.

– Jakie jest pana pierwsze wyraźne wspomnienie z Warszawy?

– Ono pochodzi z maja 1943 r. Pamiętam, jak wracam z mamą z przedszkola i mówię jej, że Niemcy aresztowali ciocię Kasię.

– Pan to wiedział, a mama nie?

– Wtedy nie mieszkaliśmy już u cioci, lecz w jej poprzednim mieszkaniu przy Kozietulskiego 2. Mama od czasu do czasu podrzucała mnie na Gdańską. Tak było i tym razem. Babcia przygotowała mi rano śniadanie, a ja strasznie grymasiłem, awanturowałem się. Przez to o kilkanaście minut opóźniłem wyjście z domu cioci Kasi, która miała mnie odprowadzić do przedszkola. Właśnie wtedy z klatki schodowej dobiegł hałas, krzyki i walenie do drzwi. Usłyszałem dźwięk przekręcanego klucza w zamku, a po chwili zobaczyłem wpadających do mieszkania Niemców. Zabrali ciocię. Do przedszkola odprowadziła mnie babcia. Miałem silne poczucie winy, że ciocia została aresztowana przeze mnie. Gdybym nie grymasił, Niemcy nie zastaliby jej w mieszkaniu. To miała być jej ostatnia noc spędzona w domu – została uprzedzona, że wokół niej węszy gestapo.

– Z jakiego powodu?

– Była lekarką zaangażowaną w ruchu oporu, a przede wszystkim żoną Stanisława Łaniewskiego, oficera wywiadu Armii Krajowej aresztowanego przez Niemców w Kijowie. Posługiwał się nazwiskiem Dziewicki. Niemcy przewieźli go do Lwowa. Mimo tortur nie ujawnił prawdziwej tożsamości. Hitlerowcy nie mogli znaleźć dowodów, że mają w ręku od dawna poszukiwanego groźnego oficera wywiadu. Postanowili więc aresztować ciocię.

– Co się z nią stało?

– Siedziała na Szucha i na Pawiaku, potem przetransportowano ją do Lwowa. Tam doszło do konfrontacji z mężem. Choć byli bici, nie przyznali się, że się znają. To był ich ostatni kontakt. Wujek zmarł w 1944 r. w Buchenwaldzie. Ciocia Kasia trafiła do Auschwitz – mam wciąż w pamięci jej wytatuowany na ręku numer: 64200. Dzięki temu, że była lekarką, przeżyła. Uratowała wielu więźniów. Po wojnie zastępowała mi matkę.

– Jak zmieniło się wasze życie po aresztowaniu ciotki?

– Mieszkanie na Gdańskiej zostało zwinięte. Babcia przeprowadziła się do innej córki – Marii Łaniewskiej, czyli cioci Manusi, pielęgniarki zabiegowej na urologii w szpitalu na Woli. Kuzynkę Elę, córkę cioci Kasi, ukryto pod Warszawą, potem pod zmienionym nazwiskiem umieszczono w internacie u Sióstr Zmartwychwstanek na Żoliborzu. Zostałem z matką. Urwały się kontakty z rodziną i kolegami. Na Kozietulskiego nie było już podwórka. Chodziłem do przedszkola, po powrocie często zostawałem sam w domu. Mama musiała bardzo dużo pracować, by nas utrzymać, ja z kolei starałem się nie odstępować jej na krok. Byłem nużącym dzieciakiem, przylepiałem się do matki jak guma. Pamiętam sytuacje – z mojego punktu widzenia – dramatyczne. Po powrocie z przedszkola mama układała się ze mną na popołudniową drzemkę. Czekała, aż zasnę i cichutko wychodziła z domu, wyłączając korki. Obowiązywało zaciemnienie, więc okna były zasłonięte roletami. Gdy się budziłem, mamy nie było, a w pokoju panował absolutny mrok. Wyłem z rozpaczy, histeryzowałem. Nie było nikogo, kto by mnie przytulił, uspokoił. Często nie chciałem usnąć, bo wiedziałem, jak się to skończy. Wspomnienie ciemnego, pustego mieszkania po przebudzeniu pozostawało przez lata moją zmorą.

– Bał się pan utraty matki?

– Choć byłem dzieckiem, czułem, że grozi jej niebezpieczeństwo. Sama mi zresztą mówiła, że kilka razy uciekła z łapanki. Szalenie ją kochałem, kurczowo się jej trzymałem. Mama była moim azymutem, punktem odniesienia, całym światem. To dla mnie wciąż szokujące, że choć byłem całkowicie uzależniony od matki, po jej śmierci potrafiłem sobie dać radę i żyć mimo tej tragedii.

– Nie pytał pan o ojca?

– O wszystko pytałem, o ojca też. Ale mama wspomniała o nim tylko raz. W czasie powstania udało jej się zdobyć kurze jajko. Nie mogła go ugotować, więc karmiła mnie surowym. Bardzo mi smakowało. Ucieszona powiedziała: „Wiesz, Januszku, na surowo jajka lubił twój ojciec”.

– Z czym panu kojarzy się okupacja?

– To była – także przed powstaniem – wielka gehenna. Pamiętam strzały, odgłosy łapanek, uciekających i chowających się w bramach ludzi. Żyliśmy w ciągłym poczuciu zagrożenia – każda jazda tramwajem czy pociągiem podmiejskim mogła się źle skończyć. Mama zabraniała mi wychodzić samemu na ulicę. Oczywiście nie byłem – jak dzieci żydowskie – chowany głęboko w szafie.

– Zetknął się pan ze śmiercią przed powstaniem?

– Widziałem ludzkie zwłoki po strzelaninie, ciała przykrywane materiałem. Śmierć była zjawiskiem niespecjalnie izolowanym, dzieci miały z nią kontakt. Nie zawsze zdawałem sobie sprawę z tragiczności śmierci – widząc trupa z zamkniętymi powiekami, myślałem, że to śpiący człowiek: zaraz się obudzi i pójdzie dalej. Grozę budzili martwi z otwartymi, szklanymi oczami.

– Jak wyglądała ulica?

– Szaro i biednie. Na Żoliborzu było sporo miejsc po bombach. Dość często przechodziliśmy obok kina „Tęcza”. Zawsze wtedy powtarzałem jak małpka: „Tylko świnie siedzą w kinie”. Nigdy nie byliśmy w kinie.

– Zetknął się pan z konspiracją?

– Tak, choć nie powinienem. Przed dzieckiem wiele rzeczy się ukrywało, bo przecież mogło coś nieopatrznie palnąć. I tak jestem zdziwiony, jak wiele do mnie docierało. Choćby pokazy filmowe organizowane przez mamę w ramach kompletów. Zabierała mnie na nie. Projektor był przez pewien czas w naszym mieszkaniu. Podobnie jak radio lampowe – mama mogła za nie trafić do obozu koncentracyjnego.

– Jakie było okupacyjne jedzenie?

– Bardzo skromne. W ogóle nie znałem masła, chleb smarowano głównie paskudną marmoladą. Przysmakiem były banany cukrowe – miały kształt banana, robiono je chyba z cukru i skrobi. Mama mi je czasem kupowała. Najgorzej było w czasie powstania – brakowało jedzenia, czułem głód.

– A zabawki?

– Nie miałem nawet piłki. Na Gdańskiej zazdrościłem kolegom biegającym z kółkiem na drucie. To był obiekt moich marzeń.

– Jak wyglądały ostatnie tygodnie przed powstaniem?

– W tym czasie dołączyła do nas Ela, pojechaliśmy razem do pobliskich Młocin – wtedy jeszcze podwarszawskiej wsi letniskowej. Mieszkaliśmy w jakiejś chałupie. Mama uczyła mnie pływać w Wiśle, między zacumowanymi łódkami rybaków. Podtrzymywała mnie na wodzie, a potem puszczała. Gdybyśmy zostali w Młocinach, miałaby szansę na ocalenie. Ale wróciliśmy do domu. Tuż przed powstaniem miało miejsce ważne wydarzenie – moje chrzciny.

– Trochę późno.

– Nie wiem, dlaczego mama nie ochrzciła mnie w Wilnie. Może wynikało to z jej poglądów – ciotki opowiadały, że była kobietą wyzwoloną, postępową, w wyborach głosowała na Polską Partię Socjalistyczną. Nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, dlaczego postanowiła mnie ochrzcić w czasie okupacji. Chrzciny prawie sześcioletniego chłopca mogły wzbudzić podejrzenie, że to próba wyrobienia aryjskich papierów żydowskiemu dziecku. Może mama przeczuwała, że wydarzy się coś złego. Zostałem ochrzczony w kościele św. Stanisława Kostki. Moim ojcem chrzestnym został dyrektor tajnego nauczania w „Poniatówce” profesor Tadeusz Dąbrowski, zaś matką – na moje wyraźne żądanie – czternastoletnia Ela. Uroczysty obiad w domu – na stole pojawiło się nawet udające tort ciasto – był największą imprezą, jaką zapamiętałem z okresu okupacji. I to ja byłem jej bohaterem! Trochę zepsułem święto na swoją cześć, wpadając w błoto w czasie spaceru nad Wisłą. Utytłałem odświętne ubranie.

– Jak pan zapamiętał 1 sierpnia?

– Rano nie poszedłem do przedszkola. Poprzedniego dnia doszło w nim do incydentu z moim udziałem. Jakiś kolega jak opętany krzyczał: „Most Kierbedzia! Most Kierbedzia!” Zdenerwował mnie, więc powiedziałem, żeby przestał, ale to nie poskutkowało. Dałem mu kuksańca. Zrobiła się afera – wychowawczyni zaprowadziła mnie do kierowniczki. Przestraszony usiadłem w jej pokoju, czekając na reprymendę. Ale ona zaskoczyła mnie słowami, które dokładnie pamiętam: „Januszku, jesteś już dużym chłopcem, mądrym chłopcem. Od jutra będziesz w grupie starszaków”. Do tej grupy przechodziło się po ukończeniu sześciu lat – ja miałem trafić do niej prawie trzy miesiące wcześniej.

– 1 sierpnia trafił pan faktycznie do „starszaków”…

– Atmosfera pierwszych godzin powstania przypominała piknik, nic nie zapowiadało tragedii. Panowała powszechna radość i entuzjazm. Wszyscy – łącznie z dziećmi – wylegli na ulicę. Dorośli łomami podnosili płyty chodnikowe, wyciągali z gruntu kamienie, kopali rowy. Z płyt, kamieni i ziemi przy naszym domu – w miejscu, gdzie ulica Kozietulskiego łączy się z aleją Wojska Polskiego – zbudowano barykadę z okienkami strzelniczymi i przypominającym bunkier stanowiskiem dla ręcznego karabinu maszynowego. Ja też nosiłem kamienie. Obok naszego domu wykopano rów łącznikowy na drugą stronę ulicy, połączono go przekopem z barykadą.

– Mama przygotowywała się do powstania?

– Była w podziemnych strukturach, wiedziała, że powstanie wybuchnie. Dlatego wróciliśmy z Młocin. Miała powstańczy przydział gdzieś poza Żoliborzem. Jednak nie mogła się stawić na wyznaczone miejsce, bo nasza dzielnica okazała się odcięta od reszty Warszawy linią kolejową i Dworcem Gdańskim kontrolowanymi przez Niemców. No i przecież musiała się opiekować mną i Elą, która zamieszkała z nami na Kozietulskiego.

– Kuzynka brała aktywny udział w powstaniu.

– Należała do Szarych Szeregów, przybrała pseudonim „Czarna Elka”, nosiła pocztę, meldunki, była sanitariuszką. Nie rozstawała się z harmonijkowym aparatem fotograficznym, robiła mnóstwo zdjęć. Po powstaniu Niemcy gnali nas na Ochotę, do kościoła przy placu Narutowicza – Ela pomyliła się we wspomnieniu, że ten kościół był na Woli. Po drodze zarządzono postój pod murem Cmentarza Żydowskiego przy Okopowej. Kilka tysięcy osób tłoczyło się przed lufami ustawionych na ziemi karabinów maszynowych. Panowało poczucie grozy, dorośli – ja jeszcze nie miałem tej świadomości – bali się, że nas skoszą seriami z tych karabinów. Ela, w obawie przed rewizją, pochowała w szparach muru zrobione w czasie powstania zdjęcia i filmy. Wszystko to przepadło. Zachowały się tylko te jej zdjęcia, które wcześniej dała znajomym.

– Znalazł się pan na linii frontu.

– Po drugiej stronie alei Wojska Polskiego, w stronę Dworca Gdańskiego, stały przedwojenne baraki dla bezrobotnych i bezdomnych. Niemcy wypędzili z nich ludzi, a baraki spalili. Na ich miejscu powstały okopy i ziemianki. W ten sposób okupanci umacniali obronę linii kolejowej – nie tylko arterii komunikacyjnej, lecz także strategicznie ważnej granicy oddzielającej Żoliborz od powstańczego Starego Miasta. Niemcy nie mieli wtedy jeszcze dużo sił w Warszawie i chyba nie byli zdolni do zajęcia peryferyjnego Żoliborza. W każdym razie długo nie prowadzili w naszej dzielnicy intensywnych ataków. Zdarzały się one czasem nocą, ale generalnie było spokojnie. Nasze mieszkanie zamieniło się w koszary – przenieśliśmy się z mamą do jednego pokoju, dwa pozostałe zajęli powstańcy. W większym zbili prycze i spali, w mniejszym urządzili magazyn broni – tu też były łóżka dowódcy plutonu i jego zastępcy. Na początku stacjonował u nas jakiś źle uzbrojony żoliborski pluton Armii Krajowej. Po kilkunastu dniach zastąpili go partyzanci, którzy przyszli razem z wielkim, doborowym zgrupowaniem z Puszczy Kampinoskiej. To było poważne wojsko – wszyscy ubrani w jednakowe, zielone mundury i uzbrojeni. Jako ostatni stacjonował w naszym mieszkaniu oddział Armii Ludowej. Pod koniec powstania AL-owcy zdejmowali swoje opaski i zakładali opaski AK. Oni byli, zrozumiałem to dopiero po wojnie, w fatalnej sytuacji, bo nie otrzymali gwarancji, że zostaną potraktowani jak jeńcy wojenni. Hitlerowcy rozstrzeliwali ich natychmiast po ujęciu. Nie wiem, czy zamiana opasek ich uratowała, Niemcy świetnie się orientowali, kto kwateruje w naszym domu.

– Pamięta pan tych żołnierzy?

– Pierwszy oddział składał się z bardzo młodych chłopców. Gdy jeden z nich został ranny, zaniesiono go do mieszkania na drugim piętrze. Wepchałem się tam – widziałem jego ranę, przypominała siateczkę, sączyła się z niej krew. Dostał w płuca, jednak się z tego wykaraskał. Niedługo potem dowiedziałem się, że pod zajętą przez Niemców Cytadelą pocisk czołgowy urwał mu głowę. Wtedy w naszym mieszkaniu kwaterowali już partyzanci z Puszczy Kampinoskiej. Brali udział w nieudanym szturmie Dworca Gdańskiego. Walki toczyły się nocą. Niebo było jasne od pocisków – od strony niemieckiej leciało ich znacznie więcej niż od naszej. W czasie szturmu ci nieszczęśnicy z Kampinosu zostali zmasakrowani, zginęło także wielu skoszarowanych w naszym mieszkaniu. Po tej klęsce barykada na Kozietulskiego straciła strategiczne znaczenie. Widoczną tego oznaką było kwaterowanie w naszym mieszkaniu AL-owców, których uważano za siły rezerwowe. Wśród nich był starszy – jak mi się wówczas wydawało – pan. Mówiono, że jest Żydem. Bardzo mnie lubił, chętnie brał na kolana i pieścił. Ja go całowałem, ostentacyjnie okazywałem mu sympatię.

– Na chwilę zastąpił panu ojca?

– To, jak sądzę, była obustronna potrzeba czułości. Ja byłem bez ojca, a on pewnie stracił rodzinę.

– Czy zdawał pan sobie sprawę z losu Żydów?

– Nie, jedyne moje wspomnienie związane z powstaniem w getcie to wyłączony z ruchu odcinek torów tramwajowych. Wysiedliśmy z mamą w okolicy placu Krasińskich. Świstały kule, biegliśmy przygarbieni do miejsca, z którego inny tramwaj odjeżdżał w stronę Śródmieścia. Ten AL-owiec był pewnie moim pierwszym w życiu kontaktem z osobą, o której mówiono, że to Żyd.

– W jednym pokoju powstańcy, w drugim broń. Miał pan do niej dostęp?

– Miewałem. Przyczepiłem sobie kiedyś do paska portek torebeczkę, w której zmieściłem z kilogram pogiętej amunicji. Zrzucały ją – dopiero we wrześniu, bez spadochronów – sowieckie kukuruźniki. Zniekształcenia ryglowały zamki i amunicja nie nadawała się do użytku. Wyjmowano z niej proch. Innym razem zakradłem się do pokoju z bronią i wyciągnąłem z szafy granat przeciwpiechotny, tzw. jajko. Pamiętam dreszczyk emocji, jaki mi towarzyszył. Odkręciłem zawleczkę, za nią ciągnęła się tasiemka. Przywiązałem nią granat do szlufki spodni. Dumnie, a zarazem bardzo ostrożnie – jakbym miał kupę w majtkach – paradowałem z nim koło domu. Jakaś kobieta, która mnie zobaczyła, uciekła ze strachu. Szczęśliwie zawołano mamę. „Januszku, nie ruszaj się!” – poleciła. Znieruchomiałem. Odczepiła granat od portek, zaniosła do naszego pokoju, wsadziła na najwyższą półkę szafy, na której stała butelka z napojem o tajemniczej dla mnie wówczas nazwie – koniak. Mama tłumaczyła, że jak wojna się skończy, będziemy go pić.

– Mama była odpowiedzialna za pana i kuzynkę, brała na siebie wielkie ryzyko, pozostając z wami w takim miejscu.

– Pewnie, jak inni, była przekonana, że powstanie obejmie całą Warszawę, potrwa – jak planowano – kilka dni i zakończy się zwycięstwem. Nikt nie zakładał tak tragicznego scenariusza. Niemcy byli w odwrocie, Rosjanie mieli za chwilę osiągnąć brzeg Wisły. W tej sytuacji powszechne powstanie zbrojne w Warszawie na tyłach Niemców – jak kalkulowano – okaże się sukcesem militarnym i politycznym: Rosjan w Warszawie powita przerzucony z Londynu legalny rząd Rzeczypospolitej Polskiej, a Stalin będzie musiał się liczyć z faktami.

– Wspomniał pan o entuzjazmie pierwszego dnia powstania. Czy ten nastrój trwał długo?

– Nie wiem, ale pamiętam, kiedy ludzie po raz ostatni demonstrowali wielką radość. To było w czasie amerykańskiego zrzutu 18 września, gdy nad miastem pojawiło się mnóstwo bombowców – „latających fortec” – zrzucających wielkie pojemniki. Ludzie mieli nadzieję, że to desant. Ta bardzo widowiskowa demonstracja siły Amerykanów wywołała entuzjazm, który wkrótce zamienił się w rozczarowanie, przygnębienie i wreszcie – poczucie potwornej klęski. Mama nie zgromadziła przed powstaniem żadnych zapasów żywności, już pod koniec sierpnia zaczęły się poważne kłopoty ze zdobyciem jedzenia. Pamiętam wyprawę z nią po ziemniaki i warzywa na Marymont. Trzeba było przejść pod ostrzałem przez ulicę Słowackiego. Taszczyliśmy z powrotem to, co udało się zebrać na marymonckich polach. Moim przysmakiem w czasie powstania była szara zupa – mąka gotowana w wodzie z dodatkiem jarzyn. W drugiej połowie września nasza sytuacja zaczęła się gwałtownie pogarszać. Przyszedł moment, że Niemcy, którzy długo Żoliborza nie ruszali, zabrali się za tę dzielnicę. Na Kozietulskiego, parę numerów za nami, bomba rozbiła kompletnie dom, zginęli ludzie. Inna, na szczęście niewielka, przebiła strop naszego domu, niszcząc mieszkanie na drugim piętrze. Coraz niebezpieczniejsze było wychodzenie nie tylko na ulicę, ale także na podwórka i do ogródków, przez które w czasie powstania odbywał się ruch pieszy. Cały ten teren znajdował się pod ostrzałem niemieckich snajperów polujących na przemykających ludzi. W drugiej połowie września nasz dom zszedł do piwnicy, którą poszatkowano na dziuple – każda rodzina dostała swoją. Mama zrobiła w naszej duże posłanie, spaliśmy na nim we trójkę. Okna piwniczne były zabite deskami i osłonięte gratami mającymi nas chronić przed zabłąkanymi kulami bądź odłamkami. Wegetowaliśmy bez światła i wody. Słyszeliśmy, jak Niemcy strzelali z „szaf” – takich gorszych katiusz, które na Żoliborzu wydawały dźwięk przypominający skrzypienie otwieranej szafy. Na Mokotowie te wyrzutnie nazwano „krowami”, bo ich dźwięk kojarzył się tam z ryczeniem bydła.

– Jak pan zapamiętał 29 września 1944 r.?

– Obudziłem się niezbyt wcześnie rano. Ela powiedziała: „Januszku, nie śpij już. Mama wyszła po wodę i długo nie wraca”. Trudno opisać, jak dziecko odbiera taką wiadomość. Podświadomie zdałem sobie sprawę, że dzieje się coś strasznie niebezpiecznego. Starałem się jednak nie dopuszczać do siebie tragicznych myśli. Postanowiłem nie wstawać, znowu usnąłem, by uciec od rzeczywistości. Około dziesiątej Ela obudziła mnie na dobre. Mamy ciągle nie było. Wyszła z piwnicy po wodę bardzo wcześnie, gdy ostrzał był mniejszy. Woda była niezbędna, a wszystkie najbliższe hydranty nie działały. Mama nie wracała kilka godzin – było jasne, że musiało jej się przydarzyć coś złego. Nigdy nie zostawiała nas na tak długo samych. Powtarzałem jak zaklęcie: „Mama wróci”. Nie wracała. W piwnicy panowała atmosfera apokalipsy. Było widać, że wszystko się kończy, dogorywa. Histeryczne krzyki, pomstowanie na powstańców, modlitwy i pieśni religijne mieszały się ze stukotem młotków i dłut. Kilku mężczyzn próbowało wybić dziurę w ścianie piwnicy i zrobić przejście do piwnicy sąsiedniego budynku. To byłaby droga życia – każdy, nawet ja, zdawał sobie sprawę, że nasza piwnica jest szczególnie narażona na niemiecki atak, bo była bezpośrednio związana z barykadą. Niemcy doskonale wiedzieli, że w naszym domu stacjonowały powstańcze oddziały. Słyszeliśmy o rzezi Woli, mordach dokonywanych w szpitalach. Ludzie bali się, że Niemcy przyjdą i wszystkich wyrżną. Stąd atmosfera apokalipsy. I w dodatku nie było przy mnie mamy.

– Dlaczego wcześniej nie zabrano się za przebicie piwnicy?

– Ze strachu przez „barakowcami” – ludźmi ze zlikwidowanych przez hitlerowców baraków przy Dworcu Gdańskim. Oni też chcieli przeżyć, szukali w okolicy jakiegoś schronienia, nie mieli przecież niczego. W pewnym momencie Ela wymyśliła, że musimy uciekać. Podeszła do mieszkańca domu, który był samozwańczym komendantem piwnicy. Powiedział kuzynce, że o wyjściu nie ma mowy, bo wokół strzelają. Na szczęście prośbę Eli usłyszała służąca pani pułkownikowej z drugiego piętra. Ona także chciała się wydostać, postanowiła, że pójdzie z nami. To przeważyło – uzyskaliśmy zgodę. Opuszczenie domu przez drzwi klatki schodowej było zbyt niebezpieczne, bo ostrzał nie ustawał. Przecisnęliśmy się przez małe okno w piwnicy, które wychodziło na ogródek. Miałem na sobie tylko majtki i koszulkę. Ela zarzuciła mi jeszcze na ramiona zdjętą ze ściany naszej dziupli makatkę – zrobiła ją na szydełku babcia. Ruszyliśmy pojedynczo ogródkami wzdłuż Kozietulskiego, oddalając się od skrzyżowania z aleją Wojska Polskiego. Biegłem w środku. Najtrudniejszy był odcinek prowadzący pod górę – po ruinach rozwalonego przez bombę domu. Widziałem unoszące się wokół mnie i pod nogami dymki. Potem dowiedziałem się, że to były kule. Zburzony dom miał jedną zaletę – znalezienie się po jego drugiej stronie oznaczało ratunek przed ostrzałem. Niemcy nie mogli nas tam dosięgnąć z karabinów. Spotkaliśmy dziewczyny z powstańczych służb ratowniczych. One zaprowadziły nas do domu na rogu Kozietulskiego i jednej z poprzecznych ulic – dzisiejszej Lechonia. Przed wejściem stali nieruchomo trzej AK-owcy z karabinami wycelowanymi w stronę placu Wilsona. Wyglądali jak samobójcy. Dom, którego strzegli, był podobny do naszego, ale z dużym hallem na parterze, wiodły z niego schody do piwnicy i na wyższe kondygnacje. Tu zeszło się wiele osób. W hallu leżała moja mama przykryta prześcieradłem. Potem przeniesiono ją do piwnicy. Ela nie powiedziała mi, że to mama. Gdyby to zrobiła, całkowicie bym się załamał. Domyśliłem się, że to ona, ale udawałem, że nie. Nie miałem odwagi podejść, podnieść prześcieradła. Nie chciałem. To była samoobrona małego człowieczka, który ma poczucie tragedii, ale nie chce jej przyjąć do wiadomości, pragnie jak najdłużej żyć złudzeniem.

– Mama nie została pogrzebana?

– Wtedy już nikt o tym nie myślał. Wszyscy czekali na nadejście Niemców. Zeszliśmy do piwnicy, usiadłem na betonowej posadzce. Nastrój był taki sam jak w piwnicy na Kozietulskiego: narzekanie na powstanie, lament, modlitwa. Po jakimś czasie usłyszeliśmy tupot podkutych butów i krzyki: „Raus!”. Ludzie byli przerażeni – po raz pierwszy od dwóch miesięcy mieli kontakt z Niemcami. Bali się, że wrzucą wiązki granatów do piwnicy i wszystko się skończy. Ale nie wrzucili. Za to pół godziny wcześniej wrzucili granaty do piwnicy na Kozietulskiego 2, z której wyszliśmy. Wszyscy zginęli. Kilkadziesiąt osób. Po wojnie, gdy ojciec nas szukał, powiedziano mu, że mama i ja zginęliśmy rozerwani w tej piwnicy.

– Co się stało z ciałem matki?

– Zostało wrzucone do grobu zbiorowego, który wykopali zapędzeni do tej roboty przez Niemców Polacy. W 1946 r. dokonano ekshumacji. Wtedy Warszawa była wielkim grobowcem i ekshumacje stały się elementem codziennego pejzażu miejskiego, a nie – jak dziś – wydarzeniem niezwykłym. Mnie, rzecz jasna, na ekshumację nie zabrano, choć wtedy już wiedziałem, że mama nie żyje. Na ekshumacji była jedynie ciocia Manusia. Nie rozpoznała mamy. Przy żadnym z ciał nie odnaleziono dokumentów ani przedmiotów mogących wskazywać na nią. Zmarłych, jeśli nie mieli przy sobie dokumentów, można było zidentyfikować głównie po odzieży. Jednak ciocia Manusia nie mieszkała z nami, nie wiedziała, jak mama była ubrana, gdy wychodziła po wodę. Ekshumowane zwłoki przeniesiono na Powązki. Te nierozpoznane złożono w kilku grobach zbiorowych w kwaterze walczącego na Żoliborzu Zgrupowania „Żywiciel”. Na żadnym z nich nie ma nazwiska mamy. Spośród tych kilku grobów wybrałem jeden, na którym zapalam znicz, kładę kwiaty.

– Nie znał pan relacji kuzynki zarejestrowanej i przechowywanej w Muzeum Powstania Warszawskiego. Czy był pan w tym muzeum?

– Nie, bo niczego nadzwyczajnego po tym muzeum nie oczekiwałem. Wciąż pamiętam otoczkę polityczną, jaka towarzyszyła jego budowie. Lech Kaczyński z pomocą muzeum przyszył sobie łatkę kombatanta, zyskał poparcie środowisk weteranów, które – mówię to z przykrością – pomogło mu w zwycięstwie w wyborach prezydenckich. Z drugiej strony słyszałem wiele dobrych opinii o muzeum, więc może w końcu się do niego wybiorę.

– Dla Lecha Kaczyńskiego powstanie było aktem założycielskim wolnej Polski. Twierdził, że bez ofiary złożonej przez powstańców nie byłoby „Solidarności” i przełomu 1989 r. Jak pan – jako świadek powstania, a jednocześnie historyk – traktuje podobne opinie?

– One są bardzo przesadzone. Nad oceną powstania ciąży hekatomba ofiar, totalne zniszczenie Warszawy, które można porównać jedynie z zagładą Kartaginy. Dla Niemców powstanie było wygodnym pretekstem do zrealizowania przygotowanych wcześniej szczegółowych planów zburzenia Warszawy – robili to metodycznie, z pomocą nowoczesnych na owe czasy urządzeń. Po powstaniu lewobrzeżna Warszawa była miastem ruin, w których w momencie wkroczenia wojsk polskich i radzieckich ukrywało się zaledwie kilkaset osób, tzw. robinsonów. W powstaniu zginęła elita narodu, pokolenie wychowane w okresie międzywojennym w duchu patriotycznym. Ono zapłaciło życiem za błąd polityczny popełniony przez przywódców. Można ciągnąć – zaczynając od Baczyńskiego i Gajcego – wielką listę osób, które bardzo przydałyby się powojennej Polsce.

– Ale oni nie o taką Polskę, jaka wyłoniła się po wojnie, walczyli.

– Opowiem historię, którą kiedyś usłyszałem. W 1945 r. pułkownik Jan Rzepecki, zakładając nielegalne Zrzeszenie Wolność i Niezawisłość, zaproponował kierowanie Wydziałem Informacji i Propagandy WiN Aleksandrowi Gieysztorowi, którego znał z Biura Informacji i Propagandy Armii Krajowej. Gieysztor poszedł z tą sprawą do przełożonego, a zarazem kolegi z AK Henryka Manteuffla, wybitnego mediewisty, który wielokrotnie dowiódł miłości do Polski – broniąc w 1920 r. Warszawy, stracił prawą rękę. Profesor poradził Gieysztorowi, by odpowiedział Rzepeckiemu: „My nie robimy powstania, my robimy uniwersytet”. Oni tworzyli zręby Instytutu Historii Uniwersytetu Warszawskiego, byli moimi wykładowcami. Patrząc z kilkudziesięcioletniej perspektywy, widać niestety, że powstanie było ogromnym sukcesem przede wszystkim Józefa Stalina, który rękami samych powstańców i Niemców załatwił problem inteligencji, czyli, mówiąc patetycznie, zlikwidował polskiego ducha. Powstanie ułatwiło późniejszą komunizację i sowietyzację Polski. Nie tylko dlatego, że zginęło tak wiele osób. Powstanie było szokiem dla Polaków, totalną kompromitacją rządu londyńskiego, z którym wiązano w czasie okupacji wielkie nadzieje. Była to druga wielka kompromitacja polityczna w krótkim czasie – pierwsza nastąpiła w 1939 r., po klęsce w kampanii wrześniowej. Odpowiedzialnością za nią obarczano sanacyjne władze, głoszące, że mamy milionową armię, jesteśmy silni, zwarci, gotowi, nie oddamy nawet guzika. W czasie drugiej klęski – powstania – zginęło ponad dwukrotnie więcej osób niż w kampanii wrześniowej. Prezydent Warszawy Stefan Starzyński po trzech tygodniach oblężenia miasta uznał, że dalszy opór przyniesie rzeź warszawiaków i kompletne zniszczenie stolicy. Zdecydował się na oddanie jej Niemcom. A przecież 27 września 1939 r. w Warszawie znajdowało się kilkadziesiąt tysięcy w pełni uzbrojonych i wyszkolonych żołnierzy, magazyny były pełne amunicji i broni, w tym przeciwpancernej, której tak bardzo brakowało powstańcom. Opór obrońców stolicy miał strategiczny i symboliczny sens, a jednak zwyciężyło umiłowanie miasta i świadomość, że żywi warszawiacy bardziej przydadzą się Polsce niż martwi. Uporczywe przedłużanie przegranego powstania przez generała Tadeusza Bora-Komorowskiego było dowodem jego – nie waham się powiedzieć – zbrodniczej wręcz głupoty. Powstanie należało przerwać, gdy okazało się, że Rosjanie nie chcą słyszeć o pertraktacjach z polskim podziemiem. Nie mogę pozostać obojętny na zachowanie Bora-Komorowskiego po podpisaniu aktu kapitulacji. Podczas gdy ci warszawiacy, którzy ocaleli, szli na poniewierkę (wielu z niej nie wróciło), on opuszczał stolicę samochodem, siedząc obok ludobójcy, zbrodniarza wojennego – generała SS Ericha von dem Bach-Zelewskiego. Zagłada Warszawy symbolizowała klęskę podziemia niepodległościowego i Armii Krajowej. W pewnym sensie stała się ona, niestety, źródłem sukcesu lewicy komunistycznej, która miała ułatwione zadanie w przekonywaniu, że w zaistniałej sytuacji jest jedynym wyborem dla Polaków. Mówiąc o powstaniu, gloryfikując bohaterstwo wspaniałej młodzieży, jakiej Polska nigdy ani przedtem, ani potem nie miała, nie wolno zapominać o tych faktach.

– Od 2010 r. 1 sierpnia jest świętem państwowym – Narodowym Dniem Pamięci Powstania Warszawskiego. Jak pan je obchodzi?

– Dla mnie 1 sierpnia jest dniem tragicznym, naznaczonym wspomnieniem śmierci matki. Gdyby żyła, moje życie potoczyłoby się inaczej. Osoba w mojej sytuacji ma dwa wyjścia: przyjąć kierunek tromtadracki – utożsamić się z bohaterstwem, wypinać pierś do orderów, albo – jak ja – wyciszyć się, zdając sobie sprawę, że 1 sierpnia jest symbolem największej masakry i największego nieszczęścia narodowego w polskiej historii. Polska przeżyła wiele powstań i zrywów, ale tak tragicznego nie było.

– 1 sierpnia jest pan na cmentarzu?

– Czasem jestem pierwszego, czasem przed albo po pierwszym. Był okres, gdy chodziłem zawsze pierwszego. Przestałem przestrzegać tej tradycji po 1989 r., bo nie podobała mi się ostentacja, jaką obserwuję na kwaterach powstańczych. W PRL 1 sierpnia na Powązkach miał w sobie coś bardziej autentycznego, przejmującego. Czułem, że z ulicy Powązkowskiej wchodzę do trochę innego świata wartości. Dziś obserwuję jakieś zapasy polityczne niegodne tego miejsca i tej historii.

– Co pan czuje, oglądając pomnik Małego Powstańca na warszawskim Starym Mieście?

– Pomnik, jak to zwykle pomnik, trochę fałszuje rzeczywistość, starając się ją podnieść na koturnach, uwznioślić. Poza tym nic bardziej nie rozczula polityków niż małe dzieci. To takie duszoszczypatielne. Nie utożsamiam się z tym pomnikiem, byłem za mały, aby brać udział w powstaniu. Utożsamiam się ze zdjęciami dzieci z podniesionymi rękoma.

W STEPIE SZEROKIM

– Co pan wie o ojcu?

– Nazywał się Tadeusz Jacek Rolicki, urodził się w 1896 r. w Krakowie. Zdał maturę w 1914 r., nie studiował, bo wybuchła wojna. Osiem lat spędził w wojsku. Najpierw – wbrew woli rodziców – zaciągnął się do Legionów Polskich, przeszedł szlak I Brygady, został ranny. Rodzice nigdy nie wybaczyli mu „wybryku legionowego”, nie utrzymywali z nim kontaktów. Po kryzysie przysięgowym ojca, jako poddanego cesarza Franciszka Józefa, wcielono do armii austriackiej – walczył w Dolomitach, tam też był ranny. Po odzyskaniu niepodległości założył mundur polskiej armii, brał udział w wojnie 1920 r. i w ostatnim powstaniu śląskim. Po demobilizacji za namową brata – doktora chemii, który później wyemigrował do USA – próbował studiować nauki polityczne w Paryżu. Bardzo szybko zabrakło mu pieniędzy i wrócił do Polski, pokonując część drogi piechotą. Mimo chlubnej legionowej karty, która w międzywojennej Polsce otwierała wiele drzwi, nie zrobił kariery. Był dziennikarzem, głównie – jakbyśmy dziś powiedzieli – wolnym strzelcem. Pisywał m.in. do „Kuriera Wileńskiego” – przez pewien czas w nim pracował. Mieszkał w Nowogródku, nie wiem, jak do tego miasteczka trafił.

Ojciec Janusza Tadeusz Jacek Rolicki (1896-1952).

– Pana ojciec, jak można się przekonać, zaglądając do Biblioteki Narodowej, w latach 30. należał do znanych mieszkańców Nowogródka. Działał w lokalnym oddziale Związku Legionistów Polskich, był m.in. wydawcą i redaktorem „Życia Nowogródzkiego”, autorem satyrycznych broszur poświęconych Nowogródkowi, książki „Emancypacja Świtezianki i inne szaleństwa”, biografii Adama Skwarczyńskiego. Strzelecki Teatr „Kadra” wystawiał jego szopki.

– Nie wiedziałem, to potwierdza, że miał wiele okazji, by poznać mamę. Pobrali się w 1937 r., po jakimś czasie zamieszkali w Wilnie. Gdy miasto zajęły wojska sowieckie i przekazały Litwie, ojciec trafił do konspiracji. Pilnując miejsca, w którym przechowywano broń, został zaatakowany przez Litwinów. Okrutnie go pobili, wybili zęby. Żeby to ukryć, zapuścił wąsy.

– Zapamiętał pan ojca z Wilna?

– Nie zachowałem żadnego obrazu, żadnych słów ani gestów ojca.

– Miał pan kontakt z jego rodziną?

– Nie, w ogóle niewiele o niej wiem. Dziadek miał na imię Wawrzyniec, imienia babki nie znam. Ojciec miał dwóch braci i siostrę. Jeden z braci zginął w czasie oblężenia Warszawy, a siostra z dwójką dzieci w Oświęcimiu.

– Losy rodziny matki zna pan lepiej?

– Znacznie lepiej, utożsamiam się z rodziną matki, to są moje korzenie. Mama urodziła się w 1905 r. w polskiej rodzinie ziemiańskiej na terenie dzisiejszego obwodu odeskiego na Ukrainie jako Ewelina Wołk-Łaniewska. Jej prawdziwe imię poznałem dopiero z metryki, o którą musiałem się wystarać, składając dokumenty o przyjęcie do liceum. Wszyscy do mamy mówili Ewa. Jako osoba o liberalno-lewicowych poglądach nie używała przydomka Wołk, nie chciała się obnosić ze swym szlacheckim pochodzeniem. Pozycję, jaką zdobyła, zawdzięczała ciężkiej pracy. Była samodzielną, przedsiębiorczą kobietą. Studiowała na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu, została dyplomowaną nauczycielką gimnazjalną, magistrem filologii, a właściwie filozofii. W 1932 r. razem z koleżanką otworzyła na warszawskim Żoliborzu prywatną szkołę sześcioklasową z przedszkolem. Niestety przedsięwzięcie zakończyło się plajtą, mama musiała spłacać długi. Miała jej w tym pomóc praca na prowincji. W mickiewiczowskim Nowogródku uczyła gimnazjalistów polskiego i łaciny.

– Widziałem artykuł Eweliny Wołk-Łaniewskiej o nauczaniu „Dziadów” w szkole powszechnej w branżowym ogólnopolskim piśmie „Polonista” z 1938 r. Pana mama nie była zwykłą, prowincjonalną nauczycielką.

– Nie słyszałem o tym artykule, ale wiem, że mama zawsze była prymuską – zarówno w rodzinie, jak i w swoim otoczeniu. Taką miała naturę.

Dziadek ze strony matki Jeremiasz Wołk-Łaniewski (1849-1919).

– Skąd czerpał pan wiedzę o matce i jej przodkach?

– Od cioci Kasi, cioci Manusi i wujka Bogusława, dla mnie Sławka, najmłodszego z sześciorga rodzeństwa. Sławek spisał na kilku kartkach historię rodziny, tak jak ją słyszał, z datami urodzenia. Dzięki temu wiem np., że mój dziadek – Jeremiasz Wołk-Łaniewski herbu Korczak – urodził się w 1849 r. Wspomnienia z rodzinnego majątku Cezarówka były stale obecnym elementem rozmów: zarówno przy świątecznym stole, jak i tych codziennych. Cioci Kasi wszystko kojarzyło się z Cezarówką: widoki, zapachy, smaki, zwierzęta. Gdy mowa była o jakimś psie, natychmiast przywoływała wielkiego Brombeusa. Chłonąłem jak gąbka te wszystkie opowieści, Cezarówka stała się dla mnie jakąś arkadią, wyspą szczęścia. Jako dziecko byłem szalenie dumny ze swoich przodków.

– Skąd się wzięła ta Cezarówka?

– Z rodzinnego przekazu wynika, że mój daleki przodek Stanisław Wołk-Łaniewski był oficerem wojsk koronnych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Za jakieś nieznane mi zasługi król nadał mu ziemię na dawnych Dzikich Polach. Te tereny były stale nawiedzane przez ordę krymską, która je łupiła i brała ludzi w jasyr. Osadnictwo stało się tam możliwe dopiero po zwycięstwach Katarzyny II w wojnach z Turcją – protektorką chanatu krymskiego. Gdy Rosjanie zajęli Krym, a rezydencję chanów w Bachczysaraju przejęło carskie ministerstwo spraw wewnętrznych, królewskie nadanie dla mojego przodka nabrało wartości. Stanisław Wołk-Łaniewski zamieszkał z rodziną, pewnie między pierwszym a drugim rozbiorem Rzeczypospolitej, w starym cekhauzie, który kiedyś służył jako punkt oporu i schronienie dla okolicznych mieszkańców przed zagonami Tatarów. Wokół było kilka tysięcy hektarów ukraińskiego czarnoziemu, jednej z najżyźniejszych ziem w Europie. Po drugim rozbiorze majątek znalazł się na terytorium Imperium Rosyjskiego, jednak pozostał we władaniu Wołk-Łaniewskich. Prawnuk Stanisława, a jednocześnie mój pradziadek Cezary dokonał podziału majątku między dwóch synów. Cezarówkę z rodową siedzibą w cekhauzie otrzymał mój dziadek Jeremiasz, zaś jego młodszy brat Mikołaj – sąsiednią Małachowę. Każdy z obu majątków miał przeszło tysiąc hektarów. Ponadto jeszcze niewielki majątek – trzysta hektarów – przypadł żonie pradziadka.

– Sporo tej ziemi…

– Gdyby Wołk-Łaniewscy mieli tyle tak wspaniałej ziemi na Mazowszu, z pewnością mogliby zadzierać nosa. Ale w ich okolicy były znacznie większe gospodarstwa. Tam była inna struktura agrarna – z jednej strony rozległe majątki ziemskie, z drugiej pracujący na nich bezrolni chłopi z okolicznych wsi. Polscy ziemianie czuli się zapewne jak wyspy na ukraińskim morzu. Wołk-Łaniewscy byli typowymi hreczkosiejami, jak nazywano dawniej zasiedziałych na ziemi szlachciurów: siali pszenicę, hodowali konie.

– W niedalekiej Bałcie odbywał się targ koński uwieczniony m.in. na obrazach Chełmońskiego, Brandta i Juliusza Kossaka, zaś Odessa w XIX w. stała się głównym portem, z którego eksportowano zboże z Rosji. Przodkowie mogli wieść spokojne, dostatnie życie. Kim byli bohaterowie rodzinnych opowieści?

– Najstarszą osobą zapamiętaną przez ciocię Kasię była babka Grzybowska, moja prababcia, żona Cezarego. Urodziła się jako Julia Jodko-Narkiewicz, po śmierci pradziadka wyszła powtórnie za mąż i stąd nazwisko Grzybowska. Ciocia Kasia była ulubioną wnuczką prababci, która opowiadała jej, że jako panna jeździła do Monte Carlo, zostawiając sporo pieniędzy w kasynie. W mojej głowie pozostał obraz apodyktycznej babki Grzybowskiej krzyczącej na dziadka Jeremiasza, który czuł wobec niej respekt. Gdy dziadek sprzedał zboże lub konie, przyjeżdżała do niego, kazała wykładać na stół wszystkie pieniądze, jakie dostał. Wybierała sobie złote rubelki.

– W domu mówiono po polsku?

– Od czasu objęcia majątku przez Stanisława Wołk-Łaniewskiego wszyscy członkowie rodziny dbali o podtrzymywanie polskości, a więc pozostawali katolikami. Brali za żony tylko Polki. Wyłomu dokonał dziadek Jeremiasz, żeniąc się z Rosjanką Marią Frołową, córką jakiegoś ważnego urzędnika z ówczesnej guberni chersońskiej. Mieli sześcioro dzieci – trzech synów i trzy córki. Pierwsza żona dziadka zruszczyła Cezarówkę – ochrzczone w cerkwi dzieci nie znały polskiego. W domu zamieszkał pop, który urządził w nim kaplicę. Dziadek nie mógł się go pozbyć jeszcze po śmierci Marii, bo urząd gubernatora uznał, że duchowny musi czuwać nad prawosławnym wychowaniem nieletnich dzieci.

– Dziadek Jeremiasz nie przeszedł na prawosławie?

– Nie, choć mimo woli stał się rosyjskim bohaterem. Jako lekarza – studiował medycynę w Moskwie – powołano go do wojska i wysłano na wojnę z Turcją. Ciężko ranny w bitwie na przełęczy Szipka w 1878 r. długo leżał pod górą trupów. Zanim okazało się, że żyje, wysłano do żony informację o bohaterskiej śmierci. Podobno jego nazwisko widniało na liście poległych umieszczonej na tablicy upamiętniającej najważniejszą dla Bułgarów bitwę [Bułgarzy walczyli u boku armii rosyjskiej o wyzwolenie spod panowania tureckiego – przyp. red.]. Żona dziadka i jej rodzina musieli mocno naciskać, by zrezygnował z budzącego bardzo złe skojarzenie w Rosji katolicyzmu. Broniąc się przed prawosławiem, oznaczającym zruszczenie i przejście na stronę zaborcy, Jeremiasz zdecydował się na… baptyzm. Wszystkie dzieci z drugiego małżeństwa dziadka, w tym moja mama, zostały ochrzczone jako baptyści. Władze carskie zupełnie inaczej traktowały katolików i baptystów, ci ostatni byli dla nich elementem egzotycznym i zupełnie nieszkodliwym. Jako baptysta dziadek nie rozstawał się z Biblią. Ten żywy kontakt z Pismem Świętym pozostał długo w mojej rodzinie. W zakopiańskim domu cioci Kasi była Biblia, od dziecka do niej zaglądałem, trochę czytałem, choć nie powiem, bym szczególnie gustował w tego typu lekturze. W 1951 r. katecheta z naszej szkoły na Wilczniku poprosił o przyniesienie na następną lekcję religii Pisma Świętego, jeśli ktoś je ma. W tamtym czasie Biblia w domu była wielką rzadkością. Postanowiłem się nią pochwalić. Bez pytania cioci zaniosłem jej świętą księgę do szkoły. Katecheta wziął ją do ręki, oczy mu się rozżarzyły, krzyknął: „To kociarska Biblia!” Z wyrazem triumfu na twarzy podszedł do pieca, podarł księgę i wrzucił do ognia. Bardzo się bałem gniewu cioci. Gdy pytała, gdzie się podziała Biblia, udawałem, że nie mam pojęcia. Kupiła nową, choć w owych czasach nie było to łatwe.

– Jaki był los dzieci z pierwszego małżeństwa Jeremiasza?

– Dziadek zadbał o ich wykształcenie, założyły rodziny i porozjeżdżały się. Dwoje zamordowali bolszewicy, nie wiadomo, jak potoczył się los dwojga innych. Pozostałej dwójce udało się wyemigrować z Rosji. Paszka (Paweł), który skończył szkołę morską i był kapitanem statku, zamieszkał we Francji, w Prowansji. Sławek, najmłodszy brat mojej mamy, spotkał się z nim w czasie wojny – zajmował się wtedy przerzucaniem Polaków z petainowskiej Francji do Hiszpanii. Waria (Warwara) wyszła za mąż za białego oficera. Uciekli do Bułgarii. W latach 60. sędziwa Waria, po mężu Nikitina, usłyszała w bułgarskim radiu audycję o przeżyciach więźniów oświęcimskich. Jedną z bohaterek była ciocia Kasia, z którą przyjaźniła się na Ukrainie. Waria otrzymała adres przyrodniej siostry od bułgarskiego dziennikarza. Spotkały się w Sofii, a potem jedna z córek Warii, Zina, przyjechała do Polski. Rozmawiałem z nią. To był mój jedyny kontakt z przedstawicielami rodziny „pierwszego pokolenia” dzieci dziadka Jeremiasza.

– Kim była druga żona dziadka?

– Była nią moja babcia Eugenia. Urodziła się w 1865 r. na Syberii, była młodszą córką zesłańca – szlachcica żmudzkiego Żywulta. Nie wiem, jak miał na imię. W legendzie rodzinnej zachowała się opowieść, że skazano go na karę śmierci za udział w powstaniu styczniowym. Od stryczka miała uratować pradziadka interwencja żony. Pojechała do Petersburga, została przyjęta przez carycę, wybłagała u niej złagodzenie kary – zamieniono ją na katorgę, a wkrótce potem na wieloletnie zesłanie. Pradziadek mieszkał z rodziną, został sekretarzem jakiegoś bogacza za Uralem, sam doszedł do sporego majątku. Obie córki wychowywał w polskim duchu. To naturalne – gdyby zrezygnował z polskości, jego udział w powstaniu i cierpienia straciłyby sens.

Babcia Eugenia Wołk-Łaniewska z domu Żywult (1865-1945).

– W jaki sposób dziadek Jeremiasz poznał córkę zesłańca?

– Na przełomie lat 80. i 90. XIX w. zmarła jego pierwsza żona. Eugenię spotkał w czasie podróży w interesach za Ural. Babcia przywróciła w Cezarówce polski język i tradycje. Pop zniknął, dzieci Jeremiasza i Marii dorosły, nie potrzebowały już duszpasterskiej opieki. Eugenia urodziła siedmioro dzieci – jedno bardzo wcześnie zmarło. Pozostała szóstka to: Piotr (ur. 1898), ciocia Kasia (ur. 1899), Maciej (ur. 1900), ciocia Maria – Manusia (ur. 1902), moja mama Ewelina (ur. 1905) i Sławek (ur. 1907).

– Jak wyglądało dzieciństwo mamy i jej rodzeństwa?

– Było szczęśliwe i bezpieczne. Nad dziećmi czuwał, jak żartowano, wielki pies Brombeus. Codziennie kilka razy obchodził dom, właził na szerokie na metr parapety, obwąchując każdy pokój. Sprawdzał, czy nie ma obcych. To był taki duch opiekuńczy domu, dzieci go bardzo kochały, zaprzęgały do sań, jeździły na nim „na oklep”. Opowieści o Brombeusie zaszczepiły we mnie miłość do psów, z której do dziś się nie wyleczyłem. Opiekuję się stale kilkoma czworonożnymi znajdami.

– Kto zajmował się wychowaniem gromadki dzieci?

– Babcia i bony. Babcia była łagodna, w przeciwieństwie do dziadka Jeremiasza, zwolennika częstego karania i rzadkiego chwalenia dzieci. Chciał je w ten sposób przyzwyczaić do przezwyciężania trudności. Ciocia Kasia opowiadała, że szczególnie uciążliwą karą było pasienie wielkiego stada gęsi, które rozbiegały się na wszystkie strony. Kiedyś ciocia Kasia obraziła się na dorosłych, wzięła lalki i wyszła z domu. Usiadła na lodzie, który okazał się krą. Szczęśliwym zrządzeniem losu dziadek Jeremiasz przejeżdżał bryczką przez most na rzeczce Bakszale i zobaczył płynącą na krze córeczkę. Razem z woźnicą rzucili się do wody na ratunek. Dziadek przywiązywał wielką wagę do wykształcenia dzieci – zarówno tych z pierwszego, jak i drugiego małżeństwa. Cezarówka była zbyt mała, by zapewnić wszystkim dobrobyt, a pochodzenie szlacheckie znaczyło coraz mniej. Bał się, że jeśli dzieci nie skończą szkół, to schłopieją. Wykształcenie miało być ich przepustką do, jak byśmy dziś powiedzieli, klasy średniej. To podejście pozostało bardzo silne w naszej rodzinie.

Rodzinna miłość do psów – Janusz Rolicki z córką Anią i jej beagle’ami, 2009 rok. (fot. Anna Rolicka)

– XIX wiek był najspokojniejszym w dziejach dawnych Dzikich Pól. Następny rozpoczął się od rewolucji 1905 r., która kojarzy się m.in. z dramatyczną sceną na schodach z filmu Eisensteina „Pancernik Potiomkin”. Jego akcja toczy się w położonej niedaleko majątku dziadka Jeremiasza Odessie. Rewolucja dotarła do Cezarówki?